Nie milkną echa bezpardonowego ataku na Klub Parlamentarny Lewicy, którego członkowie (poza Andrzejem Rozenkiem, który wstrzymał się od głosu) zagłosowali w sejmie za przyjęciem Krajowego Planu Odbudowy i związanego z nim unijnego Funduszu Odbudowy, czyli za ratyfikacją planu utworzenia przez Unię Europejską systemu zasobów własnych oraz tzw. Funduszu Odbudowy. Odrzucenie tej ustawy skutkowałoby zablokowaniem powstania Funduszu Odbudowy UE, a przez to utratę olbrzymich pieniędzy, jakie otrzymałyby państwa Unii dla ratowania swych gospodarek totalnie zniszczonych przez pandemię wywołaną wirusem SARS-CoV-2. Pieniądze straciłaby także Polska, gdy PiS nie uzyskał w sejmie niezbędnego poparcie innych klubów parlamentarnych, bo jak wiadomo, jeden z jego koalicjantów, a konkretnie minipartyjka (ze śladowym poparciem wyborczym) kierowania przez ministra sprawiedliwości, stanowczo odmówiła głosowania za ustawą. Tym samym znalazła się w opozycji do własnego rządu, który sama współtworzy. I co ciekawe, w rządzie tym (i w koalicji z PiS)) pozostaje. Takiej politycznej paranoi nie spotkamy chyba nigdzie w świecie, ale to już inny temat.

Powstanie Funduszu Odbudowy negocjowano od dłuższego czasu, czego efektem był szczyt UE w lipcu 2020 roku, w którym aktywny udział brał premier rządu RP Mateusz Morawiecki. I to on 20.07.2020 wraz z premierem Węgier zgodził się na powiązanie unijnych funduszy z praworządnością, co było jednym z najdrażliwszych punktów tego szczytu, który ostatecznie uzgodnił Fundusz Odbudowy oraz nowy wieloletni budżet Unii. Chyba każdy pamięta, jak namiętnie minister Ziobro (Solidarna Polska) wzywał Morawieckiego do zgłoszenia weta, co wystarczyłoby na zablokowanie wszelkich decyzji dotyczących tego funduszu. Wszyscy chyba pamiętamy, że przeciw stanowisku Solidarnej Polski gwałtownie sprzeciwiała się Platforma Obywatelska, która nawet opracowała projekt specjalnej rezolucji sejmowej wzywającej radę ministrów (czyli PiS) do osiągnięcia porozumienia w sprawie budżetu unijnego na lata 2021-2027 oraz Funduszu Odbudowy. Za tym, aby Polska żadnego weta nie zgłaszała aktywnie optowały również wszystkie partie polityczne obecne w sejmie, poza Konfederacją, która w tej mierze wspierała stanowisko przyjęte przez pisowskiego koalicjanta.

Premier Morawiecki ministra Ziobry i Konfederatów nie posłuchał, weta nie zgłosił, czego naturalnym efektem było głosowanie w sejmie nad ratyfikacją ustaleń przyjętych na szczycie Unii. I zaczął się cyrk niesamowity, możliwy chyba tylko w Polsce, bo oto nagle Platforma dokonała niesamowitej wolty i zaczęła brutalnie naciskać na pozostałe sejmowe kluby opozycyjne, aby „pisowskiej ustawy” nie poparły, albowiem zamarzył się jej upadek rządu Jarosława Kaczyńskiego i powołanie tzw. rządu technicznego, a także przyspieszone wybory parlamentarne, które zamierzała wygrać i następnie rządzić Polską długo i szczęśliwie. W tym swoim politycznym planie Platforma (ekipa posła Budki) w ogóle nie brała pod uwagę, że żaden rząd techniczny nie jest w stanie powstać, ponieważ Lewica nigdy by się nie zgodziła uczestniczyć w koalicji z Konfederatami.

Z tego też powodu Lewica uznała, że nie ma dla niej alternatywy i aby nie spowodować utraty przez Polskę (i całą UE) naprawdę olbrzymich funduszy pomocowych, stanęła na stanowisku, że głosowanie za ustawą jest nie tylko patriotycznym obowiązkiem ale też wyrazem politycznego i ekonomicznego realizmu. Ponieważ Jarosław Kaczyński oświadczył wyraźnie, że PiS z Platformą żadnych rozmów prowadzić nie będzie, do rozmów tych zdecydowała się przystąpić Lewica, aby chociaż w minimalnym stopniu do opracowywanego przez rząd Krajowego Planu Odbudowy, wprowadzić ustalenia, które gwarantowałyby przekazanie ściśle określonych kwot na ściśle wskazane cele gospodarcze i to w taki sposób, aby PiS nie mógł, nawet w jakimś ograniczonym zakresie, otrzymanych pieniędzy traktować jak swój własny budżet.

No i zaczęła się fala hejtu sterowana przez kierownictwo PO, które zarzuciło Lewicy (też osobiście ustami Borysa Budki i Rafała Trzaskowskiego), że Lewica "zdradziła" opozycję, że weszła w koalicję z PiS, że na pewno sprzedała się za stanowiska i inne profity nie tylko polityczne. Padły przy tym haniebne słowa, określające posłów i działaczy Lewicy jako zdrajców, sprzedawczyków, złodziei, komunistów, a Radosław Sikorski nie miał żadnych oporów, aby rozmowy Lewicy z PiS przyrównać do Paktu Ribbentrop - Mołotow. Doprawdy, na dno moralne jakie osiągnęła Platforma, trudno znaleźć jakiekolwiek porównanie.

Tylko wyjątkowy dureń nie jest w stanie dostrzec, że jedynym celem PO było przejęcie władzy, dla której gotowa była poświęcić przyszłość Polski i wszystkich Polaków i na dodatek namawiała do tego pozostałe ugrupowania polityczne. Na szczęście Lewica wykazała się nie tylko politycznym rozumem, ale też stanowczością. Zresztą w ostatniej chwili po rozum do głowy przyszli posłowie z Klubu Parlamentarnego PSL – Koalicja Polska i koło Polska 2050 Szymona Hołowni. Natomiast Platforma „po hamletowsku” wstrzymała się od głosu, wspierając tym samym posłów z partyjki Ziobry i Konfederatów, którzy programowo są skrajnie antyunijni.

I po tym fakcie PO ma czelność zwyzywać Lewicę od pisowskich koalicjantów (jakoś nie mogą zauważyć, że nie tylko Lewica glosowała za przyjęciem KPO) i zarzucać jej zdradę opozycji. Tym samym ludzie PO i wspierające ich w tym nieustającym hejcie media – wspomnę tylko Gazetę Wyborczą, Newsweek i TVN24 – zapominają o podobnych „koalicjach” PO - PiS, kiedy na przykład w sejmie głosowano ustawy dotyczące powołania IPN, odebrania funkcjonariuszom służb mundurowych III RP słusznie należnych im rent i emerytur i wiele innych, którym akurat Lewica się sprzeciwiała. Zapomnieli też o tym, że haniebną prowokacją wymierzoną w 2005 roku we Włodzimierza Cimoszewicza, umożliwili wybór na prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i o tym, że tak niedawno wspólnie z PiS głosowali przeciwko kandydaturze Piotra Ikonowicza (PPS) na Rzecznika Praw Obywatelskich. A dziś wołają o koalicji PiS - Lewica, o zdradzie, nie zważając na to, że pomiędzy Lewicą a resztą tejże opozycji (czy chociażby tylko PO) żadnej umowy lub porozumienia nie ma i to nie z winy Lewicy.

Przypomnę, że to PSL i Platforma doprowadziły przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku do rozpadu Koalicji Europejskiej (PO, SLD, PSL), co dało zwycięstwo wyborcze koalicji Zjednoczonej Prawicy i zagwarantowało PiS kolejne lata destrukcji polskiej demokracji. Wygląda na to, że PO i jej zwolennicy uważają, iż kiedy parlamentarzyści lewicy głosują tak samo jak PiS, to są "koalicjantami Kaczyńskiego", a kiedy parlamentarzyści Koalicji Obywatelskiej głosują tak samo jak Konfederacja i partyjka Ziobry, to jedynie dotrzymują słowa danego swoim wyborcom. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że spora grupa ludzi, o których interesy dba tylko Lewica, przyjęła platformerską narrację i bezrefleksyjnie przyłączyła się do obrzucania Lewicy błotem. W tym - co uznaję za swoją osobistą porażkę - wielu emerytów mundurowych (na czele z Federacją Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP), którym PO ręka w rękę z PiS odebrali ich słusznie nabyte renty i emerytury i ustawowo uznali za zwyrodniałych bandytów. Zapomnieli, kto ich bronił i broni w polskim sejmie i Parlamencie Europejskim. Szkoda.

Napisz komentarz (3 Komentarze)

Od jakiegoś czasu słyszę w amerykańskiej stacji nadającej program w Polsce, czyli TVN24, zwanej przez niektórych stacją „wolnych mediów”, nieustający atak na Lewicę, która podjęła decyzje o tym, że w sprawie głosowania w sejmie dotyczącego wiadomej kasy z UE, poprze pisowski rząd, albowiem nie można doprowadzić, aby tak wielka góra pieniędzy do Polski nie trafiła. Zwłaszcza, że niejaki Ziobro zdaje sobie sprawę z tego, iż rozumna opozycja, a przynajmniej jej część, do tego nie dopuści, przez co on może swą tekturową szabelką machać do woli i głosić, że walczy o suwerenność Polski, której Unia zagraża. Wie o tym również Wielki Polityczny Deprawator, czyli Jarosław Kaczyński, więc zezwolił tej politycznej kukiełce ową szabelką wymachiwać, aby pokazać światu (a zwłaszcza opozycji w kraju), jaki to w Zjednoczonej Prawicy panuje pluralizm, czego najwyraźniej brak jest po stronie opozycji.

Kiedy słucham wywodu przedstawicieli tejże opozycji i części dziennikarzy niechętnych – co dla mnie jest w pełni zrozumiałe – rządom Deprawatora, a tak chętnie i często pokazywanych w TVN24, to odnoszę wrażenie, że decydenci z TVN24 Polaków (oglądających ten program) mają po prostu za zwykłych durniów. Myślę, że jest to efektem przykładania do wszystkich Polaków, ocen dotyczących poziomu i możliwości intelektualnych obywateli USA, którzy w swej masie są niezwykle podatni na różnego rodzaju brednie nie tylko polityczne.

Nie wierzycie? No to posłuchajcie.

Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe (tzw. Partia Obrotowa) oraz wspierająca te partie grupa dziennikarzy, z miejsca okrzyknęła Lewicę mianem zdrajców, którzy „z wiadomych powodów” poszli na współpracę z Deprawatorem przez co pozwolą mu na uzyskanie sejmie wymaganej liczby poselskich głosów. Tezę o zdradzie opozycji przez Lwicę, powtarzają z lubością non stop od kilku dni, dowodząc, że Deprawatorowi nie wolno wierzyć i to, co Lewica niby ugrała, po głosowaniu zostanie wyrzucone do kosza. Stanowisko Lewicy świadczy nie tylko o jej przewrotności, ale też i o wielkiej naiwności będącej efektem braku doświadczenia (sam to na własne uszy słyszałem) i umiejętności ogarnięcia całości problemu. PO i PSL oczywiście to doświadczeni i zdolności posiada, a więc Lewica winna się słuchać i czynić to, co oni jej wskażą.

A co oni (PO i PSL) czynić zamierzają?

Otóż dokładnie to, co uczyniła Lewica, czyli dogadywania się z deprawatorem, który ma przedstawić gwarancje, iż przyjętych ustaleń dotrzyma. Opowiadając takie dyrdymały, nawet nie zadają sobie trudu, aby wyjaśnić ciemnemu antypisowskiemu ludowi, z jakich to powodów Wielki Deprawator miały dotrzyma słowa, kiedy oni twierdzą, że tego danego Lewicy nie dotrzyma. Wydaje mi się, że decydenci tej jankeskiej stacji uważają, iż brednie w niej głoszone (dot. Lewicy) zostaną bezrefleksyjnie przez ciemny antypisowski lud kupione, tak samo jak brednie sączone co dnia TVP Info.

Wspomniani decydenci (kształtujący linię programowa TVN24) nawet się nie zająkną, że w rezultacie – niezależnie od wyników rozmów z Deprawatorem) również PO i PSL zagłosują w sejmie za wielką górą szmalu, bo tego wymaga dobrze rozumiany interes całej Unii Europejskiej i dobro Polski, jako pełnoprawnego jej członka.

O co więc chodzi?

To proste. Chodzi o to, aby ciemnemu antypisowskiemu ludowi w maksymalny sposób Lewice obrzydzić, spowodować niewiarę w jej cele, program i polityczno-gospodarcze intencje. Dlatego też sącząc codziennie te brednie, nie dopuszczają do głosu przedstawicieli lewicy, których praktycznie w TVN24 ani widać, ani słychać. A jeżeli już, to zapraszają tylko tych, którzy nie potrafią mówić w sposób przekonywający, powtarzający jak mantrę - aż do znudzenia – kilka zdań, które chociaż słuszne, to w rezultacie zaczynają wywoływać uśmiech politowania. Bo ciągle powtarzanym argumentem jest zdanie, ze Lewica chce , aby ta kupa szmalu trafiła do Polek i Polaków, bo to są ich pieniądze i się im słusznie należą. Brzmi to jak często powtarzana swego czasu pisowska fraza w rodzaju „przez osiem ostatnich lat Platforma …”.

Czy Lewica nie ma innych argumentów, które obnażyłyby miałkość i cynizm ataków ze strony panów Budków i Kosiniaków? Brak im mądrych i odważnych polemistów?

Nie sadzę, ale uważam, że ciągłe wystawianie tych samych lewicowych „orłów intelektu”, Lewicy i Polakom nie tylko szkodzi, ale nawet zaczyna ją ośmieszać. Widać to już po tym, jak spora cześć lewicowego elektoratu kupiła brednie TVN24 i tej niby „prawdziwej” opozycji, co to się pipsowskim kulom nie kłania. Był taki jeden, co się nie kłaniał i wszyscy (tak myślę) wiedzą, jak skończył. A ci, którzy znów uwierzą Platformie, obudzą się ponownie z ręką w nocniku, z czego najbardziej cieszyć się będzie Wielki Deprawator. Czy jego przeciwnicy naprawdę mają akwariową pamięć złotej rybki ? No cóż, na to niestety wygląda.

Napisz komentarz (7 Komentarzy)

 Obserwując to, co się wokół rejestracji do szczepienia przeciwko COVID-19 dzieje (sam rejestrowałem się przy pomocy Profilu Zaufanego na druga połowę lutego 2021), przyszła mi do głowy myśl, że jednak coś z tymi szczepieniami jest nie tak. Przecież w wyniku pandemii rząd zastosował środki ochronne, których restrykcyjny charakter położył i zapewne jeszcze skuteczniej położy całą naszą gospodarkę, a setki tysięcy ludzi pozostawi bez środków do życia i na dodatek pozbawi ich całego dorobku, gwarantującego nie tylko im, ale też zatrudnianym przez nich pracownikom, możliwość godnej egzystencji. Pomyślałem sobie, że przecież państwu winno przede wszystkim zależeć na tym, aby ratować nie tylko gospodarkę, ale przede wszystkim ludzi, których praca państwo to utrzymuje i daje mu środki na jako takie sprawne funkcjonowanie. Dlatego zacząłem się dziwić, że nikt z rządzących, a zwłaszcza narodowy wicepremier i kierowany przez niego narodowy rząd, nie wpadł na to, iż zaproponowany system i organizacja szczepień została postawiona na głowie, co może najskuteczniej przyczynić się do gospodarczej zapaści. Bo wydaje mi się, że w pierwszej kolejności (oczywiście po służbie zdrowia) zaszczepieni powinni zostać wszyscy ci, którzy mimo pandemii muszą pracować, nauczać, bronić porządku publicznego, administrować i prowadzić wszelakie firmy, w których na życie zarabia olbrzymia masa Polaków. Słowem wszyscy ci, którzy świadczą i dają innym pracę, bo to oni narażeni są na częste wzajemne kontakty, które wirusowi ułatwiają coraz bardziej niebezpieczne panoszenie się.

Będę brutalny, ale przypomnę, że jesteśmy w stanie wojny z tymże wirusem, a na wojnie uzbraja się przede wszystkim tych, którzy z wrogiem walczą na pierwszej linii. W dobie pandemii walczącymi zaś są ci, którzy muszą wykonywać swe obowiązki, aby państwo i społeczeństwo mogło normalnie funkcjonować, co będzie możliwe jedynie wtedy, kiedy świadczący pracę i usługi, zostaną uodpornieni na wirusa. Jeszcze raz będę brutalny (bo takie jest życie) i przypomnę, że ludzkie życie jest czasowo ograniczone bo biologia jest bezwzględna, co powoduje, że każdy z nas po osiągnięciu dającego się mniej więcej określić wieku, będzie musiał – czy chce tego, czy nie - przenieść się do krainy wszelkiej szczęśliwości, jak wierzą jedni, lub w otchłań niebytu, tak twierdza inni, w tym i ja sam. A to właśnie takich jak ja, narodowy rząd uznał za najbardziej wymagających ochrony. Wiem, że to bardzo humanitarne, ale wojnę wygrywa się bezwzględnością działań.

Myślę, że mam prawo tak mówić, ponieważ sam osiągnąłem wiek, w którym bardzo wielu moich znajomych już się z tego świata wyniosło, a kres dalszej życiowej wędrówki dla moich równolatków zbliża się nieuchronnie. Dlatego zdecydowanie wolę, aby prędzej ode mnie szczepionki otrzymały moje dzieci, które chcąc czy nie, codziennie muszą iść do pracy i spotykać się z dziesiątkami różnych osób, z których nie wiadomo kto zdrowy, a kto nie. Ja, jak i wszyscy inni emeryci i renciści, możemy czas pandemii przesiedzieć w domu, otoczeni opieką i pomocą rodziny, przez co nie narażając się bezpośrednio na „złapanie wirusa”. Dlatego myślę, że powinniśmy być zaszczepieni na końcu, bo mimo wszystko, to nie my jesteśmy dźwignią gospodarki i nie my możemy ją uratować. Wiem, że po tym tekście posypią się na moją głowę straszne gromy, ale takie jest moje przekonanie i dlatego je tu wyraziłem.

Od marca 2020 roku praktycznie siedzę w domu, bo losu nie chcę kusić, aby przyspieszać osiągnięcia mety, ale czuję się wolny, bo jak twierdzą marksiści, wolność to uświadomiona konieczność, a ja świadom konieczności tych wszystkich ograniczeń jestem jak najbardziej. I dlatego staram się stosować do wszelkich wyznaczonych przez narodowy rząd restrykcji, chociaż świadomy jestem tego, iż wszystkie one są bezprawne, ponieważ naruszają podstawowe prawo obywateli zagwarantowane nam Konstytucją RP.

Świadomość bezprawności działań narodowego rządu, stanowi skuteczną broń, jaką posługiwać coraz częściej zaczynają wszyscy ci, którzy zdają sobie sprawę z tego, że jeszcze trochę, a ich biznesy padną, a im samym oraz ich pracownikom przyjdzie zdychać z głodu. Dlatego ruch obywatelskiego sprzeciwu zatacza coraz szersze kręgi, obejmujące nawet górali, którzy do tej pory murem za narodowym rządem z ciupagami w dłoni stali. Teraz temu rządowi wygrażają i złorzeczą, organizując się w stowarzyszenie „Veto”, a jeżeli oni zaczęli się buntować, to dla owego rządu nie jest to dobrą wróżbą. I dlatego myślę, że nie tylko masowe manifestacje kobiet i młodzieży zbulwersowanej poczynaniami rządzących, stoją za ostatnim projektem ustawy dotyczącej „ziobrowych mandatów”, ale także coraz częstsze otwieranie restauracji, hoteli, stoków narciarskich, których właściciele czynią to w desperacji, ponieważ rządowa pomoc bardziej ich dobija niż rzeczywiście pomaga. Policjanci nie mogą doprowadzić do zamknięcia wszystkich tych obiektów i pilnowania, aby zamknięte były, ale są w stanie nawet kilka razy dziennie je odwiedzić i wlepić im mandat, którego moc obowiązująca następować będzie z chwilą jego wypisania, a wysokość grzywny i natychmiastowa jej ściągalność błyskawiczne tym buntującym się bankructwo zagwarantuje. Szybciej niż tak zwanylockdown” czyli mówiąc po polsku, zamknięcie. I nawet jak po latach pieniądze odzyskają, to będą mogli je przeznaczyć jedynie na przysłowiowe waciki.

A gdyby ci właściciele i ich pracownicy zostali wcześniej zaszczepieni, a z ich usług korzystali zaszczepieni inni pracujący, a więc posiadający pieniądze, to i pandemia szybciej by podwinęła ogon i budżet państwa strat by nie ponosił. Ale to tylko takie „wymądrzanie się” emeryta, który z racji wieku stał się oczkiem w głowie rządzących. Bo wiadomo, że poza góralami, to rząd ten emerytami i rencistami stoi, a do wyborów jeszcze tylko trzy lata. Więc hasło „oni dajom” musi stale wybrzmiewać, aby narodowy wicepremier i jego rząd, mogli spokojnie zasypiać.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Od kilku dni głośno w kraju o zabójstwie mieszkańca Kamiennej Góry, którego dokonał Walter Ryszard R. ps. "Brzytwa", którego przed laty rozpracowywałem jako zabójcę Kazimiery G. ze Świdnicy. Kiedy został zatrzymany, poruszał się samochodem m-ki "polonez", przez co mogliśmy go dopisać jako sprawcę zabójstwa złotnika z Jeleniej Góry - Mieczysława G. - którego kryminalni z tego miasta poszukiwali jako zaginionego. Nasze podejrzenie zmieniło się w pewność, gdy ze zbiornika w byłym kamieniołomie w Rogoźnicy (Gross Rosen) wyciągnęliśmy dwa związane ze sobą worki, w których znajdowały się ciała Kazimiery G. i Mieczysława G.
Michał Fajbusiewicz podejrzewa, że "Brzytwa" mógł być zabójcą seryjnym, ale ja tego nie potwierdzam. W 1990-91 analizowaliśmy niewykryte zabójstwa i żadne z nich nie udało się nam (i kolegom z Biura Kryminalnego KGP) dopasować do "Brzytwy", a raczej "Brzytwy" do któregoś z tych zabójstw. 

Brzytwa” po ostatnim wyroku (ZK Kłodzko) w Świdnicy pojawił się 04.01.1989 r. W lutym zadzwonił do Kazimiery G. i przedstawił się jako stary przyjaciel jej męża Gintera, z którym przed laty stracił kontakt. Kilka razy odwiedził ją w jej mieszkaniu, a w marcu na dancingu w rest. Piast" przysiadł się do jej stolika, przy którym siedziała z parą swoich znajomych. Po dancingu zaprosiła wszystkich do swego mieszkania i wówczas w trakcie biesiady, zauważyła, że z torby zniknęło jej 12 000 000 zł (dziś to 1200 zł) oraz prawie 0,5 kg złotej biżuterii, którą p. Kazimiera bała się zostawiać w mieszkaniu. Wówczas "Brzytwa" obiecał jej, że zrobi wszystko, aby ustalić złodzieja i odzyskać pieniądze i złoto. Nie muszę dodawać, że ta "akcja" z kradzieżą" była zwykłą "ustawką", mająca wywołać u p. Kazi zaufanie do tak rycerskiego człowieka. Za dwa dni przyprowadził go do jej mieszkania, przez co p. Kazia odzyskała 8000000 zł i prawie całą skradzioną biżuterię. Złodziej powiedział, że 4000000 zł przepili, ale odda jej za jakiś czas. Oczywiście już nie zdążył. 28 czerwca 1989 roku Kazia z narzeczonym, czyli "Brzytwą" odwiedzili jej rodzinę w Łodzi, gdzie został przedstawiony jako zamożny złotnik ze Świdnicy. Po dwóch dniach wyjechali i po pani Kazimierze G. wszelki ślad zaginał. 

Po wyjściu z zakładu karnego (w 2015 roku) zamieszkał na stałe w Wałbrzychu, ale nie miałem okazji go na mieście spotkać, chociaż nie wątpię, że przeniósł się tu z tego powodu, iż jego „herbatniki” ze Świdnicy powymierali, a dla tamtejszego młodego pokolenia jest tylko staruszkiem, o którym wszyscy już zapomnieli. W Wałbrzychu natomiast mieszka jeszcze kilku takich (sporo od niego młodszych), z którymi do 1990 roku przeróżne „lody kręcił”, przez co zanim go dopadliśmy, byli na naszym „widelcu”. Jednym z nich jest ps. „Amor”, który chyba ze dwa razy przywoził mi pozdrowienia od siedzących w ZK we Wronach „Brzytwy”, „Pstrąga” z Wrocławia i „Janosika” z Jeleniej Góry. Wszyscy oni byli obiektem prowadzonych przeze mnie spraw i trafili na 25 lat do więzienia. 

W pogoni za „Brzytwą” 

Latem 1988 lub 1989 roku ówczesny naczelnik wydziału kryminalnego Janek Sosnowski z Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Świdnicy poinformował mnie, że zaginęła jedna z mieszkanek tego miasta Kazimiera G., a pewne okoliczności jej zniknięcia pozwalają zakładać, że może to się wiązać z przestępstwem na jej osobie. Przy pomocy Straży Pożarnej weszliśmy przez okno na I piętrze do mieszkania i okazało się, że jego wygląd wskazuje, iż zostały z niego wyniesione cenniejsze przedmioty, w tym drogi telewizor i magnetowid (w jakiejś szufladzie znaleźliśmy instrukcje) i panował spory bałagan, wskazujący na przeszukiwanie kilku pomieszczeń. Innych śladów nie było. 

W związku z tym Janek zarządził wszczęcie formalnych poszukiwań pani Kazimiery, a ja przekonałem mojego ówczesnego szefa śp. płk Eugeniusza Karłowskiego (naczelnika wydziału kryminalnego Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych), że nie mam żadnych wątpliwości, iż kobieta została pozbawiona życia. Pamiętam, że moi koledzy w komendzie podkpiwali sobie, że Bartkiewicz się nudzi, więc sobie zabójstwo wymyślił. Ponieważ jedno z moich źródeł operacyjnych zdążyło mnie poinformować, że zwłoki p. Kazimiery zostały zatopione w jeziorku „Daisy” koło Mokrzeszowa, wszczętemu rozpracowaniu nadałem krypt. „Daisy” i przystąpiliśmy do penetracji dna tego zbiornika. Zwłok tam nie znaleźliśmy, ale za to wyciągnęliśmy na brzeg motocykl (nr. rej z wyróżnikiem XM). Po wydobyciu tego "zabytkowego" egzemplarza, który zachował swą sprawność mechaniczna, schowaliśmy go do jednego z "wapienników" znajdujących się przy zbiorniku. Mieliśmy zamiar w dniu następnym zabrać go do Komendy, ale rano okazało się, ze ktoś nam ten motocykl "zajumał".

     Od drugi lewej strony -ja, następnie śp. Jurek Konarzewski ps. "Dziadek", na motocyklu Krzysiek Kobusiński i ostatni, szef ekipy płetwonurków

Po jakimś czasie udało mi się dotrzeć do osoby, która od „Brzytwy” kupiła samochód marki „volvo”, będące własnością Kazimiery G. Sprzedał go na podstawie sfałszowanego notarialnego pełnomocnictwa. Ciekawa była sprawa z tym pełnomocnictwem, ponieważ było ono oryginalne, ale podpis p. Kazimiery sfałszowany, ale to już inna historia. Dogadałem się wówczas z red. Michałem Fajbusiewiczem z programy „997”, że zrealizujemy program o poszukiwaniu „Brzytwy” za kradzież samochodu i podejrzenie, że mógł p. Kazimierę pozbawić życia. 

W trakcie emisji programu Posterunek MO w Lubawce uzyskał informację, że poszukiwany facet właśnie pakuje się do Poloneza w jednej miejscowości pod Lubawką. Okazało się, że „Brzytwa” oglądał program Michała i postanowił natychmiast zniknąć, lecz miał pecha, bo szybko zorganizowana akcja z Lubawki doprowadziła do zatrzymania go w pościgu. Zresztą musieli użyć broni, aby go zmusić, aby się zatrzymał. Było to chyba na jesieni 1989 roku, ponieważ program „997” kręciliśmy w Świdnicy latem, więc emisja musiała być chyba na jesieni tego właśnie roku.

Jak się okazało, samochód „polonez”, którym „Brzytwa” się poruszał, należał do Mieczysława G. złotnika z Jeleniej Góry, który był przez tamtejszych policjantów poszukiwany jako zaginiony. Po dalszych kilku miesiącach intensywnej pracy operacyjnej udało się nam odnaleźć zwłoki p. Kazimiery. Zostały one poćwiartowane i w worku wrzucone do jednego ze zbiorników wodnych w kamieniołomach byłego obozu Gross Rosen w Rogoźnicy. Ku naszemu zdumieni obok tego worka był drugi, w którym znajdowały się poćwiartowane zwłoki mężczyzny. Szybko się okazało, że było to ciało zaginionego Mieczysława G. z Jeleniej Góry. I wszystko stało się jasne. Prokuratura Wojewódzka z/s w Świdnicy, na podstawie materiału dowodowego jaki mi się udało zebrać w trakcie rozpracowania, postawiła „Brzytwie” dwa zarzuty zabójstwa, za co został skazany na podwójne 25 lat pozbawienia wolności. Niestety – tak jak wspomniałem wyżej - w Polsce wyroków się nie sumuje, więc po 25 latach wyszedł na wolność i zamieszkał w Wałbrzychu.

Prowadzone wówczas działania operacyjne, obfitowały historie i zwroty akcji godne dobrego filmu kryminalnego, co zresztą opiszę w planowanej książce dotyczącej tej niezwykle skomplikowanej sprawy. Tu wspomnę tylko o naszych działaniach na terenie Poddębic, Gorzowa Wielkopolskiego, Strzelc Krajeńskich, nocne przeszukiwanie grobowca w Świdnicy, pomoc wałbrzyskiego duchowieństwa i Żandarmerii Wojskowej w Świdnicy. Sporo tego było.

Teraz wspominając tamtą historię (której życie dopisało ponure zakończenie), chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy wówczas w sprawę mocno się zaangażowali i wspomagali mnie w prowadzonych działaniach. Przede wszystkim Jankowi Sosnowskiemu ze Świdnicy i Heńkowi Brudnikowi z dochodzeniówki WUSW w Wałbrzychu. Dziękuję też moim kolegom z ówczesnej sekcji I wydz. kryminalnego WUSW a następnie KWP w Wałbrzychu.

Załączniki:
Adres URL:
Dostęp do URL (https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/wroclaw/brzytwa-wpadl-w-czasie-emisji-997/b56kkq9?utm_source=_viasg_fakt&utm_medium=direct&utm_campaign=leo_automatic&srcc=ucs)b56kkq9
Napisz komentarz (2 Komentarze)

 Chyba w piątek (08.01.2021) w programie „Fakty po faktach” (TVN 24) miałem okazję wysłuchać (częściowo, ponieważ po kilku minutach przełączyłem się na HBO) bełkotu dwóch panów, z których jeden był zdaje się jakimś narodowym ministrem lub wiceministrem z narodowego rządu narodowego wicepremiera Jarosława. Drugim był poseł z PO, którego nazwiska już nie pomnę. Obydwaj zajmowali się wymianą bzdur na temat nowej propozycji niszczenia narodowego systemu prawa, w postaci jego zmiany, co do stosowania mandatów karnych.

Rzecz ma się tak, że ponoć grupa narodowych posłów z politycznej kanapki zwanej Solidarną Polską (poparcie na poziomie błędu statystycznego), złożyła projekt zmian ustawowych, oparty na pomyśle narodowego ministra Ziobry z narodowego etc. etc. Pomysł ten zakłada, że obywatel, którego narodowy funkcjonariusz policji zechce ukarać narodowym mandatem, nie będzie miał możliwości odmowy jego przyjęcia. Bo nawet jeżeli oświadczy, że mandatu nie przyjmuje, to i tak narodowe państwo nałożoną karę wyegzekwuje w drodze postępowania administracyjnego, przy ewentualnym wykorzystaniu komornika. A mandaty (grzywna) mogą sięgać nawet 5 tys. zł., więc komornik z miejsca zablokuje wynagrodzenia względnie konta, albo przyjdzie zabrać z domu co cenniejsze (mogące znaleźć kupca) przedmioty. I na dodatek do tych 5 tys. zł dołoży jeszcze koszty postępowania egzekucyjnego oraz (przewidywalne) koszty zastępstwa procesowego wierzyciela.

Oczywiście obywatelowi będzie służyło prawo do wniosku skierowanego do sądu o unieważnienie mandatu, co na pewno nie zastanie załatwione w ciągu kilku dni, a więc na orzeczenie sądowe przyjdzie czekać przez naprawdę długie miesiące, bez gwarancji wygranej. A to wiąże się z kolejnymi kosztami przegranego procesu. Aby obywatelowi obrzydzić dochodzenie sprawiedliwości, na złożenie skargi będzie miał tylko 7 dni, a w skardze będzie musiał podać wszystkie dowody swojej niewinności, pod rygorem zakazu zgłaszania nowych dowodów po dacie złożenia skargi. Tym samym narodowy minister planuje zablokowanie pełnego udokumentowania stanu faktycznego danego zdarzenia, będącego powodem zastosowania mandatu, bo przez 7 dni zwykły obywatel (nie znający z reguły zasad prawa) nie zdąży z zabezpieczeniem wszystkich dowodów, a przede wszystkim nie będzie umiał napisać profesjonalnej skargi do sądu, co może się łączyć z jej odrzuceniem z powodów formalnych.

W uzasadnieniu projektu stoi jak byk, że jednym z ważnych powodów jego złożenia, jest to, że obywatel odmawiając przyjęcia mandatu działa pod presją emocji, przez co tylko sam sobie szkodzi, a jednocześnie przyczynia się do nadmiernego obciążenia sądów zbędnymi postępowaniami. Szkoda, że narodowi posłowie, którzy taki wniosek złożyli, nie sprawdzili wcześniej, że sprawy dotyczące odmów przyjęcia mandatów, to w skali roku jedynie 1% wszystkich wszczynanych w sadach postępowań. Ja się temu nie dziwię, bo zdaje się pojemność ich czaszek nie pozwala na rozwiniecie głębszej myśli.

Inna sprawa, że ten poselsko-narodowy wykwit intelektu ze znakiem ujemnym, dokona światowej rewolucji w demokratycznych systemach prawnych, w których to państwo musi udowodnić obywatelowi, że dopuścił się złamania prawa, a nie obywatel udowadniać, że nie jest wielbłądem. Taki system, jakim narodowy obłęd chce nas uszczęśliwić, to system państwa policyjnego, charakterystyczny dla różnego rodzaju satrapii, w których obywatel jest nic nie znaczącym pyłkiem, a zasadzie zwykłym śmieciem.

Ale sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało, wrzucając nie tak dawno karty z głosami do urn.

Wracając do wymiany głupot przez rzeczonych panów, to poszło o to, że ten z narodowego rządu powoływał się właśnie na kretyńskie argumenty, jakie narodowi posłowie zapisali w uzasadnieniu projektu, a ten jego oponent z opozycji (PO), starał się nieudolnie je obalić. Przełączyłem się na HBO w momencie, kiedy uznałem, że obaj mogą pochwalić się porównywalnym poziomem intelektu i zdolności i szybkiej skutecznej repliki.

Nie mogłem się nadziwić, że na argument facecika z rządu, iż proponowane zmiany mają uchronić obywatela przed traumą spowodowaną tym, iż (UWAGA, UWAGA) obecnie przyjęcie mandatu powoduje brak możliwości jego późniejszego uchylenia. Ja na miejscu tego z PO od razu odpowiedziałbym facecikowi, że w takim razie, niech wprowadzą zmianę prawa polegająca na tym, że odwołać do sądu się będzie można od każdego nałożonego, a przyjętego przez obywatela mandatu, z zachowaniem prawa do odmowy jego przyjęcia. Wówczas (tak jak obecnie) wniosek do sądu złoży organ, który chciał mandat nałożyć, albo obywatel, który uznałby, że nałożony prawomocny mandat jest bezprawny . I to byłoby naprawdę dla obywatela korzystne posunięcie. Bardzo proste i skuteczne, ale tu nie o to przecież chodzi, tylko o to, aby obywatelowi założyć obroże z łańcuchem oraz dodatkowo kaganiec z kneblem i umożliwić narodowemu rządowi dalej śnić o narodowej szczęśliwości narodu.

Zresztą dziwię się (chociaż coraz rzadziej), że obaj ci panowie opowiadali o nieuchronności egzekucji przyjętego przez obywatela mandatu, co niestety powtórzył występujący po nich bardzo ceniony przeze mnie profesor prawa. Otóż nie jest to prawda, o czym każdy może się przekonać zapoznając się z treścią art. 101 §1 kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia, wedle którego prawomocny mandat karny podlega niezwłocznie uchyleniu, jeżeli grzywnę nałożono za czyn niebędący czynem zabronionym jako wykroczenie albo na osobę, która popełniła czyn zabroniony przed ukończeniem 17 lat, albo gdy ustawa stanowi, że sprawca nie popełnia wykroczenia z przyczyn, o których mowa w art. 15–17 Kodeksu wykroczeń.

Przy okazji podpowiem, że bardzo ciekawie przedstawia się treść wspomnianych art. art. 15-16, ponieważ według nich nie popełnia wykroczenia, kto w obronie koniecznej odpiera bezpośredni bezprawny zamach na jakiekolwiek dobro chronione prawem, albo kto działa w celu uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego dobru chronionemu prawem. Myślę, że wiele sądów uzna, iż niepodporządkowanie się bezprawnym rozporządzeniom ministra łamiącym Konstytucję, która jest dobrem chronionym przez prawo, żadnym wykroczeniem nie jest i nałożone i prawomocne mandaty uchyli. Trzeba tylko umieć się bronić, ale aby to czynić, trzeba się przysługującym obywatelowi prawem zapoznać.

* * *

Od dawien dawna twierdzę, że pisizm to żaden nurt polityczny, tylko klasyczny przykład stanu umysłu, zainfekowanego wirusem intelektu bezobjawowego. Jego wiadomym znakiem rozpoznawczym jest przede wszystkim durnowaty wyraz twarzy i zachowanie, jak po spożyciu psiej pietruszki, czyli pospolitego blekotu inaczej szalejem zwanym. Nie przypuszczałem jednak, że pisizm, tak jak COVID-19, może roznosić się sposobem kropelkowym, co na zakażenie naraża każdego, kto przez dłuższy czas obcuje z już zarażonym.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 30 listopada, a więc w Andrzejki, w Sądzie Okręgowym w Świdnicy zapadł wyrok (już prawomocny) w sprawie pana Andrzeja z Wałbrzycha. Więcej na ten temat będzie można przeczytać w jutrzejszym wydaniu tygodnika DB 2010. Pan Andrzej został skazany na 2 lata bezwzględnej kary pozbawienia wolności, za przypisany mu rozbój, którego miał się dopuścić w 2013 i 2019 roku.

Problem w tym, że osoba mająca być ofiarę jego bandyckich czynów, twierdzi uporczywie, że żadnego rozboju nie było, pan Andrzej jej nie napadł, a pieniądze (15 zł.) dała mu sama z siebie za konserwy mięsne, które jej przyniósł. Że tak faktycznie było miała świadka, czyli swą koleżankę i jednocześnie właścicielkę mieszkaniu, w którym rzekomy rozbój miał mieć miejsce. Ale co to za świadkowie, jeżeli obie panie są już w wieku dosyć daleko posuniętym w czasie, bo jedna ma 83 a druga 94 lata. Obie więc dla sądu nie były wiarygodne, bo kto to widział, aby tak wiekowe kobiety mogły się orientować w tym, co się wokół nich w rzeczywistości dzieje.

A ja znam je osobiście i wielką przyjemność sprawiają mi rozmowy z nimi, podczas których mam okazję za każdym razem podziwiać ich sprawność i umysłową i fizyczną, zdolność obserwacji i trafnego puentowania tego, czego dotyczyły nasze rozmowy. Dla sądów były niewiarygodne, bo stare …. Inaczej nie jestem w stanie zrozumieć logiki jaką się oba sądy kierowały.

Dziś poznałem pewne kulisy tego prawomocnego już wyroku, których nie znałem przed wysłaniem tekstu do Redakcji. Szkoda, bo rzecz niesłychanie mnie zbulwersowała.

Dlaczego?

Ano dlatego, że jako prawnik z wykształcenia i osoba, która w niezbyt odległej przeszłości uczestniczyła w stosowaniu prawa, a i dziś w jakiś sposób w tym dalej uczestniczy, wiem bez wątpliwości, że z art. 49 §1 k.k. wynika, iż pokrzywdzonym jest osoba, której dobro prawne zostało bezpośrednio naruszone lub zagrożone przez przestępstwo, a więc nie ma przestępstwa, kiedy takiej osoby nie ma.

Oczywiście prokurator ma obowiązek ścigania z urzędu każdego przestępstwa rozboju, nawet wówczas, kiedy wskazana przez prokuratora osoba twierdzi, że ofiarą rozboju nie była. Postawienie podejrzanemu zarzutu, to wilcze prawo prokuratury. Ale sąd jest od tego, aby trzymać się ściśle kodeksu karnego. A ten mówi wyraźnie: nie ma pokrzywdzonego, nie ma przestępstwa. A jednak pan Andrzej został skazany.

Mało tego.

Ponieważ dowodowo sprawstwo rozboju p. Andrzeja było cieniutkie, prokuratura sięgnęła do starej sprawy (z 2013 r.), w której wszczęto postępowanie sprawdzające, w wyniku którego zostało wydane postanowienie prokuratury o umorzeniu, z uwagi na brak czynu przestępczego. Chodziło o to, że przed laty p. Andrzej trochę na swą życiową towarzyszkę nakrzyczał, używając słów, które dziś i w parlamencie, i na manifestacjach ulicznych padają często, a gęsto. Jednakże jego partnerka życiowa nie chciała go o nic oskarżać i po tym incydencie dalej sobie spokojnie żyli i wspólnie mieszkali.

oto nagle umorzona sprawa – bez wniosku rzekomo pokrzywdzonej – znalazła się na sądowej tapecie i za tamtą sprawę SąRejonowy w Wałbrzychu skazał go, dobijając do niej sprawę rozboju. Po połączeniu wyglądało to już bardziej groźnie i tłumaczyło niespodziewaną surowość sądu, który p. Andrzeja skazał na dwa lata za kratami. Bez zawiasów.

Utrzymał to w mocy Sąd Okręgowy, który nie mając ku temu żadnych dowodów i podstaw,  uznał tamtą starą sprawę za rozbój i skazał p. Andrzeja za dwa takie same czyny, co jeszcze bardziej surowość wyroku usprawiedliwiać miało. A ja się pytam, gdzie tu prawo i sprawiedliwość do cholery? Czy w 2013 roku ktoś rozbój zgłaszał? A przypomnę, że sprawa dotyczyła niewłaściwego zachowania się p. Andrzeja w stosunku do swojej partnerki, a więc sprawa ścigana na wniosek. A wniosku nie było.

30 listopada sędzia dokonał zmiany kwalifikacji czynu i aby to zrobić, powołał na świadka funkcjonariuszy biorących wówczas udział w postępowaniu. Stawiła się jedna funkcjonariuszka, która zeznała, że nic z tamtych czasów nie pamięta i nie pomogło jej nawet odczytanie treści jej notatki służbowej. I co robi sąd? Uznaje treść notatki za dowód i na tej podstawie zmienia kwalifikację. A zgodnie z prawem notatki służbowe policjantów nie stanowią i nie mogą być traktowane jako dowód w sprawie. Policjantka podejrzeń sędziego nie potwierdziła, więc sędzia zmieniając kwalifikację czynu na podstawie niedopuszczanej jako dowód notatki, złamał prawo. A p. Andrzej go nie złamał. Więc kto kim jest?

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (Notatka jako dowód.pdf)1. Notatka jako dowód.
Napisz komentarz (2 Komentarze)