Kilka tygodni temu postanowiłem, że w niedzielę nie będę już czasu rano marnotrawił, na oglądanie politycznego kabaretu w wykonaniu przede wszystkim polityków Prawa i Sprawiedliwości, ale także tych z Platformy Obywatelskiej i PSL, jak również dosyć śmiesznych ludków od Kukiza. Postanowiłem tak, ponieważ dla mnie nie mają już nic ciekawego do przekazania, albowiem każdej niedzieli mówią dokładnie to samo i tak samo, niezależnie od tego jaki temat przedstawia prowadzący audycję dziennikarz. Wciąż to samo … ble ble ble, ale ja panu nie przeszkadzałem.

Jednakże dzisiaj postanowiłem złamać daną sobie obietnicą i obejrzałem dwa programy, które od kilku tygodni sobie odpuszczam. Pierwszy o godz. 09.00 w Polsat News – „Śniadanie w Polsat News” i drugi w TVN24 o godz. 10.45 – „Kawa na ławę”. Obejrzałem, ponieważ wiedziałem, że na tzw. tapecie będzie film Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu” i chciałem usłyszeć, co do powiedzenia będą mieli zaproszeni do studio politycy Prawa i Sprawiedliwości. Mówiąc szczerze nic wielkiego sobie po nich nie obiecywałem, ale chciałem poczuć trochę złośliwej satysfakcji, na widok skręcających się pod wpływem niepodważalnych faktów tych „rycerzy Maryi” spod pisowskich sztandarów. I znów się rozczarowałem i mogę mieć pretensję tylko do siebie, że oczekiwałem czegoś szczególnego.

Osobiście bardzo wątpię, aby film ten cokolwiek zmienił, tak jak nic nie zmienił „Kler”. Ci, którzy temat znają, będą mieli okazję do mniej lub bardziej zawziętych dyskusji, ci dla których słowo księdza to „świętość”, będą wołali o bluźnierczym ataku na Kościół, a politycy, po tym jak wykorzystają to dla swoich własnych politycznych potrzeb, po jakimś czasie zapomną, tak jak zapomnieli o wielu innych istotnych sprawach. Na mnie film ten nie był czymś zaskakującym, niczego nowego się z niego nie dowiedziałem. Potwierdził jedynie to, o czym od wielu wielu lat wiedziałem, a jeżeli o czymś jeszcze nie wiedziałem, to domyślałem się, albowiem trwające od wieków bezeceństwa Kościoła od lat nie były dla mnie żadną tajemnicą.

W obu programach poruszono również sprawę matki Boskiej w tęczowej aureoli, którą to owa aureola ma obrażać, przez co doszło ponoć do obrazy czyichś uczuć religijnych. Wszytko to to jedna wielka ściema. Dlatego, że obrazę uczuć religijnych musi zgłosić konkretna osoba fizyczna, po czym Policja zgodnie z k.p.k musi wszcząć dochodzenie (bo nie śledztwo) i w jego ramach musi zabezpieczyć dowody wskazujące na popełnienie przestępstwa. Dowodami tymi są obrazki z malunkiem Matki Boskiej w tęczowej aureoli, zawieszone na murach kościoła i ponoć na śmietnikach i kibelkach. Tu od razu zauważam, że w żadnej jeszcze telewizorni nie pokazano takiego kibelka lub śmietnika ozdobionego malunkiem ze świętymi osobami. Co najwyżej słup „elektryczny”, ale chyba taki słup to żadne obraźliwe miejsce. Po zabezpieczeniu dowodów (rzeczonych obrazków) Policja winna wezwać na przesłuchanie wszystkich świadków i osoby podejrzewane o dokonanie takiego czynu, a następnie po ich przesłuchaniu i postawieniu zarzutów, jako oskarżyciel publiczny skierować akt oskarżenia sprawę do sądu, który dopiero ustali, czy faktycznie doszło do obrazy uczuć religijnych.

W tym pisowskim burdelu wszystko zostało postawione na głowie, ponieważ to nie minister może wydawać policjantom polecenia, ale tylko i wyłącznie ich przełożeni, co niejaki „Jojo” winien sobie do ministerialnej głowiny wbić. Ale jeżeli już tak bardzo chce tych obrazków z Matką Boską chronić, to winien się bardziej zainteresować paniami zakonnicami, które Matkę Boską z Dzieciątkiem zeskrobywały z kościelnych murów szpachlami. I tak właśnie w Polsce wygląda szacunek do przedmiotów kultu religijnego. A te panie zakonnice sam osobiście w telewizyjnym przekazie Polsatu dziś widziałem. I to by było na tyle. Amen – co po hebrajsku znaczy „koniec”. O czym informuję, aby mi jakiś dureń nie zarzucił obrazy świętego wizerunku.

Napisz komentarz (1 Komentarz)

 Na sądową wokandę 27 marca br powróciła sprawa generała Leszka Lamparskiego, byłego Komendanta Wojewódzkiego MO w Wałbrzychu i pierwszego Komendanta Głównego Policji. To już druga odsłona politycznej zemsty pisowszczyzny. Generał został oskarżony przez prokuraturę IPN o popełnienie 92 zbrodni przeciwko ludzkości, ponieważ 13 grudnia 1981 roku podpisał 92 decyzje o internowaniu osób wytypowanych przez wałbrzyską Służbę Bezpieczeństwa, kierowaną w tamtym czasie przez jego zastępcę płk. Feniga.

W pierwszej instancji Sąd Rejonowy w Wałbrzychu gen. Lamparskiego od zarzucanych mu czynów uniewinnił, jednakże 04.10.2018 Sąd Okręgowy w Świdnicy, jako instancja odwoławcza, wyrok ten w całości uchylił. Uzasadniając to uznał, – co wydaje się raczej kuriozalną konstatacją - że sąd orzekający w I instancji nie zwrócił uwagi, iż wydając decyzje administracyjne gen. Lamparski doprowadził do pozbawienia wolności określonych osób, przez co bezprawnie wkroczył w domenę przysługującą wyłącznie sądowi. Ponadto sąd apelacyjny wskazał, że ponownie rozpoznając sprawę, sąd I instancji powinien rozpatrzyć szczególnie, czy wydane decyzje administracyjne można w świetle prawa międzynarodowego, którego Polska jest sygnatariuszem, uznać za zbrodnie przeciwko ludzkości. Jeżeli nie, to postępowanie musi być umorzone.

Wszystko więc wraca do początku i tylko od mądrości wałbrzyskich sędziów, ich szacunku dla prawa, zależeć będzie czy to ono zwycięży, czy też wygrają ludzkie (mimo wszystko przecież uzasadnione) emocje. Przebieg procesu będę relacjonował na bieżąco

Napisz komentarz (3 Komentarze)

 Polska była na kolanach i dopiero prawdziwi patrioci z PiS doprowadzili w szybkim tempie do tego, iż z kolan tych dumnie wstała i od trzech lat cieszy się prawdziwą niepodległością i suwerennością. Tak naucza guru polskich patriotów z ul. Nowogrodzkiej w Warszawie. Tere fere kuku strzela baba z łuku …

Polska jest tak bardzo suwerenna, że wystarczyło zmarszczenie trumpowych brwi i pohukiwania z Tel Awiwu, aby pisowska sejmowa większość w try miga uchwaliła taką ustawę, która panów Trumpa i Natenjahu zadowoliła. Zwłaszcza tego ostatniego, ponieważ nowy tekst ustawy pisano w Tel Awiwie pod czujnym wzrokiem Mosadu.

Nie minęło wiele czasu i wolny oraz suwerenny polski rząd postanowił wprowadzić nowe przepisy dotyczące transportu drogowego, które miały wprowadzić obowiązek wpisania do Krajowego rejestru Sądowego lub ewidencji działalności gospodarczej obowiązek rejestracji wszystkich pośredników transportowych. Zapis taki korzystny dla polskich taksówkarzy uderzał jednak w interesy amerykańskiego UBERA, więc Jankesi larum podnieśli wielki, uznając, że krzywda się im dziać będzie, kiedy będą musieli w funkcjonować w Polsce według polskiego ustawodawstwa. W rezultacie brew zmarszczyła pani ambasador z Waszyngtonu Georgetta Mosbacher, która do polskiego ministra Andrzeja Adamczyka napisała ni mniej ni więcej to, że takie przepisy spowodują, iż Stany Zjednoczone wstrzymają swoje inwestycje w Polsce. Dlatego tez grzecznie prosi, aby polski rzad nie popełniał błędu niosącego tak daleko idące konsekwencje.

I cóż robi nasz dzielny suwerenny rząd? Ano grzecznie podwija pod siebie ogonek i zamiast projekt ustawy skierować do komisji sejmowej, potulnie oświadczyło, że na razie w dalszym ciągu trwają prace nad tekstem projektu w Ministerstwie Infrastruktury, Rządowego Centrum Legislacji i Ministerstwa Finansów. Tak jakby opracowany wcześniej projekt ustawy w tym organom w ogóle nie był znany.

No cóż, rok 2018 to rok wyborów, Jankesom strach się przeciwstawiać, ale też i polscy przewoźnicy mogą mocno dymić. No to sprawa ustawy została przeniesiona na czas po wyborach i kiedy PiS dalej będzie rządzić, spełni wolę pani ambasador Gerogetty i Uber żadnych trudności już nie napotka, wycinając w pień interesy polskich przewoźników.

Niepodległa i suwerenna .... pan Breżniew w grobie się ze śmiechu obraca. 

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 3 grudnia po południu wróciłem z Warszawy, dokąd wyjechałem w niedziele z samego rana (05.00), aby wziąć udział w programie TV Polsat z cyklu „Państwo w państwie”. Nie pierwszyzna to dla mnie, ponieważ programie w tym występowałem bodajże wczesnej chyba z 5 razy, ale pierwszy raz w tak dziwnej. Zresztą może ona samo w sobie nie jest jest wcale dziwna, ale dziwne wydaje mi się to, że – chyba po raz pierwszy w tym cyklu – red. Przemek dał się lekko „wpuścić w maliny”.

Po pierwsze dlatego, że zajął się sprawą, w której toczy się regularne śledztwo i nikt jeszcze nie wie czym się skończy. A ponieważ śledztwo trwa, to zgodnie z przepisami proceduralnymi prokuratura jego wyników i tego w jakim kierunku podąża, absolutnie nie może ujawnić. Więc co tu komentować, do czego się odnosić?

Oczywiście poza dyskusją pozostaje fakt, że po znalezieniu zwłok przybyli na miejsce policjanci i pan prokurator, prowadzone czynności związane z oględzinami miejsca zdarzenia i zabezpieczeniem śladów, spieprzyli koncertowo. Temu sama prokuratura (wyższego rzędu) nie zaprzecza i w stosunku do winnych (prokurator i policjanci) prowadzone jest postępowanie w sprawie niedopełnienia obowiązków, a zapewne także i stosowne postępowania dyscyplinarne.

W skrócie rzecz ma się następująco:

28.03.2018 r. ok. godz. 23:30 – Mateusz Kawecki (dane personalne wielokrotnie publikowano w mediach papierowych o elektronicznych) wyjechał z Hanoweru do swej konkubiny zamieszkałej chyba gdzieś w woj. zachodniopomorskim. Miał zamiar spędzić tam święta i oczekiwać narodzin swego dziecka.

29.03.2018 r. godz. 10:22 miał miejscejegoostatni telefoniczny kontakt z rodziną i wówczaspowiedział swymim, że jest w okolicach Szczecina.

30.03.2018 r. rodzina ta zgłosiła jego zaginięcie, albowiem ani do nich, ani do narzeczonej nie dojechał. Policjanci z wydziału kryminalnego Komendy Miejskiej w Zamościu kwalifikowali to zgłoszenie do II kategorii, co jest normalną procedurą, ponieważ zgłoszenie dotyczyło osoby dorosłej, zdrowej psychicznie i fizycznie, a samo zaginięcie nie nastąpiło w okolicznościach uzasadniających podejrzenie, że może mu zagrażać utrata zdrowia bądź życia.

12.09.2018 r., a więc prawie pół roku od daty zaginięcia, jego zwłoki zostały ujawnione w stodole gospodarstwa jego rodziców w miejscowości Hutkowo Znajdowały się w tak silnym rozkładzie gnilnym, że ciało wiszące na linie przytwierdzonej do jednej z belek, po prostu się urwało, a głowa oddzieliła się od jego korpusu. Natychmiast zostaje powiadomiona Policja i Prokuratura Regionalna w Zamościu. Śledczy przeprowadzają oględziny miejsca ujawnienia zwłok, a wszystko wskazuje na to, że mają do czynienia z klasycznym przypadkiem samobójstwa. W kieszeniach ubrania znaleziono dowód osobisty, prawo jazdy, karty bankomatowe i telefon komórkowy. Ciało zostało zabrane do zakładu Medycyny Sądowej AM w Lublinie, gdzie też pobrano wycinki w celuzbadania kodu DNA denata, aby w celu potwierdzić jego tożsamość.

13.09.2018 r.prokuratura Prokuratura Rejonowa w Zamościu wszczęła śledztwo (PR 1 Ds 398.2018) w sprawie doprowadzenia Mateusza Kaweckiego do targnięcia się na własne życie (art. 151 kk), a na prośbę rodziny zleciławydanie jej zwłok i przeprowadzenie pochówku.

14.09.2018 r. ktoś z rodziny dokonał w stodole niezwykłego znaleziska w postaci buta z fragmentami stopu odzianej w skarpetkę. Na miejscu znajdował się dziennikarz Polsatu, który prawdopodobnie już wtedy realizował reportaż dotyczący nieprawidłowości w działaniach policji i prokuratury w sprawie o zaginięcie, ponieważ jego siostra nie mogła się pogodzić, że nie prowadzi się fizycznych poszukiwań brata.Po rozmowie dziennikarza z prokuraturą do gospodarstwa rodziców zaginionegood razu przyjeżdżają policjanci, którzy ponowne przeszukują miejsce ujawnienia zwłok oraz zabezpieczają butelkę po wódce, butelkę po napoju pomarańczowym oraz pustą paczkę po papierosach. Oczywiście poza wszelką dyskusją pozostaje fakt, że przeprowadzone 12 września oględziny i zabezpieczenie śladów, panowie prokurator i policjanci spieprzyli koncertowo. Nie zaprzecza temu prokuratura (wyższego rzędu) bo w stosunku do winnych (prokurator i policjanci) wszczęła postępowanie w sprawie niedopełnienia obowiązków, a komendant wojewódzki policji zarządził przeprowadzenie wewnętrznego postępowania dyscyplinarnego.

17.09.2018 r. – pogrzeb Mateusza Kaweckiego

20.09.2018 r.sprawę w całości przejęła Prokuratura Okręgowa w Zamościu i poleciła zabezpieczenia pominiętych do tej pory dowodów w postaci odzieży i opakowań po napojach.

21.09.2018 r. Prokuratura Okręgowa w Zamościu wydała postanowienie o zasięgnięciu opinii biegłego z zakresu analizy kryminalnej i badania informatycznych nośników danych, w celu ustalenia zawartości telefonu komórkowego marki HTC, zabezpieczonego w trakcie oględzin budynku stodoły, w którym znaleziono zwłoki Matusza Kaweckiego.

02.11.2018 r.uzyskano wyniki badań DNA, które potwierdzają, iż znalezione w budynku stodoły zwłoki należały do Mateusza Kaweckiego.

Ponieważ widziałem emitowaną tydzień wcześniej pierwszą część tej sprawy, orientowałem się, że siostra zaginionego ma pretensję o zbyt powolne i niby nieskuteczne działania organów ścigania. Natomiast ja dla takiego zarzuty żadnych podstaw nie byłem w stanie dostrzec. I w takim nastawieniu (po przeanalizowaniu materiały jakie zostały mi nadesłane) pojechałem do Warszawy. Ponieważ praktycznie we wszystkim zgadzałem się z obecnym w studio prokuratorem, redaktorowi Przemkowi nie pozostało nic innego, jak skrócić tę cześć programu o ponad 10 minut. Ale nie mogłem przecież wyrażać jakichś opinii, które byłyby sprzeczne nie tylko z logiką, ale i podstawowymi zasadami prowadzenia czynności procesowych, jakimi również i policja musi się kierować. Gdybym postąpił inaczej, na pewno naraziłbym się na śmieszność, przynajmniej w moim policyjnym środowisku.

Przede wszystkim nie można wypowiadać się co do skuteczności i zasadności jakichkolwiek czynności policyjnych i prokuratorskich, w sytuacji, kiedy śledztwo jest jeszcze w toku. Trudno zarzucić prokuraturze, że z góry zdarzenie zakwalifikowała jako samobójstwo, jeżeli od samego początku wszczęła je z art. 151 kk, czyli w kierunku ustalenia, czy ktoś Mateuszowi Kaweckiemu nie pomagał lub nie namówił (lub w inny sposób wpłynął) do tego ostatecznego rozwiązania jakichś jego problemów. Z tego przepisu bardzo łatwo można przejść do innego, dotyczącego zbrodni zabójstwa, ale trzeba na to poświęcić wiele czasu, uwagi i zaangażowania. Przede wszystkim należałoby definitywnie ustalić, dlaczego (z jakich powodów) telefon chłopaka na terenie kraju nie zalogował się ani razu, dlaczego nie odnotowano prowadzonych z tego telefonu rozmów i dlaczego nie zdołano uzyskać zapisów monitoringu drogowego, aby udowodnić, że do Polski wjechał samochodem. Bo samochodu nie znaleziono, ale tez nie uzyskano takiego zapisu nie tylko z monitoringu polskiego, ale również niemieckiego. Ponadto, zapytałbym, dlaczego nie sprawdzono billingów rozmów rodziny Mateusza z telefonu, z którego korzystali, aby sprawdzić, czy Mateusz dzwonił do nich ze swojego lub cudzego telefonu. Myślę, że dla sprawy powinno to mieć olbrzymie znaczenie. Postawiłbym też pytanie, czy pobrano próbki z podeszwy butów denata, aby postarać się ustalić, w jakich miejscach mógł się on znajdować przed dotarciem do rodzinnego domu. Jest to możliwe i niezbyt trudne do przeprowadzenia. Zresztą nie wykluczam, że w ramach tego śledztwa, tego rodzaju czynności prokuratura prowadzi.

Napisz komentarz (34 Komentarzy)

 Śmieszą mnie nagle obudzeni miłośnicy Roberta Biedronia, którzy już chyżo bieżą, aby razem z nim nową lewicową partię zakładać. Jeszcze nie tak dawno biegali tak, aby z Barbarą Nowacką zakładać Inicjatywę Polską. Czym się to skończyło, każdy wie.

Śmieszy mnie Robert Biedroń, który natchniony Patrioty Duchem z nagła ogłosił się Zbawcą nie tylko lewicy, ale i całej okrutnie doświadczonej przez los Ojczyzny. Ciekawe, czy sam na to wpadł, czy też ktoś mu to skutecznie wmówił. Stawiam na to drugie, bo przez długi już czas sam o tym osobiście słyszałem, czytałem i widziałem. O tym, że tylko ON może Ojczyznę zbawić, że tylko ON janczarów sułtana Jarosława pokonać może. Taki współczesny Mały Rycerz, który na głos surm bojowych za szablę (polityczną) chwyta i do boju staje, gotów dla Umiłowanej Ojczyzny życie (polityczne) złożyć, albo Victorię Wielką nad pisowskim pohańcem odnieść.

Tak sobie myślę, że gdyby Robert Biedroń naprawdę chciał pomóc w odsunięciu PiS od władzy, to z uwagi na swoje lewicowe i liberalne (nie mylić z neoliberalnymi) poglądy, winien zasilić Sojusz Lewicy Demokratycznej, do którego poza swą popularną osobą, wprowadziłby jakąś (być może znaczną) liczbę szabel, co na pewno miałoby duży wpływ na procentowe słupki poparcia dla polskiej lewicy. I nawet jeżeli R. Biedroniowi nie wszystko się w SLD podoba, to mając tak dużą popularność miałby szanse na jakieś programowe wyprostowanie tej partii, a być może nawet miałby szansę (myślę, że wielką) stanąć na jej czele. Byłoby to z oczywistą korzyścią (polityczną) dla niego samego, bo SLD jest partia posiadająca swe logistyczne zaplecze w całej Polsce, jak i dla samej partii, bo obecność Biedronia wpływałaby na jej popularność i możliwość zdobycia większej ilości poselskich mandatów. A im więcej mandatów lewica w sejmie uzyska, tym gorzej dla sułtana Jarosława, który będzie się musiał w takiej sytuacji ze swym samodzierżawiem pożegnać.

Tak więc każdy rozumny polityk, którego mierzi cały ten POPiS, nie powinien absolutnie ręki do dalszego rozdrobnienia lewicowej sceny politycznej ręki przykładać. Bo na takim jej osłabieniu zależy bardzo nie tylko sułtanowi Jarosławowi, ale przede wszystkim kniaziowi Schetynie, które biedroniowe szable chciałby pod swoim sztandarem skupić, albo siły hetmana Czarzastego tak osłabić, by u jego klamki musiał się zawiesić. I dlatego co rusz w tefałenie jeno o Biedroniu słychać, tak jakby SLD jako partia polityczna z szansą na wejście do sejmu nie istniała, bo chodzi o to, aby to Biedroniowi ludzisków napędzić, bo jego partia być może progu samodzielnie nie przekroczy (jak ongiś Razem z Zandbergiem), ale procenty SLD urwie. Tyle, że wtedy procenty te (przeliczone na mandaty) zagarnie zwycięski sułtan Jarosław i autorytarne rządy zaprowadzi, a przy okazji być może i jakąś autarkię z powodu samowyizolowania się z europejskiej społeczności i międzynarodowego podziału pracy.

Wiadomo bowiem chyba wszystkim, że przyszłe wybory do sejmu Rzeplitej partia sułtana Jarosława wygra zdecydowanie, ale nie na tyle silnie, aby mogła w Polsce rządzić samodzielnie i mieć konstytucyjna większość. Wiadomo chyba wszystkim, że Platforma znajdzie się na drugim miejscu, więc aby mogła pisowszczyznę od cycka władzy odsunąć, musi mieć silnych sejmowych koalicjantów. A tych pozyska tylko w SLD i PSL, które to partie wyborów nie wygrają, ale mogą razem z Platformą współrządzić i sułtana Jarosława wraz z całą armią jego akolitów wszelkiej maści sprawiedliwie, aczkolwiek surowo, osądzić wedle praw i zwyczajów przez owego sułtana wprowadzonych. I oby rozumu i politycznego wyczucia ludziom z lewicy nie zabrakło.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Zakończyła się pierwsza odsłona rozprawy przeciwko dwóch funkcjonariuszom z KMP w Wałbrzychu, którzy10 marca 2017 roku z ławki przy ul. Przyjaciół Żołnierza (Biały Kamień) zabrali trzęsącego się z zimna, siedzącego na niej, 57 letniego bezdomnego (jak się później okazało) Czesława Cz. W miejsce to podjechali z polecenia oficera dyżurnego komendy miejskiej, którego następnie poinformowali (drogą radiową), że nie ma podstaw do interwencji, a więc udaj się do innych zadań. Jednakże wbrew temu, co dyżurnemu przekazali, zabrali go do radiowozu i udali się na obrzeża Wałbrzycha, gdzie następnie wyrzucili go z samochodu w efekcie polecenia oficera dyżurnego, że mają udać się na kolejna interwencję. Porzucony w przydrożnym zagajniku człowiek zmarł z wyziębienie.

Pisałem o tym dwukrotnie (DB2010 nr 12 z 30.03 i nr 14 13.04.2017), więc bliższe szczegóły sprawy pomijam. Po tym jak zwłoki bezdomnego zostały ujawnione, a także ustalono cały przebieg zdarzenia, prokuratura postawiła tym funkcjonariuszom zarzut niedopełnienia obowiązków (art.231 §1) oraz nieumyślnego spowodowanie śmierci (art.155. kk) i skierowała do sądu akt oskarżenia. 10 października br. Sąd Rejonowy w Wałbrzychu obydwu oskarżonych (jeden z nich odszedł z Policji, drugi pozostaje w zawieszeniu) skazał na 10 miesięcy pozbawienia wolności z zawieszeniem na 2 lata, 3 lata zakazu wykonywania zawodu policjanta oraz po 1000 złotych grzywny na rzecz Skarbu Państwa. Prokuratura zapowiedziała apelację. Nie dziwię się, ponieważ uważam, że sąd zbyt łagodnie panów tych potraktował, zmieniając im kwalifikację czynu z „nieumyślnego spowodowania śmierci” (art.155 kk) na „nieumyślne narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia” (art.160 § 3 kk), co jest zagrożone znacznie niższą karą, albowiem z art. 155 kk kara wynosi od 3 miesięcy do 5 lat, natomiast z art. 160 kk górna granica kary nie może przekraczać 3 lat.

We wspomnianych wyżej dwóch felietonach, w jakich tą sprawą się zajmowałem, sugerowałem, że zarzut winien być oparty na art. 160 § 2 kk, ponieważ ci dwaj funkcjonariusze na pewno nie mieli zamiaru spowodowania śmierci bezdomnego, natomiast bez wątpienia powinni sobie zdawać sprawę z faktu, że wyrzucenie na odludzi przemarzniętego człowieka może skończyć się dla niego tragicznie. Najważniejsze jednakże w tym wszystkim jest to, że chyba prokuratura, a na pewno sąd, zapomnieli o jednym bardzo ważnym elemencie, a mianowicie o tym, że z chwilą kiedy ci dwaj policjanci zabrali Czesława Cz. do radiowozu, zaczął ciążyć na nich szczególny obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo. W marcu i kwietniu 2017 roku pisałem o tym, wspominając o tzw. kumulatywnym zbiegu przepisów (art.11 kk), z którym mamy do czynienia wtedy, kiedy jeden czyn narusza dwa lub więcej przepisów karnych, a w tym przypadku określonych w art. 155 i 160 kk. W razie takiego zbiegu przepisów sąd wymierza karę na podstawie przepisu przewidującego karę najsurowszą, a więc od 3 miesięcy do 5 lat. Myślę, że gdyby prokuratura oskarżyła tych funkcjonariuszy właśnie z art. 160 § 2 kk, wówczas sąd nie miałby możliwości wykazania się tak nadzwyczajną łagodnością i na pewno argumentu nieumyślności nie mógłby wysunąć na plan pierwszy. No bo o jaką nieumyślność może chodzić, kiedy ci ludzie (?) świadomie wywieźli człowieka znajdującego się w szczególnej potrzebie poza miasto? Po co go w ogóle z tej ławki zabierali, kiedy nie mieli zamiaru mu pomóc? Bo przecież nie pojechali do noclegowni im. Brata Alberta na ul. Pocztowej, ani do najbliższego szpitala, aby temu nieszczęśnikowi udzielono fachowej pomocy, wybierając zagajnik na obrzeżach miasta. Czy prokuratura i sąd naprawdę myśli, że mieli zamiar w tym miejscu urządzić temu bezdomnemu piknik z gorącymi kiełbaskami?

Sąd natomiast zaprezentował zadziwiający (przynajmniej dla mnie) proces myśliwy, którego ostatecznym efektem była konstatacja, że zachowaniu oskarżonych nie można przypisać skutku w postaci śmierci mężczyzny. To tak, jakby stwierdzić, że na pewno do śmierci rannego człowieka nie przyczyniło się to, że lekarz pozostawił go bez żadnej pomocy. Meandry sądowej logiki są dla mnie nie do ogarnięcia. Ktoś powie, że policjant to nie lekarz, więc nie ciąży na nim obowiązek opieki wskazany w art. 160 § 2 kk, wobec czego prokuratura zarzutu takiego nie mogła postawić. Z gruntu się z takim stanowiskiem nie zgadzam.

Jako argument podam bardzo podobną historię, która rozegrała się 9 maja 2018 roku w Pobiedziskach (woj. wielkopolskie), gdzie dwaj policjanci (w tym policjantka) zabrali leżącego na ulicy pijanego mężczyznę (lat 36) i zamiast wezwać pogotowie, czy odwieźć go na izbę wytrzeźwień, zawieźli go do lasu, gdzie go pozostawili. Efektem ich postępku była śmierć tego człowieka. Wielkopolska prokuratura nie miała żadnych wątpliwości, że funkcjonariusze ci, działając wspólnie i w porozumieniu narazili na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu mężczyzny, którego wywieźli do lasu. W ten sposób naruszali zdecydowanie – zdaniem tejże prokuratury – ciążący na nich obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo. Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Poznaniu prok. Magdalena Mazur-Prus nie miała wątpliwości, że udzielenie pomocy było obowiązkiem funkcjonariuszy. Taki sam obowiązek ciążył na wałbrzyskich stróżach prawa (?), którzy mając do czynienia z mocno przemarzniętym człowiekiem winni udzielić mu chociażby najprostszej pomocy, czyli odwiezienia go do wspomnianej noclegowni, tak nieodległej od miejsca z którego Czesława Cz. zabrali.

Nie wiem co się dzieje z polską policją, a dzieje się coraz gorzej. Obejrzałem 9 października br. reportaż Pawła Kazimierczaka (TVP 2 „Magazyn Ekspres Reporterów”) - coś przerażającego. Otóż w lipcu br. policjanci zabierają z domu (trzeźwego i zdrowego) 40-letniego mężczyznę. Na drugi dzień z Aresztu Śledczego we Włocławku odwożą go na badania w SOR miejscowego szpitala (będąc w celi doznał urazu spadając z łóżka) i po badaniach odwożą go z powrotem do Aresztu. Niestety okazało się, ze mężczyzna ten zmarł w radiowozie. Odległość ze szpitala do Aresztu to jedynie 5 km, który radiowóz ten pokonał w czasie przekraczającym jedną godzinę. Zdjęcia wykonane w prosektorium (przed sekcją) pokazują człowieka z kompletnie zmasakrowana twarzą, z powybijanymi zębami, prawie granatowymi nogami, oraz mocno poranionymi dłońmi. Sekcja wykazała, że obrażenia te zostały spowodowane uderzeniami pięścią, kopniakami i tępokrawędzistym narzędziem. Policja nie ma sobie nic do zarzucenia. Prokuratura wszczęła śledztwo. A ja pytam się raz jeszcze, co się w tej policji dzieje i kto zrobi z tym wreszcie porządek?

Napisz komentarz (2 Komentarze)