Oglądałem wczoraj kilka programów telewizyjnych poświęconych rocznicowym wspomnieniom dotyczącym podpisania tzw. Porozumień Sierpniowych (Stocznia im. Lenina – 30 sierpnia 1980), co zrodziło we mnie kilka smutnych, aczkolwiek nie pozbawionych złośliwej satysfakcji, refleksji.

Oto one.

Wśród sierpniowych postulatów, które uwzględniono w zawartym porozumieniu, nie było żadnego mówiącego o prywatyzacji zakładów państwowych, a w sali BHP stoczni gdańskiej, w której podpisano porozumienie, wisiało dużych rozmiarów hasło: SOCJALIZM – TAK, WYPACZENIA – NIE !

Tak, tak, to pod takim hasłem ówcześni robotnicy strajkowali, a prześcieradło z tym tekstem wisiało też na płocie okalającym stocznię. Tymczasem klasą, która w wyniku pleniących się w 1980 roku strajków, a także dzięki późniejszej kapitalistycznej transformacji ustrojowej (będącej ich końcowym efektem) straciła najwięcej, byli ci strajkujący wówczas robotnicy.

Stracili swą znaczącą rolę polityczną i dzisiaj żadna partia (również ta lewicowa) nawet się do nich nie odwołuje, a niektórzy nawet negują ich istnieje, mówiąc o tzw. prekariacie.

Po wystrajkowanej reformacji ustrojowej i gospodarczej w wielu zakładach przemysłowych zatrudnienie spadło o połowę, wiele sprzedano kapitałowi zagranicznemu, który szybko je zamknął i zniszczył. A najbardziej sztandarowy w tamtym czasie zakład, jakim była stocznia Gdańska im. W. Lenina, z której wywodzi się z "Solidarność", i w której podpisano porozumienia sierpniowe, został sprywatyzowany i nie słynie już z budowy statków dla armatorów na całym świecie, ale z budowy luksusowych jachtów dla oligarchii.

Dzisiaj każdego, kto wołałby o realizację zawartych wówczas porozumień sierpniowych, okrzyknięto by jako kogoś, kto domaga się restytucji polskiego socjalizmu, czyli komuchem, używając dzisiejszego języka.

Powrotu do tych porozumień nie żąda nawet Lewica. Być może i słusznie, bo przecież jedna strona tamtejszych wspólnych uzgodnień, podpisanych przez Rakowskiego i Wałęsę, już dawno nie istnieje. I hasło, pod którym toczyły się negocjacje i podpisano porozumienia – "socjalizm – tak, wypaczenia – nie" zniknęło.

Natomiast pokolenie 25 i 35 latków, które było główną siłą napędową strajków w latach 1980-1981, doświadcza dziś boleśnie skutków prywatyzacji przedsiębiorstw, w których strajkowali i których prawie w 100% już dawno nie ma.

I chichotem historii jest uchwalenie przez PiS 1200 zł. dodatku do emerytur wszystkim tzw. kombatantom, czyli dawnym opozycjonistom. Nie wszystkim wówczas zatrudnionym („Solidarność” liczyła ok. 10 mln członków, w tym 1 mln z PZPR), nie wszystkim ówczesnym robotnikom, tylko kombatantom.

A wiadomo, że z listy tych kombatantów zniknął na ten przykład pierwszy w latach 80-tych robotnik PRL, czyli Lech Wałęsa. Został dziś zastąpiony przez Lecha Kaczyńskiego, który wg Jarosława Kaczyńskiego, był faktycznym przywódcą strajków i całej ówczesnej opozycji.

Z Wałęsą zniknęli też ci faktycznie strajkujący, czyli ówcześni robotnicy. Poza kilkoma spryciarzami, którzy dzięki kasie przysyłanej przez CIA, mogli zbudować sobie własne kapitalistyczne przedsiębiorstwa, w których swych "fizycznych" traktują jak wyrobników. I świętują, aż się spod butów od Gucciego skry sypią.

Na koniec przypomnę, że w punkcie drugim porozumienia z 30 sierpnia 1980 r. zapisano że związki zawodowe "będą przestrzegać zasad określonych w konstytucji PRL. Nowe związki zawodowe będą bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej. Stoją na gruncie zasady społecznej własności środków produkcji, stanowiącej podstawę istniejącego w Polsce ustroju socjalistycznego.(…)."

Śmiesznie to dziś brzmi, ale wówczas rządzący w to uwierzyli. Dzisiaj Wałęsa bredzi, że była to tylko taka sztuczka, aby oszukać stronę rządową, ale strajkujący robotnicy tego przecież nie wiedzieli, bo nikt nigdy wówczas im tego nie powiedział. A podpisanie porozumień fetowali i jako swoje wielkie zwycięstwo.

Odnoszę wrażenie, że obecne huczne obchody tej rocznicy, to wmawianie dzisiejszym pokoleniom Polaków, iż wówczas karpie niesamowicie cieszyły się z nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia. A tymczasem tym karpiom zniszczono stawy, gdzie mogły się żywić, spuszczono z nich wodę, a je same zostawiono, aby zdychały przez lata z głodu i w poniżeniu.

Napisz komentarz (10 Komentarzy)

 Na wszystkich dostępnych dla mnie telewizyjnych kanałach smuta przeokrutna, więc wczoraj (12.08.2020) po 22.00 wrzuciłem TVN 24 i okazało się, że jest transmisja z obrad senatu. Panowie senatorowie mieli na tapecie Komendanta Głównego Policji Jarosława Szymczyka, któremu zadawali pytanie dotyczące policyjnej interwencji na Pl. Trzech Krzyży w Warszawie, podczas spontanicznego zgromadzenia jakie miało miejsce 7 sierpnia.

Założyłem, że intencją ich było przygwożdżenie pana komendanta i wykazanie, jakich bezeceństw dopuszczali się podlegli mu funkcjusze. Zatrzymałem się więc z ciekawości, jak Komendant Główny się wytłumaczy z tego, co mojej własne oczy na dziesiątkach filmików z zajść widziały i co moje własne uszy słyszały, kiedy zajścia te relacjonowali nie tylko ich uczestnicy, ale także posłowie opozycji, do których z uwagi na różne zaszłości mam pełne zaufanie.

Niestety ze smutkiem skonstatowałem, że oglądam kiepskie widowisko, w którym główni aktorzy są do swych ról całkowicie nieprzygotowani, a główny bohater jaja sobie z widowni robi, zbijając wszelkie zarzuty przytaczaniem przepisów, jakie obowiązują policjantów interweniujących na Pl. Trzech Krzyży i zresztą nie tylko.

Panowie senatorowie z trudnością wielką formułowali kierowane do komendanta pytania, które zresztą w zdecydowanej większości nie miały sensu, co komendant bezlitośnie wykorzystywał, cytując w odpowiedzi obowiązujące policjantów przepisy. I tym zamykał panom senatorom usta.

A przecież nie chodziło o to, żeby wykazać, iż komendant Szymczyk przepisy te zna, tylko o to, że jego podwładni nagminnie je łamali i łamią. Ale aby tego dokonać, trzeba by mieć wiedzę o tychże przepisach i silne argumenty w ręku, aby od razu to co komendant opowiadał, zbijać. I można było wdeptać go w senacką podłogę, ale pod warunkiem, że na przepytywania komendanta przyszło się merytorycznie przygotowanym. A tak nie było i wyszła kicha. 

Podam jeden tylko przykład.

Senator mówi, że zatrzymywani za udział w zgromadzeniu byli poddawani szykanom w ten sposób, że kazano im się rozbierać do naga i kucać.

Komendant na to, że przepisy mówią o przeszukaniu zatrzymanych przed osadzeniem, bo mogli sobie tu i ówdzie jakieś niebezpieczne narzędzia powtykać. I panowie senatorowie zrobili rybie ryjki, bo nie potrafili wykazać, że w świetle obowiązującego prawa były to właśnie, szykany zagrożone z pociągnięciem do odpowiedzialności stosujących je funkcjonariuszy.

Bo nawet w świetle obowiązujących przepisów Policja nie ma podstaw do rozbierania ludzi do naga, nawet jeżeli szuka niebezpiecznych narzędzi. Bo trudno sobie wyobrazić, aby młody chłopak czy dziewczyna idąc na demonstrację wtykali sobie w intymne otwory noże, siekiery, granaty czy chociażby tylko żyletki. Starzy urkowie takie mojki trzymali sprytnie ukryte pod językiem, ale było to dosyć dawno i dziś w dobie aparatury wykorzystywanej na rożnego rodzaju bramkach kontrolnych, takich rzeczy ukryć nie da rady.

O innych przykładach brutalności i poniżania obywateli nie chce mi się nawet pisać, szkoda tylko, że senatorzy pozwolili temu komendantowi tak łatwo ukryć nagą prawdą. Jednym słowem obejrzałem taki sobie senatorski teatrzyk. 

Napisz komentarz (29 Komentarzy)

 Kilka uwag byłego oficera operacyjnego (kryminalnego) Policji, który nie tylko inicjował zakładanie podsłuchów, ale też skutecznie z nich korzystał. I żaden porządny obywatel nie musiał się z tego powodu zamartwiać.

 Już tylko z przyzwyczajenia obejrzałem w TVN24 „Ławę polityków”, ale nie będę tego komentował, aczkolwiek do jednego tylko problemu się odniosę. Otóż, poruszona została sprawa zakupu przez polskie służby specjalne (czytaj CBA) izraelskiego systemu PGASUS, pozwalającego na podsłuchiwanie (i podglądanie) praktycznie wszystkich i wszystkiego.

 Politycy wielkie larum podnoszą z tego powodu, bo system ten jest akurat w rękach PiS, ale jak się władza zmieni, to – o czym jestem przekonany – systemu tego nie wywalą na śmietnik, tylko z wielką ochotą będą z niego korzystali nadal. Tak jak do tej pory wszystkie opcje polityczne korzystały z systemu podsłuchów i inwigilacji typu "Mozart”, "Beethoven”, "Chopin” i „Moniuszko”.

 Muszę też wspomnieć, o największym amerykańskim globalnym systemie systemie podsłuchowym Echelon, który działa głównie poprzez satelity i telekomunikację. Podlega on Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA - National Security Agency), a Polska od pierwszej połowy lat 90-tych należy do 20 krajów, które pozwoliły szpiegować swoich obywateli amerykańskim służbom specjalnym, a ponadto zobowiązała się do dopuszczenia Amerykanów do informacji swoich służb specjalnych.

Jak podaje TVN24, zarzuty, które Sławomir Nowak i jego dwaj współpracownicy usłyszeli, mają opierać się na materiałach z odszyfrowanych wiadomości przesyłanych za pomocą komunikatorów takich jak „Signal, „Telegram czy „Threema. Takie możliwości ma system Pegasus, co w zasadzie identyfikuje system stosowanych w Polsce przez CBA podsłuchów.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że to nie możliwość podsłuchów są jakimś zagrożeniem, tylko to, w czyich się rękach znajdują. Uczciwi ludzie nie powinni się niczego obawiać, ale tylko pod warunkiem, że również uczciwi ludzie systemy inwigilacji obsługują. A tu już pewności nie ma. Ba, jestem wręcz przekonany, że brak mojej pewności w tej materii, ma mocne uzasadnienie. Tym bardziej, kiedy sobie przypomnę, za co zostali skazani Mariusz Kamiński i niejaki Wąsik Maciej, którzy teraz rządzą nie tylko polską policją, ale też i polskimi służbami specjalnymi. Bo gdyby nie nielegalne ułaskawienie1 przez Dudę, to poszliby za kraty i mieliby wieloletnie zakazy sprawowania funkcji państwowych i publicznych.

1 Zgodnie z zasadami konstytucyjnymi i polską procedura karną nie można ułaskawić osoby, która nie została prawomocnie skazana, bo nie można ułaskawić osoby nie ukaranej. A Kamiński i Wąsik (oraz inni) złożyli apelacje do Sądu Okręgowego, a więc postępowania karne w dniu ogłoszenia amnestii, jeszcze się nie zakończyły.

Napisz komentarz (15 Komentarzy)

 76 lat temu - 22 lipca 1944 roku - ogłoszony został tzw. Manifest Lipcowy czyli Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego.

Akt ten stał się kamieniem węgielnym ustroju, na którym oparta była Polska Rzeczpospolita Ludowa.

Na jego podstawie przeprowadzono w Polsce reformę rolną likwidującą klasę bezrolnych chłopów wyzyskiwanych przez właścicieli mniejszych i większych folwarków.

Przeprowadzono upaństwowienie wszystkich (powyżej 50 zatrudnionych) zakładów produkcyjnych i innych przedsiębiorstw, likwidując w ten sposób problem bezrobocia i gwarantując wszystkim zatrudnionym bezpieczeństwo socjalne.

Przeprowadzono elektryfikację kraju i likwidację analfabetyzmu.

W 1990 roku robotnicy z wielkich państwowych zakładów pracy zapragnęli kapitalizmu, dzięki czemu szybciutko zakłady te zostały zlikwidowane, a robotnicy ci i ich dzieci oraz wnukowie, mogą pławić się na umowach śmieciowych, cieszyć się faktyczną likwidacją prawa pracy i stać w kolejce po 500+ oraz inne ochłapy. W tym czasie dzieci i wnukowie wyzwolonego Manifestem Lipcowym chłopstwa, biorą na rękę po kilka tysięcy zł dziennie, zajmując najprzeróżniejsze państwowe synekury, albo udając wielkich polityków, robią wszystko, aby ojczyznę dojną dalej bezproblemowo doić.

Najśmieszniejsze jest to, że wspomniani robotnicy z czasów PRL, obalili ten ustrój, a ich następcy dzisiaj robią wszystko, aby go przywrócić. Ale tylko w warstwie politycznej, czyli:

- Konstytucja ma być tylko świstkiem zadrukowanego papieru - jak w PRL

- niepodzielnie rządzi szef jedynie słusznej partii politycznej - jak w PRL

- rząd jest tylko bezwolnym wykonawcą rządzącego szefa partii politycznej - jak w PRL

- prezydent w zasadzie nie ma nic do gadania - jak w PRL zbiorowy prezydent w postaci Rady Państwa

- Telewizja i Radio stanowią tuby propagandowe partyjnej polityki - jak w PRL

- Policja, wojsko, prokuratura i sądy - realizują jedynie wytyczne płynące z siedziby rządzącej jedynie słusznej partii politycznej - jak w PRL

Jedyne, co jest inne niż w PRL, to pozycja Kościoła, który obecnie stanowi jedną nogę tego jednowładztwa szefa jedynej słusznej partii.

Zastanawiam się, po kiego było żreć tę żabę?

Napisz komentarz (1 Komentarz)

 KANDYDAT POTRAKTOWAŁ DZIŚ SWYCH WAŁBRZYSKICH ZWOLENNIKÓW JAK PRZYGŁUPÓW, ALE REAKCJA WIWATUJĄCYCH POKAZAŁA, ŻE JEGO OCENA BYŁA NADZWYCZAJ CELNA.

Łysiejący tonsurowo kandydat na prezydenta zawitał dziś do Wałbrzycha i przez jakiś czas dudlił do zebranych wokół siebie swych wałbrzyskich zwolenników. Nie wiem ilu ich było, bo nie chciało mi się dla tego pana z domu wychodzić, a leniwy lub słabo wyszkolony kamerzysta, potrafił obsłuchiwać kamerę ustawioną jeno na wprost. 

Na szczęście wiem, że w Wałbrzychu miłośnik amerykańskiego Trumpa, który być może w listopadzie swe wybory przegra, w Wałbrzychu przegrał. 

Obejrzałem więc to widowisko w TVN24, do której bał się udać na debatę, bo tam w odróżnieniu od TVP, nikt by mu pytań nie ustawiał i podpowiedzi nie pisał. Ponieważ była to relacja na żywo, to wszystko, co w Wałbrzychu dudlil, nie mogło być przez nikogo zniekształcone i wyrwane z kontekstu, a ja to wszystko sobie nagrałem. Więc w razie czego, dowody mam nie do obalenia. 

Ale ad rem, jak po łacinie mawiali starożytni Rzymianie. 

Przyznam szczerze, że po tym jak dudlenie dobiegło końca, zdałem sobie sprawę, że w pamięci pozostanie mi tylko widoczek kiwającej się głowy kandydata, co jakoś tak skojarzyło się mi z kiwającą się głową popularnego za PRL gadżetu w postaci psa, stawianego na tylnej półce samochodu. Rzecz w tym, że ten sztuczny pies kiwał głową tylko wtedy, kiedy samochód jechał, na co on sam nie miał żadnego wpływu. 

I tak mi przyszło do głowy, że kandydat wciąż na wiecach tak swą głową kiwa tylko dlatego, że silniki włączył ktoś inny. Ktoś, kto jest faktycznym kierowcą tego pojazdu. Zresztą dowód na to dał sam kandydat, który przemawiając do swoich zwolenników, myślał, że jest na wiecu wyborczym do parlamentu i zagrzewa do głosowania na PiS, aby mógł wybory wygrać i w Polsce rządzić. Bo sam żadnego własnego pomysłu na prezydenturę nie przedstawiał, tylko się na mityczne sukcesy rządu bez przerwy powoływał. 

Jedyne na co się we własnym imieniu zdobył, to było potraktowanie wałbrzyszan jak zwykłych półgłówków, którym opowiadał o tym, że to on prowadzi politykę, że to on jest ojcem wszystkich sukcesów, którzy wszyscy Polacy od 2015 roku doświadczyli. Tak jakby Polacy nie wie wdzieli, skąd się wzięła ksywa „Adrian” bądź „Długopis”. Żenada. 

Ba, z tego dudlenia wynikało, że to dzięki niemu rozpoczęły się w Wałbrzychu wielkie inwestycje drogowe oraz odbudowa pięknego dworca na Szczawienku, że to jego zasługa. Nie wiem, czy to cyniczne kłamstwa, czy intelektualne niedostatki. Bo przecież w Wałbrzychu nie prezydent z PiS, tylko z Platformy rządzi i to już drugą kadencję, którą wygrał bez żadnego trudu, uzyskując takie poparcie, o jakim tenże kandydat z coraz bardziej widoczną tonsurą, może jedynie sobie pomarzyć. Przypomnę, że prezydent Roman Szełemej w 2018 roku już w pierwszej turze wygrał poparciem 84,49% głosów. I wszystko to,co się dobrego w mieście dzieje, jest jego a nie tegoż kandydata zasługą. 

Ale najbardziej zaskoczył mnie dudleniem historycznym, kiedy klaszczącym i skandującym zwolennikom opowiadał o tym, jak to w czasach, kiedy Polska odbudowywała swą niepodległość i świetność, to wałbrzyscy górnicy stali w pierwszym rzędzie budowniczych lepszej przyszłości. Zapomniał jednak powiedzieć, że tę Polskę odbudowywali wprawdzie wszyscy Polacy, ale pod rządami PZPR i wszystkich rządów z czasów PRL. A to, co zbudowali, zostało za grosze oddane lub zrujnowane, jak stadion wałbrzyskiego klubu „Górnik” na Nowym Mieście, o którym też wspominał. Tylko, że nie powiedział również, że to staraniem wałbrzyskich, a więc nie pisowskich władz, stadion ten zostanie przywrócony do stanu dawnej świetności 

Przypomniał, że to górnicy stali się ofiarami gospodarczej rewolucji po 1990 roku, kiedy pozostawiono ich bez pracy, a w Wałbrzychu zniszczono nie tylko kopalnie, ale też cały przemysł. I ani słowa o tym, że do likwidacji górniczych miejsc pracy przyczynili się przedstawiciele wałbrzyskiej „Solidarności” brylującej wówczas w sejmie i Senacie. Organizacji, której przedstawiciel z siwymi włosami i brodą (obecny radny PiS) stał za plecami kandydata. Stał i się ze wstydu nie spalił. Było to możliwe, bo ONI wstydu nie znają. 

Przypomniał wałbrzyszanom, że został odebrany im status wojewódzki i nie dziwię się, że nie wspominał, kto tego dokonał. Bo było to sztandarowe dzieło solidarnościowego rządu AWS kierowanego przez premiera Buzka, sterowanego z tylnego siedzenia przez przewodniczącego AWS Krzaklewskiego. Takiego samego sternika, jakim jest dziś faktyczny nieformalny władca Polski, sterujący wszystkimi poczynaniami bezwolnego kandydata. 

Ale było w tym dudlenie coś, co i ja bardzo mocno podkreślam. Otóż kandydat wydudlił coś, z czego wynikało, że jednak żadnej okupacji Polski w latach po 1945 roku nie było, bo walka o jej niepodległość prowadzona była RÓWNIEŻ z na zachodnich frontach II wojny światowej.

Podkreślam słowo RÓWNIEŻ – jest ono bardzo ważne, bo niepodległość dla Polski w 1945 roku przyszła właśnie ze wschodu, chociaż na zachodzie RÓWNIEŻ walczyli polscy żołnierze, pod polską flagą.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

   Tak trochę z ciekawości, obejrzałem spory fragment (ok. 10 minut) na TVN24 wiecu wyborczego Dudy w Stargardzie. Ręce i szczęka opadają, kiedy się tych bezczelnych kłamstw słucha. A włosy stają dęba z przerażenia, kiedy ludzie te brednie i kłamstwa przyjmują z zachwytem i wprost z uwielbieniem.

Ale na początek chciałbym temu doktorowi prawa z UJ przypomnieć, że po polsku nie mówi się „miętkie” tylko „miękkie” ani też nie mówi się „czeba” tylko „trzeba”. Jak ktoś chce być reprezentantem Polski, to MUSI umieć publicznie po polsku mówić poprawnie. Te wszystkie „miętkie” i „czeba” niech sobie zachowa do nocnych rozmów z „Leśnym Ruchadłem”, gdy szanowna małżonka jego śpi snem (nie)spokojnym.

Na wiecu tym zachwycał się obecnym wyglądem tego miasta, co według niego jest zasługą mieszkańców. Hmmmm …. czyli co? Mieszkańcy chwycili kielnie, pędzle, młoty i kilofy i upiększyli to miasto pracując dnie i noce bez przerwy?

Absolwent UJ i doktor prawa udaje, że nie wie, iż od kilku lat miastem rządzi Rafał Zając, który w wyborach 2018 zdobył 84% głosów, a jego konkurent PiS tylko 11%. Ale to temu powszechnie znanemu z obchodzenie prawdy absolwentowi UJ przez gardło nie przechodzi, tylko dalej te swoje dyrdymały prawi. Prawi o tym, że nie tylko współcześni o miasta dbają, ale także ich dziadkowie, którzy kiedyś pięknie miasto to z ruin odbudowali. I znów nie przechodzi mu przez gardło, że to nie dziadkowie, tylko Polska Ludowa to uczyniła, oczywiście rękami swych obywateli, którzy jej względny dobrobyt budowali.

A wiecujący łykali to jak kaczka chleb na wodzie i ze wzruszenia odśpiewali mu hymn państwowy, do czego i on się w połowie pierwszej zwrotki dołączył, fałszując niemiłosiernie.

Opowiadał wierutne kłamstwa o mafii watowskiej (dziwne,że do tej pory nikogo nie posadził), którą zwalczał, aby mieć pieniądze na potrzeby obywateli i wydzierał się, że złodzieji (tak on to wymawia) już nigdy więcej nie można do władzy dopuścić i dlatego to on musi wygrać. Dudlił o tym, że ten kto chce wygrać był w rządzie tychże złodzieji, podwyższał podatki i wiek emerytalny i dlatego nie ma prawa tych wyborów wygrać. jak zwykle zapomniał wspomnieć o rzeczywistych złodziejach, oszustach i przekrętach z jego własnej partii, których w czasie 5 lat ujawniło się tylu, ile w Polsce nie było od 1990 roku. ….. Oczywiście ten fragment był bardziej rozbudowany, ale moja pamięć takiej objętości cynicznych łgarstw pomieścić nie jest w stanie, a nie pomyślałem, aby to nagrywać.

Opowiadał też, że to on jest budowniczym obecnego szczęścia obywateli i proponował, aby każdy porównał sobie, jak mu się żyło przed Dudą, a jak kiedy Duda został prezydentem (tak właśnie gadał). Dudlił dalej, że to on prowadzi politykę państwa i to dzięki niemu są te wszystkie „pincet plus” i inne dobra spływające na młodych i starych. Itd itp. ….

Wszystkich tych kłamliwych bredni nie jestem w stanie powtórzyć, ale kiedy wykorzystałem pilota, aby mu gębę zamknąć, pomyślałem, że Boga jednak nie ma, bo gdyby był, to jasnym gromem by rzucił, za tak bezczelne publiczne naruszenie 8 przykazania:

Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.

Żałosny jest ci ten dudlarz ponad miarę.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)