Zgodnie z zapowiedzią pojechałem wczoraj (06.05.2017)do Świdnicy na spotkanie (godz. 11:00 Klub Bolko) z europosłem SLD Januszem Zemke. Spodziewałem się, że na to spotkanie dojedzie większa grupa osób z Wałbrzycha, których POPiS-owy bolszewizm dotknął swymi - nie tylko ekonomicznymi - represjami. Niestety, poza Stanisławem Deską, Krzyśkiem Kobusińskim (którego przez zarost na twarzy w pierwszej chwili nie poznałem) i Krzyśkiem Dymalskim, poza mną z Wałbrzycha nikogo nie było. Dopisała za to reprezentacja byłych mundurowych z MON i MSW ze Świdnicy i Świebodzic. Miło było spotkać się z kilkoma dawno nie widzianymi kolegami.

Razem z Januszem Zemke, w klubie Bolko pojawili się działacze z wojewódzkiego kierownictwa SLD z Wrocławiu, z Markiem Dyduchem na czele. Byli też przedstawiciele władz samorządowych ze Świdnicy z panią prezydent Beatą Moskal-Słaniewską.

Tematem spotkania były, ogólnie rzecz biorąc, problemy związane z działalnością Sojuszy w kraju i na łonie - że tak powiem - Unii Europejskiej - ale przyszedł czas na zadawanie pytań, więc skorzystałem i jako pierwszy zadałem Januszowi Zemke pytanie, dotyczące tego, co Sojusz zamierza uczynić, aby sprawa represji ekonomicznych i politycznych w stosunku do byłych funkcjonariuszy służb mundurowych była nie tylko przedmiotem kameralnych dyskusji i różnego rodzaju petycji, ale stała się naprawdę bardzo nośnym tematem dni naszych powszednich. Co Sojusz chce uczynić, aby sprawa ta stała się tematem tak zwanej ulicy, bo wszyscy zdajemy sobie doskonale sprawę, że ta "ulica" w zdecydowanej większości wyraża stanowisko, że "dobrze im tak, bo mają za duże emerytury, kiedy inni przymierają głodem". I tylko MY wiemy, że jest to bardzo niesprawiedliwe, a jedyny, piszący o tych sprawach "Dziennik Trybuna" to za mało, bo prawicowe media tylko niechęć do mundurowych rodem z PRL, podsycają. Zwłaszcza TVPiS, TV TRWAM i TVN 24, nie wspominając o innych niszowych telewizjach. Po za mną, drugim pytającym się o ten sam problem był Wiesiek Hyży.

Odpowiadając na nasze pytania, Janusz Zemke zwrócił przede wszystkim uwagę na to, że tzw. ustawa dezubekizacyjna to nie jest tylko pomysł PiS, albowiem to Platforma w 2009 roku pierwsza zainicjowała ekonomiczne represje wobec funkcjonariuszy, którzy przed 1990 rokiem służyli w SB, zmieniając przelicznik emerytury z 2,6 % na 0,7% za każdy rok służby. PiS-owskie represje poszły dalej i współczynnik ten obniżyły (od października 2017) do 0%. I słusznie w tym miejscu Janusz Zemke zauważył, że dla kryminalistów odsiadujących kary pozbawienia wolności, współczynnik przeliczeniowy wynosi 0,3%. Te fakty mówią same za siebie.

Warte podkreślenie jest to, że te dwa akty (bezprawia - JB) prawne można uznać za przykłady prawa represyjnego, albowiem łamią konstytucyjne zakazy stosowania odpowiedzialności zbiorowej oraz naruszania praw nabytych.

W dalszej części wystąpienia Janusz Zemke realistycznie zauważył, że jak na razie, w tej sprawie siły i możliwości SLD są równe zeru, albowiem nie ma on swej reprezentacji w Sejmie. Stało się tak też i dlatego, że część byłych funkcjonariuszy służb mundurowych dała się uwieść socjalnej bajce PiS i wielce obrażona na SLD, odwróciła się od tej partii. A to SLD właśnie jako jedyna siła polityczna obecna w parlamencie była przeciwna nie tylko ustawie o IPN, CBA i ustawie dezubekizacyjnej. I także dziś, jako jedyna partia polityczna twardo stoi na stanowisku, że zarówna tamta pierwsza ustawa represyjna, jak i ta obecna, jest złamaniem Konstytucji RP, a objęci represjami nie mają co liczyć na wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Z powodów wiadomych. Przypomnę tylko, że również wtedy (2010 rok) nie mieli oni co na TK liczyć, bo organ ten, pod przewodem wielkiego obrońcy prawa, praworządności i zasad konstytucyjnych, niejakiego Andrzeja Rzeplińskiego, uznał, represje i złamanie konstytucji za wyraz sprawiedliwości dziejowej. Tak wiec PiS miało swego godnego poprzednika.

Obecnie najważniejszą rzeczą jaką można uczynić, to doprowadzić do sytuacji, aby projekt ustawy obywatelskiej, znoszącej w całości "ustawę dezubekizacyjną", trafił do sejmu i stał się przedmiotem konsultacji społecznych. Bo nawet jeżeli nie zostanie (a nie zostanie) przyjęty, to w nowej kadencji sejmu (2019-2023), będzie go można z "zamrażarki" wyjąć i procedować. Rzecz w tym, że aby byli mundurowi mieli swych godnych zaufania obrońców, lewica w przyszłych wyborach musi wejść do parlamentu. A wejdzie jedynie wtedy, kiedy ci od niej odwróceni, powraca i oddadzą na nią swój głos. Wejście SLD do sejmu (i senatu) spowoduje, że żadna prawicowa partia nie uzyska samodzielnej większości i SLD może stać się "języczkiem u wagi", a wówczas - jak stwierdził Janusz Zemke - warunkiem Sojuszu - nie podlegającym dyskusji - będzie uchylenie tej ustawy represyjnej w całości.

Sojusz aktywnie wspiera prace Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych, w jej pracach zmierzających do opracowania projektu "ustawy naprawczej", ale aby mogła ona zostać wprowadzono pod obrady komisji sejmowych projekt musi uzyskać wsparcie co najmniej 100 tysięcy obywateli. I dlatego też niezbędna będzie szeroka akcja zbierania podpisów, w co powinny włączyć się wszystkie stowarzyszenia wchodzące w skład Federacji.

Na razie każdy, kto będzie dotknięty represją, po otrzymaniu nowej decyzji emerytalnej, będzie musiał wystąpić z pozwem do sądu (nie wcześniej), a Federacja wraz z prawnikami z SLD będzie ich wspierać merytoryczną pomocą prawną.

Tyle - w wielkim skrócie - o tym, co na temat pisowskich represji miał nam do powiedzenia poseł Janusz Zemke.

Napisz komentarz (9 Komentarzy)

Andrzej Duda, już na wieki, przestał być dla mnie prezydentem Polski. On jest tylko prezydentem PiS i tak będę go nazywał, bo na miano prezydenta Polski ABSOLUTNIE NIE ZASŁUGUJE. Zresztą zastanawiam się, czy nie wytoczyć mu pozwu cywilnego o naruszenie moich dóbr osobistych, a także procesu karnego, za publicznie wygłoszone przez niego słowa, w wywiadzie udzielonym TVP Historia 30 kwietnia 2017 roku.

* * *

Przeszedł wczoraj przez Warszawę wielki pochód ludzi, którzy mają serdecznie dość bolszewickiej hucpy, jaką nam do kilkunastu miesięcy rządzący serwują. Jednakże hasło, pod którym odbywała się ta manifestacja, wydaje mi się ciut przesadzone, bo mimo wszystko, nikt jeszcze w Polsce wolności nam nie odebrał i nie odbiera. Zdaję sobie sprawę, że bolszewickie siły powoli do tego zmierzają, ale póki nie opanują wszystkich centrów strzegących naszych konstytucyjnych praw, to z wolności jeszcze w pełni korzystamy. Musimy zatem walczyć nie o wolność, ale o to, aby w Polsce przede wszystkim PRAWO BYŁO PRZESTRZEGANE, bo tylko od tego, czy nasze życie będzie regulowane prawem, czy samowola rządzących, wolność nasza będzie zależeć. A widać wyraźnie, że Platforma z panem Schetyną na czele, zapomniała, jak przez 8 lat naginała prawo do własnych celów. I co najważniejsze, nie tylko politycznych. Dlatego popieram decyzję władz SLD, ze się do tej platformerskiej akcji nie przyłączyła. Lewica winna walczyć o wolność OD WYZYSKU, czym akurat pan Schetyna i Petru brzydzą się instytucjonalnie.

* * *

Lewicę mamy taką jaką jest i na razie na lepszą się nie zanosi. A więc dajmy jej szansę na to, aby mogła stworzyć silną przeciwwagę dla POPiS-owego  bolszewizmu, czyli wykorzystywania parlamentarnej większości do narzucania obywatelom systemu hołubiącego bogatych i silnych, kosztem uboższych i słabych, którzy dziś nie mają swojej parlamentarnej reprezentacji. Jak na razie jedyną siłą zdolną jeszcze skutecznie walczyć o wejście do parlamentu jest SLD, dlatego też, chociażby ze ściśniętymi szczękami, wspierajmy to ugrupowanie, w myśl zasady, że jak się nie ma co się lubi, to lubi się to, co się ma. Już raz mogliśmy się przekonać, że odwracając się od SLD i oddając glosy na PO, stworzyliśmy sytuację, że partia polityczna, na którą głos oddało niecałe 20% wszystkich uprawnionych do glosowania, zdobyła w parlamencie samodzielność i różnego rodzaju hopsztosy wyczynia, o czym w kampanii wyborczej suwerenowi nie mówiła. Stało się tak również dlatego, że to ci obrażeni na SLD umożliwili nadejście tzw. dobrej zmiany. Czy ktoś jeszcze pamięta, że w ostatniej kampanii wyborczej przestrzegałem przed tym na łamach DB 2010, apelują do sympatyków lewicy by nie zmarnowali swych kartek wyborczych i na PO nie głosowali?

* * *

W MON, według posłów PO, powstał alternatywny ośrodek decyzyjny. Panowie Berczyński, Nowaczyk i Misiewicz mieli dostęp do dokumentacji ws. zakupu śmigłowców Caracal. Posłowie PO osobiście sprawdzali dokumentację dotyczącą przetargu na te śmigłowce i to co ustalili, pokazuje, jak bardzo bolszewizm rządzących niszczy polskie państwo przez to, że żadne przepisy, żadne zasady, żadne procedury, rządzących nie obowiązują. To znaczy, obowiązują ich, ale oni mają je w swoich, coraz bardziej obrastających tłuszczem, dupskach. I niech ci nieudacznicy z PO nie opowiadają bajek, niech nie mamią ponownie obywateli, że jak bolszewię pogonią od władzy, to zrobią z nimi porządek. Przez niedawne 8 lat, kiedy rządzili i psocili sobie do woli, nie byli w stanie postawić nie tylko przed sądami, ale nawet przed Trybunałem Stanu, tych, którzy podobne do dzisiejszych brewerie wyczyniali w latach 2005 - 2007.

* * *

A zresztą ... na pohybel kmiotom wszelakim.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   Trochę czasu opłynęło od dnia, kiedy ostatni raz coś tu napisałem. Tak się porobiło, że znów nie miałem na to czasu, bez przerwy zajmując się sprawami, które napadają mnie z dnia na dzień. Później napadło mnie wiosenne przeziębienie i groziła mi angina, ale mężnie walcząc - bez pomocy medykamentów - dałem sobie radę. I kiedy będąc już przekonany żem zdrów jak ryba, wyściubiłem na kilka tylko godzin nos poza własne mieszkanie, już po dwóch dniach poczułem, że coś znów nie jest tak. Tym razem udałem się do przychodni, gdzie dowiedziałem się, że złapałem infekcyjne zapalenie gardła. Otrzymałem receptę, ale znów postanowiłem, że będę się leczył sam, co dało ten efekt, iż zdrowy jestem, a przypisane mi antybiotyki nawet apteki nie opuściły. Na pewno organizm jest mi bardzo wdzięczny, że go tymi antybiotykami nie trułem.

* * *

Ponad połowę kwietnia i pierwszy tydzień maja spędzam w towarzystwie żony, która musiała wreszcie pójść na zaległy urlop wypoczynkowy. Z tego powodu więc bez rozwalił mi się całkowicie "tryb dzienny" i bez przerwy wydaje mi się, że jest sobotą, albo niedziela. Przez to fałszywe przekonanie nie mogę się skupić, bo w zasadzie w te dni raczej nie robię tego, co robię w ciągu tygodnia. "Na szczęście" już od poniedziałku idzie do pracy, wiec będę miał szanse powrócić w stare utarte koleiny, co rokuje, że może wreszcie ruszę z pisaniem, tego, co sobie założyłem jeszcze w ubiegłym roku. I tak fajnie żarło, póki nie zorientowałem się, że piszę w zasadzie bez planu, czyli wcześniej przygotowanej konstrukcji chronologicznej i faktograficznej. Zacząłem wszystko od nowa, ale po jakimś czasie pogubiłem się z tym, co napisałem wcześniej z tym, co napisałem obecnie. Ponownie wszystko rozłożyłem na czynniki pierwsze i od kilku dni robię porządek z całością dokumentacji. Musze ja posegregować i opisać, tak abym wiedział, co w książce umieścić, a czym sobie głowy nie zajmować. Muszę przeanalizować kilkaset stron dokumentów, a na kolejne kilkaset czekam. Bo wystąpiłem do pana prokuratora, o dopuszczenie mnie do kolejnych kilkuset stron dokumentów procesowych. Ale najważniejsze jest to, ze wreszcie mam plan nie tylko w głowie, ale i na papierze. I od tego powinienem zaczynać.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Czy ktoś jeszcze pamiętaj, że 26 kwietnia 1920 roku w Polsce, która tak niedawno wtedy odzyskała niepodległości, polska policja strzelała do polskich robotników? To właśnie tego dnia od kul policji zginęło 9 poznańskich kolejarzy, uczestników strajku w sprawie podniesienia ich wynagrodzenia za pracę. Dziś wszyscy  wiedzą o "poznańskim czerwcu 1956", o grudniowych wydarzeniach na Wybrzeżu w 1980 i 1981, o wydarzeniach w kopalni "Wujek" w 1981, ale nikt prawie nie wie co wydarzyło się w Poznaniu 26 kwietnia 1920 roku. Czy życie 9 poznańskich kolejarzy  było mniej warte niż życie robotników z czasów PRL? Chyba tak ponieważ o tych z 1920 roku nawet ponoć robotnicza "Solidarność" nie chce pamiętać.

* * *

Tak wydarzenia te wspomina uczestnik tamtych wydarzeń Jan Kaczmarek:

Pochód wzmocniony pracownikami dworca poznańskiego obejmował około 3000 ludzi. Gdy czołówka była pod Zamkiem, koniec pochodu był gdzieś na moście Uniwersyteckim. Dano znak zatrzymania pochodu. Grupy stojące na jezdni weszły na chodnik, by nie tamować ruchu. Delegacja weszła do gmachu nie zatrzymana przez kordon. Po kilku minutach wyszedł Karol Rzepecki, który wówczas sprawował obowiązki naczelnika Wydziału Spraw Wewnętrznych, a zarazem był prezydentem policji państwowej na województwo poznańskie. Stanął na schodach wiodących do bramy zamkowej i słyszeliśmy, jak spokojnie wydawał rozkazy:

- Pierwszy szereg klęknij! Złóż broń! Patrzyliśmy na to spokojnie, nie rozumiejąc, po co każe policji odbywać te ćwiczenia. Usłyszeliśmy trzeci rozkaz:

- Na moją komendę ognia!

Równocześnie w prawicy tego zbira ukazał się rewolwer, z którego wystrzelił w górę.
Wówczas część manifestantów zaczęła uciekać w ulicę Wały Zygmunta Augusta (obecnie Kościuszki). Salwę dano z odległości 30 kroków. Była ona nierówna. Wielu policjantów przed strzałem obejrzało się na rozkazodawcę, chcąc się upewnić, czy dobrze usłyszeli rozkaz. (...) Uczestnicy pochodu nie mieli żadnych agresywnych zamiarów, chcieli tylko swym tłumnym wystąpieniem poprzeć rokowania swych delegatów. Dla robotników, którzy spokojnie oczekiwali na odpowiedź rządców regionu, te nagłe strzały były tak niespodziewane, że w pierwszej chwili pochód rozpierzchł się w boczne ulice. Starsi pamiętają zapewne, że wówczas na placu pomiędzy wieżą zamkową a Uniwersytetem stał cokół po pomniku Bismarcka. We dwóch, z nieznanym mi z nazwiska warsztatowcem, nieśliśmy jednego z ciężko rannych do Uniwersytetu. W drodze, aby odpocząć i wygodniej ująć rannego, położyliśmy go na stopień cokołu. Dopadł do niego podkomisarz policji.
Ranny nie zważał na niego, a może w swym bólu nawet go nie zauważył. Wciąż jęczał: cholery, katy, mordercy!Podkomisarz zawołał na nas: odejść!

Równocześnie skinął na idącego za nim policjanta. Myślałem, że nas odpędza, a sam chce się zaopiekować rannym. Odszedłem parę kroków. Obejrzałem się i zobaczyłem policjanta stojącego bez karabinu, a komisarza podnoszącego karabin nad głową rannego. Unosząc karabin ruchem wahadłowym ugodził go trzykrotnie w głowę.

Ja i stojący obok mnie kolega dopadliśmy do niego. Policjant wyrwał mu karabin z rąk. Zacząłem krzyczeć:

- Koledzy, dobijają rannych! Podkomisarz, trzymając mnie, odpinał olstrę pistoletu. Uderzyłem go w szczękę, tak że cofnął się o krok. Policjant zagrodził mi drogę. Wracamy! - wrzasnął i wymownym ruchem ręki pokazał na nadbiegających kolejarzy. Obaj zaczęli biec ku bramie zamkowej.

* * *

26 kwietnia 1937 roku, a więc równo osiemdziesiąt lat temu, bombowce niemieckiego Legionu Condor niemieckiego korpusu ekspedycyjnego Luftwaffe, zamieniły baskijską Guernikę w dymiące pogorzelisko. W wyniku bombardowania zginęło około 3000 osób, a kilkaset zostało rannych. W samym mieście ofiarami byli głównie cywile, zniszczeniu uległy przede wszystkim budynki cywilne. Z faszystowskimi rebeliantami gen. Franco i jego nazistowskimi pomagierami z III Rzeszy, bohatersko walczyło ok. 5 tysięcy polskich ochotników, w tym w XIII Brygadzie Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego. I to od niej przyjęło się nazywać ich dąbrowszczakami. Dziś żyje ich jeszcze zaledwie garstka. Dwa lata później dąbrowszczacy stanęli do walki z żołdakami Hitlera, którzy 1 września najechali na |Polskę, a ci sami lotnicy z Luftwaffe obracali w perzynę polskie wsie i miasta, w tym stolicę Polski Warszawę. W 2007 roku hiszpańscy politycy zajęli się losem "Dąbrowszczaków" ponieważ pisowski rząd pierwszej IV RP, nowelizując ustawę o kombatantach, pozbawił ich należnych im kombatanckich świadczeń. 17 kwietnia 2007 r., hiszpański Senat zobowiązał rząd, aby objął dąbrowszczaków - którzy, jak wszyscy kombatanci Brygad Międzynarodowych, w 1996 roku uzyskali obywatelstwo hiszpańskie - opieką prawną i materialną, a także zwrócił się do Unii Europejskiej, by "przyglądała się sprawie i w razie potrzeby działała w ich obronie." Stanowisko i działania polskiego rządu "stanowi nie tylko złamanie praw człowieka, lecz także - w tym rażącym wypadku - prostej i szlachetnej ludzkiej godności" - napisali w przyjętej 17 kwietnia 2007 roku uchwale hiszpańscy senatorowie wszystkich frakcji.A hiszpański rząd, na mocy ustawy z 1996 roku, przyznał dąbrowszczakom hiszpańskie emerytury kombatanckie. Dzisiaj ipeenowska bolszewia robi wszystko, aby wymazać ich z pamięci Polaków, nakazując zmiany nazw ulic i placów noszące ich miano, co dowodzi tylko jednego, a mianowicie tego, że nasi współcześni bolszewicy okropnie boją się by pamięć o "Dąbrowszczakach " w narodzie przetrwała. Oni robią wszystko, aby w narodzie przetrwała pamięć o takich "bohaterach" jak "Ogień", Bury, czy "Łupaszka". Po prostu zgroza.

* * *

26 kwietnia 1977 r., w garażu aresztu śledczego w Katowicach na stryczku zakończył żywot zabójca czternastu kobiet, Zdzisław Marchwicki, uznany za "Wampira z Zagłębia". Godzinę później powieszono jego brata Jana, któremu przypisano rolę kierowniczą w popełnionych przez brata zbrodniach. Nie od dziś wiadomo, że przypisanych zbrodni Zdzisław Marchwicki nie popełnił, a do skazania doszło tylko dlatego, że prowadzący sprawę bali się przyznać, iż zbyt pochopnie poinformowali Edwarda Gierka (jego bratanica Jolanta Gierek byłą ostatnią ofiarą "wampira"), że sprawcę wszystkich 17 zbrodni mają już ustalonego i lada chwila dojdzie do jego zatrzymania.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

PO martwi się, że Kaczor nie pełni żadnej funkcji państwowej i jak PIS wreszcie padnie, to nie będzie można pociągnąć go do odpowiedzialności karnej. Aż tu nagle się okazuje, że premierka, ministrowie i szef Prokuratury Krajowej, niejaki Święczkowski, latają do niego na konsultacje, tak samo jak czynił to do spółki z Ziobrą za pierwszej IV RP. Jest zatem sposób na Jarosława. Dokładnie taki sam, jaki PO wymyśliła, aby gnębić gen. Jaruzelskiego, stawiając mu zarzut kierowania zorganizowana grupa przestępczą mająca na celu popełnienie przestępstwa, czyli łamania przepisów najważniejszej polskiej ustawy, czyli Konstytucji RP.

* * *

Nigdy nie lubiłem Tuska i PO, właściwie to nie znosił chronicznie, ale obecnie po marksowsku muszę zauważyć, że byt określa świadomość i obecnie tylko w Tusku widzę nadzieję na postawienie tamy kaczystom. Tusk, jako prezydent, mógłby pisowskie plany wprowadzenia dyktatury obrócić w niwecz, blokując ich ustawy zmierzające do uchwalenia nowo-starej pisowskiej konstytucji na wzór tej z kwietnia 1935 roku, czyli wprowadzenia systemu prezydenckiego o charakterze autorytarnym. Przykład do naśladownictwa już ma - to Turcja prezydenta-islamisty Erdogana. Wystarczy zatem tylko w miejsce islamu wstawić katolicyzmem i rządzić po uważaniu przy pomocy Kościoła. Dlatego Kaczy tak bardzo pragnął zablokować ponowny wybór Tuska na szefa UE. Licząc na to, że kiedy z musu wróci do kraju, będzie można zamknąć go w kryminale. Jednakże Tuska wybrali i do Polski wróci na pół roku przed wyborami prezydenckim, więc Kaczemu nadal będzie realnie groził. Wymyślono więc przesłuchania Tuskowego syna w prawie afery Amber Gold, chociaż z firmą Amber Gold nie miał nic wspólnego, a Tuska w sprawie umowy o współpracy antyterrorystycznej pomiędzy Służbą |Kontrwywiadu Wojskowego, a rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa, z myślą, że być może w coś da się go ubabrać. Śmieszne to wszystko, kiedy wie się, że z rosyjską FSB współpracują prawie wszystkie największe światowe służby wywiadowcze.

Ponadto na wszelki wypadek Macierewicz oskarżył go o zdradę dyplomatyczną, jak to nie wypali, to na pewno coś skutecznego wymyślą.  Będzie tak, ponieważ Kaczy wbił sobie do głowy, że warunkiem jego wygrania jest Tusk w pierdlu.

* * *

Najbliżsi współpracownicy Antka byli agentami SB, a są i tacy, co byli podejrzewany o szpiegostwo. A prezydent nie reaguje, tak jak przez cały rok nie reagował na fakt, iż Antek go totalnie zlewał, nie odpowiadając na pisma, mające istotny związek z bezpieczeństwem państwa. Teraz, kiedy Antkowi co rusz kulas się powija, robiący za prezydenta A. Duda niesamowicie nabrał odwagi. Znaki czasu?

* * *

Antek nie wyjaśnił, dlaczego wszystkie tezy jego komisji w sprawie "smoleńskiego zamachu" nigdy się nie sprawdziły. Jego komisja to zbieranina amatorów, nigdy nie mających związku z badaniami katastrof lotniczych, więc nie ma żadnego sensu, aby wchodzić w polemikę z jakąkolwiek teza przez nich stawianą. W NATO, w UE i na całym świeci nikt tych bredni nie bierze poważnie, więc nie ma co sobie nimi głowy zawracać. Wystarczy tylko konsekwentnie wskazywać na istniejące twarde dowody i ustalenia komisji Laska. Nieprzejednanych się nie przekona, bo to już o swego rodzaju religię smoleńską chodzi. Wszak żadne dowody naukowe wierzących w Boga nie przekonają, tak tez jest i w tym przypadku i nalewy się z tym po prostu pogodzić. Na głupotę nie ma lekarstwa.

* * *

W czerwcu 2016 Kaczy opowiadał się za powstaniem wspólnej armii UE, na którą państwa członkowskie winny płacić 2 % swego PKB. W PiS było tak, że słowa Kaczego uważano za świętość, aż tu nagle Antek pokazał, że ma je w swoim ministerialnym zadku i wycofał Polskę z Eurokorpusu.  Tym samym pokazał, że dokładnie w tym samym miejscu ma konstytucyjnego zwierzchnika  sił zbrojnych, specjalisty od zjazdów narciarskich. Kiedy sprawa się rypła, najpierw gromko temu zaprzeczał, ale kiedy sobie uświadomił, że rzecznik prasowy tegoż Korpusu może pokazać stosowne kwity, zaprzeczył samemu sobie i informacje potwierdził.  Strasznie tym wkaczył prezesa, który publicznie oświadczył, że ekstrawagancje Antka należy ukrócić. Ciekawym teraz czy prezes zaczął słowa rzucać na wiatr, czy też zasadzi Antoniemu kopa w dupę. Wszystko wskazuje na to, że stać się tak może, bo np. ulubionego antkowego młodzieńca z PiS-u i ciepłej posadki prezes pogonił het.

* * *

Praktycznie nieznany nikomu po za Polską, niejaki dr Berczyński, ujawnił światu, że to on uwalił interes z Francuzami w sprawie zakupu helikopterów Caracal. PO zawyła i żąda prokuratorskiego śledztwa, Antek idzie w zaparte, ale niespodziewane zerwanie kontaktu jest faktem. Takim samym, jak związki owego Berczyńskiego z amerykańskimi konkurentami francuskiej firmy Airbus Helicopters.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

Czytam książkę "Jerzy Dziewulski o polskiej policji". Już po 22 stronie miałem ochotę ciepnąć ją o ścianę. Tyle na kilku stronach  (od 17 do 22) głupot naopowiadał, że naprawdę miałem dosyć. Zwłaszcza te opowiastki o strzelaniu do człowieka. Koniecznie w głowę. Nie w serce, albo w brzuch, bo delikwent po takim postrzale może strzelającemu jeszcze krzywdę zrobić. Więc koniecznie w głowę, bo jest to jedyny strzał skuteczny, po którym bandzior pada na ryło. No, skuteczne jest też strzelanie w kolano, ale jednak w głowę najlepiej.

Odnoszę wrażenie, jakby facet o milicji, czy policji wiedział tyle, ile się dowiedział z amerykańskich filmów.  Prawdziwy glina z ulicy, lub kryminalnego, wie, że aby oddać strzał do bandziora, musi się najpierw wydzierać, aby tamten rzucił broń, czyli każde niebezpieczne narzędzie jakie ma w łapach, następnie musi strzelać w górę, a dopiero później w korpus i to w taki sposób, aby wyrządzić bandycie jak najmniejszą krzywdę.  Postąpisz inaczej, bandzior zejdzie z tego świata, a ty masz sprawę sądową.
Owszem bywają sytuację, że nie ma na to czasu i wtedy strzela się bez ostrzeżenia, ale są one wyjątkowe i wyjątkowość tą trzeba przed prokuratorem lub sądem udowodnić. Owszem kombinowało się, najpierw strzelając do bandziora, a dopiero później w górę, aby ewentualni świadkowie słyszeli 2 strzały. Na pewne Dziewulski jako antyterrorysta miał więcej okazji do strzelania, ale ani wtedy, ani obecnie nie ma przepisu zezwalającego na tzw. strzał snajperski, czego tragicznym przykładem niech będzie historia w ZK w Sieradzu gdzie oszalały strażnik zastrzelił 2 policjantów, a po pertraktacjach oddał się żywy w ręce policji. I nikt do niego nie strzelał i nikt go nie zastrzelił. A powinien być odstrzelony od razu. Więc mnie te opowieści Dziewulskiego trochę śmieszą. Zresztą, ilu polskich policjantów strzelało do ludzi? Sądzę, że może 20%, no góra 30%, bo nie każdy był w antyterrorystycznej brygadzie. Ale Dziewulski pisze o gliniarzach (o policji) chyba, a nie o antyterrorystach. Przestałem czytać, ale po namyśle znów po książkę sięgnąłem.  Ciekawość przeważyła

Czytam dalej i nie wiem co myśleć.  Same sprzeczności, bo jednak przypomniał sobie o zasadzie, według której przestępcy należy uczynić najmniejsze zło.
I co z tego, kiedy opowiada o tym, jak przestępcy strzelał w głowę z przyłożenia, a to już kryminał nie wyjęty. Opowieści o pogrzebie zapałki słyszałem wielokrotnie, a pochodziły one z czasów II RP, więc akurat z miłością socjalistycznej ojczyzny do czystości nie mają wiele wspólnego.  W III RP z falą w wojsku długo nie można było dać rady. Obawiam się że go mocno poniosło w opowiadaniu, że będąc w służbie zasadniczej po 8 chyba miesiącach został sierżantem, a po roku dowodził kompanią. Mitoman? Stopień sierżanta, to stopień podoficera zawodowego, a kompanią dowodzić mógł tylko oficer zawodowy w stopniu kapitana (niekiedy porucznika) i opowiadaniem takich pierdół po prostu się ośmiesza. Nie widzę fotki książeczki wojskowej. Dlaczego|?

Doczytałem się do strony 49 i odnoszę wrażenie, że czytam opowieści jakiegoś chłopka-roztropka, co to po powrocie z "woja" opowiada kolesiom przy flaszce o swoich wojskowych sukcesach.  Wiemy, że w wojsku był, ale te jego opowiastki trochę się z prawdą omijają, jak pies z kotem, nie przymierzając. Coś w tym stylu ... Przypomina mi to fragment poematu Andrzeja Waligórskiego o Deptaku, a konkretnie o tym, jak jego druhowie, rozsiadłszy się wygodnie przy stole z jadłem i napitkiem "gwarzyli swoje ćmoje boje, ni gieroje, ni plejboje".

Kuźwa, co jest z tymi gliniarzami z Warszawy. Jeden się chwali, że aby zmusić szczeniaka do tego, by się przyznał, każe mu nad Wisłą kopać grób i strzela mu koło głowy, drugi opowiada tym, jak zasłaniając się kobietą, strzela facetowi w łeb z przyłożenia. Chorzy na coś, czy co?

Napisz komentarz (17 Komentarzy)