30 listopada, a więc w Andrzejki, w Sądzie Okręgowym w Świdnicy zapadł wyrok (już prawomocny) w sprawie pana Andrzeja z Wałbrzycha. Więcej na ten temat będzie można przeczytać w jutrzejszym wydaniu tygodnika DB 2010. Pan Andrzej został skazany na 2 lata bezwzględnej kary pozbawienia wolności, za przypisany mu rozbój, którego miał się dopuścić w 2013 i 2019 roku.

Problem w tym, że osoba mająca być ofiarę jego bandyckich czynów, twierdzi uporczywie, że żadnego rozboju nie było, pan Andrzej jej nie napadł, a pieniądze (15 zł.) dała mu sama z siebie za konserwy mięsne, które jej przyniósł. Że tak faktycznie było miała świadka, czyli swą koleżankę i jednocześnie właścicielkę mieszkaniu, w którym rzekomy rozbój miał mieć miejsce. Ale co to za świadkowie, jeżeli obie panie są już w wieku dosyć daleko posuniętym w czasie, bo jedna ma 83 a druga 94 lata. Obie więc dla sądu nie były wiarygodne, bo kto to widział, aby tak wiekowe kobiety mogły się orientować w tym, co się wokół nich w rzeczywistości dzieje.

A ja znam je osobiście i wielką przyjemność sprawiają mi rozmowy z nimi, podczas których mam okazję za każdym razem podziwiać ich sprawność i umysłową i fizyczną, zdolność obserwacji i trafnego puentowania tego, czego dotyczyły nasze rozmowy. Dla sądów były niewiarygodne, bo stare …. Inaczej nie jestem w stanie zrozumieć logiki jaką się oba sądy kierowały.

Dziś poznałem pewne kulisy tego prawomocnego już wyroku, których nie znałem przed wysłaniem tekstu do Redakcji. Szkoda, bo rzecz niesłychanie mnie zbulwersowała.

Dlaczego?

Ano dlatego, że jako prawnik z wykształcenia i osoba, która w niezbyt odległej przeszłości uczestniczyła w stosowaniu prawa, a i dziś w jakiś sposób w tym dalej uczestniczy, wiem bez wątpliwości, że z art. 49 §1 k.k. wynika, iż pokrzywdzonym jest osoba, której dobro prawne zostało bezpośrednio naruszone lub zagrożone przez przestępstwo, a więc nie ma przestępstwa, kiedy takiej osoby nie ma.

Oczywiście prokurator ma obowiązek ścigania z urzędu każdego przestępstwa rozboju, nawet wówczas, kiedy wskazana przez prokuratora osoba twierdzi, że ofiarą rozboju nie była. Postawienie podejrzanemu zarzutu, to wilcze prawo prokuratury. Ale sąd jest od tego, aby trzymać się ściśle kodeksu karnego. A ten mówi wyraźnie: nie ma pokrzywdzonego, nie ma przestępstwa. A jednak pan Andrzej został skazany.

Mało tego.

Ponieważ dowodowo sprawstwo rozboju p. Andrzeja było cieniutkie, prokuratura sięgnęła do starej sprawy (z 2013 r.), w której wszczęto postępowanie sprawdzające, w wyniku którego zostało wydane postanowienie prokuratury o umorzeniu, z uwagi na brak czynu przestępczego. Chodziło o to, że przed laty p. Andrzej trochę na swą życiową towarzyszkę nakrzyczał, używając słów, które dziś i w parlamencie, i na manifestacjach ulicznych padają często, a gęsto. Jednakże jego partnerka życiowa nie chciała go o nic oskarżać i po tym incydencie dalej sobie spokojnie żyli i wspólnie mieszkali.

oto nagle umorzona sprawa – bez wniosku rzekomo pokrzywdzonej – znalazła się na sądowej tapecie i za tamtą sprawę SąRejonowy w Wałbrzychu skazał go, dobijając do niej sprawę rozboju. Po połączeniu wyglądało to już bardziej groźnie i tłumaczyło niespodziewaną surowość sądu, który p. Andrzeja skazał na dwa lata za kratami. Bez zawiasów.

Utrzymał to w mocy Sąd Okręgowy, który nie mając ku temu żadnych dowodów i podstaw,  uznał tamtą starą sprawę za rozbój i skazał p. Andrzeja za dwa takie same czyny, co jeszcze bardziej surowość wyroku usprawiedliwiać miało. A ja się pytam, gdzie tu prawo i sprawiedliwość do cholery? Czy w 2013 roku ktoś rozbój zgłaszał? A przypomnę, że sprawa dotyczyła niewłaściwego zachowania się p. Andrzeja w stosunku do swojej partnerki, a więc sprawa ścigana na wniosek. A wniosku nie było.

30 listopada sędzia dokonał zmiany kwalifikacji czynu i aby to zrobić, powołał na świadka funkcjonariuszy biorących wówczas udział w postępowaniu. Stawiła się jedna funkcjonariuszka, która zeznała, że nic z tamtych czasów nie pamięta i nie pomogło jej nawet odczytanie treści jej notatki służbowej. I co robi sąd? Uznaje treść notatki za dowód i na tej podstawie zmienia kwalifikację. A zgodnie z prawem notatki służbowe policjantów nie stanowią i nie mogą być traktowane jako dowód w sprawie. Policjantka podejrzeń sędziego nie potwierdziła, więc sędzia zmieniając kwalifikację czynu na podstawie niedopuszczanej jako dowód notatki, złamał prawo. A p. Andrzej go nie złamał. Więc kto kim jest?

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (Notatka jako dowód.pdf)1. Notatka jako dowód.
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Obrywa mi się od moich kolegów, że wyraziłem negatywną opinię o pani Lempart (Strajk Kobiet), która pozwala sobie na plucie i wulgarne zachowanie wobec pojedynczych policjantów, którzy wykonując polecenia służbowe, stoją w szyku zwartym. Moja negatywna opinia dotyczyła ZACHOWANIA SIĘ tej pani, a nie tego, o co wraz z tysiącami innych kobiet od lat walczy. Bo jestem z nimi, ale to nie znaczy, że z tego tytułu MOIM OBOWIĄZKIEM ma być aprobata zwyczajnego chamstwa i prostactwa.

Jako JEDYNY w Wałbrzychu, a być może i całym regionie, napisałem i opublikowałem w wałbrzyskim tygodniku – chyba będzie już ze 4 lata temu – felieton zatytułowany STOP BANDYTOM W MUNDURACH. Chodziło o tych „funkcjonariuszy”, którzy na terenie komisariatu znęcali się nad zatrzymanymi, co w jednym przypadku skończyło się jego śmiercią. Zbrodnia popełniona na Igorze Stachowiaku miała miejsce później.

I wówczas spotkałem się z falą hejtu ze strony nie tylko części wałbrzyskich policjantów (powtarzam, części), ale także ze strony niektórych moich znajomych, kolegów-emerytów z wspólnej służby, którzy zarzucali mi, że pluję we własne gniazdo.

Dziś, gdy zabieram głos, wołając, że nikt nie ma prawa obrażać policjanta, który nie dopuścił się żadnego haniebnego czynu, ale wykonuje polecenia przełożonych, bo jest w formacji, gdzie działa się na rozkaz, spotykam się z zarzutami, że bronię niby łajdaków, którzy biją kobiety pałkami teleskopowymi, czy łamią prawo w czasie zatrzymań, albo niezgodnego z prawem legitymowania obywateli.

Nie chcę już tego wszystkiego od nowa tłumaczyć. Wspomnę więc tylko, że od samego początku stanąłem w obronie b. funkcjonariuszy SB, którzy po weryfikacji rozpoczęli służbę w formacjach mundurowych III RP, chociaż doskonale wiedziałem, jakich łajdactw dopuszczali się niektórzy funkcjonariusze tej formacji. Ale ocenę każdego z nich należy opierać na indywidualnych dokonaniach i przewinach.

Tak więc drodzy koledzy i koleżanki, miejcie to też na uwadze, kiedy dziś mi zarzucacie, że bronię przestępców w mundurach.

Jako ateista „od urodzenia” powiadam wam, że zaprawdę po czynach takich poznacie. Więc miarkujcie swe zacietrzewienie.

Napisz komentarz (1 Komentarz)

 Niejaka Lempart która jest ponoć szefową Strajku Kobiet, zwyzywała i opluła wczoraj - 28.11.2020 - policjantów stojącym w ordynku na jednej z ulic Warszawy. W ten sposób bardzo widowiskowo i wzniośle uczciła 102 rocznicę uzyskania przez Polki prawa wyborczego. Musi być z siebie niesamowicie dumna. 

Uważam, że Maria Lempart swoim chamskim zachowaniem Strajkowi Kobiet, a przede wszystkim wszystkim manifestującym na ulicach niesamowicie szkodzi. Proszę o wybaczenie, ale dla mnie to zwykła prostaczka, która sobie uzurpowała prawo znieważania wszystkich w koło i to w mało wyszukany sposób.

Należy potępiać i piętnować brutalność Policji, ale nie można obrażać i traktować jak szmatę każdego funkcjonariusza wysłanego na ulice przez swoich przełożonych. Owszem, uważam, że jak szmatę należy traktować policjanta, który Konstytucję i prawa obywatela ma w dupie, a wysłanie go na ulice traktuje, jako okazję do uwolnienia swoich prymitywnych cech osobowości.

żaden sposób nie można traktować policjantów w taki sposób, jak potraktowała ich w 2009 roku koalicja PO-PSL-PiS i 2017 roku koalicja Zjednoczona Prawica czyli de facto PiS, którzy wszystkich funkcjonariuszy mundurowych, byłych zweryfikowanych funkcjonariuszy SB potraktowała z buta jak przestępców, nie pozwalając im na prawo do indywidualnego osądzenia.

Nie można traktować wszystkich funkcjonariuszy w taki sposób, jak to w stosunku do funk. MO opowiadał wczoraj w TVN 24 niejaki Maciej Karczyński, były policjant i były rzecznik prasowy ABW. Otóż powiedział, że do Policji wstąpił w 1991 roku, ale do Milicji Obywatelskiej nigdy by nie wstąpił.

Przy tym ów pan wyraził przekonanie, że według niego w czasach PRL porządku w państwie (było takie jakie było, bo inne być wówczas nie mogło) powinni pilnować gangsterzy, a być może wolał, aby czynili to funkcjonariusze ówczesnej NKWD, przysłani z Moskwy. Dziwi mnie ten jego stosunek do dawnej Milicji, ponieważ jego własny ojciec i wujek byli jej funkcjonariuszami w Szczecinie.

Czyżby nowy Pawka Korczagin się objawił? Ojciec i wujek zapewne są z niego bardzo dumni, a tu masz - co za siurpryza - on nimi gardzi.

Tak też i pani Lempart nie ma prawa obrażać policjantów (im gremio) za to, że kazano im wyjść na ulice, a ona wczoraj obrażała tych, którzy żadnego niezgodnego z prawem działania nie podjęli. Czyżby walała, aby zamiast nich w tym miejscu stali funkcjonariusze Straży Narodowej niejakiego Bączkiewicza, Rycerze Chrystusa, czy jakieś inne Brygady Maryi?

Nie cieszy mnie to, że jakaś „chamówa” uzurpuje sobie prawo bycia twarzą i symbolem tych jakże słusznych manifestacji.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

 Tak się złożyło, że w moim milicyjno-policyjnym życiu tylko kilka razy – chyba trzy – brałem udział w operacyjnym zabezpieczeniu tłumu, który wbrew obowiązującym przepisom, gromadził się na ulicach miast. Miało to miejsce za czasów PRL (1982 r.), ale tylko jeden raz przydarzyło mi się podjąć interwencję.

Miało to miejsce w Dzierżoniowie, gdzie na Pl. Wolności (to taki centralny plac w tym mieście spełniający rolę Rynku), gdzie zebrało się kilkuset manifestantów, którzy w sposób pokojowy żądali uwolnienia z internowania Lecha Wałęsy. Wokół nich i w okolicznych uliczkach zgromadzeni byli umundurowani funkcjonariusze MO, - mogło ich być nie więcej niż setka - którzy jednak nie ruszyli „do boju”, aby skandujący tłum pałować, jak też nie widziałem, aby milicjanci kogoś legitymowali.

Jako funkcjonariusz operacyjny z wydziału kryminalnego KW MO w Wałbrzychu (WUSW jeszcze nie było) wraz moimi kolegami z wydziału oraz sekcji kryminalnej KP MO w Dzierżoniowie, zostaliśmy skierowani do operacyjnego rozpoznania sytuacji w tłumie. Naszym zadaniem było rozpoznanie prowodyrów nawołujących do agresywnych zachowań, lub takie podejmujących i wskazywanie ich umundurowanym funkcjonariuszom, którzy mieli ich następnie wylegitymować albo nawet zatrzymać. Tylko w skrajnych przypadkach byliśmy zobowiązani do podjęcia dyskretnych działań bezpośrednich, ale przeprowadzonych w taki sposób, aby nie doprowadzać do podgrzania emocji tłumu. Nie mieliśmy żadnych pałek i broni, a jedynie Ręczne Miotacze Gazu (RMG) dla ewentualnej obrony własnej. Używanie ich w innych w celach było wręcz zabronione.

Byłem świeżo po kursie oficerskim MO na Akademii Spraw Wewnętrznych i doskonale pamiętam wykłady dotyczące działań oddziałów zwartych MO w takich przypadkach, jak w Dzierżoniowie. Uczono nas dokładnie tego, co było zawarte w rozkazie skierowanym do nas, przed wejściem w tłum. Obserwować, umiejętnie odseparować, aby umożliwić przejęcie danej osoby przez mundurowych.

Kiedy w tym tłumie zauważyłem młodzieńca, – około 17 lat – który na ul. Świdnickiej rzucił pod koła oznakowanego radiowozu „przebijającego” się powolutku przez tłum tzw. jeża, mającego przebić opony pojazdu, poszedłem za nim i kiedy wyszedł na chodnik, aby się spokojnie i bezpiecznie oddalić, podszedłem do niego, dyskretnie pokazałem mu tak zwaną blachę i poprosiłem, aby zachowywał się spokojnie. Wziąłem go pod rękę i zamierzałem wyprowadzić go jak najdalej od tłumu, aby w stosownej sytuacji przekazać go mundurowym. Niestety, ktoś w tym tłumie się zorientował i w naszym kierunku ruszyła grupa kilkunastu (a może kilkudziesięciu) osób z okrzykiem „zabić gliniarza” czy coś w tym rodzaju, a w powietrzu zaczęły latać rzucane kamienień, mutry od śrub i właśnie takie stalowe kolczatki. Miałem szczęście, że ulicą do której już doszliśmy, a w zasadzie dobiegliśmy, przejeżdżał radiowóz i zdążył nas zabrać.

Później w dzierżoniowskiej komendzie przez kilka godzin ROZMAWIAŁEM z tym chłopakiem, czego efektem było ujawnienie przez niego tzw. „zbrojowni” w Zakładach „Diora”, gdzie produkowano i magazynowano broń w postaci samodziałów, rurek z materiałami wybuchowym i właśnie te nieszczęsne stalowe „jeże”.

Wspominam to na widok „mięśniaków” w cywilnych ubraniach, bez żadnego policyjnego oznakowania, którzy będąc w zachowującym się pokojowo tłumie zaczęli wyciągać z niego kobiety, a kiedy spotkali się ze słuszną SAMOOBRONĄ, wyciągnęli pałki teleskopowe i zaczęli nimi te kobiety grzmocić.

Demonstrujący mieli prawo sądzić, że te umięśnione typy, to członkowie nacjonalistycznych bojówek, które tak samo wyglądały i tak samo zachowywały się podczas „wielkiego marszu kobiet w Warszawie i podczas tzw. Marszu Niepodległości”. Mieli prawo tak myśleć, ponieważ praworządni gliniarze nigdy by tak nie postąpili, ponieważ jest to NIEZGODNE Z PRAWEM, które oni mają nie tylko chronić ale i (przede wszystkim ) przestrzegać.

W policyjnych przepisach nie ma mowy o „nieumundurowanych oddziałach zwartych Policji”, a więc brak policyjnego oznakowania, stawiał tych panów na równi z naziolami i kibolami, walczącymi z Policją w Dniu Niepodległości. 

Nałożenie później przez niektórych z nich opasek z napisem Policja niczego nie zmienia. Tym bardziej, że obowiązujące rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji z 20 maja 2009 r. w sprawie umundurowania policjantów (Dz.U.2009.90.738), opasek z napisem „Policja”, jako częścią umundurowania nie wymienia. A opaski takie każdy może sobie kupić w różnych internetowych (i nie tylko) sklepach.

 

Napisz komentarz (3 Komentarze)

 Serce rosło na ten widok ... Gnom zlał się ze strachu w porcięta i umknął do domu Gapetto. Bojówki Skazanego ale Ułaskawionego też tam się pojawiły, ale bały się napadać - jak w dniu poprzednim - na Polaków i tylko przepalały benzynę kupowaną z naszych podatków i setkami stali na ulicy.

Marionetki Gnoma w po zapewnieniu Polkom horroru piekła rodzenia płodów bez mózgów, z organami na zewnątrz, otrzymały nowe zadanie.

Teraz mają uznać za niezgodny z Konstytucją starszy od niej przepis prawa cywilnego, respektowany od dziesięcioleci, według którego przedsiębiorca może żądać odszkodowania od Skarbu Państwa za działalność tegoż Państwa, jeżeli z tego tytułu poniósł szkodę materialną. Państwo, które niekiedy musi takie niekorzystne dl przedsiębiorców działa przeprowadzić, wymyśliło zgodne z Konstytucją stany nadzwyczajne, w tym stan klęski żywiołowej.

Ponieważ Gnom bał się, że jego Kukiełka drugi raz wyborów nie wygra, nie wprowadził stanu klęski żywiołowej, co dziś pozwala przedsiębiorcom występować na drogę sądową o wysokie odszkodowania. Wielokrotnie wyższe od tych, jakie by im przysługiwały na podstawie ustawy o stanie klęski żywiołowej.

Umyślił więc Gnom sobie, że żona ps. Wolfganga uzna, iż te przepisy kodeksu cywilnego są niezgodne z Konstytucją i po ptokach. Tak jak z przepisami o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży.

Chodzi o art. 417 kodeksu cywilnego.

Obecnie Gapetto wprowadza rozporządzeniami przepisy, które chociaż z uwagi na pandemię są słuszne, to jednak są niezgodne z Konstytucją, ponieważ tylko ustawa może ograniczyć czasowo wolności obywatelskie zapisane w Konstytucji. Zamiast więc wprowadzić stan klęski żywiołowej, znów burzą cały system prawny, oparty na Konstytucji i ustawach. A ludzie w sądach będą musieli walczyć o swoje, więc sądy są z każdym dniem upartyjniane, aby Gnom przegranymi nie musiał się zamartwiać.

Podano wiadomość, że Kukiełka złapała koronę … kuźwa, najgorsze, że nie wypada powiedzie, jakie nadzieje z tym zaczęły się w mojej głowie wykluwać.

Napisz komentarz (43 Komentarzy)

 17 września 1939 roku Armia Czerwona wkroczyła do Polski, a jedną z osobistych dla mnie konsekwencji tego wydarzenia, było zamordowanie w 1940 roku przez NKWD w Kozielsku, mojego wujka Tadeusza Drożdża. 

81 lat temu, 17 września 1939 roku, Armia Czerwona wkroczyła do Polski, realizując postanowienia Paktu Ribbentrop – Mołotow. Dlaczego Stalin pakt taki z Hitlerem zawarł, to całkiem osobna historia i wiele razy na ten temat się wypowiadałem i pisałem. Nie negując faktu, że był to akt jawnej agresji, nie trudno jednak nie zauważyć, że był on również efektem dalekowzrocznej polityki Stalina, który nie miał najmniejszej wątpliwości, że prędzej czy później Hitler wyda rozkaz ataku na Związek Radziecki. Nie przewidział jedynie, że atak ten nastąpi tak szybko. Jednakże ta decyzja Stalina – o podpisaniu Paktu i wkroczeniu Armii Czerwonej na tereny Polski, w rezultacie uchroniła ZSRR przed klęską, a tym samym miała decydujący wpływ na dalsze losy wojny, w tym z jej zakończeniem podpisaną kapitulacją w maju 1945 roku. 

Niemcy od 3 września 1939 roku nieustająco ponaglali Stalina, ażeby zajął obszary, ustalone w pakcie Ribbentrop-Mołotow jako strefa interesów ZSRR, ale Stalin zwlekał z podjęciem takiej decyzji. Mimo wszystko czekał na to, jak zachowają się wobec niemieckiej agresji na Polskę Wielka Brytania i Francja. A jak ta pomoc - określona przecież w podpisanych z Polską umowach sojuszniczych – wyglądała, wiedzieć powinien każdy Polak. 17 września Stalin uznał, że nie ma na co czekać, bo kiedy Hitler uderzy na niego, również i on pomocy od Anglii, Francji czy USA nie otrzyma. 

Gdyby nie to, że Armia Czerwona we wrześniu 1939 roku przesunęła granice ZSRR o 300 km na zachód, w 1941 roku hitlerowskie hordy pod murami Moskwy stanęłyby na długo przed nadejściem zimy. A to właśnie sroga rosyjska zima w głównej mierze w 1941 roku spowodowała zatrzymanie impetu natarcia Niemców. Dzięki temu Hitler Moskwy nie zdobył, a Stalin uzyskał czas na przygotowanie się do dalszej obrony, a następnie ofensywy na zachód. Czym się to skończyło, wszyscy wiemy. 

Nie zmienia to faktu, że 17 września ZSRR dokonał wrogiej agresji, ale jednocześnie nie można zapomnieć, że mimo tej agresji Polska nie znalazła się w ZSRR w stanie wojny. Wieczorem 17 września Naczelny Wódz wydał następujący rozkaz: 

"Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony albo próby rozbrojenia oddziałów. (...) Miasta, do których podejdą bolszewicy, powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii". 

Władze polskie wzywając do unikania walki z Armią Czerwoną nie uznały jej wkroczenia za powód do wypowiedzenia wojny i nie zerwały stosunków dyplomatycznych z Moskwą. Jedyną ich reakcją była paniczna ucieczka do Rumunii, do czego się przygotowywały czekając na granicy z tym państwem już od 15 i 16 września. A więc wiele godzin przed tym, kiedy Stalin wydał rozkaz wkroczenia do Polski.

17 września mój wujek Tadeusz Drożdż, jako członek Związku Strzeleckiego, przyłączył się z grupą kolegów do jednego z oddziałów Polskiego Wojska, do którego prawdopodobnie rozkaz Naczelnego Wodza nie dotarł i brał udział w walkach, jakie oddział ten stoczył z oddziałami Armii Czerwonej. Zostali rozbici i poszli do niewoli, a wujek Tadek, jako syn policjanta, trafił do Kozielska, gdzie też został później zamordowany strzałem w tył głowy.

Wiem o tym, ponieważ po wojnie, do mojej ciotki Longiny Drożdż, która w 1946 roku wraz z mamą i siostrami (ojciec był w Armii Andersa) wróciła z Sybiru, dotarł jej przedwojenny bliski kolega Ryszard Soroka i opowiedział o okoliczności śmierci Tadeusza Drożdża. On sam uniknął jej przez przypadek, ponieważ kula wystrzelona w kierunku jego głowy, tylko go ogłuszyła, a strzelający enkawudzista był przekonany o swej skuteczności. Nocą Soroka wygrzebał się spod zwału trupów i udało mu się uciec.

Napisz komentarz (11 Komentarzy)