3 grudnia po południu wróciłem z Warszawy, dokąd wyjechałem w niedziele z samego rana (05.00), aby wziąć udział w programie TV Polsat z cyklu „Państwo w państwie”. Nie pierwszyzna to dla mnie, ponieważ programie w tym występowałem bodajże wczesnej chyba z 5 razy, ale pierwszy raz w tak dziwnej. Zresztą może ona samo w sobie nie jest jest wcale dziwna, ale dziwne wydaje mi się to, że – chyba po raz pierwszy w tym cyklu – red. Przemek dał się lekko „wpuścić w maliny”.

Po pierwsze dlatego, że zajął się sprawą, w której toczy się regularne śledztwo i nikt jeszcze nie wie czym się skończy. A ponieważ śledztwo trwa, to zgodnie z przepisami proceduralnymi prokuratura jego wyników i tego w jakim kierunku podąża, absolutnie nie może ujawnić. Więc co tu komentować, do czego się odnosić?

Oczywiście poza dyskusją pozostaje fakt, że po znalezieniu zwłok przybyli na miejsce policjanci i pan prokurator, prowadzone czynności związane z oględzinami miejsca zdarzenia i zabezpieczeniem śladów, spieprzyli koncertowo. Temu sama prokuratura (wyższego rzędu) nie zaprzecza i w stosunku do winnych (prokurator i policjanci) prowadzone jest postępowanie w sprawie niedopełnienia obowiązków, a zapewne także i stosowne postępowania dyscyplinarne.

W skrócie rzecz ma się następująco:

28.03.2018 r. ok. godz. 23:30 – Mateusz Kawecki (dane personalne wielokrotnie publikowano w mediach papierowych o elektronicznych) wyjechał z Hanoweru do swej konkubiny zamieszkałej chyba gdzieś w woj. zachodniopomorskim. Miał zamiar spędzić tam święta i oczekiwać narodzin swego dziecka.

29.03.2018 r. godz. 10:22 miał miejscejegoostatni telefoniczny kontakt z rodziną i wówczaspowiedział swymim, że jest w okolicach Szczecina.

30.03.2018 r. rodzina ta zgłosiła jego zaginięcie, albowiem ani do nich, ani do narzeczonej nie dojechał. Policjanci z wydziału kryminalnego Komendy Miejskiej w Zamościu kwalifikowali to zgłoszenie do II kategorii, co jest normalną procedurą, ponieważ zgłoszenie dotyczyło osoby dorosłej, zdrowej psychicznie i fizycznie, a samo zaginięcie nie nastąpiło w okolicznościach uzasadniających podejrzenie, że może mu zagrażać utrata zdrowia bądź życia.

12.09.2018 r., a więc prawie pół roku od daty zaginięcia, jego zwłoki zostały ujawnione w stodole gospodarstwa jego rodziców w miejscowości Hutkowo Znajdowały się w tak silnym rozkładzie gnilnym, że ciało wiszące na linie przytwierdzonej do jednej z belek, po prostu się urwało, a głowa oddzieliła się od jego korpusu. Natychmiast zostaje powiadomiona Policja i Prokuratura Regionalna w Zamościu. Śledczy przeprowadzają oględziny miejsca ujawnienia zwłok, a wszystko wskazuje na to, że mają do czynienia z klasycznym przypadkiem samobójstwa. W kieszeniach ubrania znaleziono dowód osobisty, prawo jazdy, karty bankomatowe i telefon komórkowy. Ciało zostało zabrane do zakładu Medycyny Sądowej AM w Lublinie, gdzie też pobrano wycinki w celuzbadania kodu DNA denata, aby w celu potwierdzić jego tożsamość.

13.09.2018 r.prokuratura Prokuratura Rejonowa w Zamościu wszczęła śledztwo (PR 1 Ds 398.2018) w sprawie doprowadzenia Mateusza Kaweckiego do targnięcia się na własne życie (art. 151 kk), a na prośbę rodziny zleciławydanie jej zwłok i przeprowadzenie pochówku.

14.09.2018 r. ktoś z rodziny dokonał w stodole niezwykłego znaleziska w postaci buta z fragmentami stopu odzianej w skarpetkę. Na miejscu znajdował się dziennikarz Polsatu, który prawdopodobnie już wtedy realizował reportaż dotyczący nieprawidłowości w działaniach policji i prokuratury w sprawie o zaginięcie, ponieważ jego siostra nie mogła się pogodzić, że nie prowadzi się fizycznych poszukiwań brata.Po rozmowie dziennikarza z prokuraturą do gospodarstwa rodziców zaginionegood razu przyjeżdżają policjanci, którzy ponowne przeszukują miejsce ujawnienia zwłok oraz zabezpieczają butelkę po wódce, butelkę po napoju pomarańczowym oraz pustą paczkę po papierosach. Oczywiście poza wszelką dyskusją pozostaje fakt, że przeprowadzone 12 września oględziny i zabezpieczenie śladów, panowie prokurator i policjanci spieprzyli koncertowo. Nie zaprzecza temu prokuratura (wyższego rzędu) bo w stosunku do winnych (prokurator i policjanci) wszczęła postępowanie w sprawie niedopełnienia obowiązków, a komendant wojewódzki policji zarządził przeprowadzenie wewnętrznego postępowania dyscyplinarnego.

17.09.2018 r. – pogrzeb Mateusza Kaweckiego

20.09.2018 r.sprawę w całości przejęła Prokuratura Okręgowa w Zamościu i poleciła zabezpieczenia pominiętych do tej pory dowodów w postaci odzieży i opakowań po napojach.

21.09.2018 r. Prokuratura Okręgowa w Zamościu wydała postanowienie o zasięgnięciu opinii biegłego z zakresu analizy kryminalnej i badania informatycznych nośników danych, w celu ustalenia zawartości telefonu komórkowego marki HTC, zabezpieczonego w trakcie oględzin budynku stodoły, w którym znaleziono zwłoki Matusza Kaweckiego.

02.11.2018 r.uzyskano wyniki badań DNA, które potwierdzają, iż znalezione w budynku stodoły zwłoki należały do Mateusza Kaweckiego.

Ponieważ widziałem emitowaną tydzień wcześniej pierwszą część tej sprawy, orientowałem się, że siostra zaginionego ma pretensję o zbyt powolne i niby nieskuteczne działania organów ścigania. Natomiast ja dla takiego zarzuty żadnych podstaw nie byłem w stanie dostrzec. I w takim nastawieniu (po przeanalizowaniu materiały jakie zostały mi nadesłane) pojechałem do Warszawy. Ponieważ praktycznie we wszystkim zgadzałem się z obecnym w studio prokuratorem, redaktorowi Przemkowi nie pozostało nic innego, jak skrócić tę cześć programu o ponad 10 minut. Ale nie mogłem przecież wyrażać jakichś opinii, które byłyby sprzeczne nie tylko z logiką, ale i podstawowymi zasadami prowadzenia czynności procesowych, jakimi również i policja musi się kierować. Gdybym postąpił inaczej, na pewno naraziłbym się na śmieszność, przynajmniej w moim policyjnym środowisku.

Przede wszystkim nie można wypowiadać się co do skuteczności i zasadności jakichkolwiek czynności policyjnych i prokuratorskich, w sytuacji, kiedy śledztwo jest jeszcze w toku. Trudno zarzucić prokuraturze, że z góry zdarzenie zakwalifikowała jako samobójstwo, jeżeli od samego początku wszczęła je z art. 151 kk, czyli w kierunku ustalenia, czy ktoś Mateuszowi Kaweckiemu nie pomagał lub nie namówił (lub w inny sposób wpłynął) do tego ostatecznego rozwiązania jakichś jego problemów. Z tego przepisu bardzo łatwo można przejść do innego, dotyczącego zbrodni zabójstwa, ale trzeba na to poświęcić wiele czasu, uwagi i zaangażowania. Przede wszystkim należałoby definitywnie ustalić, dlaczego (z jakich powodów) telefon chłopaka na terenie kraju nie zalogował się ani razu, dlaczego nie odnotowano prowadzonych z tego telefonu rozmów i dlaczego nie zdołano uzyskać zapisów monitoringu drogowego, aby udowodnić, że do Polski wjechał samochodem. Bo samochodu nie znaleziono, ale tez nie uzyskano takiego zapisu nie tylko z monitoringu polskiego, ale również niemieckiego. Ponadto, zapytałbym, dlaczego nie sprawdzono billingów rozmów rodziny Mateusza z telefonu, z którego korzystali, aby sprawdzić, czy Mateusz dzwonił do nich ze swojego lub cudzego telefonu. Myślę, że dla sprawy powinno to mieć olbrzymie znaczenie. Postawiłbym też pytanie, czy pobrano próbki z podeszwy butów denata, aby postarać się ustalić, w jakich miejscach mógł się on znajdować przed dotarciem do rodzinnego domu. Jest to możliwe i niezbyt trudne do przeprowadzenia. Zresztą nie wykluczam, że w ramach tego śledztwa, tego rodzaju czynności prokuratura prowadzi.

Napisz komentarz (18 Komentarzy)

 Śmieszą mnie nagle obudzeni miłośnicy Roberta Biedronia, którzy już chyżo bieżą, aby razem z nim nową lewicową partię zakładać. Jeszcze nie tak dawno biegali tak, aby z Barbarą Nowacką zakładać Inicjatywę Polską. Czym się to skończyło, każdy wie.

Śmieszy mnie Robert Biedroń, który natchniony Patrioty Duchem z nagła ogłosił się Zbawcą nie tylko lewicy, ale i całej okrutnie doświadczonej przez los Ojczyzny. Ciekawe, czy sam na to wpadł, czy też ktoś mu to skutecznie wmówił. Stawiam na to drugie, bo przez długi już czas sam o tym osobiście słyszałem, czytałem i widziałem. O tym, że tylko ON może Ojczyznę zbawić, że tylko ON janczarów sułtana Jarosława pokonać może. Taki współczesny Mały Rycerz, który na głos surm bojowych za szablę (polityczną) chwyta i do boju staje, gotów dla Umiłowanej Ojczyzny życie (polityczne) złożyć, albo Victorię Wielką nad pisowskim pohańcem odnieść.

Tak sobie myślę, że gdyby Robert Biedroń naprawdę chciał pomóc w odsunięciu PiS od władzy, to z uwagi na swoje lewicowe i liberalne (nie mylić z neoliberalnymi) poglądy, winien zasilić Sojusz Lewicy Demokratycznej, do którego poza swą popularną osobą, wprowadziłby jakąś (być może znaczną) liczbę szabel, co na pewno miałoby duży wpływ na procentowe słupki poparcia dla polskiej lewicy. I nawet jeżeli R. Biedroniowi nie wszystko się w SLD podoba, to mając tak dużą popularność miałby szanse na jakieś programowe wyprostowanie tej partii, a być może nawet miałby szansę (myślę, że wielką) stanąć na jej czele. Byłoby to z oczywistą korzyścią (polityczną) dla niego samego, bo SLD jest partia posiadająca swe logistyczne zaplecze w całej Polsce, jak i dla samej partii, bo obecność Biedronia wpływałaby na jej popularność i możliwość zdobycia większej ilości poselskich mandatów. A im więcej mandatów lewica w sejmie uzyska, tym gorzej dla sułtana Jarosława, który będzie się musiał w takiej sytuacji ze swym samodzierżawiem pożegnać.

Tak więc każdy rozumny polityk, którego mierzi cały ten POPiS, nie powinien absolutnie ręki do dalszego rozdrobnienia lewicowej sceny politycznej ręki przykładać. Bo na takim jej osłabieniu zależy bardzo nie tylko sułtanowi Jarosławowi, ale przede wszystkim kniaziowi Schetynie, które biedroniowe szable chciałby pod swoim sztandarem skupić, albo siły hetmana Czarzastego tak osłabić, by u jego klamki musiał się zawiesić. I dlatego co rusz w tefałenie jeno o Biedroniu słychać, tak jakby SLD jako partia polityczna z szansą na wejście do sejmu nie istniała, bo chodzi o to, aby to Biedroniowi ludzisków napędzić, bo jego partia być może progu samodzielnie nie przekroczy (jak ongiś Razem z Zandbergiem), ale procenty SLD urwie. Tyle, że wtedy procenty te (przeliczone na mandaty) zagarnie zwycięski sułtan Jarosław i autorytarne rządy zaprowadzi, a przy okazji być może i jakąś autarkię z powodu samowyizolowania się z europejskiej społeczności i międzynarodowego podziału pracy.

Wiadomo bowiem chyba wszystkim, że przyszłe wybory do sejmu Rzeplitej partia sułtana Jarosława wygra zdecydowanie, ale nie na tyle silnie, aby mogła w Polsce rządzić samodzielnie i mieć konstytucyjna większość. Wiadomo chyba wszystkim, że Platforma znajdzie się na drugim miejscu, więc aby mogła pisowszczyznę od cycka władzy odsunąć, musi mieć silnych sejmowych koalicjantów. A tych pozyska tylko w SLD i PSL, które to partie wyborów nie wygrają, ale mogą razem z Platformą współrządzić i sułtana Jarosława wraz z całą armią jego akolitów wszelkiej maści sprawiedliwie, aczkolwiek surowo, osądzić wedle praw i zwyczajów przez owego sułtana wprowadzonych. I oby rozumu i politycznego wyczucia ludziom z lewicy nie zabrakło.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Zakończyła się pierwsza odsłona rozprawy przeciwko dwóch funkcjonariuszom z KMP w Wałbrzychu, którzy10 marca 2017 roku z ławki przy ul. Przyjaciół Żołnierza (Biały Kamień) zabrali trzęsącego się z zimna, siedzącego na niej, 57 letniego bezdomnego (jak się później okazało) Czesława Cz. W miejsce to podjechali z polecenia oficera dyżurnego komendy miejskiej, którego następnie poinformowali (drogą radiową), że nie ma podstaw do interwencji, a więc udaj się do innych zadań. Jednakże wbrew temu, co dyżurnemu przekazali, zabrali go do radiowozu i udali się na obrzeża Wałbrzycha, gdzie następnie wyrzucili go z samochodu w efekcie polecenia oficera dyżurnego, że mają udać się na kolejna interwencję. Porzucony w przydrożnym zagajniku człowiek zmarł z wyziębienie.

Pisałem o tym dwukrotnie (DB2010 nr 12 z 30.03 i nr 14 13.04.2017), więc bliższe szczegóły sprawy pomijam. Po tym jak zwłoki bezdomnego zostały ujawnione, a także ustalono cały przebieg zdarzenia, prokuratura postawiła tym funkcjonariuszom zarzut niedopełnienia obowiązków (art.231 §1) oraz nieumyślnego spowodowanie śmierci (art.155. kk) i skierowała do sądu akt oskarżenia. 10 października br. Sąd Rejonowy w Wałbrzychu obydwu oskarżonych (jeden z nich odszedł z Policji, drugi pozostaje w zawieszeniu) skazał na 10 miesięcy pozbawienia wolności z zawieszeniem na 2 lata, 3 lata zakazu wykonywania zawodu policjanta oraz po 1000 złotych grzywny na rzecz Skarbu Państwa. Prokuratura zapowiedziała apelację. Nie dziwię się, ponieważ uważam, że sąd zbyt łagodnie panów tych potraktował, zmieniając im kwalifikację czynu z „nieumyślnego spowodowania śmierci” (art.155 kk) na „nieumyślne narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia” (art.160 § 3 kk), co jest zagrożone znacznie niższą karą, albowiem z art. 155 kk kara wynosi od 3 miesięcy do 5 lat, natomiast z art. 160 kk górna granica kary nie może przekraczać 3 lat.

We wspomnianych wyżej dwóch felietonach, w jakich tą sprawą się zajmowałem, sugerowałem, że zarzut winien być oparty na art. 160 § 2 kk, ponieważ ci dwaj funkcjonariusze na pewno nie mieli zamiaru spowodowania śmierci bezdomnego, natomiast bez wątpienia powinni sobie zdawać sprawę z faktu, że wyrzucenie na odludzi przemarzniętego człowieka może skończyć się dla niego tragicznie. Najważniejsze jednakże w tym wszystkim jest to, że chyba prokuratura, a na pewno sąd, zapomnieli o jednym bardzo ważnym elemencie, a mianowicie o tym, że z chwilą kiedy ci dwaj policjanci zabrali Czesława Cz. do radiowozu, zaczął ciążyć na nich szczególny obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo. W marcu i kwietniu 2017 roku pisałem o tym, wspominając o tzw. kumulatywnym zbiegu przepisów (art.11 kk), z którym mamy do czynienia wtedy, kiedy jeden czyn narusza dwa lub więcej przepisów karnych, a w tym przypadku określonych w art. 155 i 160 kk. W razie takiego zbiegu przepisów sąd wymierza karę na podstawie przepisu przewidującego karę najsurowszą, a więc od 3 miesięcy do 5 lat. Myślę, że gdyby prokuratura oskarżyła tych funkcjonariuszy właśnie z art. 160 § 2 kk, wówczas sąd nie miałby możliwości wykazania się tak nadzwyczajną łagodnością i na pewno argumentu nieumyślności nie mógłby wysunąć na plan pierwszy. No bo o jaką nieumyślność może chodzić, kiedy ci ludzie (?) świadomie wywieźli człowieka znajdującego się w szczególnej potrzebie poza miasto? Po co go w ogóle z tej ławki zabierali, kiedy nie mieli zamiaru mu pomóc? Bo przecież nie pojechali do noclegowni im. Brata Alberta na ul. Pocztowej, ani do najbliższego szpitala, aby temu nieszczęśnikowi udzielono fachowej pomocy, wybierając zagajnik na obrzeżach miasta. Czy prokuratura i sąd naprawdę myśli, że mieli zamiar w tym miejscu urządzić temu bezdomnemu piknik z gorącymi kiełbaskami?

Sąd natomiast zaprezentował zadziwiający (przynajmniej dla mnie) proces myśliwy, którego ostatecznym efektem była konstatacja, że zachowaniu oskarżonych nie można przypisać skutku w postaci śmierci mężczyzny. To tak, jakby stwierdzić, że na pewno do śmierci rannego człowieka nie przyczyniło się to, że lekarz pozostawił go bez żadnej pomocy. Meandry sądowej logiki są dla mnie nie do ogarnięcia. Ktoś powie, że policjant to nie lekarz, więc nie ciąży na nim obowiązek opieki wskazany w art. 160 § 2 kk, wobec czego prokuratura zarzutu takiego nie mogła postawić. Z gruntu się z takim stanowiskiem nie zgadzam.

Jako argument podam bardzo podobną historię, która rozegrała się 9 maja 2018 roku w Pobiedziskach (woj. wielkopolskie), gdzie dwaj policjanci (w tym policjantka) zabrali leżącego na ulicy pijanego mężczyznę (lat 36) i zamiast wezwać pogotowie, czy odwieźć go na izbę wytrzeźwień, zawieźli go do lasu, gdzie go pozostawili. Efektem ich postępku była śmierć tego człowieka. Wielkopolska prokuratura nie miała żadnych wątpliwości, że funkcjonariusze ci, działając wspólnie i w porozumieniu narazili na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu mężczyzny, którego wywieźli do lasu. W ten sposób naruszali zdecydowanie – zdaniem tejże prokuratury – ciążący na nich obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo. Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Poznaniu prok. Magdalena Mazur-Prus nie miała wątpliwości, że udzielenie pomocy było obowiązkiem funkcjonariuszy. Taki sam obowiązek ciążył na wałbrzyskich stróżach prawa (?), którzy mając do czynienia z mocno przemarzniętym człowiekiem winni udzielić mu chociażby najprostszej pomocy, czyli odwiezienia go do wspomnianej noclegowni, tak nieodległej od miejsca z którego Czesława Cz. zabrali.

Nie wiem co się dzieje z polską policją, a dzieje się coraz gorzej. Obejrzałem 9 października br. reportaż Pawła Kazimierczaka (TVP 2 „Magazyn Ekspres Reporterów”) - coś przerażającego. Otóż w lipcu br. policjanci zabierają z domu (trzeźwego i zdrowego) 40-letniego mężczyznę. Na drugi dzień z Aresztu Śledczego we Włocławku odwożą go na badania w SOR miejscowego szpitala (będąc w celi doznał urazu spadając z łóżka) i po badaniach odwożą go z powrotem do Aresztu. Niestety okazało się, ze mężczyzna ten zmarł w radiowozie. Odległość ze szpitala do Aresztu to jedynie 5 km, który radiowóz ten pokonał w czasie przekraczającym jedną godzinę. Zdjęcia wykonane w prosektorium (przed sekcją) pokazują człowieka z kompletnie zmasakrowana twarzą, z powybijanymi zębami, prawie granatowymi nogami, oraz mocno poranionymi dłońmi. Sekcja wykazała, że obrażenia te zostały spowodowane uderzeniami pięścią, kopniakami i tępokrawędzistym narzędziem. Policja nie ma sobie nic do zarzucenia. Prokuratura wszczęła śledztwo. A ja pytam się raz jeszcze, co się w tej policji dzieje i kto zrobi z tym wreszcie porządek?

Napisz komentarz (2 Komentarze)

 Zasiadając wczoraj (04.10.2018) na sądowej ławie dla widzów, byłem przekonany, że wygra Zbigniew Ziobro i sąd wyroku uniewinniającego nie utrzyma. I moje przekonanie znalazło potwierdzenie w wyroku Sądu Okręgowego, który uchylił wyrok uniewinniający gen. Leszka Lamparskiego, wydany przez Sąd Rejonowy w Wałbrzychu. Nagrałem cały tekst jego ustnego uzasadnienia i mam zamiar jutro poświecić się szczegółowej analizie sądowej argumentacji. Jednakże już tylko na podstawie tego, co usłyszałem, głęboko się z nim nie zgadzam. Zwłaszcza w kontekście tego, co usłyszałem w zakresie poprawności stosowania decyzji administracyjnej. Sąd dowodził, że Leszek Lamparski doprowadził do pozbawienia wolności określonych osób, a jest to domena wyłącznie sądu, a więc jednak prawo złamał. Ponadto, forma decyzji administracyjnej wcale nie była wymagana i decyzje te mógł wydać w formie okólnika czy innego rodzaju dokumentu.

Nie będę tego rozwijał, bo muszę się dokładnie w tę argumentacje wczytać, ale jednak już na pierwszy rzut oka wydaje się to po prostu śmieszne. Komendant Wojewódzki, czy to MO, czy Policji jest organem administracyjnym i wszelkie jego działania typu władczego mogą być wydawane jedynie w formie decyzji administracyjnej. Tylko osoba bardzo niedokształcona może sobie wyobrazić, że internowanie osoby można by przeprowadzić li tylko na podstawie okólnika, który jest niczym innym, jak rodzajem pisma urzędowego zawierającego polecenia lub wskazówki wydanym przez organ administracyjny podległym mu innym organom tego rodzaju. Na przykład okólnikiem komendant wojewódzki policji mógłby polecić komendantom podległych mu komendom i komisariatom, aby w ubikacji zawsze był papier toaletowy koloru różowego. Ale nigdy aby kogoś przetrzymywali bez określonego terminu i konkretnego zarzutu. To byłoby dopiero złamanie prawa. Ale sąd chyba o tym nie wiedział.

Nie wiem czemu miała służyć sarkastyczna uwaga, że Leszek Lamparski skończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu im. Bolesława Bieruta we Wrocławiu, że szczególnym właśnie podkreśleniem ówczesnego patrona tej uczelni. Pan sędzia na młodzieńca nie wyglądał, ale może studiów na tym Uniwersytecie nie kończył, więc nie wiem kim był prof. Alfred Jahn, rektor tej placówki w latach 1962- 1968, który wraz ze studentami brał udział w strajku okupacyjnym Uniwersytetu w marcu 1968 roku, za co został pozbawiony później tej funkcji. Każdy może o nim poczytać np. w Wikipedii chociażby. Może też nie wie o tym, że na tym Uniwersytecie wykładali też jego koledzy z Uniwersytetu im. Jana Kazimiera we Lwowie tacy jak prof. Witold Świda (prawo karne), czy Andrzej Mycielski prof. |Uniwersytetu im A. Mickiewicza w Wilnie (prawo międzynarodowe) i wielu innych, których nie będę wymieniał, bo nie o nich chodzi. Jednakże to oni m.in. i mnie prawa uczyli, przez co zapewne mam zupełnie odmienny do niego stosunek, niż sędziowie z świdnickiego Sądu Okręgowego, którzy się moim zdaniem wyraźnie – w odróżnieniu od swych kolegów z Wałbrzycha – Zbigniewa Ziobry przestraszyli.

Coś się jednak w ich sumieniu tliło, albowiem sąd ten podkreślił (przychylając się do wyrażonej wcześniej argumentacji mec. Jerzego Świteńkiego), że ponownie rozpoznając sprawę, sąd I instancji (ten z Wałbrzycha) powinien rozpatrzyć szczególnie, czy 92 decyzje administracyjne – nawet wydane niby z naruszeniem prawa – można w świetle prawa międzynarodowego, którego Polska jest przecież sygnatariuszem, uznać za zbrodnie przeciwko ludzkości. Jeżeli nie, to postępowanie musi być umorzone, albowiem zbrodnia komunistyczna uległa dawno już przedawnieniu. W ten sposób Sąd Apelacyjny chciałby pisiorom wysłać sygnał, że sędziowie chętnie by Generała skazali, ale wicie … rozumicie … już nie mamy możliwości. Przedawnienie, psia mać. Panie Generale, gdyby się okazało, że Sąd Rejonowy w Wałbrzychu z jakichś poza merytorycznych powodów uznał Pana za zbrodniarza komunistycznego (podpisanie owych 92 decyzji), ale postępowanie umorzył z powodu przedawnienia i braku znamion zbrodni przeciwko ludzkości, niech pan na to plunie. Przyjdą jeszcze czasy, że się o sprawiedliwe wyroki upomnimy, a skazanie przez PiS będziemy uważać za powód do dumy.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Znów mnie sprawy pilne, aczkolwiek nie moje, oderwały od klawiatury na kilka dni,. W sumie zły jestem bardzo, bo już drugi tydzień nie jestem w stanie napisać chociażby kilku stron mojej książki o Narożniku. Rodzi się ona z coraz większym bólem i przyznam szczerze, że już że dwa razy myślałem o tym, aby to wszystko walnąć do kąta i zająć się czymś innym. Tylko czym? Pracować mi się nie chce, bo ani takiej potrzeby, ani zbytniej możliwości nie mam. Na piwko do „Fantazji” też mi się nie chce chodzić, zwłaszcza, że po likwidacji „Stodoły” starzy znajomi gdzieś się zaszyli i nasze nie tak dawne, niekiedy gorące, dyskusje odeszły w niebyt. Ostatnio w tym opuszczonym pomieszczeniu zauważyłem jakiś ruch, więc być może ktoś się zdecydował na reaktywację tego pubu. Dobrze by było, bo wygodnie. Pod samym prawie nosem.

* * *

Na niedawnym spotkaniu z okazji 75 urodzin i 35 rocznicy otrzymania przez Lecha Wałęsę nagrody Nobla Wałęsy, miała miejsce dosyć głośna uroczystość zorganizowana w Gdańsku na cześć jubilata. Oczywiście Jarek Despotek, Jędruś Kelnerek i Mateuszek Kłamczuszek swą obecnością jublu nie zaszczycili, ale wcale się temu nie dziwię i mówiąc prawdę, lata mi to koło siedzenia, a nawet zwisa obojętnym kalafiorem. Zdaje się, że nawet ten były komandos z „Czerwonych Beretów” WP czasów PRL, a obecny szef związku, który nieudolnie udaje robotniczy związek zawodowy, pokłonić się swemu byłemu idolowi nie przybył. Było za to wielu innych, w tym przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. I to właśnie ten facet rozsierdził mnie najbardziej.

* * *

Wygłaszając peany na cześć „wielkiego” Lecha, Donaldo przejmująco opowiadał o tym, jak haniebnie postępują dzisiejsi władcy Rzeczpospolitej, którzy każdego dnia posługują się kłamstwem, wymazując prawdę z polskiej historii, którą chcą napisać od nowa i oczywiście po swojemu. A to bardzo Tuska złości i obraża, bo w tej historii miejsca dla Lecha Wałęsy zabraknie. Zresztą nie tylko dla niego. Zasadniczo się z nim zgadzałem, ale tylko do pewnego momentu, a mianowicie do chwili, kiedy zaczął odczytywać tekst życzeń, pod którymi podpisali się ponoć wszyscy przywódcy Unii Europejskiej. Im się nie dziwię, bo być może Polska ich tak mało w rzeczywistości obchodziła, że po prawie 30 latach nic z tego, się w niej działo, nie pamiętają. Ale Tusek … Polak i ponoć historyk, bredni takich nie powinien Polakom i światu serwować.

* * *

Otóż Tusku zaczął czytać: „Lechowi Wałęsie, bohaterowi polskiej i europejskiej solidarności, pierwszemu prezydentowi odrodzonej Rzeczpospolitej ...” Myślałem, że kopnę w telewizor. O żeż ty ruda łachudro, historyku z bożej łaski. Przed chwilą opowiadałeś o wierutnych kłamstwach pisiorów, co to chcą historię pisać na nowo, a sam co czynisz? Łeż jak bura suka (sukę oczywiście przepraszam) bez wstydu i honoru, bo doskonale wiesz, że pierwszym prezydentem odrodzonej Rzeczpospolitej był generał Wojciech Jaruzelski, dzięki któremu nie tylko powstać ona mogła, ale także bez napięć i zawirowań przetrwać pierwsze miesiące, co pozwoliło na ustabilizowanie się solidarnościowej władzy.

* * *

Nie wiem czy Tusku jest tylko prymitywnym i cynicznym kłamcą, czy też zwykłym bęcwałem, który nawet najnowszej historii własnego kraju nie zna. Nie mnie to osądzać, ale uważam, że od dziś nie ma prawa komukolwiek kłamstwa zarzucać. Tymi słowami skierowanymi do Wałęsy, utracił do tego prawo całkowicie i na zawsze. Chyba, że odszczeka. Najgorsze jest to, że lewica (SLD) na ten temat milczy jak zaklęta. Czyżby tego nie zauważyła ? Dlaczego się nie dziwę?

Napisz komentarz (3 Komentarze)

 Za każdym razem kiedy złamię dane sobie samemu przyrzeczenie, że już nie będę oglądał niedzielnych porannych programów publicystycznych w TV Polsat News (godz.09.00), TVP Info (godz.10.00) i TVN 24 (godz. 10.45) z udziałem przedstawicieli polskiej politycznej piaskownicy, przez następne co najmniej dwie godziny muszę to odreagować, biorąc do ręki jedną z książek, które cierpliwie czekają na półce na swą kolejkę. Ma to tę dobrą stronę, że czas na lekturę wydłuża mi się o te dwie godziny, co dla mojego dobrego samopoczucia ma zbawienny charakter.

Dzisiaj obejrzałem w całości program Polsatu, ale tylko dlatego, że występował tam Włodzimierz Czarzasty, aktualny przewodniczący SLD. Bardzo go lubię i szanuję, bo chociaż niekiedy coś mu się wyrwie, to jednak gada do rzeczy i nie boi się mówić w oczy nawet nieprzyjemnej dla kogoś prawdy. Program w TVN 24 obejrzałem dlatego, że chociaż wprawdzie Konrad Piasecki nie zwykł zapraszać polityków SLD, to byli tam lubiany przeze mnie poseł Adam Szłapka (Nowoczesna) i europoseł Krzysztof Hetman (PSL). Natomiast program na TVP Info wyłączyłem już po 10 minutach, aczkolwiek brali w nim udział przedstawiciele lewicy w osobach Dariusza Jońskiego (albo Krzysztofa Gawkowskiego – już nie pamiętam) z SLD i Adriana Zandberga z partii Razem. Nie tylko dlatego, że mam lewicowe poglądy, uznałem, iż tylko ci dwaj mówili do rzeczy, a obecni w studio partyjni funkcjonariusze Jarosława plotą kompletne bzdury. I ciągle, każdego dnia ten niedogotowany makaron nawijają nam na uszy. Ciągle to samo i ciągle tak samo.

Ja to rozumiem, bo kłamstwo to potężny oręż w politycznej walce i pisiory, jak nikt inny, zdają sobie z tego sprawę. Dlatego też, wbrew oczywistym faktom i wyrokom sądowym, wbrew logice i zwykłej ludzkiej przyzwoitości kłamią jak z nut. Tak jakby zdolności do kłamstwa wyssali z mlekiem matek. A już szczególne prym wśród wiodą Jarek Despotek, Jędruś Kelnerek i Mateuszek Kłamczuszek. Oczywiście – co do tego nie mam żadnych wątpliwości - główny propagandowy przekaz płynie każdego dnia od Jarka Despotka. Mówią, że są to gotowce odpowiedzi na każde możliwe pytanie i interpretacje każdego zdarzenia, wysyłane poprzez SMS-y lub na skrzynki pocztowe. Wydaje się to wielce prawdopodobne, bo wszyscy oni mówią – sorry – wszyscy oni kłamią tak samo.

Jestem przekonany, że jest to taktyka oparta na znajomości nazistowskiej propagandy, kierowanej w III Rzeszy przez skazanego w procesie norymberskim na karę śmierci nazistowskiego zbrodniarza, ministra propagandy III Rzeszy, Josepha Goebbelsa. Twierdził on, że „kłamstwo wypowiedziane raz pozostaje kłamstwem, ale kłamstwo wypowiedziane tysiąc razy staje się prawdą.” Dzieje się tak za sprawą naszego mózgu, który jest już tak skonstruowany, że przystosowuje się do wielokrotnie powtarzanego kłamstwa i po jakimś czasie kłamstwa ta włącza do swojej sfery myślowej, traktując właśnie jak prawdę. I dzięki temu, że kłamstwa wypluwane codziennie poprzez najbardziej zakłamaną tubę polityczną, jaką jest TVP, a zwłaszcza TVP Info, trafiają do milionów obywateli wsi i małych miasteczek (bo tam ta telewizja ma największa oglądalność), pisiorom w sondażach ciągle nie spada. Ma to ten efekt uboczny, że oni sami zaczynają w te kłamstwa wierzyć i wydaje się im, że tylko oni są wyjątkowo przez naród kochani, co jeszcze bardziej popycha ich do dalszych cynicznych, często bardzo prymitywnych kłamstw. Takie swoiste perpetuum mobile.

I żeby była jasność … absolutnie nie uważam, że na ten przykład taka Platforma Obywatelska wolna była od kłamstw. Również kłamała niekiedy jak z nut, ale nie czyniła z tego swego podstawowego oręża politycznego, a przyłapana na nim, potrafiła się do tego przyznać. No, może nie w każdym przypadku, ale jednak. A to, co robią pisiory przekracza już granice wszelkiej nie tylko przyzwoitości, ale też i cierpliwości. Dla mnie osobiście, to takie polityczne zwykłe łobuzy.

Stare żydowskie przysłowie mówi, że kłamstwo może zaprowadzić bardzo daleko, ale nie daje nadziei na powrót. Życzę więc tym kłamcom, aby się im to żydowskie przysłowie spełniło

Napisz komentarz (0 Komentarzy)