Obserwując to, co się wokół rejestracji do szczepienia przeciwko COVID-19 dzieje (sam rejestrowałem się przy pomocy Profilu Zaufanego na druga połowę lutego 2021), przyszła mi do głowy myśl, że jednak coś z tymi szczepieniami jest nie tak. Przecież w wyniku pandemii rząd zastosował środki ochronne, których restrykcyjny charakter położył i zapewne jeszcze skuteczniej położy całą naszą gospodarkę, a setki tysięcy ludzi pozostawi bez środków do życia i na dodatek pozbawi ich całego dorobku, gwarantującego nie tylko im, ale też zatrudnianym przez nich pracownikom, możliwość godnej egzystencji. Pomyślałem sobie, że przecież państwu winno przede wszystkim zależeć na tym, aby ratować nie tylko gospodarkę, ale przede wszystkim ludzi, których praca państwo to utrzymuje i daje mu środki na jako takie sprawne funkcjonowanie. Dlatego zacząłem się dziwić, że nikt z rządzących, a zwłaszcza narodowy wicepremier i kierowany przez niego narodowy rząd, nie wpadł na to, iż zaproponowany system i organizacja szczepień została postawiona na głowie, co może najskuteczniej przyczynić się do gospodarczej zapaści. Bo wydaje mi się, że w pierwszej kolejności (oczywiście po służbie zdrowia) zaszczepieni powinni zostać wszyscy ci, którzy mimo pandemii muszą pracować, nauczać, bronić porządku publicznego, administrować i prowadzić wszelakie firmy, w których na życie zarabia olbrzymia masa Polaków. Słowem wszyscy ci, którzy świadczą i dają innym pracę, bo to oni narażeni są na częste wzajemne kontakty, które wirusowi ułatwiają coraz bardziej niebezpieczne panoszenie się.

Będę brutalny, ale przypomnę, że jesteśmy w stanie wojny z tymże wirusem, a na wojnie uzbraja się przede wszystkim tych, którzy z wrogiem walczą na pierwszej linii. W dobie pandemii walczącymi zaś są ci, którzy muszą wykonywać swe obowiązki, aby państwo i społeczeństwo mogło normalnie funkcjonować, co będzie możliwe jedynie wtedy, kiedy świadczący pracę i usługi, zostaną uodpornieni na wirusa. Jeszcze raz będę brutalny (bo takie jest życie) i przypomnę, że ludzkie życie jest czasowo ograniczone bo biologia jest bezwzględna, co powoduje, że każdy z nas po osiągnięciu dającego się mniej więcej określić wieku, będzie musiał – czy chce tego, czy nie - przenieść się do krainy wszelkiej szczęśliwości, jak wierzą jedni, lub w otchłań niebytu, tak twierdza inni, w tym i ja sam. A to właśnie takich jak ja, narodowy rząd uznał za najbardziej wymagających ochrony. Wiem, że to bardzo humanitarne, ale wojnę wygrywa się bezwzględnością działań.

Myślę, że mam prawo tak mówić, ponieważ sam osiągnąłem wiek, w którym bardzo wielu moich znajomych już się z tego świata wyniosło, a kres dalszej życiowej wędrówki dla moich równolatków zbliża się nieuchronnie. Dlatego zdecydowanie wolę, aby prędzej ode mnie szczepionki otrzymały moje dzieci, które chcąc czy nie, codziennie muszą iść do pracy i spotykać się z dziesiątkami różnych osób, z których nie wiadomo kto zdrowy, a kto nie. Ja, jak i wszyscy inni emeryci i renciści, możemy czas pandemii przesiedzieć w domu, otoczeni opieką i pomocą rodziny, przez co nie narażając się bezpośrednio na „złapanie wirusa”. Dlatego myślę, że powinniśmy być zaszczepieni na końcu, bo mimo wszystko, to nie my jesteśmy dźwignią gospodarki i nie my możemy ją uratować. Wiem, że po tym tekście posypią się na moją głowę straszne gromy, ale takie jest moje przekonanie i dlatego je tu wyraziłem.

Od marca 2020 roku praktycznie siedzę w domu, bo losu nie chcę kusić, aby przyspieszać osiągnięcia mety, ale czuję się wolny, bo jak twierdzą marksiści, wolność to uświadomiona konieczność, a ja świadom konieczności tych wszystkich ograniczeń jestem jak najbardziej. I dlatego staram się stosować do wszelkich wyznaczonych przez narodowy rząd restrykcji, chociaż świadomy jestem tego, iż wszystkie one są bezprawne, ponieważ naruszają podstawowe prawo obywateli zagwarantowane nam Konstytucją RP.

Świadomość bezprawności działań narodowego rządu, stanowi skuteczną broń, jaką posługiwać coraz częściej zaczynają wszyscy ci, którzy zdają sobie sprawę z tego, że jeszcze trochę, a ich biznesy padną, a im samym oraz ich pracownikom przyjdzie zdychać z głodu. Dlatego ruch obywatelskiego sprzeciwu zatacza coraz szersze kręgi, obejmujące nawet górali, którzy do tej pory murem za narodowym rządem z ciupagami w dłoni stali. Teraz temu rządowi wygrażają i złorzeczą, organizując się w stowarzyszenie „Veto”, a jeżeli oni zaczęli się buntować, to dla owego rządu nie jest to dobrą wróżbą. I dlatego myślę, że nie tylko masowe manifestacje kobiet i młodzieży zbulwersowanej poczynaniami rządzących, stoją za ostatnim projektem ustawy dotyczącej „ziobrowych mandatów”, ale także coraz częstsze otwieranie restauracji, hoteli, stoków narciarskich, których właściciele czynią to w desperacji, ponieważ rządowa pomoc bardziej ich dobija niż rzeczywiście pomaga. Policjanci nie mogą doprowadzić do zamknięcia wszystkich tych obiektów i pilnowania, aby zamknięte były, ale są w stanie nawet kilka razy dziennie je odwiedzić i wlepić im mandat, którego moc obowiązująca następować będzie z chwilą jego wypisania, a wysokość grzywny i natychmiastowa jej ściągalność błyskawiczne tym buntującym się bankructwo zagwarantuje. Szybciej niż tak zwanylockdown” czyli mówiąc po polsku, zamknięcie. I nawet jak po latach pieniądze odzyskają, to będą mogli je przeznaczyć jedynie na przysłowiowe waciki.

A gdyby ci właściciele i ich pracownicy zostali wcześniej zaszczepieni, a z ich usług korzystali zaszczepieni inni pracujący, a więc posiadający pieniądze, to i pandemia szybciej by podwinęła ogon i budżet państwa strat by nie ponosił. Ale to tylko takie „wymądrzanie się” emeryta, który z racji wieku stał się oczkiem w głowie rządzących. Bo wiadomo, że poza góralami, to rząd ten emerytami i rencistami stoi, a do wyborów jeszcze tylko trzy lata. Więc hasło „oni dajom” musi stale wybrzmiewać, aby narodowy wicepremier i jego rząd, mogli spokojnie zasypiać.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Od kilku dni głośno w kraju o zabójstwie mieszkańca Kamiennej Góry, którego dokonał Walter Ryszard R. ps. "Brzytwa", którego przed laty rozpracowywałem jako zabójcę Kazimiery G. ze Świdnicy. Kiedy został zatrzymany, poruszał się samochodem m-ki "polonez", przez co mogliśmy go dopisać jako sprawcę zabójstwa złotnika z Jeleniej Góry - Mieczysława G. - którego kryminalni z tego miasta poszukiwali jako zaginionego. Nasze podejrzenie zmieniło się w pewność, gdy ze zbiornika w byłym kamieniołomie w Rogoźnicy (Gross Rosen) wyciągnęliśmy dwa związane ze sobą worki, w których znajdowały się ciała Kazimiery G. i Mieczysława G.
Michał Fajbusiewicz podejrzewa, że "Brzytwa" mógł być zabójcą seryjnym, ale ja tego nie potwierdzam. W 1990-91 analizowaliśmy niewykryte zabójstwa i żadne z nich nie udało się nam (i kolegom z Biura Kryminalnego KGP) dopasować do "Brzytwy", a raczej "Brzytwy" do któregoś z tych zabójstw. 

Brzytwa” po ostatnim wyroku (ZK Kłodzko) w Świdnicy pojawił się 04.01.1989 r. W lutym zadzwonił do Kazimiery G. i przedstawił się jako stary przyjaciel jej męża Gintera, z którym przed laty stracił kontakt. Kilka razy odwiedził ją w jej mieszkaniu, a w marcu na dancingu w rest. Piast" przysiadł się do jej stolika, przy którym siedziała z parą swoich znajomych. Po dancingu zaprosiła wszystkich do swego mieszkania i wówczas w trakcie biesiady, zauważyła, że z torby zniknęło jej 12 000 000 zł (dziś to 1200 zł) oraz prawie 0,5 kg złotej biżuterii, którą p. Kazimiera bała się zostawiać w mieszkaniu. Wówczas "Brzytwa" obiecał jej, że zrobi wszystko, aby ustalić złodzieja i odzyskać pieniądze i złoto. Nie muszę dodawać, że ta "akcja" z kradzieżą" była zwykłą "ustawką", mająca wywołać u p. Kazi zaufanie do tak rycerskiego człowieka. Za dwa dni przyprowadził go do jej mieszkania, przez co p. Kazia odzyskała 8000000 zł i prawie całą skradzioną biżuterię. Złodziej powiedział, że 4000000 zł przepili, ale odda jej za jakiś czas. Oczywiście już nie zdążył. 28 czerwca 1989 roku Kazia z narzeczonym, czyli "Brzytwą" odwiedzili jej rodzinę w Łodzi, gdzie został przedstawiony jako zamożny złotnik ze Świdnicy. Po dwóch dniach wyjechali i po pani Kazimierze G. wszelki ślad zaginał. 

Po wyjściu z zakładu karnego (w 2015 roku) zamieszkał na stałe w Wałbrzychu, ale nie miałem okazji go na mieście spotkać, chociaż nie wątpię, że przeniósł się tu z tego powodu, iż jego „herbatniki” ze Świdnicy powymierali, a dla tamtejszego młodego pokolenia jest tylko staruszkiem, o którym wszyscy już zapomnieli. W Wałbrzychu natomiast mieszka jeszcze kilku takich (sporo od niego młodszych), z którymi do 1990 roku przeróżne „lody kręcił”, przez co zanim go dopadliśmy, byli na naszym „widelcu”. Jednym z nich jest ps. „Amor”, który chyba ze dwa razy przywoził mi pozdrowienia od siedzących w ZK we Wronach „Brzytwy”, „Pstrąga” z Wrocławia i „Janosika” z Jeleniej Góry. Wszyscy oni byli obiektem prowadzonych przeze mnie spraw i trafili na 25 lat do więzienia. 

W pogoni za „Brzytwą” 

Latem 1988 lub 1989 roku ówczesny naczelnik wydziału kryminalnego Janek Sosnowski z Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Świdnicy poinformował mnie, że zaginęła jedna z mieszkanek tego miasta Kazimiera G., a pewne okoliczności jej zniknięcia pozwalają zakładać, że może to się wiązać z przestępstwem na jej osobie. Przy pomocy Straży Pożarnej weszliśmy przez okno na I piętrze do mieszkania i okazało się, że jego wygląd wskazuje, iż zostały z niego wyniesione cenniejsze przedmioty, w tym drogi telewizor i magnetowid (w jakiejś szufladzie znaleźliśmy instrukcje) i panował spory bałagan, wskazujący na przeszukiwanie kilku pomieszczeń. Innych śladów nie było. 

W związku z tym Janek zarządził wszczęcie formalnych poszukiwań pani Kazimiery, a ja przekonałem mojego ówczesnego szefa śp. płk Eugeniusza Karłowskiego (naczelnika wydziału kryminalnego Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych), że nie mam żadnych wątpliwości, iż kobieta została pozbawiona życia. Pamiętam, że moi koledzy w komendzie podkpiwali sobie, że Bartkiewicz się nudzi, więc sobie zabójstwo wymyślił. Ponieważ jedno z moich źródeł operacyjnych zdążyło mnie poinformować, że zwłoki p. Kazimiery zostały zatopione w jeziorku „Daisy” koło Mokrzeszowa, wszczętemu rozpracowaniu nadałem krypt. „Daisy” i przystąpiliśmy do penetracji dna tego zbiornika. Zwłok tam nie znaleźliśmy, ale za to wyciągnęliśmy na brzeg motocykl (nr. rej z wyróżnikiem XM). Po wydobyciu tego "zabytkowego" egzemplarza, który zachował swą sprawność mechaniczna, schowaliśmy go do jednego z "wapienników" znajdujących się przy zbiorniku. Mieliśmy zamiar w dniu następnym zabrać go do Komendy, ale rano okazało się, ze ktoś nam ten motocykl "zajumał".

     Od drugi lewej strony -ja, następnie śp. Jurek Konarzewski ps. "Dziadek", na motocyklu Krzysiek Kobusiński i ostatni, szef ekipy płetwonurków

Po jakimś czasie udało mi się dotrzeć do osoby, która od „Brzytwy” kupiła samochód marki „volvo”, będące własnością Kazimiery G. Sprzedał go na podstawie sfałszowanego notarialnego pełnomocnictwa. Ciekawa była sprawa z tym pełnomocnictwem, ponieważ było ono oryginalne, ale podpis p. Kazimiery sfałszowany, ale to już inna historia. Dogadałem się wówczas z red. Michałem Fajbusiewiczem z programy „997”, że zrealizujemy program o poszukiwaniu „Brzytwy” za kradzież samochodu i podejrzenie, że mógł p. Kazimierę pozbawić życia. 

W trakcie emisji programu Posterunek MO w Lubawce uzyskał informację, że poszukiwany facet właśnie pakuje się do Poloneza w jednej miejscowości pod Lubawką. Okazało się, że „Brzytwa” oglądał program Michała i postanowił natychmiast zniknąć, lecz miał pecha, bo szybko zorganizowana akcja z Lubawki doprowadziła do zatrzymania go w pościgu. Zresztą musieli użyć broni, aby go zmusić, aby się zatrzymał. Było to chyba na jesieni 1989 roku, ponieważ program „997” kręciliśmy w Świdnicy latem, więc emisja musiała być chyba na jesieni tego właśnie roku.

Jak się okazało, samochód „polonez”, którym „Brzytwa” się poruszał, należał do Mieczysława G. złotnika z Jeleniej Góry, który był przez tamtejszych policjantów poszukiwany jako zaginiony. Po dalszych kilku miesiącach intensywnej pracy operacyjnej udało się nam odnaleźć zwłoki p. Kazimiery. Zostały one poćwiartowane i w worku wrzucone do jednego ze zbiorników wodnych w kamieniołomach byłego obozu Gross Rosen w Rogoźnicy. Ku naszemu zdumieni obok tego worka był drugi, w którym znajdowały się poćwiartowane zwłoki mężczyzny. Szybko się okazało, że było to ciało zaginionego Mieczysława G. z Jeleniej Góry. I wszystko stało się jasne. Prokuratura Wojewódzka z/s w Świdnicy, na podstawie materiału dowodowego jaki mi się udało zebrać w trakcie rozpracowania, postawiła „Brzytwie” dwa zarzuty zabójstwa, za co został skazany na podwójne 25 lat pozbawienia wolności. Niestety – tak jak wspomniałem wyżej - w Polsce wyroków się nie sumuje, więc po 25 latach wyszedł na wolność i zamieszkał w Wałbrzychu.

Prowadzone wówczas działania operacyjne, obfitowały historie i zwroty akcji godne dobrego filmu kryminalnego, co zresztą opiszę w planowanej książce dotyczącej tej niezwykle skomplikowanej sprawy. Tu wspomnę tylko o naszych działaniach na terenie Poddębic, Gorzowa Wielkopolskiego, Strzelc Krajeńskich, nocne przeszukiwanie grobowca w Świdnicy, pomoc wałbrzyskiego duchowieństwa i Żandarmerii Wojskowej w Świdnicy. Sporo tego było.

Teraz wspominając tamtą historię (której życie dopisało ponure zakończenie), chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy wówczas w sprawę mocno się zaangażowali i wspomagali mnie w prowadzonych działaniach. Przede wszystkim Jankowi Sosnowskiemu ze Świdnicy i Heńkowi Brudnikowi z dochodzeniówki WUSW w Wałbrzychu. Dziękuję też moim kolegom z ówczesnej sekcji I wydz. kryminalnego WUSW a następnie KWP w Wałbrzychu.

Załączniki:
Adres URL:
Dostęp do URL (https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/wroclaw/brzytwa-wpadl-w-czasie-emisji-997/b56kkq9?utm_source=_viasg_fakt&utm_medium=direct&utm_campaign=leo_automatic&srcc=ucs)b56kkq9
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Chyba w piątek (08.01.2021) w programie „Fakty po faktach” (TVN 24) miałem okazję wysłuchać (częściowo, ponieważ po kilku minutach przełączyłem się na HBO) bełkotu dwóch panów, z których jeden był zdaje się jakimś narodowym ministrem lub wiceministrem z narodowego rządu narodowego wicepremiera Jarosława. Drugim był poseł z PO, którego nazwiska już nie pomnę. Obydwaj zajmowali się wymianą bzdur na temat nowej propozycji niszczenia narodowego systemu prawa, w postaci jego zmiany, co do stosowania mandatów karnych.

Rzecz ma się tak, że ponoć grupa narodowych posłów z politycznej kanapki zwanej Solidarną Polską (poparcie na poziomie błędu statystycznego), złożyła projekt zmian ustawowych, oparty na pomyśle narodowego ministra Ziobry z narodowego etc. etc. Pomysł ten zakłada, że obywatel, którego narodowy funkcjonariusz policji zechce ukarać narodowym mandatem, nie będzie miał możliwości odmowy jego przyjęcia. Bo nawet jeżeli oświadczy, że mandatu nie przyjmuje, to i tak narodowe państwo nałożoną karę wyegzekwuje w drodze postępowania administracyjnego, przy ewentualnym wykorzystaniu komornika. A mandaty (grzywna) mogą sięgać nawet 5 tys. zł., więc komornik z miejsca zablokuje wynagrodzenia względnie konta, albo przyjdzie zabrać z domu co cenniejsze (mogące znaleźć kupca) przedmioty. I na dodatek do tych 5 tys. zł dołoży jeszcze koszty postępowania egzekucyjnego oraz (przewidywalne) koszty zastępstwa procesowego wierzyciela.

Oczywiście obywatelowi będzie służyło prawo do wniosku skierowanego do sądu o unieważnienie mandatu, co na pewno nie zastanie załatwione w ciągu kilku dni, a więc na orzeczenie sądowe przyjdzie czekać przez naprawdę długie miesiące, bez gwarancji wygranej. A to wiąże się z kolejnymi kosztami przegranego procesu. Aby obywatelowi obrzydzić dochodzenie sprawiedliwości, na złożenie skargi będzie miał tylko 7 dni, a w skardze będzie musiał podać wszystkie dowody swojej niewinności, pod rygorem zakazu zgłaszania nowych dowodów po dacie złożenia skargi. Tym samym narodowy minister planuje zablokowanie pełnego udokumentowania stanu faktycznego danego zdarzenia, będącego powodem zastosowania mandatu, bo przez 7 dni zwykły obywatel (nie znający z reguły zasad prawa) nie zdąży z zabezpieczeniem wszystkich dowodów, a przede wszystkim nie będzie umiał napisać profesjonalnej skargi do sądu, co może się łączyć z jej odrzuceniem z powodów formalnych.

W uzasadnieniu projektu stoi jak byk, że jednym z ważnych powodów jego złożenia, jest to, że obywatel odmawiając przyjęcia mandatu działa pod presją emocji, przez co tylko sam sobie szkodzi, a jednocześnie przyczynia się do nadmiernego obciążenia sądów zbędnymi postępowaniami. Szkoda, że narodowi posłowie, którzy taki wniosek złożyli, nie sprawdzili wcześniej, że sprawy dotyczące odmów przyjęcia mandatów, to w skali roku jedynie 1% wszystkich wszczynanych w sadach postępowań. Ja się temu nie dziwię, bo zdaje się pojemność ich czaszek nie pozwala na rozwiniecie głębszej myśli.

Inna sprawa, że ten poselsko-narodowy wykwit intelektu ze znakiem ujemnym, dokona światowej rewolucji w demokratycznych systemach prawnych, w których to państwo musi udowodnić obywatelowi, że dopuścił się złamania prawa, a nie obywatel udowadniać, że nie jest wielbłądem. Taki system, jakim narodowy obłęd chce nas uszczęśliwić, to system państwa policyjnego, charakterystyczny dla różnego rodzaju satrapii, w których obywatel jest nic nie znaczącym pyłkiem, a zasadzie zwykłym śmieciem.

Ale sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało, wrzucając nie tak dawno karty z głosami do urn.

Wracając do wymiany głupot przez rzeczonych panów, to poszło o to, że ten z narodowego rządu powoływał się właśnie na kretyńskie argumenty, jakie narodowi posłowie zapisali w uzasadnieniu projektu, a ten jego oponent z opozycji (PO), starał się nieudolnie je obalić. Przełączyłem się na HBO w momencie, kiedy uznałem, że obaj mogą pochwalić się porównywalnym poziomem intelektu i zdolności i szybkiej skutecznej repliki.

Nie mogłem się nadziwić, że na argument facecika z rządu, iż proponowane zmiany mają uchronić obywatela przed traumą spowodowaną tym, iż (UWAGA, UWAGA) obecnie przyjęcie mandatu powoduje brak możliwości jego późniejszego uchylenia. Ja na miejscu tego z PO od razu odpowiedziałbym facecikowi, że w takim razie, niech wprowadzą zmianę prawa polegająca na tym, że odwołać do sądu się będzie można od każdego nałożonego, a przyjętego przez obywatela mandatu, z zachowaniem prawa do odmowy jego przyjęcia. Wówczas (tak jak obecnie) wniosek do sądu złoży organ, który chciał mandat nałożyć, albo obywatel, który uznałby, że nałożony prawomocny mandat jest bezprawny . I to byłoby naprawdę dla obywatela korzystne posunięcie. Bardzo proste i skuteczne, ale tu nie o to przecież chodzi, tylko o to, aby obywatelowi założyć obroże z łańcuchem oraz dodatkowo kaganiec z kneblem i umożliwić narodowemu rządowi dalej śnić o narodowej szczęśliwości narodu.

Zresztą dziwię się (chociaż coraz rzadziej), że obaj ci panowie opowiadali o nieuchronności egzekucji przyjętego przez obywatela mandatu, co niestety powtórzył występujący po nich bardzo ceniony przeze mnie profesor prawa. Otóż nie jest to prawda, o czym każdy może się przekonać zapoznając się z treścią art. 101 §1 kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia, wedle którego prawomocny mandat karny podlega niezwłocznie uchyleniu, jeżeli grzywnę nałożono za czyn niebędący czynem zabronionym jako wykroczenie albo na osobę, która popełniła czyn zabroniony przed ukończeniem 17 lat, albo gdy ustawa stanowi, że sprawca nie popełnia wykroczenia z przyczyn, o których mowa w art. 15–17 Kodeksu wykroczeń.

Przy okazji podpowiem, że bardzo ciekawie przedstawia się treść wspomnianych art. art. 15-16, ponieważ według nich nie popełnia wykroczenia, kto w obronie koniecznej odpiera bezpośredni bezprawny zamach na jakiekolwiek dobro chronione prawem, albo kto działa w celu uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego dobru chronionemu prawem. Myślę, że wiele sądów uzna, iż niepodporządkowanie się bezprawnym rozporządzeniom ministra łamiącym Konstytucję, która jest dobrem chronionym przez prawo, żadnym wykroczeniem nie jest i nałożone i prawomocne mandaty uchyli. Trzeba tylko umieć się bronić, ale aby to czynić, trzeba się przysługującym obywatelowi prawem zapoznać.

* * *

Od dawien dawna twierdzę, że pisizm to żaden nurt polityczny, tylko klasyczny przykład stanu umysłu, zainfekowanego wirusem intelektu bezobjawowego. Jego wiadomym znakiem rozpoznawczym jest przede wszystkim durnowaty wyraz twarzy i zachowanie, jak po spożyciu psiej pietruszki, czyli pospolitego blekotu inaczej szalejem zwanym. Nie przypuszczałem jednak, że pisizm, tak jak COVID-19, może roznosić się sposobem kropelkowym, co na zakażenie naraża każdego, kto przez dłuższy czas obcuje z już zarażonym.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 30 listopada, a więc w Andrzejki, w Sądzie Okręgowym w Świdnicy zapadł wyrok (już prawomocny) w sprawie pana Andrzeja z Wałbrzycha. Więcej na ten temat będzie można przeczytać w jutrzejszym wydaniu tygodnika DB 2010. Pan Andrzej został skazany na 2 lata bezwzględnej kary pozbawienia wolności, za przypisany mu rozbój, którego miał się dopuścić w 2013 i 2019 roku.

Problem w tym, że osoba mająca być ofiarę jego bandyckich czynów, twierdzi uporczywie, że żadnego rozboju nie było, pan Andrzej jej nie napadł, a pieniądze (15 zł.) dała mu sama z siebie za konserwy mięsne, które jej przyniósł. Że tak faktycznie było miała świadka, czyli swą koleżankę i jednocześnie właścicielkę mieszkaniu, w którym rzekomy rozbój miał mieć miejsce. Ale co to za świadkowie, jeżeli obie panie są już w wieku dosyć daleko posuniętym w czasie, bo jedna ma 83 a druga 94 lata. Obie więc dla sądu nie były wiarygodne, bo kto to widział, aby tak wiekowe kobiety mogły się orientować w tym, co się wokół nich w rzeczywistości dzieje.

A ja znam je osobiście i wielką przyjemność sprawiają mi rozmowy z nimi, podczas których mam okazję za każdym razem podziwiać ich sprawność i umysłową i fizyczną, zdolność obserwacji i trafnego puentowania tego, czego dotyczyły nasze rozmowy. Dla sądów były niewiarygodne, bo stare …. Inaczej nie jestem w stanie zrozumieć logiki jaką się oba sądy kierowały.

Dziś poznałem pewne kulisy tego prawomocnego już wyroku, których nie znałem przed wysłaniem tekstu do Redakcji. Szkoda, bo rzecz niesłychanie mnie zbulwersowała.

Dlaczego?

Ano dlatego, że jako prawnik z wykształcenia i osoba, która w niezbyt odległej przeszłości uczestniczyła w stosowaniu prawa, a i dziś w jakiś sposób w tym dalej uczestniczy, wiem bez wątpliwości, że z art. 49 §1 k.k. wynika, iż pokrzywdzonym jest osoba, której dobro prawne zostało bezpośrednio naruszone lub zagrożone przez przestępstwo, a więc nie ma przestępstwa, kiedy takiej osoby nie ma.

Oczywiście prokurator ma obowiązek ścigania z urzędu każdego przestępstwa rozboju, nawet wówczas, kiedy wskazana przez prokuratora osoba twierdzi, że ofiarą rozboju nie była. Postawienie podejrzanemu zarzutu, to wilcze prawo prokuratury. Ale sąd jest od tego, aby trzymać się ściśle kodeksu karnego. A ten mówi wyraźnie: nie ma pokrzywdzonego, nie ma przestępstwa. A jednak pan Andrzej został skazany.

Mało tego.

Ponieważ dowodowo sprawstwo rozboju p. Andrzeja było cieniutkie, prokuratura sięgnęła do starej sprawy (z 2013 r.), w której wszczęto postępowanie sprawdzające, w wyniku którego zostało wydane postanowienie prokuratury o umorzeniu, z uwagi na brak czynu przestępczego. Chodziło o to, że przed laty p. Andrzej trochę na swą życiową towarzyszkę nakrzyczał, używając słów, które dziś i w parlamencie, i na manifestacjach ulicznych padają często, a gęsto. Jednakże jego partnerka życiowa nie chciała go o nic oskarżać i po tym incydencie dalej sobie spokojnie żyli i wspólnie mieszkali.

oto nagle umorzona sprawa – bez wniosku rzekomo pokrzywdzonej – znalazła się na sądowej tapecie i za tamtą sprawę SąRejonowy w Wałbrzychu skazał go, dobijając do niej sprawę rozboju. Po połączeniu wyglądało to już bardziej groźnie i tłumaczyło niespodziewaną surowość sądu, który p. Andrzeja skazał na dwa lata za kratami. Bez zawiasów.

Utrzymał to w mocy Sąd Okręgowy, który nie mając ku temu żadnych dowodów i podstaw,  uznał tamtą starą sprawę za rozbój i skazał p. Andrzeja za dwa takie same czyny, co jeszcze bardziej surowość wyroku usprawiedliwiać miało. A ja się pytam, gdzie tu prawo i sprawiedliwość do cholery? Czy w 2013 roku ktoś rozbój zgłaszał? A przypomnę, że sprawa dotyczyła niewłaściwego zachowania się p. Andrzeja w stosunku do swojej partnerki, a więc sprawa ścigana na wniosek. A wniosku nie było.

30 listopada sędzia dokonał zmiany kwalifikacji czynu i aby to zrobić, powołał na świadka funkcjonariuszy biorących wówczas udział w postępowaniu. Stawiła się jedna funkcjonariuszka, która zeznała, że nic z tamtych czasów nie pamięta i nie pomogło jej nawet odczytanie treści jej notatki służbowej. I co robi sąd? Uznaje treść notatki za dowód i na tej podstawie zmienia kwalifikację. A zgodnie z prawem notatki służbowe policjantów nie stanowią i nie mogą być traktowane jako dowód w sprawie. Policjantka podejrzeń sędziego nie potwierdziła, więc sędzia zmieniając kwalifikację czynu na podstawie niedopuszczanej jako dowód notatki, złamał prawo. A p. Andrzej go nie złamał. Więc kto kim jest?

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (Notatka jako dowód.pdf)1. Notatka jako dowód.
Napisz komentarz (2 Komentarze)

 Obrywa mi się od moich kolegów, że wyraziłem negatywną opinię o pani Lempart (Strajk Kobiet), która pozwala sobie na plucie i wulgarne zachowanie wobec pojedynczych policjantów, którzy wykonując polecenia służbowe, stoją w szyku zwartym. Moja negatywna opinia dotyczyła ZACHOWANIA SIĘ tej pani, a nie tego, o co wraz z tysiącami innych kobiet od lat walczy. Bo jestem z nimi, ale to nie znaczy, że z tego tytułu MOIM OBOWIĄZKIEM ma być aprobata zwyczajnego chamstwa i prostactwa.

Jako JEDYNY w Wałbrzychu, a być może i całym regionie, napisałem i opublikowałem w wałbrzyskim tygodniku – chyba będzie już ze 4 lata temu – felieton zatytułowany STOP BANDYTOM W MUNDURACH. Chodziło o tych „funkcjonariuszy”, którzy na terenie komisariatu znęcali się nad zatrzymanymi, co w jednym przypadku skończyło się jego śmiercią. Zbrodnia popełniona na Igorze Stachowiaku miała miejsce później.

I wówczas spotkałem się z falą hejtu ze strony nie tylko części wałbrzyskich policjantów (powtarzam, części), ale także ze strony niektórych moich znajomych, kolegów-emerytów z wspólnej służby, którzy zarzucali mi, że pluję we własne gniazdo.

Dziś, gdy zabieram głos, wołając, że nikt nie ma prawa obrażać policjanta, który nie dopuścił się żadnego haniebnego czynu, ale wykonuje polecenia przełożonych, bo jest w formacji, gdzie działa się na rozkaz, spotykam się z zarzutami, że bronię niby łajdaków, którzy biją kobiety pałkami teleskopowymi, czy łamią prawo w czasie zatrzymań, albo niezgodnego z prawem legitymowania obywateli.

Nie chcę już tego wszystkiego od nowa tłumaczyć. Wspomnę więc tylko, że od samego początku stanąłem w obronie b. funkcjonariuszy SB, którzy po weryfikacji rozpoczęli służbę w formacjach mundurowych III RP, chociaż doskonale wiedziałem, jakich łajdactw dopuszczali się niektórzy funkcjonariusze tej formacji. Ale ocenę każdego z nich należy opierać na indywidualnych dokonaniach i przewinach.

Tak więc drodzy koledzy i koleżanki, miejcie to też na uwadze, kiedy dziś mi zarzucacie, że bronię przestępców w mundurach.

Jako ateista „od urodzenia” powiadam wam, że zaprawdę po czynach takich poznacie. Więc miarkujcie swe zacietrzewienie.

Napisz komentarz (1 Komentarz)

 Niejaka Lempart która jest ponoć szefową Strajku Kobiet, zwyzywała i opluła wczoraj - 28.11.2020 - policjantów stojącym w ordynku na jednej z ulic Warszawy. W ten sposób bardzo widowiskowo i wzniośle uczciła 102 rocznicę uzyskania przez Polki prawa wyborczego. Musi być z siebie niesamowicie dumna. 

Uważam, że Maria Lempart swoim chamskim zachowaniem Strajkowi Kobiet, a przede wszystkim wszystkim manifestującym na ulicach niesamowicie szkodzi. Proszę o wybaczenie, ale dla mnie to zwykła prostaczka, która sobie uzurpowała prawo znieważania wszystkich w koło i to w mało wyszukany sposób.

Należy potępiać i piętnować brutalność Policji, ale nie można obrażać i traktować jak szmatę każdego funkcjonariusza wysłanego na ulice przez swoich przełożonych. Owszem, uważam, że jak szmatę należy traktować policjanta, który Konstytucję i prawa obywatela ma w dupie, a wysłanie go na ulice traktuje, jako okazję do uwolnienia swoich prymitywnych cech osobowości.

żaden sposób nie można traktować policjantów w taki sposób, jak potraktowała ich w 2009 roku koalicja PO-PSL-PiS i 2017 roku koalicja Zjednoczona Prawica czyli de facto PiS, którzy wszystkich funkcjonariuszy mundurowych, byłych zweryfikowanych funkcjonariuszy SB potraktowała z buta jak przestępców, nie pozwalając im na prawo do indywidualnego osądzenia.

Nie można traktować wszystkich funkcjonariuszy w taki sposób, jak to w stosunku do funk. MO opowiadał wczoraj w TVN 24 niejaki Maciej Karczyński, były policjant i były rzecznik prasowy ABW. Otóż powiedział, że do Policji wstąpił w 1991 roku, ale do Milicji Obywatelskiej nigdy by nie wstąpił.

Przy tym ów pan wyraził przekonanie, że według niego w czasach PRL porządku w państwie (było takie jakie było, bo inne być wówczas nie mogło) powinni pilnować gangsterzy, a być może wolał, aby czynili to funkcjonariusze ówczesnej NKWD, przysłani z Moskwy. Dziwi mnie ten jego stosunek do dawnej Milicji, ponieważ jego własny ojciec i wujek byli jej funkcjonariuszami w Szczecinie.

Czyżby nowy Pawka Korczagin się objawił? Ojciec i wujek zapewne są z niego bardzo dumni, a tu masz - co za siurpryza - on nimi gardzi.

Tak też i pani Lempart nie ma prawa obrażać policjantów (im gremio) za to, że kazano im wyjść na ulice, a ona wczoraj obrażała tych, którzy żadnego niezgodnego z prawem działania nie podjęli. Czyżby walała, aby zamiast nich w tym miejscu stali funkcjonariusze Straży Narodowej niejakiego Bączkiewicza, Rycerze Chrystusa, czy jakieś inne Brygady Maryi?

Nie cieszy mnie to, że jakaś „chamówa” uzurpuje sobie prawo bycia twarzą i symbolem tych jakże słusznych manifestacji.

Napisz komentarz (2 Komentarze)