Zajechał na króciutki pobyt, przejazdem do Hamburga, amerykański Żyd robiący czasowo za prezydenta Stanów Zjednoczonych, niejaki Donald Trump, który w istocie rzeczy jest amerykańskim miliarderem-biznesmenem politykę traktujący w kategoriach biznesu. Jest to ważne bo, będąc takim, a nie innym, bardziej niż którykolwiek z jankeskich prezydentów robi i robić będzie tylko to, co się jego kolegom, jankeskim miliarderom, tak jak i jemu samemu, opłaca. W samych Stanach Zjednoczonych wywołuje powszechne oburzenie, zwłaszcza, że jest poważnie podejrzewany o jakieś niezbyt jasne konszachty z Putinem, co nawet grozić może mu impeachmentem.

Te podejrzane (rzekome) konszachty w niczym jednak Prawdziwym Polskim Patriotom nie przeszkadzają, przez co robiący za posła szef owych PPP nakazał pozwozić ich 300 autokarami do Warszawy, aby na niewielkim placyku Krasińskich (ponoć najmniejszy w Warszawie) tumult na dane im znaki podnosili, aby radochę onemu Trumpowi uczynić. Oczywiście do Warszawy tymi 300 autobusami PPP pojechali na krzywy ryj, przez co tę ich wycieczkę pokryjemy my, pozostali, niegodni PPP, podatnicy. Zwłaszcza ci z trzeciego sortu, albowiem nas w IV RP jest najwięcej. Z samego Wałbrzycha, aby przed Trumpem paść na twarz, wyjechały cztery autokary pełne lokalnych PPP i tylko oczami wyobraźni mogę zobaczyć te zbiorowe orgazmy na widok tegoż Trumpa, który w kampanii wyborczej wielokrotnie opowiadał, że Putin to w rzeczywistości fajny i rozsądny koleś.

Ale, że w IV RP o niczym innym nie marzą, jak tylko o tym, aby Putin (czyt. Rosja) na Polskę napadł, sprytny biznesmen, mający w żyłach żydowski spryt do interesów, zgodził się sprzedać nam amerykańskie rakiety Patriot, za które zapłacimy naprawdę okazjonalną cenę, bo tylko 30 mld zł. A co to jest, panie Goldmann, te 30 mld zł? To jest nic, naprzeciw wieczności - że pozwolę sobie na parafrazę znanego żydowskiego szmoncesu w wykonaniu artystów z dawnego (czasy PRL) kabaretu Dudek. PPP umyślili sobie, że jak nam Trump owe Patrioty sprzeda, to Putin za chińskiego boga na nas nie napadnie. A ja się pytam, a dlaczego niby miałby na nas napaść? Czy w Polsce znajdują się jakieś olbrzymie zasoby naturalne, których Rosja jest pozbawiona, a bez których istnieć nie może? Czy od 1944 roku Rosja (dawniej ZSRR) w stosunku do Polski zgłaszała jakiekolwiek roszczenia terytorialne? Czy na terenie Polski znajduje się jakoś rosyjska mniejszość szczególnie przez III i IV RP udręczana? Trzy razy nie, a więc tylko kompletny idiota może majaczyć o realnym rosyjskim zagrożeniu. No cóż, idiotów ci u nas nie brakuje, co każdy nie idiota dostrzeże, kiedy zacznie się przyglądać polskim parlamentarzystom i politykom. Ze strony Rosji, ani Europie, a tym bardziej Polsce, nic nie zagraża, bo Rosjanie (w tym Putin) doskonale pamiętają grozę ostatniej wojny i cierpienia oraz starty materialne jakich w jej wyniku doznali. Jankesi o tym nie mają pojęcia, bo oni wojny zawsze prowadzili na obcym terytorium i dlatego przed zakusami jej sprowokowania raczej nie mają oporów.

Sprytny Trump, wykorzystując te polskie antyrosyjskie fobie, wcisnął nam skroplony gaz, który jest o 60% droższy od tego, jaki nam Rosja sprzedaje. Jankesi na siłę szukali odbiorców swego skroplonego gazu, którego teraz mają w nadmiarze z łupków, jakich u nich jest całe mnóstwo. Oni te łupki chcieli znaleźć w Polsce, aby na miejscu robić z nich gaz, a następnie sprzedawać nam po korzystnej dla nich cenie. Ponieważ z polskich łupków wyszedł big shit, no to wpadli na pomysł, abyśmy ten amerykański gaz od nich odkupowali i zrobili to w taki sposób, że PPP sami usilnie o to zabiegali. Oczywiście za tego rodzaju poronione pomysły PPP najwięcej zapłacimy my, trzeci sort, ponieważ jest nas najwięcej.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

Jechałem na rozprawę sądową, jaką IPN wytoczył gen. Leszkowi Lamparskiemu, z jakimś takim wewnętrznym przekonaniem, że niewiele osób pozytywnie zareaguje na mój apel i stawi się w sądzie, aby dać świadectwo, że się swojej przeszłości nie wstydzimy i stoimy za naszym byłym szefem murem. I moje przeczucie nie zawiodło mnie, bo na wezwanie zareagowała tylko niewielka grupa były funkcjonariuszy MO i Policji, dla których gen. Lamparski był nie tylko komendantem wojewódzkim MO , ale też i szefem (pierwszym) wszystkich polskich policjantów. Do sądu stawiło się około 10 osób obojga płci (z przewagą jednak mężczyzn), w tym nasz były kolega z czasów wałbrzyskiej milicji i policji, a następnie z-ca Komendanta Głównego, Heniek Tusiński. Muszę tu wspomnieć, że kilku kolegom z poza Wałbrzycha nie udało się dotrzeć z powodu różnych obiektywnych przyczyn zaistniałych w tym akurat dniu. Ważne jest, że mieli zamiar i podjęli się jego realizacji.

Natomiast zawiodło mnie moje przeczucie, co do zachowania się przybyłych na rozprawę tzw. pokrzywdzonych, albowiem spodziewałem się jakichś ekscesów z ich strony. I się naprawie mile rozczarowałem, bo ich zachowanie było - rzec by można - wzorcowe. W odróżnieniu do obrazków oglądanych przy takich okazjach w telewizji, wałbrzyscy "pokrzywdzeni" zachowali się z kulturą i godnością, za co naprawdę jestem im wdzięczny.

Były dwa tylko momenty, kiedy "pokrzywdzeni" zareagowali emocjonalnie, aczkolwiek niezbyt ekspresyjnie. Pierwszy dotyczył wysokości jego emerytury, jaką otrzymuje po odejściu na emeryturę z funkcji Komendanta Głównego Policji. Nie będę ujawniał jej wysokości, ale zapewniam że zamykała się ona w czterech cyfrach. Kiedy usłyszałem ich ciche buczenie miałem ochotę wstać i spytać się, czy tak samo buczeć będą na emerytury pisowskich urzędników, które dzięki zarobkom sięgającym miesięcznie nawet 100 tys. zł, na pewno z tylko tego powodu będą wielokrotnie wyższe niż generalska emerytura L. Lamparskiego.

Drugi taki moment miał miejsce, kiedy gen. Lamparski oświadczył, że czegoś nie pamięta, bo od tamtego wydarzenia minęło już 36 lat. Sala zareagowała ironicznym, ale niezbyt głośnym, rechotem, tak jakby każdy z tych ludzi pamiętał dokładnie, co mu ktoś w dniu 13 grudnia 1981 roku powiedział, napisał lub pokazał. Jestem przekonany, że w mniemaniu tych ludzi gen. Lamparski winien wszystko pamiętać tak, jakby zdarzenie miało miejsce dzień wcześniej. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy taka refleksja, że niby dlaczego miałby o jakichś mało istotnych szczególikach pamiętać, kiedy dla niego to co zrobił w tym dniu, było tylko jednym z tysięcy czynności jakie od tej daty w następnych latach wykonywał. Ale na taką refleksję zdobyć się może ktoś, kto uczciwość przedkłada nad pretensje. Chociażby nawet uzasadnione.

Co do samego przebiegu procesu, to mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że wykazał on niesamowitą miałkość aktu oskarżenia, a przy okazji pan prokurator z wrocławskiego IPN miał okazję zaprezentować swoją szczególną ignorancję dotyczącą wszystkich i wszelkich okoliczności związanych z materią postawionych zarzutów. Piszę tak dlatego, że np. pytania stawiane przez tegoż prokuratora świadczyły, że jest on przekonany, iż to gen. Lamparski ustalał listę internowanych, analizował materiały operacyjne i procesowe, które stanowiły podstawę internowania, a także, że to on sam wypełniał decyzje o internowaniu. Wyjaśnienia składane w tej materii przez gen. Lamparskiego wywoływały nieskrywane zaskoczenie i zdziwienie, co siedząc blisko ławy oskarżycieli, bardzo dobrze widziałem.

Po południu jeden z moich kolegów emerytowanych policjantów opowiedział mi, co słyszał w radiowym reportażu (Radio Wrocław) dotyczącym tego procesu. Otóż jeden z obecnych "pokrzywdzonych" opowiadał dziennikarzowi, jak straszliwie był torturowany, przywiązywany drutem do drzewa i jeszcze jakieś inne tego typu historie. Oczywiście nie mam powodu aby twierdzić, że facet opowiadał banialuki, bo być może tak było. Zastanawiam się jedynie, co wspólnego te wydarzenia miały z gen. Lamparskim, dzięki któremu w Wałbrzychu nie doszło do pacyfikacji strajkujących na kopalni "Thorez" górników. A nie doszło dlatego, że wydał zgodę na - co było warunkiem przerwania strajku okupacyjnego - przejście górników przez miasto, w tym przed budynkiem KW MO na ul. Mazowieckiej. Miałem wtedy dyżur w wydziale kryminalnym i widziałem tę milczącą dużą grupę górników idących z zapalonymi lampami górniczymi. Przemarsz ten wywarł na mnie naprawdę mocne wrażenie. Po latach przeczytałem książkę Z. Senkowskiego o wałbrzyskiej "Solidarności", w której na temat przebiegu tych wydarzeń napisał wiele bzdur, o czym wiem od jego "kolegów" górników, którzy brali w tym strajku udział. Podobnie dzięki generałowi nie doszło do pacyfikacji strajku na kopalni "Wiktoria", gdzie wszedł (bez obstawy) na teren tej kopalni, spotkał się z górnikami i pogadał jak Polak z Polakiem. Efektem tego było to, że górnicy opuścili kopalnie i spokojnie udali się do swych domów. Po rozmowach z górnikami do kopalnianej bramy osobiście odprowadzał go przewodniczący Komitetu Strajkowego Krzysztof Betka. Niestety już nie żyje, bo na pewno potwierdziłby te informacje.

Wracam do opowieści o rzekomych torturach, jakim poddawani byli wałbrzyscy działacze "Solidarności" i zastanawiam się, dlaczego więc tylko trzem funk. SB wytoczono o te tortury procesy karne i jaki wpływ na ich zachowanie mógł mieć gen. Leszek Lamparski? Ciekawy też jestem, co ten opowiadający dziennikarzowi były działacz "S" ma dziś do powiedzenia na temat odpowiedzialności karnej komendanta wojewódzkiego Policji z Wrocławia, którego podwładni torturami pozbawili życia Igora Stachowiaka. Jest to pytanie natury retorycznej, albowiem wiem, jaka byłaby odpowiedź. Wiele razy zadawałem to pytanie moim różnym znajomym z PiS.

Więcej o procesie gen. Lamparskiego napiszę w najbliższym wydaniu (22 czerwca) tygodnika DB 2010.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

Kolejny już raz nie zdzierżyłem wysłuchując bzdur opowiadanych przez niejakiego Andrzeja Zybertowicza, idiologicznego trubadura pisowczyków i prezesa nad prezesami, który w programie "Kawa na ławę" TVN 24 znów te swoje różne brednie opowiadał. Tym razem najbardziej z nerw mnie wyprowadził banialukami (chociaż to za łagodne słowo) na temat "barbarzyństwa związanego z ciałami ofiar katastrofy smoleńskiej".

Zybertowicz jest młodszy ode mnie o 5 lat, tak więc jak i ja wykształcenie pobierał za czasów PRL, a studia skończył w 1977 roku i od tego roku do roku 1989 pracował naukowo w Zakładzie Filozofii Instytutu Nauk Społecznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Każdy kto studiował w tamtych czasach na jakimkolwiek Uniwersytecie, kto zna historię PRL, wie, że Zakładzie Filozofii przewodnią rolę odgrywała filozofia marksistowsko-leninowska i nikt, kto nie był jej gorliwym wyznawcą, na zatrudnienie i możliwość nauczania studentów szans nie miał.

Piszę o tym, bo studiować zacząłem 4 lata wcześniej i miałem tę przyjemność, że nauczali mnie znani tzw. lwowscy profesorowie, czyli ludzie z "innego świata", o nadzwyczaj wysokich zasadach etycznych, doskonałym wykształceniu i doskonałym przygotowaniu pedagogicznym. Widać takich nauczycieli A. Zybertowiczowi zabrakło i dziś - w mojej skromnej ocenie - tytułowi profesora jedynie wstyd przynosi. Profesor, to człowiek o szerokich horyzontach myślowych, kierujący się zasadą żelaznej logiki i obiektywizmem sądów, człowiek, który w swym działaniu kieruje się przede wszystkim prawdą oraz wiedzą opartą o naukowe, a nie ideologiczne doświadczenia. Człowiek, który ponad wiarę przedkłada naukę.

Temu wszystkiemu A. Zybertowicz zaprzecza, a dla udowodnienia tego posłużę się tym, co dziś przed kamerami bredził.

Otóż w trakcie tej audycji poseł PSL przypomniał, że nie tylko polska tradycja społeczna i historyczna, ale także i zasady wiary chrześcijańskiej, a zwłaszcza katolickiej, nie znają czegoś takiego jak wieloletnia żałoba, a zwłaszcza co miesięczne urządzanie żałobnych publicznych obrzędów, bo w polskiej i katolickiej tradycji żałoba trwa 1 rok, a żałoba państwowa 3 miesiące. Okresy te zostały zachowane też po śmierci o wiele dla Polski ważniejszych osób, jak np. kard. Wyszyński i kard. Glemp, ks. Popiełuszko, czy papież Jan Paweł II, więc nic nie uzasadnia, aby po tragedii smoleńskiej publiczna żałoba trwała już 7 rok i co miesiąc urządzano polityczne igrzyska, niepozwalające rodzinom ofiar normalnie funkcjonować. Na te słowa A. Zybertowicz uraczył telewidzów kolejną porcją bredni. Bo zamiast odnieść się do problemu, zaczął bredzić, że polska tradycja narodowa nie zna tez barbarzyństwa w jakim odnoszono się do ciał ofiar katastrofy smoleńskiej, przez co dziś - dzięki ekshumacjom - rodziny ofiar muszą przeżywać straszliwe katusze. Tego nie zdzierżyłem, bo każdy kto nie jest jakim imbecylem winien wiedzieć, że na miejscu katastrofy znaleziono ponad 900 fragmentów ciał ludzkich i aby można je było poskładać w taki sposób, aby w każdej turmie znalazły by się wszystkie fragmenty JEDNEGO człowieka, identyfikacja ciał trwałaby kilka miesięcy, albo i dłużej. A każdy chyba pamięta, jak bardzo naciskano, aby ciała jak najszybciej sprowadzić do Polski, aby dokonać ceremonii pogrzebowych.

Najbardziej nalegał na to prezes, który od razu poczuł, że może na tej ceremonii mocno zyskać, przez co osłabić pozycję przyszłego kandydata na prezydenta B. Komorowskiego, który jako marszałek sejmu zaczął pełnić funkcję p.o. prezydenta RP. Kto o tym wie, ale bredzi jaki Zybertowicz, jest po prostu zwykłym kłamcą, czyli polityczną najmimordą, a kto nie wie, jest zwykłym głupcem, który wobec tego nie powinien publicznie kłapać, co mu mocodawcy nakazują.

Nigdy dotąd nie interesowałem się kim w czasach PRL był A. Zybertowicz, chociaż przez skórę czułem, że musiał być mocno zaangażowanym marksistą, bo takim zajadłym "antykomunizmem" cechują się polityczni konwertyci, czyli osoby, które nagle zmieniły swoje poglądy, a uczyniły to z politycznego wyrachowania. Szukając informacji o Zybertowiczu trafiłem na tekst byłego działacza "Solidarności" z Zakładów "URSUS" Zygmunta Wrzodaka, zajadłego "antykomunisty" któremu tylko naprawdę jakiś zidiociały dureń (przepraszam za oksymoron) mógłby zarzucić, że napisał go na polecenie Moskwy.

Tekst w załączniki - podkreślenie moje, błędy Wrzodaka. Chociaż niektóre, te najbardziej rażące, poprawiłem.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

... Kaczy nie świętuję wyborów z 4 czerwca 1989, bo dla niego to żadne odzyskanie demokracji tylko zdradziecka zmowa. Zmowa, w której zresztą brał udział jego brat bliźniak. Politycy PO mówią przez cały czas, że wtedy miało miejsce "obalenie komunizmu", co im się chyba miesza z obaleniem flaszki gorzały przez Michnika i jego towarzyszy. Jedyny Leszek Miller - dlaczego się temu nie dziwię  - przypomniał, że było to pokojowe przekazanie władzy, co było efektem rozmów przy Okrągłym Stole, czyli porozumienie władzy i tzw. opozycji. A dla mnie 4 czerwca 1989 roku jest datą, od której zapoczątkowano niesamowitą grabież majątku narodowego i wyrzucanie na bruk,  z dnia na dzień, milionów pracowników zlikwidowanych (lub oddanych w pacht obcemu kapitałowi) fabryk i PGR- ów.

* * *

... bełkotliwy Ricardo wpadł w wielki zachwyt i głupawa euforię dotycząca wyboru Polski na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, głosząc, że "skala tego zwycięstwa to fenomenalny wynik". Niedouczony czy głupi? Pytam, bo ja na ten przykład wiem, że w liczącym 193 państw członkowskich Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych, Polska otrzymała 190 głosów, a Wybrzeże Kości Słoniowej 189, Gwinea Równikowa 185, Kuwejt 188, Peru 186 - więc większych różnic nie ma, bo największa różnica to tylko 4 glosy. Cóż więc to za fenomen, kiedy od grudnia 2016 wiadomo było (z uwagi na wycofanie się Bułgarii), że Polska była jedynym kandydatem z grupy państw państw Europy Wschodniej - EEG. Ponadto Polska była już pięciokrotnie niestałym członkiem tego gremium , w tym 1947, 1960-1961, 1970-1971, 1982-1983, 1996-1997. Przy okazji pytanie: czy okupywane przez ZSRR państwo mogło być wybierane do Rady Bezpieczeństwa? Cos z ta okupacje jest nie tak panie i panowie z POPiS-u. Również stały lokator przedsionka prezesa, zwany powszechnie Adrianem, opowiada z patosem, strojąc dziwne miny, o wielkim polskim sukcesie, który Polska osiągnęła dzięki niemu ponieważ rok temu zaczął kampanię na rzecz wyboru Polski. A tak naprawdę to kandydaturę tę zgłosił 8 lat temu Radosław Sikorski z PO. Fenomenem jest natomiast to, że Polski rząd nie głosował przeciw polskiej kandydaturze, biorąc pod uwagę fakt, ze ojcem chrzestnym był ten okropny Sikorski.

* * *

... szalony Antoni chwaląc się bez umiaru sukcesem polskich żołnierzy szkolących i nadzorujących akcję odbicia z więzienia 11 osób porwanych w Afganistanie przez talibów, naraził nas na wielkie niebezpieczeństwo. I teraz można się spodziewać ataku na polskich żołnierzy w tym kraju, a co gorsza nie można wykluczyć zemsty islamistów na terenie Polski, bo przecież talibowie tego typu informację na pewno śledzą. Takich spraw nie ujawnia się i nie chwali się bez potrzeby, bo są to przecież informacje chronione. Antek pod sąd.

* * *

... domyślam się dlaczego Dudzie tak się spieszy do zmiany konstytucji. Chce zdążyć zmienić art. 139, który mówi, ze prawo laski prezydenta nie dotyczy osób skazanych przez Trybunał Stanu. Jak pisiory zmienią konstytucje przed oddaniem władzy, to Duda będzie mógł ułaskawić sam siebie zanim Trybunał wyda na niego wyrok. Taka z niego sprytna lisiura.

* * *

... PiS chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, że ich dzisiejsze działania mogą obrócić się - i powinny - przeciw ich autorom, bo każda władza przemija, a prawa dziś  uchwalone, jutro mogą być wykorzystane przeciw nim samym. Nie jest w stanie zrozumieć, że ich postępowanie jest absolutnie pozbawione etyki. Bez przerwy powołują się  na etos walki z niby strasznie opresyjną komuną, walki o demokrację i sprawiedliwość dla wszystkich, a jednocześnie tworzą prawa i fakty dokonane, które tym demokratycznym zasadom całkowicie zaprzeczają, tworząc wielkie grupy wykluczonych politycznie i społecznie. Rzecz w tym, że całe tabuny różnych durniów nie zdaje sobie z tego sprawy. Jeżeli usprawiedliwieniem ich uczynków jest fakt posiadania władzy, to wszystko to, co robiły władze PRL, ma swoje usprawiedliwienie, albowiem wtedy PZPR cieszyło się porównywalny do PiS poparciem społecznym, czyli w granicach 19 %  ogółu obywateli. I tak jak PiS, głosili, że zostali wybrani przez suwerena i działają dla jego dobra, wypełniając jego wolę. Jest tak ponieważ PiS nie mając do zaoferowania żadnych pozytywnych wartości bazuje na najniższych instynktach właściwych pospolitym durniom. Czyni tak, bo wie, że tylko wśród nich znajdzie poparcie. Najprościej wyraził to bard pierwszej czwartej RP Jacek Kurski, twierdząc, że ciemny lud wszystko kupi. Więc ten swój kit wciskają na potęgę, a durniom się wydaje, że od tego przybywa im wiedzy. Złudne to bardzo przekonanie. PiS nie wymaga od tych swoich "pożytecznych" idiotów, by rozumieli, co się tak naprawdę wokół nich dzieje, ale daje im w zamian za to możliwość totalnego atakowania tych, którzy to rozumiejąc, temu się sprzeciwiają. Czynią tak nie zważając, że przeczy to nie tylko wartościom chrześcijańskim, ale i katolickim, których bez przerwy mają pełną gębę. PiS zachowuje się jednak identycznie jak PZPR w czasach PRL, kiedy uważała, iż zawsze wie najlepiej, czego obywatele potrzebują i wbrew ich oczekiwaniom czyniła im dobrze, o czym tylko ona była święcie przekonana. Różnica polega jednak na tym, że tamta władza po czasie zrozumiała, iż zdecydowana większość obywatel i jej nie chce i swe władztwo pokojowo oddała. Nie wróży to dobrze ani pisiorom, ani obywatelom. Cieszy jedynie tych durniów, którzy poczuli  swoje pięć minut, w których może im się wydawać, że wszystko wiedzą lepiej.

* * *

... wyjątkowym debilem być trzeba, aby nie rozumieć podstawowych zasad konstytucji. Pierwsza gwarantuje, że nikt nie może zostać uznany za winnego póki nie zostanie prawomocnie skazany. Druga, że akt łaski może w związku z tym dotyczyć tylko prawomocnie skazanych. Pewien emerytowany, bardzo mądry sędzia SN (którego nazwisko mi umknęło) wyjaśnił sprawę uprawnień prezydenta w sposób bardzo obrazowy. Otóż - jak tłumaczył dziennikarzowi - konstytucja daje prezydentowi prawo do nadawania orderów i medali, co nie oznacza, że prezydent może przyznać komuś na podstawie tego prawa order buraka. Nie może, bo inne obowiązujące przepisy- ustawy- precyzują, jakie ordery i medale w Polsce się nadaje. Tak samo to k.p.k. reguluje zasady stosowania prawa łaski, bardzo precyzyjnie opisując to w art. 560 k.p.k i pozostałe artykuły działu XII tego aktu prawnego.

* * *

... nikt w Polsce nie ma prawa kwestionować wykonywalności wyroków sądowych. Można się z nimi nie zgadzać, ale musi się je respektować. A uchwały 7 sędziów SN są źródłem prawa, a więc muszą być stosowane przez wszystkie sądy i instytucje państwowe, oraz obywateli.

* * *

... wiem skąd się biorą durnie. Stefan Kisielewski "Kisiel" napisał swego czasu, że gdyby dureń zrozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być durniem. Z tego wniosek, że durnie rekrutują się jedynie spośród ludzi pewnych, że nie są durniami.

Napisz komentarz (5 Komentarzy)

Mam wielki żal do Polsatu, że 28 maja w programie "Państwo w państwie" wystawił mnie na pośmiewisko, emitując tylko jedno moje zdanie i to na dodatek wyrwane z kontekstu wywiadu (ponad 30 minut) jakiego udzieliłem red. Małgorzacie Cecherz na tle komisariatu Wrocław Stare Miasto w dniu 24 maja. Okazuje się, że po to, na własny koszt, jechałem 180 km, odpowiadając na prośbę redakcji programu "Państwo w państwie", aby telewidzowie mogli usłyszeć tylko jedno moje zdanie, że przełożeni wrocławskich policjantów cynicznie kłamią w żywe oczy.

O tym, że moja wypowiedź będzie emitowana podczas niedzielnej audycji, poinformowałem na Facebooku sporo osób. I to nie tylko z Wałbrzycha, Świdnicy i Wrocławia, ale też znajomych z całej Polski, a nawet z zagranicy. I dzięki Polsatowi wystawiłem się jedynie na śmieszność, czyniąc radochę tym wszystkim, którzy gdzie tylko mogą, i jak tylko mogą, starają się szkodzić mojemu wizerunkowi, podważając moje kompetencje, a także intencje moich publicznych działań. I teraz otrzymuję, pełne zawistnego jadu, różnego rodzaju anonimowe wpisy (nie śledzę tego, co na mój temat wypisuje się na innych portalach i stronach internetowych), których autorzy podnoszą, że widocznie redaktorzy Polsatu uznali to, co do kamery mówiłem, za jeden wielki stek bzdur, nienadający się do ogólnopolskiej emisji. Fakt wyemitowania jednego tylko zdania, z całej mej wypowiedzi dowodzi - w ocenie tych zawistników - że mają rację, uważając mnie za pospolitego durnia.

Problem z tym, że obiektywnie na to spoglądając, można takie wrażenie odnieść, no bo dlaczego moja wypowiedź (nawet tylko we fragmentach) nie została wyemitowana, jako np. przyczynek do dyskusji w studio? Jedynym logicznym wytłumaczeniem jest to, że przez realizatorów programu została oceniona jako niemerytoryczna i głupia po prostu.

A ja do kamery mówiłem m.in., że opowiadanie przez ministra Ziobrę, że do śmierci Igora Stachowiaka nie przyczyniły się, ani zastosowane przez policjantów chwyty obezwładniające, ani użycie paralizatora, to prymitywna próba odwrócenia uwagi od czegoś, co każdy widział lub mógł zobaczyć. Bo już nie o przyczynę zgonu tu chodzi, tylko o to, że mody człowiek był nieludzko torturowany prądem i poniżany, przez co policjanci zadawali mu katusze, ale też ograbiali go z jego ludzkiej godności. Tak mniej więcej powiedziałem do kamery Polsatu, a teraz dodam jeszcze, że torturowany i poniżany był nie gorzej niż islamscy więźniowie w amerykańskiej katowni w Abu Ghraib. I te tortury winne być najgłośniejszym tematem wszelkich publicznych rozważań i przedmiotem rozważań naszych polityków, tworzących prawa i procedury oraz algorytmy postępowania (nie tylko) policji.

Wyraziłem też swoje wątpliwości w sprawie braku reakcji na łamanie prawa i procedur przez policjantów, którzy dokonali zatrzymania Igora Stachowiaka, jak i tych, którzy wydawali polecenia zatrzymywania tak zwanych "operatorów", oraz tych, którzy te bezprawne polecenia wykonywali. Opowiedziałem też o wielu innych moich wątpliwościach, na które w całej tej sprawie zwróciłem, jako były oficer policji z długoletnim stażem służbowym.

Jednakże nic z tego - za wyjątkiem tego zdania wyrwanego z kontekstu - w programie "Państwo w państwie" się nie znalazło. To po jaką cholerę proszono mnie, abym przyjechał (na własny koszt) do Wrocławia i cenny swój czas tracił.

Zamiast tego zaserwowano widzom wielce niepoważne wynurzenia byłego (jak ja) milicjanta i policjanta Jerzego Dziewulskiego, który już na tematy policyjne tyle bzdur naopowiadał i napisał, że limit ich - w mojej skromnej ocenie - już wyczerpał. Bo to, że ktoś w czasie służby w oddziałach antyterrorystycznych dokonał kilku bohaterskich czynów nie jest żadnym powodem, aby w sprawach policyjnych traktować go jako alfę i omegę jednocześnie. A pan Jerzy Dziewulski znów te swoje głupotki o represyjnym charakterze policji w studio, przy osobach przez policjantów mocno skrzywdzonych, opowiadał.

Otóż panie Dziewulski, policja nie jest formacją represyjną - i to wbij sobie pan do głowy raz na zawsze - bo policja jest formacją, która ma stać na straży prawa, a więc sama musi go przede wszystkim przestrzegać. Owszem, w jej działaniach niekiedy wątek represyjny pojawiać się musi, ale dotyczy to działań skierowanych na przestępców, a nie na normalnych obywateli, którzy z różnych powodów w ręce policjantów wpadną. Nie można stosować żadnych represji w stosunku do obywatela, który nawet dopuścił się złamania prawa (np. wykroczenia) poprzez potraktowanie go jak zbrodniarza, który samym swym istnieniem zagraża życiu i zdrowiu policjanta. Elementami represji jest śledzenie, podsłuchiwanie, niekiedy dozwolone prawem prowokowanie przestępców, co do których organa ścigania mają określone prawem zamiary, ale nie może być elementem policyjnego postępowania zakuwanie w kajdanki wbrew obowiązującym przepisom, stosowania brutalnych metod fizycznych w stosunku do wszystkich, których z jakichś powodów zatrzymano lub dowieziono do komisariatu bądź innej jednostki.

A Jerzy Dziewulski opowiadając swoje głupotki na temat represyjnego z natury charakteru Policji, tylko instytucji tej i ludziom tam zatrudnionym (nie mogę zdobyć się na stwierdzenie "tam służącym") szkodzi. Ale ani prowadzący, ani żaden z uczestników programu (po za jednym z prawników, który nieśmiało przypomniał J. Dziewulskiemu, że oprócz represji jest też prewencja), tym głupotkom się nie przeciwstawił. Nawet mecenas Ryszard Kalisz, który kiedyś przez 1,5 roku był szefem MSWiA, a więc także i moim szefem.

Takim postępkiem redaktorów "Państwa w państwie" poczułem się obrażany i skrzywdzony i dlatego też powziąłem stanowcze postanowienie, - zwłaszcza, iż był to już drugi taki przypadek - że był to mój ostatni "występ" przed kamerami tego programu.

Niech występują tam nadal tacy "specjaliści" od praworządności, jak właśnie wspomniany Jerzy Dziewulski, który w ostatnio wydanej książce opowiada o sobie i o tym, że policjant strzelając musi zabić. Dlatego najlepiej celować w głowę. Można oczywiście w kolano, ale trudniej w nie trafić. Mówiąc tak, nie mówi o antyterrorystach, tylko zwyczajnych funkcjonariuszach policji.

Niech występuje też inny spec od tych spraw, pan Dariusz Loranty, który w swej książęce "Spowiedź psa". Brutalna prawda o polskiej policji" wspomina jak 15-letniego chłopaka wziął nad Wisłę i aby wymusić na nim zeznania, kazał mu kopać grób, a następnie strzelił do niego (łaskawie między nogi), przez co ten posikał się ze strachu i zaczął sypać. Przez ten swój wyczyn, Loranty otrzymał ksywkę "Mengele" czym się obecnie chwali. Na pytanie swego rozmówcy (dziennikarza), czy nie miał żadnych oporów, wszak to byŁ tylko dzieciak, odpowiedział: "Nie miałem najmniejszych oporów. Człowiek wyzbył się tego po kilkunastu miesiącach pracy. A wtedy pracowałem już od ponad roku. (...) Dla mnie każdy zatrzymany na dołku przez "prewencję"to już był zbój. Nie znałem "przypadkowych". Dokooptowano mnie do grupy policjantów zajmujących się zabójstwem małolatów, a ja się starałem." (str.40). Pytanie retoryczne jak najbardziej: czym zatem taki Loranty różni się od tych policjantów, którzy w ciemnej łazience komisariatu Wrocław Stare Miasto, zadając różne pytania Igorowi, katowali go z widoczną przyjemnością? Dla mnie osobiście niczym. Starali się, tak jak ten Loranty.

Napisz komentarz (23 Komentarzy)

Niedziela,21 maj, godz. 10:45,"Kawa na ławę"w TVN 24: któryś z posłów opozycji przypomniał jak w czasach PRL kierownictwo MSW i KGMO mataczyło w sprawie Przemyka. Bardzo gwałtownie i gniewnie zareagował na to wiceminister MSWiA, że to niedopuszczalne nadużycie, bo tamta sprawa miała charakter polityczny. Panie, - pytam się - jakie masz pan moralne i intelektualne predyspozycje, aby to stanowisko zajmować? Bo wszystko wskazuje na to, brak panu podstawowej wiedzy, a także zdolności logicznego rozumowania. B,o po pierwsze, milicjanci zatrzymali Przemyka dlatego, że nad ranem po pijaku wydzierał się na ulicy i nawet nie wiedzieli kim on jest. Po drugie, ten poseł z opozycji nie przyrównywał tych zdarzeń,  tylko działanie MSW I KG, które było tożsame do tego sprzed wielu lat.

Zatrzymanie nie było przypadkowe, twierdzi prokuratura, bo Igor Stachowiak był poszukiwany za oszustwa. Chociaż wszyscy widzieli i słyszeli że policjanci byli przekonani że zatrzymali Frontczaka, który ośmieszając ich, dzień wcześniej uciekł w kajdankach z komisariatu.

Niesamowite ale prokuratura w Poznaniu ustami swojej rzeczniczki prasowej twierdzi, że nagrania z monitoringu miejskiego (policyjnego) i kamery z paralizatora, nie mają wartości dowodowej. Nagranie pokazujące przebieg przestępstwa ze wszystkimi szczegółami nie jest dowodem? A czy ta pani jest prokuratorem? Bo mi się wydaje, że raczej sprzedawczynią pietruszki być powinna.

Kiedy zacząłem w moich felietonach na łamach DB 2010 piętnować brutalne i niezgodne z prawem zachowania się policjantów, zewsząd zaczęły docierać do mnie głosy moich zbulwersowanych wielce znajomych z policyjnego środowiska. Zarzucali mi (i zarzucają nadal), że zapomniałem, kto mi płaci i - mówiąc bardzo eufemistycznie - zanieczyszczam własne gniazdo. I nie pomagają żadne tłumaczenia, że moje pisanie ma również na celu obronę tych tysięcy uczciwych glin, którzy codziennie pełnią jakże potrzebna i jakże niebezpieczna służbę. Jednakże ci, o których piszę i których piętnuję - mniemam że to jednak wąska grupa - sami niszczą dobre imię policjantów i narażają ich na coraz większą społeczną obstrukcję. Współczuje im, ale z drugiej strony dziwię się, że tak mało sami robią, aby te wszystkie robaczywe i zgniłe jabłka ze swojego policyjnego koszyka wyrzucić. Nie wiem, czy ze strachu, czy też z obojętności wobec tego, co się wokoło nich dzieje. Bliższa koszula ciału. Muszą jednak pamiętać, że każdy kto się nie przeciwstawia tego rodzaju przestępczej działalności, sam w niej udział bierze i musi się liczyć także z odpowiedzialnością. Chociażby tylko moralną. Chociażby tylko przed społeczeństwem.

Ci, którzy o tym nie pamiętają, niech przypomną sobie (zajrzą do dokumentów i opracowań), jaką infamię funkcjonariuszom MO przyniosła sprawa Grzegorza Przemyka, a zwłaszcza zabójstwo ks. Popiełuszki. Tym ostatnim czynem do dziś obciąża się całą ówczesną milicję, chociaż my (milicjanci) nie mieliśmy z tą zbrodnią nic wspólnego i to właśnie my (milicjanci) jej sprawców ostatecznie wykryliśmy.

Mój komentarz do wydarzeń dotyczących nagłej śmierci Igora Stachowiaka można przeczytać w moim tekście zamieszczonym na tej stronie 19 maja 2016 roku. Czas pokazał, ze to ja, a nie moi oponenci, obrońcy przestępców w mundurach, miałem rację. Nie spodziewałem się jednakże, że prawda będzie tak drastyczna. Ciekawe, czy dziś zechcieliby spojrzeć mi w oczy i odszczekać wszystko to, czym mnie wtedy obdarzyli. Wątpię.

No i oczywiście, po moich ostatnich tekstach, odezwali się jacyś prymitywni trolle, a raczej jakieś totalne przygłupy, którzy wprawdzie potrafią jakoś litery składać, ale już ze zrozumieniem tekstu pisanego, mają kolosalne problemy. Nie publikuję tych bredni, bo zawierają ohydne kalumnie dotyczące nie tylko mojej osoby, ale także i moich najbliższych. Mojej rodziny. Jednak jeden z nich (tych tekstów pełnych nienawiści i kłamstw) wydał mi się bardzo znajomy i jestem przekonany, że wyszedł spod ręki pewnego ohydnego pedofila z Wałbrzycha, który być może już niedługo wyląduje w pierdlu. Życzę mu, aby został tam potraktowany tak, jak się w kryminale takich bydlaków traktuje.

Osobnik ten powtarza to, co na mój temat napisał kiedyś (na społecznościowym, już nieistniejącym, portalu Wałbrzych4you) niejaki Senkowski, który publicznie wszem i wobec, razem z niejakim Sikoniem, opowiadają o mnie niesamowite brednie i insynuacje. Nie będę do nich wracał, bo byłoby to dla nich satysfakcją, że jednak temat się ponownie przebija. Pozostanę przy jednej sprawie. Otóż jakiś czas temu wspomniany Senkowski (osobnik, który w stanie wojennym został skazany bodajże na 3 lata więzienia, ale ta wspaniałomyślna i dobrotliwa "komuna", czyli też Służba Bezpieczeństwa, pochylając się nad jego niedolą, BEZINTERESOWNIE 3/4 karu warunkowo mu umorzyła) w jednym ze swoich tekstów na tym portalu napisał, że znany byłem z tego, iż przepijałem pieniądze operacyjne, co zresztą niby wszystkim było wiadomym. Skwitowałem to krótko pytaniem, dlaczego więc nikt (nawet jak już byłem na emeryturze) tego nie zgłosił organom ścigania? Oczywiście nie oczekiwałem żadnej rozsądnej odpowiedzi, bo czegoż można oczekiwać od paszkwilantów. Pozwoliłem sobie jednak na kpinę i napisałem dalej, aby się teraz już nie trudzili, ponieważ nawet JEŻELI BYŁOBY TO PRAWDĄ, to i tak taki czyn zostałby objęty przedawnieniem, więc mogą mi nagwizdać. No i się zaczęło. Prostactwo wszelkie, durne niesamowicie, zaczęło oto kwilić, że Bartkiewicz to dopiero sukinsyn, bo nie tylko ŻE SIĘ PRZYZNAJE do złodziejstwa, to jeszcze kpi sobie z praworządności. I co z takimi durniami zrobić? Olać ich, co niniejszym czynię, a zwłaszcza tego obleśnego pedofila, który właśnie raczył bzdurę tę powtórzyć i zarzut mi uczynić.

Napisz komentarz (2 Komentarze)