Poszedłem w niedzielę na manifestację w obronie zasady trójpodziału władzy, a konkretnie w obronie Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa, którą zwołano na 21:00 pod Sądem Rejonowym w Wałbrzychu. Ludzi, w porównaniu do czwartku (20.07.br.), było wyraźnie mniej, bo nie więcej jak z 3 lub 4 setki. Już w momencie, kiedy zbliżyłem się do sądu od ulicy Limanowskiego, zauważyłem wśród stojących na schodach organizatorów tego zgromadzenia, znane mi z widzenia jedynie dwie wałbrzyskie posłanki Platformy Obywatelskiej, a konkretnie Katarzynę Mrzygłodzką i Agnieszkę Kołacz-Leszczyńską. Od razu moja sympatia zarówno do organizatorów, jak i samego zgromadzenia, spadłą o co najmniej 60%, ale z uwagi na wagę wydarzenia, postanowiłem, tak jak zaplanowałem, brać w nim udział. Tym bardziej, że miałem do wykonania określone zadanie.

Otóż obiecałem moim kolegom policyjnym emerytom, że zabiorę głos, aby podkreślić, że niszczenie polskiej demokracji nie zaczęło się w 2016 roku, ale znacznie wcześniej, bo w roku 2009, kiedy pełnię władzy sprawowała Platforma do spółki z PSL. Chciałem zaznaczyć, że to oni właśnie padli ofiarą niszczenia polskiej demokracji. Byłem do tego zobligowany jako Pełnomocnik Komitetu Protestacyjnego Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP i obiecałem kolegom, że zwrócę się z apelem do manifestujących, aby mieli w pamięci nie tylko los sędziów Sądu Najwyższego, ale też, aby pamiętali i upominali się o emerytowanych funkcjonariuszy Policji, którym kaczystowska władza rabuje ich emerytury i renty.

Widząc na schodach sądu obie posłanki PO, bardzo przez organizatorów manifestacji fetowane, z miejsca o tym iwencie zmieniłem zdanie. Tym bardziej, że znów wśród zgromadzonych na chodniku zauważyłem przewodniczącego wałbrzyskiego SLD Krzysztofa Strzelca, dla którego, jak na poprzedniej manifestacji, miejsca na schodach nie było. Ponadto zauważyłem jeszcze coś innego. Otóż 20 lipca w centralnym miejscu przed sądem stali działacze partii Razem (czytaj: OSOBNO), z rzucającym się w oczy banerem z nazwą ich partii. Teraz zepchnięci zostali całkowicie na bok. Widać posłankom PO pola musieli ustąpić.

Kiedy dojrzałem Mateusza Rambachera, który był jednym z głównych animatorów tej manifestacji, podszedłem pod schody i gestem poprosiłem go, aby zszedł do mnie na chodnik. Nie chciałem tam wchodzić, aby nie wywoływać żadnego zamieszania. Myślałem, że Mateusz, który wielokrotnie zapraszał mnie na do udziału w różnych politycznych i samorządowych inicjatywach, podejdzie, bo na pewno wie, że nie na piwo, w tym momencie i miejscu, miałem ochotę go zaprosić. Mógł podejść do mnie, zwłaszcza, że jestem od niego na tyle starszy, iż mógłbym być jego dziadkiem. Ale mnie po prostu - mówiąc językiem młodych - olał mnie totalnie. Zaskoczony, zauważyłem dziwny jego gest, którym w sposób oczywisty dawał mi wyraźny znak, abym mu - za przeproszeniem - dupy nie zawracał. Widać tak bardzo przejął się swoją wodzowską rolą, że sama myśl o zniżaniu się do kontaktu z kimś, kto w zasadzie w wałbrzyskim światku politycznym nic nie znaczy, jest poniżej godności "bojownika o wolność i demokrację". A może się bał, iż ktoś mu miejsce na tych schodach zabierze. Nie wiem, ale i tak mogło być.

Później było już tylko gorzej. Kiedy już posłanki PO i kilku nie znanych mi działaczy jakichś organizacji lub stowarzyszeń zakończyli swe płomienne przemówienia, ogłoszono, że organizatorzy chcą mikrofon przekazać tym, którzy też chcieliby coś powiedzieć. Dałem znać Mateuszowi - a stałem od niego nie więcej jak 4 metry - iż chciałbym z tej okazji skorzystać. I robiłem tak dokładnie cztery razy, i cztery razy zostałem (gestem) odesłany z kwitkiem. No cóż, pomyślałem sobie, że widać to nie jest miejsce dla takich jak ja, więc nie pozostało mi nic innego, jak zabrać się stamtąd jak najszybciej, co też od razu uczyniłem.

Być może, a nawet na pewno, gdybym był członkiem, albo chociażby znanym sympatykiem PO, to z zabraniem głosu nie miałbym żadnych problemów, ale Mateusz doskonale wie (i jego polityczni przyjaciele również), że jestem osobą o zdeklarowanych lewicowych poglądach i sympatyzuję z SLD, chociaż mam do tej partii wiele różnych pretensji. I jestem przekonany, że to właśnie te moje polityczne sympatie były główną przyczyną, przez którą do tego towarzystwa nie pasowałem.

I muszę przyznać, że jest to słuszne przekonanie, bo absolutnie mi nie po drodze z cyniczną Platformą Obywatelską, której ośmioletnie rządy narobiły w Polsce takiego bałaganu, że zdeterminowani obywatele w geście rozpaczy zdecydowali się oddać władzę politycznemu bliźniakowi Tuska i Schetyny, czyli Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ale zanim to uczynili, partia posłanek Mrzygłodzkiej i Kołacz-Leszczyńskiej w 2009 roku przeprowadziła w sejmie ustawę (tzw. dezubekizacyjna), w którą wprowadzono represje w postaci odpowiedzialności zbiorowej wobec funkcjonariuszy SB i POlicji, łamiąc przy tym kilka innych podstawowych zasad konstytucyjnych, co pan Rzepliński Andrzej i usłużny PO Trybunał Konstytucyjny, przyklepał, mając przepisy Konstytucji RP dokładnie w tym samym miejscu, gdzie ma je Jarosław Kaczyński. I teraz posłanki z tej partii mają czelność zagrzewać nas do walki o poszanowanie Konstytucji RP. Ubrał się w ornat Diabeł i ogonem na mszę dzwoni.

I dlatego to zgromadzenie opuściłem wielce zniesmaczony.

Szkoda tylko, że ci młodzi ludzie, którzy na tej dzisiejszej manifestacji w Wałbrzychu tak szczerze wołali "Precz z Kaczorem dyktatorem", "Demokracja", "Konstytucja" itp. nie znają najnowszej polskiej historii. Szkoda, że nie wiedzą, iż złamanie podstawowych zasad Konstytucji nastąpiło w roku 2009, co pozwoliło później Kaczyńskiemu te pro obywatelskie "osiągnięcia" twórczo rozwinąć i odebrać emerytury i renty tym, którzy od roku 1990 służyli w polskiej Policji i z polskim państwem podpisali kontrakt. W imię jego zasłużyli wiernie z całym poświeceniem i tylko dlatego, że mieli (większości przypadków) niewielkie epizody w Służbie Bezpieczeństwa w czasach PRL, dzisiaj za swą służbę, państwo odbiera słusznie nabyte emerytury i daje mi żenujące i hańbiące ochłapy. Myślę, że ci, którzy dziś na tych w manifestacjach, obok przedstawicieli PO wołają wielkim głosem, że nie oddadzą demokracji, nie mają pojęcia, że jest to wołanie na puszczy, albowiem oddali ją już dawno. Osiem lat temu.

A oto słowa prof. Andrzeja Strzembosza wypowiedziane podczas warszawskiej manifestacji 20 lipca 2017 roku:

"A czy wiecie państwo, co znaczy, kiedy ustawa wprowadza odpowiedzialność zbiorową? Wprowadzenie ustawą odpowiedzialności zbiorowej (...) jest pewnego rodzaju represją, a jeżeli stosuje się represje zbiorowe, to wiecie jak się to nazywa?" (tu prof. Strzembosz zawiesza głos, a prowadzący wiec podpowiada głośno: KOMUNA I TOTALITARYZM).

Prof. nie protestując, czyli akceptując to dopowiedzenie, przemawia dalej:

"Dlatego zwróciłem się do pana prezydenta, aby nie ubrudził sobie rąk tą ustawą, bo kiedyś powiedzą, że podpisał ustawę wprowadzająca odpowiedzialność zbiorową. A to ma swoje odpowiednie konotacje historyczne."

Pomyślcie o tym, zanim na kolejnych manifestacjach będziecie stawać obok Platformy Obywatelskiej.

PS. A pamiętacie jak Jarosław Kaczyński w podobny sposób z Joachimem Brudziński wołał do PO? Nie?. No to przypomnę:

"Całą Polska z was się śmieje ... komuniści i złodzieje".

Napisz komentarz (1 Komentarz)

Tuż przed wyjściem na wczorajszą manifestację pod sądem rejonowym w Wałbrzychu oglądałem w TVN 24 bezpośrednią relację z przebiegu takiej samej manifestacji w Warszawie. Była ona naprawdę ogromna. Przyglądając się osobom zgromadzonym na specjalnej platformie-mównicy zauważyłem, że brak jest tam przedstawicieli lewicy, a zwłaszcza SLD. A przecież organizatorzy tych manifestacji bez przerwy podkreślają, że są one wyrazem zjednoczenia się całej parlamentarnej i poza parlamentarnej opozycji. Brak lewicy może świadczyć o tym, że nie została ona tam zaproszona. Szkoda, że nie przyszła sama, bo chyba nikt by nie śmiał jej wygonić. SLD za bardzo się kryguje, bo nie jest to już stara robociarska partia, gdzie publicznie i grubego słowa nie bano się użyć. Byle tylko było powiedziane w słusznej sprawie.

Z wielkim zainteresowaniem wysłuchałem głosu bohatera walki o Polskę demokratyczną, wolną, sprawiedliwą i równą dla wszystkich, profesora Adama Strzembosza, twórcy podwalin dzisiejszego (jeszcze) Sądu Najwyższego, a także byłego jego pierwszego prezesa i przewodniczącego Trybunału Stanu. Otóż pan profesor raczył bardzo krytycznie, wprost ręce załamywał z żalu, odnieść się do unormowań nowo uchwalonej pisowskiej ustawy o Sądzie Najwyższym. Z wielkim smutkiem i poruszeniem na twarzy stwierdził, że ustawa ta charakteryzuje się rozwiązaniami stosującymi represje i odpowiedzialność zbiorową, co jest niezgodne nie tylko z konstytucją RP, ale także z prawnymi unormowaniami międzynarodowego. Jest tak dlatego, że prawo zezwala sędziom pracować do 75 roku życia, a ta pisowska ustawa przymusowo odsyła ich na emeryturę, czyli w stan spoczynku. Jest to coś tak niesprawiedliwego, że prof. Strzembosz oceniając te przepisy i oceniając takie postępowanie PiS, nazwał to krótko i dosadnie faszyzmem. Aby nie było wątpliwości, wystąpienie profesora Strzembosza nagrałem.

To stwierdzenie wywołało wielki aplauz, zwłaszcza zgromadzonych na mównicy posłów Platformy Obywatelskiej, w osobach Ewy Kopacz, Borysa Budki i Grzegorza Schetyny, a także obecnych tam posłów Nowoczesnej, działaczy KOD oraz innych liderów opozycji. Widziałem tam też byłego już prezesa Trybunału Konstytucyjnego, Andrzeja Rzeplińskiego. Słuchając tego wielkiego oburzenia związanego z wspomnianymi represjami i odpowiedzialnością zbiorową, o mało mnie szlag nie trafił, bo nagle wszyscy oni jakby zapomnieli, jakby chcieli wyprzeć ze swej świadomości haniebny fakt, że to oni w 2009 roku, jako pierwsi, zastosowali odpowiedzialność zbiorową i zastosowali represje ekonomiczne w stosunku do ludzi, którzy ustawą sejmu RP z 1994 roku nabyli, jako emerytowani funkcjonariusze służb mundurowych, wypracowane przez lata emerytury. I oto nagle, po latach po 8 latach od tych pierwszych represji, kiedy Platforma otworzyła Puszkę Pandory i wypuściła na świat upiory mściwej zemsty, śmie dziś nagradzać brawami wypowiedź profesora o tym, że takie postępowania jest charakterystyczne dla faszyzmu.

Spoglądając więc na prof. Strzembosza, nagle zauważyłem, że otaczają go sami faszyści, którzy jak ten przysłowiowy diabeł, przebrali się w ornaty i zaczęli na mszę dzwonić. Przecież PiS tylko twórczo rozwinął to, co oni sami - mając pełnię władzy - uchwalili wcześniej i w 2016 roku represje te tylko wzmocnił, odbierając określonej grupie funkcjonariuszy Policji nie tylko emerytury, ale także renty rodzinne i inwalidzkie. Odebrał to emerytowanym policjantom, którzy od 1990 roku w wiernie (ponoć demokratycznemu) państwu i obywatelom służyli. Teraz o tym nie chcą pamiętać, a ja zastanawiam się, czy nie jest to efektem, znanego od czasów Freuda, psychologicznego mechanizmu obronnego w postaci wyparcia ze świadomości haniebnych czynów, jakich się dopuścili. Być może również wiecujący obywatele, bijący brawa prof. Strzemboszowi za te słowa o faszyzmie, padli ofiarą zbiorowego zaniku pamięci.

Zniesmaczony tym widokiem, udałem się pod budynek wałbrzyskiego Sądu Rejonowego, gdzie Inicjatywa Polska, wraz z Platformą Obywatelską, Partią Razem, Komitetem Obrony Demokracji, oraz Kongresem Kobiet zorganizowały wiec w obronie polskiej konstytucji i demokracji, czyli w obronie Sądu Najwyższego, o czym w Warszawie tak żarliwie mówił prof. Strzembosz. W Warszawie wśród tysięcy ludzi nie zauważyłem żadnego partyjnego logo, natomiast w Wałbrzychu z miejsca rzucił mi się w oczy baner partii Razem, czyli partii, która robi wszystko być OSOBNO. Nie zauważyłem natomiast nikogo z SLD, ale przewodniczący Rady powiatowej SLD Krzysztof Strzelec stał obok mnie. Staliśmy bardzo blisko schodów i musieliśmy być widziani Mateusza Rambachera, czy innych organizatorów tej manifestacji, ale nie przyszło im do głowy, aby szefa SLD na te schody zaprosić. Padały gromkie słowa w obronie Konstytucji, w obronie podstawowych praw, ale nikt z tych obrońców Konstytucji, ani jednym chociażby słówkiem, nie wspomniał o tych, którym konstytucyjne prawa zostały nie tak dawno odebrane, zarówno przez PO jak i PiS, przy milczący aprobacie tych, którzy teraz tak głośno na tych schodach o prawach obywateli krzyczeli. Obłuda obłuda i jeszcze raz obłuda.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

Lud prosty, czyli suweren, cieszy się, że robiący za prezydenta RP zawetował‚ ustawę o RIO, ale ona wróci do do sejmu i Jarkacz, czyli Hegemon1, uchwali ją jeszcze raz, a lud prosty cieszyć się będzie, że prezydent jest tak bardzo samodzielny i niezależny.

* * *

Hegemon dokonuje zmiany ustroju państwa bez zmiany Konstytucji, co czyni za pomocą ustaw. Posłuszny mu pseudotrybunał zwany Konstytucyjnym klepie wszystko na co Hegemon wskaże palcem i ostatnio klepnięta ustawa o KRS czyni sądy bezbronne wobec polityków. Ziobro będzie miał najpotężniejszy arsenał w swym ręku, ale on jest tylko "zaciężnym najmitą" Hegemona, którego w każdej chili Hegemon może małym paluszkiem strącić w (nie tylko polityczny) niebyt. Niektórzy liberałowie swoją nadzieję widzą jeszcze w sędziach, wierząc w to, że są to ludzie o silnym kręgosłupie moralnym i naprawdę kierującymi się jedynie zasadami i normami prawnymi. No cóż, zostaje mi jeno zadedykować im(tymże liberałom oczywiście) piosenkę Jana Kaczmarka: "Oj naiwny, naiwny, naiwny, jak dziecko we mgle, jak goliat na pchle, mól w otchłani wód, który liczy wciąż na cud."

* * *

Próżna to nadzieja, zwłaszcza, że samodzielność i niezawisłość sądów została ostatnimi ustawami Hegemona zniesiona. Nie ma już trójpodziału władzy, bo teraz to władza wykonawcza czyli Hegemon, wybierać będzie władzę sądowniczą, w czterech literach mając art. 10 Konstytucji RP, a nawet paluchem swego najemnika wskazywać będzie członków Sądu Najwyższego. Jeszcze kilka dni i organ ten będzie pełnił podobną funkcję jak wspomniany pseudo trybunał Hegemona. A po co to wszystko, a co mnie to obchodzi, zapyta lud prosty, przez Hegemona zwany suwerenem (nota bene, wielkie jaja sobie onże Hegemon z ludu prostego uskutecznia)? Otóż wiedzcie robaczkowie mali, że Hegemon już czuje na plecach oddech wielkiej przegranej, a więc stawia sobie mur wielki, który jak w serialu "Gra o tron" ma go przez wsze czasy bronić przed wszelkimi "dzikimi" i "innymi". Prawda, że brzmi znajomo? Owe "wrony" również, kiedy się pamięta, kto na czele obrońców jednopartyjnej władzy stał w latach 80-tych XX wieku. Przypomnę, że WRON-a.2. Quźwa, ładne perspektywy ... strach się bać.

* * *

Nowe ustawy o ustroju sądów i o Sądzie Najwyższym, a także bezwolne ciała w postaci pseudotrybunału Hegemona, jak i nowy, również bezwolna dzięki nowej ustawie Krajowa Rada Sądownicza, zapewnią Hegemonowi zwycięstwa w zbliżających się wyborach do samorządów w 2018 roku , oraz już nieodległych wyborach do parlamentu(2019). Bo to przecież Sąd najwyższy stwierdza ważność wyborów, a więc kiedy Hegemon przegra, to przywołany wcześniej jego najemnik nakaże, aby wskazani przez niego sędziowie stwierdzili nieważność wyborów z uwagi na fałszerstwa wyborcze. Ale kiedy wygra, a gorszy sort(czyli ten trzeci - liberałowie, i ten czwarty- lewica) zawyje, że Hegemon nakazał wybory sfałszować, to wskazani paluchem najemnika sędziowie, zgodność z prawem tychże wyborów zaświadczą jak jeden mąż. Mąż Hegemona.

* * *

I mogą sobie wszelcy "komuniści i złodzieje" japę wydzierać, że obalenie Trybunału Konstytucyjnego, jak również obalenie Krajowej Rady Sądowniczej oraz obalenie Sądu Najwyższego, to nic innego jak symptomy obalenia konstytucyjnego systemu ustrojowego państwa RP, czyli faktyczny, choć kamuflowany zamach stanu. Mogą się wydzierać, bo Hegemon ma ich głęboko tam, gdzie niejaki Trump ma obrońców islamskich imigrantów. Hegemon już dawno, bo w 2014 roku, powiedział, że Polska pójdzie drogą Turcji. A w Turcji mamy już z jawną dyktaturą jednej partii i tamtejszego tureckiego Hegemona Erdogana. Jednym słowem, nasz rodzimy Hegemon prostą drogą prowadzi nas do PRL, która powstała na marksowskiej tezie o dyktaturze suwerena, czyli dyktaturze proletariackich mas. I po jaką cholerę było w latach 80-tych XX wieku jeść tę żabę?

1. Osoba mająca władzę i przewagę nad innymi - wg Słownika Języka Polskiego

2. Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRON) – organ administrujący Polską w czasie stanu wojennego, o pozakonstytucyjnym charakterze.

 

Napisz komentarz (1 Komentarz)

Zajechał na króciutki pobyt, przejazdem do Hamburga, amerykański Żyd robiący czasowo za prezydenta Stanów Zjednoczonych, niejaki Donald Trump, który w istocie rzeczy jest amerykańskim miliarderem-biznesmenem politykę traktujący w kategoriach biznesu. Jest to ważne bo, będąc takim, a nie innym, bardziej niż którykolwiek z jankeskich prezydentów robi i robić będzie tylko to, co się jego kolegom, jankeskim miliarderom, tak jak i jemu samemu, opłaca. W samych Stanach Zjednoczonych wywołuje powszechne oburzenie, zwłaszcza, że jest poważnie podejrzewany o jakieś niezbyt jasne konszachty z Putinem, co nawet grozić może mu impeachmentem.

Te podejrzane (rzekome) konszachty w niczym jednak Prawdziwym Polskim Patriotom nie przeszkadzają, przez co robiący za posła szef owych PPP nakazał pozwozić ich 300 autokarami do Warszawy, aby na niewielkim placyku Krasińskich (ponoć najmniejszy w Warszawie) tumult na dane im znaki podnosili, aby radochę onemu Trumpowi uczynić. Oczywiście do Warszawy tymi 300 autobusami PPP pojechali na krzywy ryj, przez co tę ich wycieczkę pokryjemy my, pozostali, niegodni PPP, podatnicy. Zwłaszcza ci z trzeciego sortu, albowiem nas w IV RP jest najwięcej. Z samego Wałbrzycha, aby przed Trumpem paść na twarz, wyjechały cztery autokary pełne lokalnych PPP i tylko oczami wyobraźni mogę zobaczyć te zbiorowe orgazmy na widok tegoż Trumpa, który w kampanii wyborczej wielokrotnie opowiadał, że Putin to w rzeczywistości fajny i rozsądny koleś.

Ale, że w IV RP o niczym innym nie marzą, jak tylko o tym, aby Putin (czyt. Rosja) na Polskę napadł, sprytny biznesmen, mający w żyłach żydowski spryt do interesów, zgodził się sprzedać nam amerykańskie rakiety Patriot, za które zapłacimy naprawdę okazjonalną cenę, bo tylko 30 mld zł. A co to jest, panie Goldmann, te 30 mld zł? To jest nic, naprzeciw wieczności - że pozwolę sobie na parafrazę znanego żydowskiego szmoncesu w wykonaniu artystów z dawnego (czasy PRL) kabaretu Dudek. PPP umyślili sobie, że jak nam Trump owe Patrioty sprzeda, to Putin za chińskiego boga na nas nie napadnie. A ja się pytam, a dlaczego niby miałby na nas napaść? Czy w Polsce znajdują się jakieś olbrzymie zasoby naturalne, których Rosja jest pozbawiona, a bez których istnieć nie może? Czy od 1944 roku Rosja (dawniej ZSRR) w stosunku do Polski zgłaszała jakiekolwiek roszczenia terytorialne? Czy na terenie Polski znajduje się jakoś rosyjska mniejszość szczególnie przez III i IV RP udręczana? Trzy razy nie, a więc tylko kompletny idiota może majaczyć o realnym rosyjskim zagrożeniu. No cóż, idiotów ci u nas nie brakuje, co każdy nie idiota dostrzeże, kiedy zacznie się przyglądać polskim parlamentarzystom i politykom. Ze strony Rosji, ani Europie, a tym bardziej Polsce, nic nie zagraża, bo Rosjanie (w tym Putin) doskonale pamiętają grozę ostatniej wojny i cierpienia oraz starty materialne jakich w jej wyniku doznali. Jankesi o tym nie mają pojęcia, bo oni wojny zawsze prowadzili na obcym terytorium i dlatego przed zakusami jej sprowokowania raczej nie mają oporów.

Sprytny Trump, wykorzystując te polskie antyrosyjskie fobie, wcisnął nam skroplony gaz, który jest o 60% droższy od tego, jaki nam Rosja sprzedaje. Jankesi na siłę szukali odbiorców swego skroplonego gazu, którego teraz mają w nadmiarze z łupków, jakich u nich jest całe mnóstwo. Oni te łupki chcieli znaleźć w Polsce, aby na miejscu robić z nich gaz, a następnie sprzedawać nam po korzystnej dla nich cenie. Ponieważ z polskich łupków wyszedł big shit, no to wpadli na pomysł, abyśmy ten amerykański gaz od nich odkupowali i zrobili to w taki sposób, że PPP sami usilnie o to zabiegali. Oczywiście za tego rodzaju poronione pomysły PPP najwięcej zapłacimy my, trzeci sort, ponieważ jest nas najwięcej.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

Jechałem na rozprawę sądową, jaką IPN wytoczył gen. Leszkowi Lamparskiemu, z jakimś takim wewnętrznym przekonaniem, że niewiele osób pozytywnie zareaguje na mój apel i stawi się w sądzie, aby dać świadectwo, że się swojej przeszłości nie wstydzimy i stoimy za naszym byłym szefem murem. I moje przeczucie nie zawiodło mnie, bo na wezwanie zareagowała tylko niewielka grupa były funkcjonariuszy MO i Policji, dla których gen. Lamparski był nie tylko komendantem wojewódzkim MO , ale też i szefem (pierwszym) wszystkich polskich policjantów. Do sądu stawiło się około 10 osób obojga płci (z przewagą jednak mężczyzn), w tym nasz były kolega z czasów wałbrzyskiej milicji i policji, a następnie z-ca Komendanta Głównego, Heniek Tusiński. Muszę tu wspomnieć, że kilku kolegom z poza Wałbrzycha nie udało się dotrzeć z powodu różnych obiektywnych przyczyn zaistniałych w tym akurat dniu. Ważne jest, że mieli zamiar i podjęli się jego realizacji.

Natomiast zawiodło mnie moje przeczucie, co do zachowania się przybyłych na rozprawę tzw. pokrzywdzonych, albowiem spodziewałem się jakichś ekscesów z ich strony. I się naprawie mile rozczarowałem, bo ich zachowanie było - rzec by można - wzorcowe. W odróżnieniu do obrazków oglądanych przy takich okazjach w telewizji, wałbrzyscy "pokrzywdzeni" zachowali się z kulturą i godnością, za co naprawdę jestem im wdzięczny.

Były dwa tylko momenty, kiedy "pokrzywdzeni" zareagowali emocjonalnie, aczkolwiek niezbyt ekspresyjnie. Pierwszy dotyczył wysokości jego emerytury, jaką otrzymuje po odejściu na emeryturę z funkcji Komendanta Głównego Policji. Nie będę ujawniał jej wysokości, ale zapewniam że zamykała się ona w czterech cyfrach. Kiedy usłyszałem ich ciche buczenie miałem ochotę wstać i spytać się, czy tak samo buczeć będą na emerytury pisowskich urzędników, które dzięki zarobkom sięgającym miesięcznie nawet 100 tys. zł, na pewno z tylko tego powodu będą wielokrotnie wyższe niż generalska emerytura L. Lamparskiego.

Drugi taki moment miał miejsce, kiedy gen. Lamparski oświadczył, że czegoś nie pamięta, bo od tamtego wydarzenia minęło już 36 lat. Sala zareagowała ironicznym, ale niezbyt głośnym, rechotem, tak jakby każdy z tych ludzi pamiętał dokładnie, co mu ktoś w dniu 13 grudnia 1981 roku powiedział, napisał lub pokazał. Jestem przekonany, że w mniemaniu tych ludzi gen. Lamparski winien wszystko pamiętać tak, jakby zdarzenie miało miejsce dzień wcześniej. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy taka refleksja, że niby dlaczego miałby o jakichś mało istotnych szczególikach pamiętać, kiedy dla niego to co zrobił w tym dniu, było tylko jednym z tysięcy czynności jakie od tej daty w następnych latach wykonywał. Ale na taką refleksję zdobyć się może ktoś, kto uczciwość przedkłada nad pretensje. Chociażby nawet uzasadnione.

Co do samego przebiegu procesu, to mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że wykazał on niesamowitą miałkość aktu oskarżenia, a przy okazji pan prokurator z wrocławskiego IPN miał okazję zaprezentować swoją szczególną ignorancję dotyczącą wszystkich i wszelkich okoliczności związanych z materią postawionych zarzutów. Piszę tak dlatego, że np. pytania stawiane przez tegoż prokuratora świadczyły, że jest on przekonany, iż to gen. Lamparski ustalał listę internowanych, analizował materiały operacyjne i procesowe, które stanowiły podstawę internowania, a także, że to on sam wypełniał decyzje o internowaniu. Wyjaśnienia składane w tej materii przez gen. Lamparskiego wywoływały nieskrywane zaskoczenie i zdziwienie, co siedząc blisko ławy oskarżycieli, bardzo dobrze widziałem.

Po południu jeden z moich kolegów emerytowanych policjantów opowiedział mi, co słyszał w radiowym reportażu (Radio Wrocław) dotyczącym tego procesu. Otóż jeden z obecnych "pokrzywdzonych" opowiadał dziennikarzowi, jak straszliwie był torturowany, przywiązywany drutem do drzewa i jeszcze jakieś inne tego typu historie. Oczywiście nie mam powodu aby twierdzić, że facet opowiadał banialuki, bo być może tak było. Zastanawiam się jedynie, co wspólnego te wydarzenia miały z gen. Lamparskim, dzięki któremu w Wałbrzychu nie doszło do pacyfikacji strajkujących na kopalni "Thorez" górników. A nie doszło dlatego, że wydał zgodę na - co było warunkiem przerwania strajku okupacyjnego - przejście górników przez miasto, w tym przed budynkiem KW MO na ul. Mazowieckiej. Miałem wtedy dyżur w wydziale kryminalnym i widziałem tę milczącą dużą grupę górników idących z zapalonymi lampami górniczymi. Przemarsz ten wywarł na mnie naprawdę mocne wrażenie. Po latach przeczytałem książkę Z. Senkowskiego o wałbrzyskiej "Solidarności", w której na temat przebiegu tych wydarzeń napisał wiele bzdur, o czym wiem od jego "kolegów" górników, którzy brali w tym strajku udział. Podobnie dzięki generałowi nie doszło do pacyfikacji strajku na kopalni "Wiktoria", gdzie wszedł (bez obstawy) na teren tej kopalni, spotkał się z górnikami i pogadał jak Polak z Polakiem. Efektem tego było to, że górnicy opuścili kopalnie i spokojnie udali się do swych domów. Po rozmowach z górnikami do kopalnianej bramy osobiście odprowadzał go przewodniczący Komitetu Strajkowego Krzysztof Betka. Niestety już nie żyje, bo na pewno potwierdziłby te informacje.

Wracam do opowieści o rzekomych torturach, jakim poddawani byli wałbrzyscy działacze "Solidarności" i zastanawiam się, dlaczego więc tylko trzem funk. SB wytoczono o te tortury procesy karne i jaki wpływ na ich zachowanie mógł mieć gen. Leszek Lamparski? Ciekawy też jestem, co ten opowiadający dziennikarzowi były działacz "S" ma dziś do powiedzenia na temat odpowiedzialności karnej komendanta wojewódzkiego Policji z Wrocławia, którego podwładni torturami pozbawili życia Igora Stachowiaka. Jest to pytanie natury retorycznej, albowiem wiem, jaka byłaby odpowiedź. Wiele razy zadawałem to pytanie moim różnym znajomym z PiS.

Więcej o procesie gen. Lamparskiego napiszę w najbliższym wydaniu (22 czerwca) tygodnika DB 2010.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

Kolejny już raz nie zdzierżyłem wysłuchując bzdur opowiadanych przez niejakiego Andrzeja Zybertowicza, idiologicznego trubadura pisowczyków i prezesa nad prezesami, który w programie "Kawa na ławę" TVN 24 znów te swoje różne brednie opowiadał. Tym razem najbardziej z nerw mnie wyprowadził banialukami (chociaż to za łagodne słowo) na temat "barbarzyństwa związanego z ciałami ofiar katastrofy smoleńskiej".

Zybertowicz jest młodszy ode mnie o 5 lat, tak więc jak i ja wykształcenie pobierał za czasów PRL, a studia skończył w 1977 roku i od tego roku do roku 1989 pracował naukowo w Zakładzie Filozofii Instytutu Nauk Społecznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Każdy kto studiował w tamtych czasach na jakimkolwiek Uniwersytecie, kto zna historię PRL, wie, że Zakładzie Filozofii przewodnią rolę odgrywała filozofia marksistowsko-leninowska i nikt, kto nie był jej gorliwym wyznawcą, na zatrudnienie i możliwość nauczania studentów szans nie miał.

Piszę o tym, bo studiować zacząłem 4 lata wcześniej i miałem tę przyjemność, że nauczali mnie znani tzw. lwowscy profesorowie, czyli ludzie z "innego świata", o nadzwyczaj wysokich zasadach etycznych, doskonałym wykształceniu i doskonałym przygotowaniu pedagogicznym. Widać takich nauczycieli A. Zybertowiczowi zabrakło i dziś - w mojej skromnej ocenie - tytułowi profesora jedynie wstyd przynosi. Profesor, to człowiek o szerokich horyzontach myślowych, kierujący się zasadą żelaznej logiki i obiektywizmem sądów, człowiek, który w swym działaniu kieruje się przede wszystkim prawdą oraz wiedzą opartą o naukowe, a nie ideologiczne doświadczenia. Człowiek, który ponad wiarę przedkłada naukę.

Temu wszystkiemu A. Zybertowicz zaprzecza, a dla udowodnienia tego posłużę się tym, co dziś przed kamerami bredził.

Otóż w trakcie tej audycji poseł PSL przypomniał, że nie tylko polska tradycja społeczna i historyczna, ale także i zasady wiary chrześcijańskiej, a zwłaszcza katolickiej, nie znają czegoś takiego jak wieloletnia żałoba, a zwłaszcza co miesięczne urządzanie żałobnych publicznych obrzędów, bo w polskiej i katolickiej tradycji żałoba trwa 1 rok, a żałoba państwowa 3 miesiące. Okresy te zostały zachowane też po śmierci o wiele dla Polski ważniejszych osób, jak np. kard. Wyszyński i kard. Glemp, ks. Popiełuszko, czy papież Jan Paweł II, więc nic nie uzasadnia, aby po tragedii smoleńskiej publiczna żałoba trwała już 7 rok i co miesiąc urządzano polityczne igrzyska, niepozwalające rodzinom ofiar normalnie funkcjonować. Na te słowa A. Zybertowicz uraczył telewidzów kolejną porcją bredni. Bo zamiast odnieść się do problemu, zaczął bredzić, że polska tradycja narodowa nie zna tez barbarzyństwa w jakim odnoszono się do ciał ofiar katastrofy smoleńskiej, przez co dziś - dzięki ekshumacjom - rodziny ofiar muszą przeżywać straszliwe katusze. Tego nie zdzierżyłem, bo każdy kto nie jest jakim imbecylem winien wiedzieć, że na miejscu katastrofy znaleziono ponad 900 fragmentów ciał ludzkich i aby można je było poskładać w taki sposób, aby w każdej turmie znalazły by się wszystkie fragmenty JEDNEGO człowieka, identyfikacja ciał trwałaby kilka miesięcy, albo i dłużej. A każdy chyba pamięta, jak bardzo naciskano, aby ciała jak najszybciej sprowadzić do Polski, aby dokonać ceremonii pogrzebowych.

Najbardziej nalegał na to prezes, który od razu poczuł, że może na tej ceremonii mocno zyskać, przez co osłabić pozycję przyszłego kandydata na prezydenta B. Komorowskiego, który jako marszałek sejmu zaczął pełnić funkcję p.o. prezydenta RP. Kto o tym wie, ale bredzi jaki Zybertowicz, jest po prostu zwykłym kłamcą, czyli polityczną najmimordą, a kto nie wie, jest zwykłym głupcem, który wobec tego nie powinien publicznie kłapać, co mu mocodawcy nakazują.

Nigdy dotąd nie interesowałem się kim w czasach PRL był A. Zybertowicz, chociaż przez skórę czułem, że musiał być mocno zaangażowanym marksistą, bo takim zajadłym "antykomunizmem" cechują się polityczni konwertyci, czyli osoby, które nagle zmieniły swoje poglądy, a uczyniły to z politycznego wyrachowania. Szukając informacji o Zybertowiczu trafiłem na tekst byłego działacza "Solidarności" z Zakładów "URSUS" Zygmunta Wrzodaka, zajadłego "antykomunisty" któremu tylko naprawdę jakiś zidiociały dureń (przepraszam za oksymoron) mógłby zarzucić, że napisał go na polecenie Moskwy.

Tekst w załączniki - podkreślenie moje, błędy Wrzodaka. Chociaż niektóre, te najbardziej rażące, poprawiłem.

Napisz komentarz (2 Komentarze)