Właśnie skończyłem czytać książkę Janusza Rolickiego „Nieznośny urok PRL” i mam problem, jak ją ocenić. Janusz Rolicki, znany dziennikarz, niespełniony polityk (PZPR, SLD, Samoobrona RP), napisał swego czasu kilka książek poświęconych Edwardowi Gierkowi, co było efektem wielogodzinnych rozmów, jakie przeprowadził z byłym I sekretarzem KC PZPR. Dzięki tym rozmowom, ale także i dokumentom, jakie mu E. Gierek pokazał, mógł zajrzeć za kulisy wielkiej „gierkowskiej dekady” lat 1970-1980, która zapoczątkowała wielki skok gospodarczy PRL, lecz także niestety i późniejsze kłopoty ekonomiczne, jakie były nieuchronnym następstwem zaciągniętych na Zachodzie kredytów dolarowych, których nieuchronna spłata wisiała nad Polską, ale przede wszystkim nad PZPR, jak miecz Damoklesa. „Nieznośny urok PRL” to powieść z tak zwanym kluczem, w której część bohaterów występuje pod swoim prawdziwym nazwiskiem (Edward i Stanisława Gierek, Piotr. Jaroszewicz, Breżniew, Gromyko), przy czym pozostali pod zmienionymi nazwiskami. Jednakże dla dociekliwego czytelnika, łatwymi do rozszyfrowania.

Nie mam zamiaru opisywać całej fabuły, ponieważ książkę czyta się dobrze, chociaż odnosi się ona do wydarzeń raczej powszechnie znanych. Mnie spodobała się narracja, która w bardzo przystępny, bo zrozumiały praktycznie dla każdego, wyjaśnia dlaczego E. Gierek podejmował takie, a nie inne decyzje i kto oraz z jakich powodów przeszkadzał mu skutecznie, aby mógł Polskę skutecznie wyprowadzić z ekonomicznego i politycznego dołka.

Po jej przeczytaniu zupełnie innym okiem spojrzałem na czerwcowe podwyżki cen żywności w 1976 roku, które doprowadziły do kolejnego buntu tak zwanej wielkoprzemysłowej klasy robotniczej i ku mojemu zdumieniu dowiedziałem się, z jakich to prawdziwych powodów PZPR z tego pomysłu się wycofała. Bo Gierek uczynił tak pod wpływem cynicznej groźby Breżniewa i Gromyki, że jeżeli podwyżki zostaną wprowadzone w życie, to ZSRR zakręci kurki wszelkich dostaw ropy naftowej i innych surowców, bez których polska gospodarka z miejsca padłaby jak przysłowiowy pies Pluto. Groźba taka padła podczas wielkiego spotkania przywódców bratnich państw stowarzyszonych w Układzie Warszawskim i RWPG w Berlinie w 1976 roku.

Jednym słowem w obronie robotników z Gdańska i Radomia stanął tow. Leonid, co skutecznie załamało polską gospodarką z tego prostego powodu, że nie byliśmy w stanie zwiększyć naszego eksportu za dewizy na Zachód, ponieważ niskie ceny niesamowicie zwiększały popyt wewnętrzny, co ogałacało rynek z praktycznie wszystkich towarów. A to z kolei powodowało wielkie niezadowolenie klasy robotniczej, która zmuszona była stać w kolejkach. I nikt się jakoś nie przejmował tym, że tylko dewizami mogliśmy nasze kredyty spłacać, a tow. Leonid Breżniew nie zgodził się, aby doprowadzić do wymienialności złotówki, która zżerał tzw. rubel transferowy.

Kiedy się tę książkę przeczyta, łatwiej będzie o zrozumienie, że wtedy w PRL nic nie było takie, jak dziś o tym sądzimy. Z drugiej jednak strona książka ta ma strasznie niezrozumiały wątek fabularny, z którym Janusz Rolicki nie potrafił dać sobie rady. I tak absolutnie nie jest wyjaśnione kto i po co potajemnie zaserwował znanej dziennikarce i telewizyjnej redaktorce, członkini Komitetu do Spraw Radia i Telewizji "Polskie Radio i Telewizja" tak zwaną pigułkę gwałtu, aby następnie umieścić w jej hotelowym łóżku asystenta tow. Gierka, gołego jak święty turecki, któremu taki sam środek zaserwowano. Zresztą i ją również ktoś rozebrał do rosołu, a działo się to podczas wspomnianej wizyty w Berlinie, albowiem dziennikarkę bez żadnego jasno wyjaśnionego przez autora powodu, umieszczono w składzie oficjalnej delegacji partyjnej. Dwie te osoby serdecznie się nie cierpiały, a mimo to na ostatnich kartach powieści znajdujemy ich w prywatnym łóżku redaktorki, która po powrocie z Berlina podjęła heroiczną decyzję zerwania wszelakich kontaktów z komuchami. Myślę, że jeżeli już autor wątek ten w powieści umieści, to powinien doprowadzić do jego całkowitego wyjaśnienia, czego jednak ku mojemu zdumieniu nie uczynił. Szkoda też, że nie wyjaśnił kulis i ewentualnego celu przygotowanej prowokacji prasowej, dotyczącej podwyżek cen planowanych przez Partię i rząd.

Natomiast do tragicznego zakończenia doprowadził trochę infantylnie przedstawiony wątek nieszczęśliwej pozamałżeńskiej miłości 60-letniego sekretarza KC PZPR, Zastępce Członka Biura Politycznego KC PZPR i jednocześnie wicepremiera rządu PRL1, do 24-letniej początkującej dziennikarki telewizyjnej, której szefową była owa wspomniana członkini polskiej delegacji do Berlina. Związek ten zakończył się dla nich tragicznie, a na jego tle Janusz Rolicki pokazał, jakie kanalie służyły w polskich służbach specjalnych. Myślę, że bardzo jednostronnie, a poza tym chyba nie bardzo się w tym wszystkim szczególnie orientował, bo miesza zakresy obowiązków służbowych i zasady hierarchii panującej w tych służbach. I dlatego – tak myślę - ten fabularny wątek znacznie poziom tej powieści obniża. Ale przeczytać warto dla jej historyczno-politycznego wątku i dlatego szczególnie ją polecam.

1. Sprawdziłem w Wikipedii i nie znalazłem żadnego wicepremiera rządu Piotra Jaroszewicza, który umarłby w 1976 roku.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Polska powoli staje się państwem policyjnym, o czym z każdym tygodniem, a na pewno miesiącem, jest coraz głośniej i coraz więcej przykładów pojawia się w obiegu medialnym. Nie jest to jeszcze coś w rodzaju terroru, bo mimo wszystko do tego wciąż dosyć daleko, ale ludzie już zaczynają się bać. Bać PiS i długich rąk Jarosława. Sam niedawno przekonałam się, że odwaga znów strasznie podrożała, a strach powoduje, że zerwaniu ulegają nawet więzy przyjaźni. Otóż jakiś czas temu spytałem się mojego przyjaciela, czy nie zechciałby podpisać listy osób wspierających projekt ustawy niwelującej pisowskie represje nałożone na funkcjonariuszy mundurowych III RP, którzy w przeszłości, chociażby tylko przez jeden dzień, byli funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa. Nie było problemu i listę podpisał wraz ze swoją życiową partnerką, albowiem wielokrotnie wyrażał swój zdecydowany sprzeciw wobec bezprawnych poczynań PiS.

Jędrek nigdy w jakimkolwiek mundurze nie chodził, ale przez lata utrzymywał kontakt zarówno ze mną, jak i naszym wspólnym (a moim drugim) przyjacielem, który – tak się złożyło – zanim został policjantem, był funkcjonariuszem SB. Noc sylwestrową, razem z Jędrkiem i jego dziewczyną, spędzaliśmy w tym samym gronie nie mającym ze służbami mundurowymi nic wspólnego i w pewnym momencie rozmowa zeszła na akcję zbierania podpisów pod projektem ustawy FSSM RP. W jej trakcie Jędrek zaczął wyrażać wątpliwość, czy słusznie uczynił podpisując się pod tą listą, co wzbudziło tylko moje zdziwienie, ale nie przywiązywałem do tego większej uwagi, a zgłaszane przez niego wątpliwości po prostu zbagatelizowałem.

Dwa dni później, pod wieczór, Jędrek wraz z partnerką pojawił się w moim domu i od razu przystąpił do tematu. Oświadczył, abym jego podpisy na liście wykreślił, a kiedy dowiedział się, że zostały już wysłane do Warszawy, zdecydowanie (i dosyć agresywnie) oświadczył, że postąpiłem nie po koleżeńsku, albowiem zmusiłem go do podpisania tej listy poparcia, przez co on teraz będzie miał kłopoty, bo ktoś zapewne będzie sprawdzał, kto te listy podpisał. I przeze mnie został narażony na groźbę utraty wszystkiego tego, czego się w życiu dorobił, ponieważ „zmusiłem go do stawania w obronie ubeków”. Tak się dosłownie wyraził. Ja skądinąd wiedziałem, że parę godzin wcześniej rozmawiał przez telefon z naszym wspólnym przyjacielem, którego zapewniał, że w razie czego on jest zawsze gotowy do udzielenia mu wszelakiej pomocy. W pierwszym momencie zacząłem sobie z niego trochę pokpiwać, że faktycznie ma się czego bać, bo zapewne jakieś pisowskie szwadrony śmierci wpadną do jego domu i będą go chcieli za ten podpis powiesić na suchej gałęzi, ale kiedy ponownie zarzucił mi, że ja jego oraz jego dziewczynę zmusiłem do złożenia podpisu, przez co od kilku dni jego ciśnienie przekracza 200 jednostek, co przy jego chorym sercu naraża go na wielkie niebezpieczeństwo, po prostu nie zdzierżyłem. W efekcie wyrzuciłem go wraz z tą jego narzeczoną za drzwi i wyraziłem nadzieję, że już się u mnie więcej nie pokaże, a po porady prawne niech biega do adwokata, bo ja nie mam zamiaru utrzymywać z nim jakichkolwiek kontaktów.

Żona, która była mimowolnym świadkiem tego żenującego wydarzenia, stwierdziła, że zachowałem się nazbyt emocjonalnie, bo w sumie taka błahostka nie powinna ważyć na naszej wieloletniej przecież przyjaźni. Ja jednak uznałem, że nie mogę przyjaźnić się z tak zwykłym tchórzem, który na dodatek zarzucił mi kłamliwie, iż go do czegoś zmusiłem, narażając jego i jego życiowe sukcesy na jakieś wielkie niebezpieczeństwo. Moje doświadczenie mówi mi, że najłatwiejsi do pozyskania w charakterze donosicieli są właśnie tacy tchórzliwi osobnicy. A ja nie chciałbym mieć w swoim otoczeniu kogoś, komu z powodu jego tchórzostwa przestałem ufać.

Napisz komentarz (8 Komentarzy)

Uwielbiam felietony prof. Bronisława Łagowskiego zamieszczane w tygodniku „Przegląd”. Czytając je, za każdym razem odnoszę nieskromne wrażenie, że Pan Profesor czyta moje myśli, ale wszystko wskazuje na to, że to co pisze, jest wyrazem tego, co myślą Polacy, nieskażeni jeszcze kaczystowskim wirusem.

Dlatego też, zamiast w sposób absolutnie niedoskonały próbować oddać to, o czym tak bardzo czytelnie pisze Profesor, wystarczy, abym jego słowa zacytował.

Przegląd nr 41 z 09.15.10.2017

ODWETOWCY

„(…) Milicjant z Katowic wyjechał do Niemiec, potrzymał obywatelstwo i dostaje emeryturę za okres służby w polskiej Milicji Obywatelskiej. Funkcjonariusze enerdowskiej straży granicznej, jeżeli nie udowodniono im strzelania do uciekinierów, otrzymują pełną emeryturę. Żołnierze, oficerowie Waffen SS, otrzymują emerytury. (...) Zredukowanie emerytur wszystkim pracownikom Służby Bezpieczeństwa do poziomu niewystarczającego na przeżycie było perfidnym skazaniem jednych na śmierć głodową, drugich na skrócenie życia. Tego typu akty tyraństwa w Polsce są możliwe niezależnie od tego, czy Trybunał Konstytucyjny istnieje i czy jest niezawisły w swoich orzeczeniach, czy wprost przeciwnie. To nie jest pierwszy ani ostatni akt bezprawia podyktowany "moralnością" odwetu, jaka panuje w partiach i innych organizacjach postsolidarnościowych, Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej nie wyłączając. Uzasadnienie, jakie dają tej ustawie politycy i dziennikarze kaczystowscy, świadczy, że na pracownikach SB i innych instytucji wymienionych w ustawie się nie skończy. Nie dla zabawy IPN sporządził spis osób pracujących na jakichkolwiek stanowiskach kierowniczych w administracji do wójtów włącznie. Rząd łączy poszukiwanie pieniędzy gdzie się da z rozkoszą zemsty na komunie. W uzasadnieniu pisze się o służbie państwo totalitarnemu.(...) Zaliczać PRL do tej samej kategorii państw co stalinowska Rosja i hitlerowskie Niemcy może tylko propagandysta, mentalny terrorysta lub człowiek żyjący w stale w nastroju złości. Autentyczny patriota powie: może PRL była państwem totalitarnym, ale było to państwo polskie. Pisowiec tego nie uzna, a nawet nie zrozumie, bo jego ojczyzną nie jest realny kraj z takim czy innym ustrojem, lecz internacjonalny antykomunizm.

* * *

A oto lista wrogów kaczyzmu: twórcy stanu wojennego, absolwenci dyplomatycznych i wojskowych radzieckich uczelni, dąbrowszczacy i żołnierze lewicowego ruchu oporu, ludzie lewicy, czyli tzw. komuna (wszyscy ci, których PiS do niej zalicza niezależnie od wyznawanych przez nich poglądów), funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa oraz funkcjonariusze służb mundurowych III RP jeżeli mieli swój epizod służbowy w czasach PRL, wywiad i kontrwywiad wojskowy i cywilny, Biuro Ochrony Rządu, sędziowie, dyplomaci z MSZ jeżeli mieli jakiś służbowy kontakt z PRL, niezależni twórcy kultury, niepokorni dziennikarze i stacje telewizyjne, członkowie ruchów obywatelskich, a szczególnie z KOD oraz panie i dziewczęta z czarnymi parasolkami, kilku niepokornych hierarchów i księży katolickich, zwolennicy in vitro i legalnej aborcji, ekolodzy walczący o Puszczę Białowieską (i nie tylko), samorządowcy i wszyscy ci, którym akurat Dobra Zmiana szczególnie się nie podoba, ateiści, rusycyści. Czyli wszelkie nocne zmory prezesa. … ufff ! A zatem policzmy się dokładnie. Może prezes ma faktycznie czego się bać?

Napisz komentarz (3 Komentarze)

Ponieważ przez jakiś czas nie miałem wolnej chwili, aby skomentować to, co się wokół mnie na świecie dzieje, nadrabiam to teraz, chociaż z opóźnieniem, a zdarzenie, które opisuję, w każdym uczciwym człowieku winno najgłębsze oburzenie i obrzydzenie. W mojej pamięci dzień 15 września 2017 roku zapisze się jako dzień hańby polskiego parlamentu, bo w dniu tym sejm przez aklamację (czyli nikt nie był przeciwny) przyjął uchwałę czczącą 75 lecie powstania Narodowych Sił Zbrojnych. Skrajnie prawicowej, faszyzującej antydemokratycznej formacji militarnej, której wiele oddziałów nie wchodziło w skład Polskiego Państwa Podziemnego, gdyż nie uznawało podporządkowania dowództwo Armii Krajowej. Wymieniona w uchwale Brygada Świętokrzyska NSZ jawnie i bezspornie współpracowała hitlerowskim Gestapo i Wehrmachtem, walcząc z partyzancką radziecką i polską (Bataliony Chłopskie, Gwardia Ludowa, a później Armia Ludowa), a następnie pod osłoną zbrodniczego Wermachtu, wycofała się do Czechosłowacji.

Bandy NSZ mają na swym koncie liczne mordy na ludności cywilnej, jak na przykład wymordowanie całej ludności ukraińskiej wioski Wierzchowiny.1 Sejm aktem tym przypieczętował ipeenowską narrację zakłamanej polityki historycznej, coraz powszechniej obecnej w polskim życiu publicznym, gloryfikującej polskie odsłony faszyzmu i nacjonalizmu.

* * *

A oto fragment założeń programowych NSZ opublikowany w periodyku tej formacji „Szaniec” w dniu 29 stycznia 1943:

W pierwszym gniewie sprzątniemy za pewne część naszych wrogów, drugie tyle wysiedliśmy. (...) Utrwaliło się w nas obecnie przekonanie, że żaden Niemiec czy Żyd, żaden Ukrainiec czy Litwin nie może przez nas być uznany za brata, że żaden nie może być pełnoprawnym obywatelem przyszłego państwa polskiego. (...) Nie łudźmy się też, że wszystkich wrogów wysiedliśmy, a zostaną tylko ci lojalni członkowie mniejszości. Nawet po drakońskich wysiedleniach zostaną w Polsce grube krocie Niemców, a kilka milionów różnego typu Rusinów, zwarta grupa zwierzęco tępych Litwinów, milion czy dwa miliony zgermanizowanych Ślązaków, Nadodrzan, Mazurów i Prusów. (...) Wszystkich nie wymordujemy i nie przepędzimy, wszystkim też nie możemy dać pod żadnym pozorem praw obywatelskich. Co więc pozostaje? (...) Musimy odrzucić bezwzględnie niedorzeczną  równość obywatelską. (...) Żydów (...) musimy się pozbyć bez wyjątku, jako elementu obcego, bezwzględnie wrogiego i nie do zasymilowana."

* * *

Członków takiej oto formacji, formacji jawnie faszystowskiej i antydemokratycznej, polski sejm uznał za kolejnych bohaterów. Hańba, hańba i jeszcze raz po trzykroć hańba. A nasi sąsiedzi, Litwini i Ukraińcy, polscy Ślązacy, a także obywatele Polski pochodzenia żydowskiego, za ten akt aklamacji będą polskim posłom zapewne wdzięczni przez długie lata.

 

1. Zbrodnia popełniona przez oddział Narodowych Sił Zbrojnych na ukraińskiej ludności wsi w dniu 6 czerwca 1945. Jej ofiarą padło 196 mieszkańców tej wsi, czyli zamordowani zostali wszyscy, od niemowlaków po starców. 23 czerwca 1945 pismo NSZ, „Szczerbiec” przyznało, iż zbrodni w Wierzchowinach dokonał oddział NSZ. Na łamach gazety stwierdzono, iż był to akt walki z „hajdamackim pasożytem”, zapowiedziano, w razie potrzeby przeprowadzenie kolejnych akcji tego rodzaju.

Napisz komentarz (5 Komentarzy)

Pruje się, jak stara zbutwiała szmata, polska demokracja, o którą walczyła tzw. demokratyczna opozycja z czasów PRL, co w rezultacie doprowadziło do historycznego porozumienia przy Okrągłym Stole i pokojowego przekazania jej pełni władzy, przez reformatorskie skrzydło PZPR z gen. Wojciechem Jaruzelskim i Mieczysławem Rakowskim na czele. W efekcie tego zbudowane zostały zręby demokratycznego państwa, co stało się dzięki uchwaleniu nowej konstytucji, we współpracy wszystkich postępowych wówczas sił politycznych, która w pełni gwarantowała funkcjonowanie zasady trójpodziału władzy, będącej warunkiem sine qua non każdego ustroju demokratycznego. I zdawało się, że ta młoda polska demokracja będzie się bez przeszkód rozwijać i utrwalać, ale do władzy doszła prawicowa neoliberalna Platforma Obywatelska, która zapoczątkowała prucie systemu, co czyniła bezczelnie i cynicznie przy poparciu dyspozycyjnego Trybunału Konstytucyjnego pod wodzą Andrzeja Rzeplińskiego. Rozpoczęło się od naruszenia prawa do swobodnego decydowania kobiety w sprawie rodzicielstwa, następnie prawa do wyrażania światopoglądu, a w końcu naruszenia fundamentalnych zasad demokratycznego państwa, gwarantujących obywatelom prawo do sądu, zakaz stosowania odpowiedzialności zbiorowej, czy też zasadę nienaruszalności praw nabytych. Kiedy Platforma tak już zabałaganiła praktycznie całą przestrzeń społeczna i publiczna, że obywatele zaczęli mieć ją serdecznie dosyć, do stery państwa przejął prezes Jarosław, którego do władzy wyniosło bez mała 19% obywateli RP, czyli połączonych sił wyborców PiS i tej części wyborców SLD,którzy w PiS i PO dostrzegli jakieś lewicowe wartości. Spowodowało to, że SLD zabrakło 0,45% głosów, aby wejść do Sejmu i Senatu, co było niesamowitym bonusem dla prezesa Jarosława, albowiem dzięki uzyskał w sejmie taka przewagę, że może sobie uchwalać, co chce i jak chce.

Wykorzystał ten łut szczęścia w sposób mistrzowski, albowiem nie oglądając się na nikogo i mając w dupie całą Unię Europejską, jej zasady i organa, zlikwidował Trybunał Konstytucyjny, doprowadzając go do pozycji podległego mu biura prawnego, przez co uzyskał możliwość systematycznego demontażu podwalin demokratycznego państwa. Wykorzystał brak świadomości prawnej oraz biedę znacznej części obywateli, aby wmówić im, że podejmuje działania w celu naprawienia wymiaru sprawiedliwości, który przez Polaków szanowany nie jest z uwagi na liczne patologie jakie to środowisko powoli zżerają. Lecz nie o interesy tychże obywateli chodzi, lecz o rozmontowanie Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sadownictwa, które mając w swym ręku, może być spokojny o utrzymanie władzy przez wiele wiele lat.

I w tym właśnie celu jego prawa ręka Ziobro doprowadził do uchwalenia trzech ustaw, w których nawet średnio rozgarnięty student I roku prawa dostrzeże brutalne łamanie konstytucji. A ponieważ dwie z tych ustaw znacznie ograniczały - na rzecz ministra Ziobry - niektóre prerogatywy prezydenta - Andrzej Duda zdecydował się na odmowę podpisu z uwagi na ich niekonstytucyjność. Parlamentarna opozycja zawyła z zachwytu nad nagłą odwagą A. Dudy, uznając pochopnie, że zapowiedziane przez niego dwie ustawy "sądowe" będą z konstytucją za pan brat. Mnie jednak nie przekonał i od razu stwierdziłem, że jest to ordynarna w swej prostocie ustawka z prezesem, bo "projekty prezydenckie" w równym stopniu będą niezgodne z konstytucją, jak te autorstwa pana Ziobry. Różnice będą polegały jedynie na przeniesieniu ośrodka ośrodka decyzyjnego z ministra sprawiedliwości na prezydenta. Niedouczeni prawnie rodacy nawet nie zdają sobie sprawy, że w dalszym ciągu, absolwent wydziału prawa najstarszego polskiego uniwersytetu, doktor nauk prawnych, a także strażnik konstytucji na która przysięgał posiłkując się panem Bogiem, polską konstytucję gwałci i jest to gwałt ze szczególnym okrucieństwem. Jednym słowem A. Duda zawetował niekonstytucyjne ustawy PiS, aby zaproponować niekonstytucyjne ustawy PiS, które dla niepoznaki firmuje swoim nazwiskiem. W ten sposób prezes Jarosław i podległy mu A. Duda, namaszczony przez prezesa do pełnienia funkcji prezydenta, "rżną głupa", że te prezydenckie ustawy to szczyt demokracji, przez co szybciutką ścieżką przelecą przez komisje sejmowe i zostaną przez pisowski parlament uchwalone. I kto teraz powie, że A. Duda jest notariuszem prezesa? Toć się mu postawił i piękne ustawy przyszykował. Tak piękne, że dzięki nim z roboty w Sądzie Najwyższym wylecą najbardziej doświadczeni sędziowie, z uwagi na ukończenie 65 roku życia (gdy tymczasem nota bene 73-letni minister od niszczenia środowiska rżnie Puszczę Białowieską aż drzazgi lecą na całą UE), rozwiązana zostanie Krajowa Rada Sądownicza, a nowa zostanie wybrana przez pisowskie władze, powstanie nowa instancja odwoławcza (jakaś izba skargi nadzwyczajnej), a wszystkie stanowiska prezesów sądów obsadzać będzie osobiście minister Ziobro.

Jak to wszystko będzie wyglądało w rzeczywistości? Aż strach sobie wyobrazić, ponieważ absurdalny pomysł A. Dudy ze skargą nadzwyczajną doprowadzi do naruszenia zasady stabilności orzecznictwa, przez co żaden, nawet prawomocny wyrok, się nie ostanie i będzie mógł być nawet po 5 latach unieważniony. Czy warto zapytać jaka będzie sytuacja prawna i materialna tych wszystkich, którym po pięciu latach zostaną odebrane owoce wygranego przez nich procesu? Zresztą stan takiej niepewności może trwać nawet dziesiątki lat, bo będzie można się odwołać od każdego prawomocnego orzeczenia sądu każdej instancji. Takich orzeczeń zapada w Polsce rocznie kilka milionów (mówi się o kilkunastu), a pewne jest, że co najmniej połowa z uczestników postępowania (karne, cywilne, administracyjne) poleci do SN ze skargą nadzwyczajna, którą będzie musiała zostać rozpoznana. Kto i w jakim czasie to uczyni, tym prezes i jego prezydent głów sobie nie zawracali. Najważniejszym jest bowiem to, że jeżeli prezes kolejne wybory przegra, a o ważności wyborów orzeka SN, to orzeczenie to będzie mógł prezes zaskarżyć w drodze skargi nadzwyczajnej, a wybrani przez prezesa sędziowie, wyrok taki uchylą i wydadzą taki, na jaki prezes oczekuje. I o to właśnie w tej zabawie chodzi.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

W dzisiejszym wydaniu Dziennika Trybuna (nr 180/2017) przeczytałem artykuł pt. Deblokada, autorstwa Krzysztofa Podgórskiego, który - jak zwykle bardzo fachowo - opisuje to, co się dzieje w Syrii na froncie walki z terrorystami z tzw. ISIS. Właśnie 5 września br. wojska syryjskie wspierane przez rosyjski kontynent (lotnictwo, komandosi z Sił Specjalnych Operacji, marynarkę wojenną) przebiły się do obleganego przez islamistów od 3 lat miasta Deir er Zor, gdzie schroniło się też ponad 150 tys. ludności cywilnej, w większości szyici, druzowie i chrześcijanie. Z powodu ich odmienności religijnej, w przypadku poddania miasta, groziło im natychmiastowe wymordowanie.

Obrońcy miasta 16 września 2016 roku zostali niespodziewanie zaatakowani z powietrza przez amerykańskie samoloty, w wyniku czego zginęło lub zostało rannych 200 syryjskich żołnierzy. Ilu zginęło cywilów nie wiadomo. Amerykanie jak zwykle tłumaczyli się pomyłką (???). Ten jankeski atak wykorzystali islamiści z ISIS i pod osłoną amerykańskich rakiet i bomb przeprowadzili silny atak, odcinając od miasta lotnisko, które jednak się nie poddało i broni do dnia dzisiejszego. W chwili obecnej przygotowywany jest atak na pozycje islamistyczne, aby bohaterskim żołnierzom syryjskim broniącym się na tym lotnisku, przyjść jak najszybciej z pomocą militarną i humanitarną.

Nie tak dawno wszystkie polskie media przez długie ni nie robiły nic innego, tylko piały z zachwytu, że jakaś obywatelka Wielkiej Brytanii o imieniu Kate urodziła dziecko, a o bohaterskiej obronie Deir er Zor i zwycięstwie nad islamistycznymi terrorystami z ISIS praktycznie ani słowa.

* * *

Ponoć nieszczególnie zdrowy na umyśle przywódca Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej już niedługo będzie się mógł pochwalić bombą termojądrową oraz rakietami balistycznymi, potrafiącymi osiągnąć cele na terenie USA, a już na pewno na terenie jej zamorskich terytoriów. A mnie się wydaje, że Kim Dzong Un żadnym psychopatą nie jest, a wszystko co czyni jest niesamowicie pragmatyczne i ma na celu ochronę jego państwa przed jakąś, inspirowaną przez CIA, "koreańską wiosną" na wzór tych, przez które upadła państwowość w Libii i Iraku. Jest więcej niż pewne, że gdyby Kadafi i Saddam Hussein posiadali to, czym dysponuje dziś Kim Dzong Un, to zarówno w Iraku jak i Libii rządziliby do dziś, a świat nie miałby aż tak wielkiego kłopotu z islamskim fundamentalizmem. Tenże Kim aż tak głupi nie jest, aby wywoływać wojnę atomową, bo wie, że byłby to nie tylko dla niego koniec. Wie natomiast na pewno, że posiadanie broni nuklearnej skutecznie chroni jego państwo przed jakimikolwiek zakusami.

* * *

Zresztą, czy niespełna rozumu może być przywódcą partii głoszącej idee nacjonalizmu gospodarczego, prymatu planowej gospodarki państwowej nad liberalną gospodarką wolnorynkową, samowystarczalności gospodarczej państwa, rozbudowy wojska i sił obrony terytorialnej zdolnych do samoobrony w razie ataku nieprzyjaciela, pełnej suwerenności w stosunkach międzynarodowych, tworzenia nowoczesnego przemysłu obronnego, podziału społeczeństwa na lepsze i gorsze kasty, służebnej wobec władz roli mediów publicznych i takiej samej roli sądów. No i wreszcie kultu wybitnego wodza i dobroczyńcy narodu. A takie cele stawia przed sobą Wódz i Ojciec narodu koreańskiego. Brzmi to znajomo? Oczywiście, bo jest to wypisz wymaluj program prezesa Jarosława i całej jego partii. Takie pisowskie Dżucze.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)