17 września 1939 roku Armia Czerwona wkroczyła do Polski, a jedną z osobistych dla mnie konsekwencji tego wydarzenia, było zamordowanie w 1940 roku przez NKWD w Kozielsku, mojego wujka Tadeusza Drożdża. 

81 lat temu, 17 września 1939 roku, Armia Czerwona wkroczyła do Polski, realizując postanowienia Paktu Ribbentrop – Mołotow. Dlaczego Stalin pakt taki z Hitlerem zawarł, to całkiem osobna historia i wiele razy na ten temat się wypowiadałem i pisałem. Nie negując faktu, że był to akt jawnej agresji, nie trudno jednak nie zauważyć, że był on również efektem dalekowzrocznej polityki Stalina, który nie miał najmniejszej wątpliwości, że prędzej czy później Hitler wyda rozkaz ataku na Związek Radziecki. Nie przewidział jedynie, że atak ten nastąpi tak szybko. Jednakże ta decyzja Stalina – o podpisaniu Paktu i wkroczeniu Armii Czerwonej na tereny Polski, w rezultacie uchroniła ZSRR przed klęską, a tym samym miała decydujący wpływ na dalsze losy wojny, w tym z jej zakończeniem podpisaną kapitulacją w maju 1945 roku. 

Niemcy od 3 września 1939 roku nieustająco ponaglali Stalina, ażeby zajął obszary, ustalone w pakcie Ribbentrop-Mołotow jako strefa interesów ZSRR, ale Stalin zwlekał z podjęciem takiej decyzji. Mimo wszystko czekał na to, jak zachowają się wobec niemieckiej agresji na Polskę Wielka Brytania i Francja. A jak ta pomoc - określona przecież w podpisanych z Polską umowach sojuszniczych – wyglądała, wiedzieć powinien każdy Polak. 17 września Stalin uznał, że nie ma na co czekać, bo kiedy Hitler uderzy na niego, również i on pomocy od Anglii, Francji czy USA nie otrzyma. 

Gdyby nie to, że Armia Czerwona we wrześniu 1939 roku przesunęła granice ZSRR o 300 km na zachód, w 1941 roku hitlerowskie hordy pod murami Moskwy stanęłyby na długo przed nadejściem zimy. A to właśnie sroga rosyjska zima w głównej mierze w 1941 roku spowodowała zatrzymanie impetu natarcia Niemców. Dzięki temu Hitler Moskwy nie zdobył, a Stalin uzyskał czas na przygotowanie się do dalszej obrony, a następnie ofensywy na zachód. Czym się to skończyło, wszyscy wiemy. 

Nie zmienia to faktu, że 17 września ZSRR dokonał wrogiej agresji, ale jednocześnie nie można zapomnieć, że mimo tej agresji Polska nie znalazła się w ZSRR w stanie wojny. Wieczorem 17 września Naczelny Wódz wydał następujący rozkaz: 

"Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony albo próby rozbrojenia oddziałów. (...) Miasta, do których podejdą bolszewicy, powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii". 

Władze polskie wzywając do unikania walki z Armią Czerwoną nie uznały jej wkroczenia za powód do wypowiedzenia wojny i nie zerwały stosunków dyplomatycznych z Moskwą. Jedyną ich reakcją była paniczna ucieczka do Rumunii, do czego się przygotowywały czekając na granicy z tym państwem już od 15 i 16 września. A więc wiele godzin przed tym, kiedy Stalin wydał rozkaz wkroczenia do Polski.

17 września mój wujek Tadeusz Drożdż, jako członek Związku Strzeleckiego, przyłączył się z grupą kolegów do jednego z oddziałów Polskiego Wojska, do którego prawdopodobnie rozkaz Naczelnego Wodza nie dotarł i brał udział w walkach, jakie oddział ten stoczył z oddziałami Armii Czerwonej. Zostali rozbici i poszli do niewoli, a wujek Tadek, jako syn policjanta, trafił do Kozielska, gdzie też został później zamordowany strzałem w tył głowy.

Wiem o tym, ponieważ po wojnie, do mojej ciotki Longiny Drożdż, która w 1946 roku wraz z mamą i siostrami (ojciec był w Armii Andersa) wróciła z Sybiru, dotarł jej przedwojenny bliski kolega Ryszard Soroka i opowiedział o okoliczności śmierci Tadeusza Drożdża. On sam uniknął jej przez przypadek, ponieważ kula wystrzelona w kierunku jego głowy, tylko go ogłuszyła, a strzelający enkawudzista był przekonany o swej skuteczności. Nocą Soroka wygrzebał się spod zwału trupów i udało mu się uciec.

Napisz komentarz (11 Komentarzy)

 Po tym, kiedy doszedłem do wniosku, iż wszelkie gazetowe politykowanie nie ma sensu, co stało się po niedawnym wyborze nominanta prezesa Jarosława na staro-nowego prezydenta III RP, ogłosiłem na łamach DB2010, że nie będę się już polityką zajmować. Jednak czas leczy rany i koryguje wcześniejsze postanowienia, będące efektem określonych stanów emocjonalnych. Doszedłem więc do wniosku, że jednak w sprawach politycznych znów głos muszę zabrać, ponieważ dzieją się rzeczy brzydkie, wymagające komentarza. Używając określenia „rzeczy brzydkie”, mam przede wszystkim na myśli, obrzydliwe dla mnie fałszowanie historii, zwłaszcza tej najnowszej, dotyczącej czasów, w których żyłem, i których byłem pilnym obserwatorem i komentatorem, osobiście uczestnicząc w wielu dziejących się na różnych płaszczyznach wydarzeniach. Do zabrania głosu w temacie polityczno-historycznym, dotyczącym obchodów 40-lecia podpisania tzw. Porozumień Sierpniowych, zmusiły mnie publikacje z tym związane, jakie pokazały się w wałbrzyskich tygodnikach, a które jak mniemam, inspirowane były przez jedną osobę, na co wskazuje powtarzalność niektórych argumentów (w ich dosłownym brzmieniu), budowa zdań i używanie tych samych zwrotów i niektórych fraz. Niestety, publikacje te zawierały jawne bądź ukryte wątki, będące zwykłymi fałszerstwami naszej historii, lub używając bardziej stonowanego języka, spełniały rolę „gumki myszki”, wymazującej ze świadomości społecznej prawdziwy obraz tamtych historycznych wydarzeń.

Nie chcąc się na ten temat rozpisywać, przechodzę do konkretów. Pierwszym z nich, to przypomnienie, że w sierpniu 1980 roku żadnego związku zawodowego o nazwie „Solidarność” nie było, bo związek taki został zarejestrowany dopiero 10 listopada 1980 roku. Porozumienia sierpniowe zostały natomiast podpisane (z przedstawicielami rządu PRL, czyli w istocie z kierownictwem PZPR) przez różne komitety strajkowe, reprezentujące strajkujące załogi robotnicze w największych państwowych zakładach produkcyjnych, dających w czasach PRL zatrudnienie i stabilizację zawodową i życiową całemu polskiemu społeczeństwu. Zakładach, które przez tzw. obecnie komunę zostały odbudowane z wojennych zgliszcz, unowocześnione lub zbudowane od podstaw. Najbardziej znane i wiodące w całym ruchu strajkowym, były komitety strajkowe w Stoczni Szczecińskiej i Gdańskiej, przy czym pierwsze porozumienie podpisane zostało w Szczecinie. Bardzo znamienny jest więc fakt, że te najważniejsze dla współczesnej historii Polski porozumienia zostały podpisane w miastach, które dzięki temu, że w 1944 roku władzę przejęli tzw. komuchy, znalazły się w granicach Polski, co formalnie zostało potwierdzone dopiero dzięki usilnym staraniom I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki. Przypomnę, że starania Gomułki prowadzone były wbrew intencjom I sekretarza KC KPZR Nikity Chruszczowa i zakończone zostały układem podpisanym 7 grudnia 1970 roku przez premiera Józefa Cyrankiewicza i kanclerza RFN Williego Brandta. Układ ten gwarantował nienaruszalność polskiej granicy na Odrze i Nysie, przez co de facto strajkujący w stoczniach Szczecina i Gdańska robotnicy, tak samo jak strajkujący w Wałbrzychu górnicy, mogli mieć pewność, że nie zagraża im jakakolwiek zmiana polskich granic. Taką samą pewność uzyskali wszyscy Polacy, niezależnie od tego, czy w sierpniu 1980 roku strajkowali, czy nie.

Fałszowanie historii tamtych wydarzeń jest wprost bezczelne i cyniczne, ponieważ w Polsce żyje jeszcze kilka milionów obywateli, którzy wówczas mieli co najmniej 20 lat, a więc tamte czasy pamiętają. I pamiętają zapewne, że na murze otaczającym Stocznię Gdańską wisiało hasło „Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Takie same hasło wisiało, dziś już historycznej, sali BHP, która współcześnie została przekształcona w muzeum. W placówkę, w której jako relikwie eksponowane są nawet stare butelki po wodzie mineralnej, pitej wówczas także przez prowadzących negocjacje i podpisujących porozumienie „komuchów”. Ale to historyczne, tak jak te butelki, hasło zostało wymazane, ponieważ stało się bardzo niewygodne dla tych, którzy wykorzystali fakt, iż robotnicy strajkują przeciw władzy, aby zmusić ją do wprowadzenia zasad, jakie winne obowiązywać w socjalizmie.

Dziś bezczelną kpiną z tamtych strajkujących jest wmawianie im i dzisiejszemu społeczeństwu, że strajkowali wówczas o prywatyzację całych branż przemysłowych, wielkich zakładów pracy, ziemi, zwrot majątków, budynków i mieszkań ich przedwojennych właścicielom, chociaż cały ten majątek został po II wojnie odbudowany z ruin rękami milionów prostych i w sumie bardzo ubogich ludzi przez tzw. komuszą władzę. Dziś ci, którzy w tamtych latach jeździli tramwajami, dziś jeżdżą rządowymi wypasionymi limuzynami za setki tysięcy złotych oraz zarabiają (jak i członkowie ich rodzin) dziesiątki tysięcy miesięcznie, tylko dlatego, że strajkujących oszukali w najbardziej ordynarny sposób i po podpisaniu umowy społecznej przy Okrągłym Stole, od razu doprowadzili do jej złamania i zaczęli grabić wszystko to, co do tej pory było państwowe i służyło wszystkim. Dziś służy jedynie wybrańcom lub wielkim oszustom gospodarczym i finansowym, między którymi dziś w zasadzie należy postawić znak równości.

W wałbrzyskich wspominkach przeczytałem o śp. Jurku Szulcu, który w Wałbrzychu podpisywał 2 września 1980 roku trzecie w Polsce porozumienie pomiędzy strajkującymi, a przedstawicielami ówczesnej władzy. Znałem Go osobiście, ponieważ od 1976 roku byłem pracownikiem Zarządu Wojewódzkiego ZSMP w Wałbrzychu, a on w tym czasie był etatowym wiceprzewodniczącym ZSMP na KWK „Wałbrzych”. Nie jedną rozmowę z nim przeprowadziłem, niekiedy przy napojach skłaniających do szczerych wypowiedzi i ujawniania swych przekonań, więc wiem doskonale, że to nie ówczesny ustrój stał mu kością w gardle, ponieważ wiedział, ile mu nie tylko on sam osobiście zawdzięcza. Najbardziej wkurzała go, jak i wielu innych młodych aktywistów i działaczy tego związku – w znakomitej większości członków PZPR – panująca wśród decydentów „jaśniepańska” postawa, przekonanie o wyłącznej ich racji, nepotyzm i niekiedy zwykłe, ale dosyć powszechne skur ……. two. Oszustwa przy naliczeniu wypłat, narzucane normy, złodziejstwo, oszukiwanie na BHP itp. itd. Ale to wcale nie znaczyło, że mu się ustrój nie podobał, że chciał walczyć o jego obalenie i odbudowanie polskiego kapitalizmu. I dlatego, chcąc mieć większy wpływ na to, co się na kopalni i w mieście działo, starał się zostać wybranym na sekretarza kopalnianej organizacji partyjnej. Był przebojowy, a więc niebezpieczny dla partyjnego betonu, więc żadnych szans nie miał. Dlatego, aby móc walczyć, zorganizował strajk na szybie „Chrobry”, a od 2 września 1980 roku tworzył struktury NSZZ „Solidarności” w kopalniach naszego miasta i regionu.

Nie walczył o kapitalizm, który m.in. spowodował likwidację wałbrzyskiego przemysłu, w tym kopalń, a jego samego w latach 1995 -2009 uraczył bezrobociem. Czy naprawdę tego pragnął, czy właśnie o to, razem z innymi robotnikami, walczył? Już nam nie odpowie i nie zareaguje na setki bredni wypowiadanych i pisanych przez niesamowicie liczne rzesze tych, o których w tamtych czasach nikt nie słyszał.

Napisz komentarz (10 Komentarzy)

 Oglądałem wczoraj kilka programów telewizyjnych poświęconych rocznicowym wspomnieniom dotyczącym podpisania tzw. Porozumień Sierpniowych (Stocznia im. Lenina – 30 sierpnia 1980), co zrodziło we mnie kilka smutnych, aczkolwiek nie pozbawionych złośliwej satysfakcji, refleksji.

Oto one.

Wśród sierpniowych postulatów, które uwzględniono w zawartym porozumieniu, nie było żadnego mówiącego o prywatyzacji zakładów państwowych, a w sali BHP stoczni gdańskiej, w której podpisano porozumienie, wisiało dużych rozmiarów hasło: SOCJALIZM – TAK, WYPACZENIA – NIE !

Tak, tak, to pod takim hasłem ówcześni robotnicy strajkowali, a prześcieradło z tym tekstem wisiało też na płocie okalającym stocznię. Tymczasem klasą, która w wyniku pleniących się w 1980 roku strajków, a także dzięki późniejszej kapitalistycznej transformacji ustrojowej (będącej ich końcowym efektem) straciła najwięcej, byli ci strajkujący wówczas robotnicy.

Stracili swą znaczącą rolę polityczną i dzisiaj żadna partia (również ta lewicowa) nawet się do nich nie odwołuje, a niektórzy nawet negują ich istnieje, mówiąc o tzw. prekariacie.

Po wystrajkowanej reformacji ustrojowej i gospodarczej w wielu zakładach przemysłowych zatrudnienie spadło o połowę, wiele sprzedano kapitałowi zagranicznemu, który szybko je zamknął i zniszczył. A najbardziej sztandarowy w tamtym czasie zakład, jakim była stocznia Gdańska im. W. Lenina, z której wywodzi się z "Solidarność", i w której podpisano porozumienia sierpniowe, został sprywatyzowany i nie słynie już z budowy statków dla armatorów na całym świecie, ale z budowy luksusowych jachtów dla oligarchii.

Dzisiaj każdego, kto wołałby o realizację zawartych wówczas porozumień sierpniowych, okrzyknięto by jako kogoś, kto domaga się restytucji polskiego socjalizmu, czyli komuchem, używając dzisiejszego języka.

Powrotu do tych porozumień nie żąda nawet Lewica. Być może i słusznie, bo przecież jedna strona tamtejszych wspólnych uzgodnień, podpisanych przez Rakowskiego i Wałęsę, już dawno nie istnieje. I hasło, pod którym toczyły się negocjacje i podpisano porozumienia – "socjalizm – tak, wypaczenia – nie" zniknęło.

Natomiast pokolenie 25 i 35 latków, które było główną siłą napędową strajków w latach 1980-1981, doświadcza dziś boleśnie skutków prywatyzacji przedsiębiorstw, w których strajkowali i których prawie w 100% już dawno nie ma.

I chichotem historii jest uchwalenie przez PiS 1200 zł. dodatku do emerytur wszystkim tzw. kombatantom, czyli dawnym opozycjonistom. Nie wszystkim wówczas zatrudnionym („Solidarność” liczyła ok. 10 mln członków, w tym 1 mln z PZPR), nie wszystkim ówczesnym robotnikom, tylko kombatantom.

A wiadomo, że z listy tych kombatantów zniknął na ten przykład pierwszy w latach 80-tych robotnik PRL, czyli Lech Wałęsa. Został dziś zastąpiony przez Lecha Kaczyńskiego, który wg Jarosława Kaczyńskiego, był faktycznym przywódcą strajków i całej ówczesnej opozycji.

Z Wałęsą zniknęli też ci faktycznie strajkujący, czyli ówcześni robotnicy. Poza kilkoma spryciarzami, którzy dzięki kasie przysyłanej przez CIA, mogli zbudować sobie własne kapitalistyczne przedsiębiorstwa, w których swych "fizycznych" traktują jak wyrobników. I świętują, aż się spod butów od Gucciego skry sypią.

Na koniec przypomnę, że w punkcie drugim porozumienia z 30 sierpnia 1980 r. zapisano że związki zawodowe "będą przestrzegać zasad określonych w konstytucji PRL. Nowe związki zawodowe będą bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej. Stoją na gruncie zasady społecznej własności środków produkcji, stanowiącej podstawę istniejącego w Polsce ustroju socjalistycznego.(…)."

Śmiesznie to dziś brzmi, ale wówczas rządzący w to uwierzyli. Dzisiaj Wałęsa bredzi, że była to tylko taka sztuczka, aby oszukać stronę rządową, ale strajkujący robotnicy tego przecież nie wiedzieli, bo nikt nigdy wówczas im tego nie powiedział. A podpisanie porozumień fetowali i jako swoje wielkie zwycięstwo.

Odnoszę wrażenie, że obecne huczne obchody tej rocznicy, to wmawianie dzisiejszym pokoleniom Polaków, iż wówczas karpie niesamowicie cieszyły się z nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia. A tymczasem tym karpiom zniszczono stawy, gdzie mogły się żywić, spuszczono z nich wodę, a je same zostawiono, aby zdychały przez lata z głodu i w poniżeniu.

Napisz komentarz (10 Komentarzy)

 Na wszystkich dostępnych dla mnie telewizyjnych kanałach smuta przeokrutna, więc wczoraj (12.08.2020) po 22.00 wrzuciłem TVN 24 i okazało się, że jest transmisja z obrad senatu. Panowie senatorowie mieli na tapecie Komendanta Głównego Policji Jarosława Szymczyka, któremu zadawali pytanie dotyczące policyjnej interwencji na Pl. Trzech Krzyży w Warszawie, podczas spontanicznego zgromadzenia jakie miało miejsce 7 sierpnia.

Założyłem, że intencją ich było przygwożdżenie pana komendanta i wykazanie, jakich bezeceństw dopuszczali się podlegli mu funkcjusze. Zatrzymałem się więc z ciekawości, jak Komendant Główny się wytłumaczy z tego, co mojej własne oczy na dziesiątkach filmików z zajść widziały i co moje własne uszy słyszały, kiedy zajścia te relacjonowali nie tylko ich uczestnicy, ale także posłowie opozycji, do których z uwagi na różne zaszłości mam pełne zaufanie.

Niestety ze smutkiem skonstatowałem, że oglądam kiepskie widowisko, w którym główni aktorzy są do swych ról całkowicie nieprzygotowani, a główny bohater jaja sobie z widowni robi, zbijając wszelkie zarzuty przytaczaniem przepisów, jakie obowiązują policjantów interweniujących na Pl. Trzech Krzyży i zresztą nie tylko.

Panowie senatorowie z trudnością wielką formułowali kierowane do komendanta pytania, które zresztą w zdecydowanej większości nie miały sensu, co komendant bezlitośnie wykorzystywał, cytując w odpowiedzi obowiązujące policjantów przepisy. I tym zamykał panom senatorom usta.

A przecież nie chodziło o to, żeby wykazać, iż komendant Szymczyk przepisy te zna, tylko o to, że jego podwładni nagminnie je łamali i łamią. Ale aby tego dokonać, trzeba by mieć wiedzę o tychże przepisach i silne argumenty w ręku, aby od razu to co komendant opowiadał, zbijać. I można było wdeptać go w senacką podłogę, ale pod warunkiem, że na przepytywania komendanta przyszło się merytorycznie przygotowanym. A tak nie było i wyszła kicha. 

Podam jeden tylko przykład.

Senator mówi, że zatrzymywani za udział w zgromadzeniu byli poddawani szykanom w ten sposób, że kazano im się rozbierać do naga i kucać.

Komendant na to, że przepisy mówią o przeszukaniu zatrzymanych przed osadzeniem, bo mogli sobie tu i ówdzie jakieś niebezpieczne narzędzia powtykać. I panowie senatorowie zrobili rybie ryjki, bo nie potrafili wykazać, że w świetle obowiązującego prawa były to właśnie, szykany zagrożone z pociągnięciem do odpowiedzialności stosujących je funkcjonariuszy.

Bo nawet w świetle obowiązujących przepisów Policja nie ma podstaw do rozbierania ludzi do naga, nawet jeżeli szuka niebezpiecznych narzędzi. Bo trudno sobie wyobrazić, aby młody chłopak czy dziewczyna idąc na demonstrację wtykali sobie w intymne otwory noże, siekiery, granaty czy chociażby tylko żyletki. Starzy urkowie takie mojki trzymali sprytnie ukryte pod językiem, ale było to dosyć dawno i dziś w dobie aparatury wykorzystywanej na rożnego rodzaju bramkach kontrolnych, takich rzeczy ukryć nie da rady.

O innych przykładach brutalności i poniżania obywateli nie chce mi się nawet pisać, szkoda tylko, że senatorzy pozwolili temu komendantowi tak łatwo ukryć nagą prawdą. Jednym słowem obejrzałem taki sobie senatorski teatrzyk. 

Napisz komentarz (29 Komentarzy)

 Kilka uwag byłego oficera operacyjnego (kryminalnego) Policji, który nie tylko inicjował zakładanie podsłuchów, ale też skutecznie z nich korzystał. I żaden porządny obywatel nie musiał się z tego powodu zamartwiać.

 Już tylko z przyzwyczajenia obejrzałem w TVN24 „Ławę polityków”, ale nie będę tego komentował, aczkolwiek do jednego tylko problemu się odniosę. Otóż, poruszona została sprawa zakupu przez polskie służby specjalne (czytaj CBA) izraelskiego systemu PGASUS, pozwalającego na podsłuchiwanie (i podglądanie) praktycznie wszystkich i wszystkiego.

 Politycy wielkie larum podnoszą z tego powodu, bo system ten jest akurat w rękach PiS, ale jak się władza zmieni, to – o czym jestem przekonany – systemu tego nie wywalą na śmietnik, tylko z wielką ochotą będą z niego korzystali nadal. Tak jak do tej pory wszystkie opcje polityczne korzystały z systemu podsłuchów i inwigilacji typu "Mozart”, "Beethoven”, "Chopin” i „Moniuszko”.

 Muszę też wspomnieć, o największym amerykańskim globalnym systemie systemie podsłuchowym Echelon, który działa głównie poprzez satelity i telekomunikację. Podlega on Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA - National Security Agency), a Polska od pierwszej połowy lat 90-tych należy do 20 krajów, które pozwoliły szpiegować swoich obywateli amerykańskim służbom specjalnym, a ponadto zobowiązała się do dopuszczenia Amerykanów do informacji swoich służb specjalnych.

Jak podaje TVN24, zarzuty, które Sławomir Nowak i jego dwaj współpracownicy usłyszeli, mają opierać się na materiałach z odszyfrowanych wiadomości przesyłanych za pomocą komunikatorów takich jak „Signal, „Telegram czy „Threema. Takie możliwości ma system Pegasus, co w zasadzie identyfikuje system stosowanych w Polsce przez CBA podsłuchów.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że to nie możliwość podsłuchów są jakimś zagrożeniem, tylko to, w czyich się rękach znajdują. Uczciwi ludzie nie powinni się niczego obawiać, ale tylko pod warunkiem, że również uczciwi ludzie systemy inwigilacji obsługują. A tu już pewności nie ma. Ba, jestem wręcz przekonany, że brak mojej pewności w tej materii, ma mocne uzasadnienie. Tym bardziej, kiedy sobie przypomnę, za co zostali skazani Mariusz Kamiński i niejaki Wąsik Maciej, którzy teraz rządzą nie tylko polską policją, ale też i polskimi służbami specjalnymi. Bo gdyby nie nielegalne ułaskawienie1 przez Dudę, to poszliby za kraty i mieliby wieloletnie zakazy sprawowania funkcji państwowych i publicznych.

1 Zgodnie z zasadami konstytucyjnymi i polską procedura karną nie można ułaskawić osoby, która nie została prawomocnie skazana, bo nie można ułaskawić osoby nie ukaranej. A Kamiński i Wąsik (oraz inni) złożyli apelacje do Sądu Okręgowego, a więc postępowania karne w dniu ogłoszenia amnestii, jeszcze się nie zakończyły.

Napisz komentarz (15 Komentarzy)

 76 lat temu - 22 lipca 1944 roku - ogłoszony został tzw. Manifest Lipcowy czyli Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego.

Akt ten stał się kamieniem węgielnym ustroju, na którym oparta była Polska Rzeczpospolita Ludowa.

Na jego podstawie przeprowadzono w Polsce reformę rolną likwidującą klasę bezrolnych chłopów wyzyskiwanych przez właścicieli mniejszych i większych folwarków.

Przeprowadzono upaństwowienie wszystkich (powyżej 50 zatrudnionych) zakładów produkcyjnych i innych przedsiębiorstw, likwidując w ten sposób problem bezrobocia i gwarantując wszystkim zatrudnionym bezpieczeństwo socjalne.

Przeprowadzono elektryfikację kraju i likwidację analfabetyzmu.

W 1990 roku robotnicy z wielkich państwowych zakładów pracy zapragnęli kapitalizmu, dzięki czemu szybciutko zakłady te zostały zlikwidowane, a robotnicy ci i ich dzieci oraz wnukowie, mogą pławić się na umowach śmieciowych, cieszyć się faktyczną likwidacją prawa pracy i stać w kolejce po 500+ oraz inne ochłapy. W tym czasie dzieci i wnukowie wyzwolonego Manifestem Lipcowym chłopstwa, biorą na rękę po kilka tysięcy zł dziennie, zajmując najprzeróżniejsze państwowe synekury, albo udając wielkich polityków, robią wszystko, aby ojczyznę dojną dalej bezproblemowo doić.

Najśmieszniejsze jest to, że wspomniani robotnicy z czasów PRL, obalili ten ustrój, a ich następcy dzisiaj robią wszystko, aby go przywrócić. Ale tylko w warstwie politycznej, czyli:

- Konstytucja ma być tylko świstkiem zadrukowanego papieru - jak w PRL

- niepodzielnie rządzi szef jedynie słusznej partii politycznej - jak w PRL

- rząd jest tylko bezwolnym wykonawcą rządzącego szefa partii politycznej - jak w PRL

- prezydent w zasadzie nie ma nic do gadania - jak w PRL zbiorowy prezydent w postaci Rady Państwa

- Telewizja i Radio stanowią tuby propagandowe partyjnej polityki - jak w PRL

- Policja, wojsko, prokuratura i sądy - realizują jedynie wytyczne płynące z siedziby rządzącej jedynie słusznej partii politycznej - jak w PRL

Jedyne, co jest inne niż w PRL, to pozycja Kościoła, który obecnie stanowi jedną nogę tego jednowładztwa szefa jedynej słusznej partii.

Zastanawiam się, po kiego było żreć tę żabę?

Napisz komentarz (1 Komentarz)