Sejm odrzucił obywatelski projekt komitetu "Stop aborcji", który przewidywał bezwzględny zakaz przerywania ciąży i odpowiedzialność karną dla każdego, kto powoduje śmierć dziecka poczętego. Za odrzuceniem projektu głosowało 352 posłów, 58 było przeciw, a 18 wstrzymało się od głosu. I bardo dobrze, ale wcześniej, jak jeden mąż, nie tylko posłowie, ale cały pislam, opluwali kobiety z Czarnego Marszu, za to, że przeciwko temu projektowi śmiały się publicznie przeciwstawić. Tak oto ujrzeć możemy moralną zgniliznę tychże pislamskich posłów, którzy wystraszeni skalą protestów, wzorem swego pislamskiego imama, udają, że białe to czarne, a czarne jak najbardziej białe jest.

* * *

Wydaje mi się jednak, że pislamski imam zrobił cwany myk. Najpierw nakazał skierować projekt ustawy autorstwa talibów z Ordo Iuris do komisji, poczekał na reakcję społeczeństwa i tempie sprintera projekt ten nakazał odrzucić. W ten sposób pokazał urbi et orbi a także suwerenowi, jak bardzo wrażliwi jest na społeczne odczucia. Chociaż z drugiej strony dzisiejsza mina imama, kiedy tłumaczył przedstawicielowi talibów z Ordo Iuris, powody dla których zdecydował o odrzuceniu przez sejm ich projektu, świadczyła jakim ta decyzja byłą dla niego potwornym absmakiem. Aż się dusza moja radowała głupio, ale długo. No i jak się okazuje, zmiany projektowane przez pislamistów ustawy o in vitro również szlag trafił. Oby tak dalej …

* * *

Zbynio od Ziobro już drugi raz pokazał na co go stać. Właśnie zwolnił z sądu okręgowego i przeniósł do rejonowego sędzię Justyne Koska-Janusz. Dlaczego? Ano dlatego, że pani sędzia wydała w minionym roku niekorzystny dla Zbigniewa Ziobry wyrok w procesie, który ten wytoczył (z tzw. prywatnego aktu oskarżenia) byłemu prezesowi PZU Jaromirowi Netzlowi w związku z tzw. aferą gruntową. Mało tego, pani sędzia miała tego pecha, że w uzasadnieniu wytknęła politykowi, że pełniąc w 2007 r. funkcję ministra sprawiedliwości/prokuratora generalnego, zdradzał Netzlowi tajniki prowadzenia przez prokuraturę śledztwa dotyczącego przecieku z operacji CBA. A ponadto, że Ziobro łamał procedury obowiązujące w relacjach między prokuratorem, a potencjalnym świadkiem w sprawie. Na dodatek nałożyła na polityka grzywnę za spóźnienie się na jedną z rozpraw. No i teraz ma za swoje. Tak jak medycy, którzy sporządzili ekspertyzy w sprawie przyczyny zgonu ojca pana ministra sprawiedliwości. Przypomina mi się oszczędny w słowach komentarz starej Kargulowej, że sprawiedliwość sprawiedliwością, a racja i tak musi być po naszej stronie. A co! Zaprawdę dobra zmiana … dają radę.

* * *

Tak mi się jakoś przypomniała kabaretowa mądrość Andrzeja Poniedzielskiego, którą trochę tylko strawestuję. Pislamisty nie zmienisz, może zmienić pislamistę , ale to nic nie zmieni.

* * *

Nadprezes IV RP Jarosław zabiega o poparcie policjantów. Mają dostać do końca 2019 roku podwyżki w w średniej wysokości 519 zł. Może mu się ten wybieg nie udać, ponieważ policjanci chcieliby, aby było to ciut więcej, a konkretnie po 1000 złociszów. Poza tym każdy wie, co to znaczy „średnia”. Jak komendant dostanie 500 zł a posterunkowy 80, to średnia wyjdzie po 290 na łeb. Przy okazji przypomniałem sobie, że wszystkie rządy – począwszy od 01.07.2003 roku – rżną mnie na kasie (jak i wszystkich policjantów, którzy do służby przystąpili przed dniem 1 stycznia 1999 roku) - albowiem zamiast rewaloryzować mi emeryturę w systemie kwotowym, robią to w oparciu o system procentowy, w związku z czym moja emerytura w każdym roku jest podwyższana o jakieś ochłapy. Przy rewaloryzacji kwotowej (jak mi gwarantuje prawo, co potwierdził wyrokiem TK) powinienem otrzymywać każdorazowo 75% tego, co aktualnie otrzymuje policjant na tym samym stanowisku i grupie, jakie miałem w chwili odejścia na emeryturę. Na dzień dzisiejszy to są już bardzo duże pieniądze, a tak oszukanych jest tysiące.

* * *

Jakiś czas temu mundurowi emeryci podjęli akcję składania wniosków do sądu pracy o naliczanie im emerytur zgodnie z obowiązującym prawem, jednakże sądy pracy (i słusznie) uznawały się za niewłaściwe do rozstrzygnięcie, i wnioski oddalały. Ja znalazłem sposób, aby wygrać i już miałem go wprowadzić w życie, ale raz jeszcze dokładnie przeczytałem naszą ustawę emerytalną. I jak przeczytałem to dałem sobie spokój, bo okazało się, że gdybym złożył wniosek o ponowne przeliczenie emerytury, to dyrektor ZER mógłby mi zawieść jej wypłatę do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia przez NSA. A na takie rozstrzygnięcie mógłbym czekać nawet kilka lat, przy czym wiadomo, że światłem żywi się na świecie tylko jeden człowiek, a ja niestety nim nie jestem.

* * *

W tym dziwnym kraju prawem przejmuje się tylko ktoś, kto nie ma żadnego pomysłu na życie, czyli, nie wie jak skutecznie i bezkarnie przede wszystkim, ukraść 100 milionów euro. No, chociażby tylko tysiąc. A nawet 100.

Napisz komentarz (1 Komentarz)

Dzisiaj minęło dokładnie 19 lat od dnia w którym prokurator Adam Grzywacz z Prokuratury Wojewódzkiej w Wałbrzychu z/s w Świdnicy (obecnie prokuratura Okręgowa w Świdnicy) umorzył śledztwo (sygn. akt V Ds.28/97/S) w sprawie zabójstwa, w dniu 17 sierpnia 1997 roku, dwójki studentów ówczesnej Akademii Rolniczej we Wrocławiu, 22-letniej Anny Kembrowskiej z Jastrzębia Zdroju i 25-letniego Roberta Odżgi z Międzylesia. Śledztwo umorzono ponieważ prokuratura uznała, że na tym etapie wyczerpano wszelkie możliwości dotyczące ustalenia powodów oraz sprawców zabójstwa. Jednakże działania policji na tym się nie zakończyły. Kierowałem osobiście czynnościami operacyjnymi od pierwszego dnia od ujawnienia zwłok studentów aż do połowy grudnia 1998 roku, kiedy to swoją działalność zakończyła Komenda Wojewódzka Policji w Wałbrzychu. Do sprawy powróciłem w połowie 2000 roku, kiedy to z-ca komendanta wojewódzkiego we Wrocławiu, Henryk Tusiński, reaktywował grupę operacyjną, na czele której stanąłem ponownie. To właśnie w składzie tej grupy udało się nam uzyskać określone informacje, na bazie których opracowaliśmy wersję motywacyjną, która, w mojej ocenie, dawała solidne podstawy do rozwiązania tej dramatycznej zagadki kryminalnej. Działania jakie wówczas prowadziliśmy, pozwoliły nam na zawężenie grupy podejrzewanych do kilkunastu już osób. Byłem przekonany, że już niedługo dotrzemy do celu. Jednakże w połowie marca 2003 roku otrzymałem od ówczesnego naczelnika wydziału kryminalnego (spuszczę zasłonę miłosierdzia i nie podam jego nazwiska) polecenie służbowe, nakazujące mi zakończenie wszelkich czynności i skierowanie akt sprawy (rozpracowania) do archiwum. Tu dodam, ze na emeryturę odszedłem 01.07.2003 roku, ale to dla sprawy "Narożnika" nie miało już żadnego znaczenia. Jedynym argumentem było to, że działania operacyjne prowadzę już 5 lat (faktycznie tylko 3,5), a dwie ofiary obciążają statystykę niewykrytych przestępstw, w kategorii zabójstwa. Nic nie przesadzam. To był jedyny powód, dla którego tenże naczelnik przeforsował w kierownictwie KWP swój pomysł na poprawienie statystyki kryminalnej.

Na nic zdały się moje argumenty, że przecież w Warszawie od 4 lat prowadzone jest śledztwo w sprawie zabójstwa gen. Papały i nikt z ilości lat problemu nie czyni. A przecież – argumentowałem – przy tamtej sprawie „pracuje” kwiat polskiej policji, UOP, a także najznamienitsi polscy prokuratorzy i wszystko wskazuje na to, że być może uda się nam sprawę w ciągu najbliższych miesięcy zakończyć. Nic nie wskórałem niestety i komendant wojewódzki przychylił się do kretyńskiego wniosku mojego przełożonego.

Obecnie ze sprawą za bary wzięli się policjanci z wrocławskiego Archiwum X, ale mimo swych starań stoją w dalszym ciągu w miejscu. Niestety, nasza wersja i nasze typy nie przypadły im do gustu, co zresztą osobiście mi zostało powiedziane. Trzymam za nich kciuki, ale i sam w dalszym ciągu przy sprawie „dłubie” i uzyskuję coraz ciekawsze informacje. Szkoda, ze w roku 2000-2003 nie udało się do nich dotrzeć. Ale lepiej późno, niż wcale.

* * *

Otrzymałem możliwość zapoznania się z pewną częścią dokumentacji procesowej w tej sprawie – szkoda, że nie całości – przez co musiałem pisanie moje przerwa. Stało się tak dlatego, iż okazało się, że 19 lat to zbyt długi okres, by pamięć ma zachowała faktyczny obraz z tamtych czasów i wiele spraw pamiętałem zupełnie inaczej, niż były one w rzeczywistości. Dlatego postanowiłem książkę tę napisać od początku.

Napisz komentarz (5 Komentarzy)

Wciąż myślę o tym, co w książce "Policjanci. Za cenę życia" napisali jej autorzy. Jaki zamiar im przyświecał i co chcieli przekazać? Dlaczego akurat wybrali te 9 przypadków, kiedy łącznie, od początku powstania Policji, w związku z wykonywaniem obowiązków służbowych śmierć na służbie poniosło ponad 120 funkcjonariuszy. Rozdział I – dotyczy śmierci policjanta zastrzelonego w czasie patrolu bez żadnego powodu. Bo tak sobie postanowili dwaj bandyci. Rozdział II – dotyczy śmierci policyjnego antyterrorysty, który podczas wykonywania skoku spadochronowego, splątał się (nie wiadomo z czyjej winy) z innym skoczkiem. Rozdział III – opowiada o policjancie, który ruszył w pościg za jakimiś ludźmi, bo inni ludzie krzyczeli do niego, aby tamtych ścigał. Nie wiedział ilu i dlaczego ma ścigać, nie wiedział, że ścigani są uzbrojeni i przed chwilą zastrzelili człowieka. Padł od kuli bandytów, którzy wykorzystując panujące ciemności (noc), byli dla niego niewidzialni. Rozdział IV – opisuje tragedię trzech policjantów, którzy zostali zastrzeleni przez strażnika z SW w momencie, kiedy konwojowali jednego z osadzonych w ZK w Sieradzu. Rozdział V – dotyczy policjantki i policjanta, którzy po odwiezieniu do domu w innym mieście pijanego pracownika MSWiA, wracając w nocy, wpadli do grzęzawiska i utopili się, nie mogąc wydostać się z samochodu. Rozdział VI- opowiada o śmierci policjanta, który zginął w trakcie zabezpieczenia miejsca przestępstwa, ponieważ bandyci byli przekonani, że mają do czynienia nie z policją, a z „przebierańcami”, którzy rabują to, co oni wcześniej sami – udając policjantów – zrabowali. Rozdział VII – opowieść o policyjnym pirotechniku, który ginie podczas próby unieszkodliwienia ładunku wybuchowego. Rozdział VIII – historia policjanta zadźganego nożem na przystanku tramwajowym przez przypadkowych bandziorów, którym zwrócił uwagę na ich niewłaściwe zachowanie się na przystanku. Rozdział IX – opowieść o śmierci policjanta, który rzuca się w morze na niestrzeżonej plaży, aby ratować tonącego lekkomyślnego i pełnego brawury smarkacza. Osiem tragicznych historii dotyczy przypadków, kiedy funkcjonariusze wykonują swoje służbowe obowiązki wynikające z ustawy o Policji, albo realizują polecenia wydane im przez przełożonych. Tylko w ostatnim przypadku, śmierć jest efektem decyzji niesienia pomocy komuś, komu może grozić utoniecie. Decyzji podjętej poza służbą, w czasie wakacji, w sytuacji, kiedy nie było nikogo, kto chciałby tonącemu pospieszyć z ratunkiem. Dla mnie to właśnie ta ostatnia śmierć, jest śmiercią bohaterską. Pozostałe, aczkolwiek zasługujące na pamięć i szacunek, są efektem ryzyka wpisanego w zawód policjanta.

* * *

W czasie mojej służby wielokrotnie podejmowałem różnego rodzaju pościgi za uzbrojonymi bandziorami, którzy przy użyciu broni palnej dokonali groźnego napadu, albo zabili lub ciężko ranili człowieka. W tym policjanta, jak to miało miejsce w Stoszowicach, gdzie uzbrojeni bandyci napadli na tamtejszy posterunek, w wyniku czego dyżurujący tam funkcjonariusz do końca życia został tzw. „rośliną”. Dwa razy kule świszczały mi nad głową, a raz zmuszony byłem strzelać do zdecydowanego na wszystko bandyty, uzbrojonego w dwa pistolety, który kilka minut wcześniej o mało nie zastrzelił mojego podwładnego z wydziału. Na szczęście nie trafił i zrobił mu jedynie dwie dziurki w dżinsowej kurtce. Miałem szczęście, że na naszym terenie bandyci bali się strzelać do policjantów. Dlaczego? Być może kiedyś o tym napiszę.

* * *

Bandyci do nas nie strzelali tak jak w Warszawie i jej okolicach, ale zdarzało się, że policjanci strzelali sami do siebie. Pierwszy taki przypadek – wczasach mojej służby - miał miejsce w latach 80-tych, kiedy ojciec mojego kolegi z wydziału popełnił z broni służbowej samobójstwo, strzelając sobie w głowę w pomieszczeniu służbowym. Powód był dla mnie początkowo bardzo trudny do zrozumienia. Policjant ten był kierowcą ówczesnego komendanta wojewódzkiego L. Lamparskiego i któregoś dnia pojechał z KW MO na ul. Psie Pole, gdzie siedzibę miał m.in. wydział transportu i znajdowały się garaże. Po drodze, na krętym podjeździe do dzielnicy Nowe Miasto doszło do niegroźnej stłuczki, w efekcie czego na niewielkim odcinku karoserii radiowozu i samochodu prywatnego powstały niewielkie zadrapania i wgniecenia. Po załatwieniu wszystkich formalności wynikających z takich okoliczności, oficer dyżurny poinformował kierowce, że rano ma stawić się u komendanta. Nic więcej. Kierowca poszedł do swojego pokoju służbowego, zamknął drzwi, wyjął z szafy metalowej pistolet P-64 z którego oddał pierwszy, tzw. strzał kontrolny, a następnie strzelił sobie w głowę. Był absolutnie trzeźwy, a przez prawie 30 lat służby w charakterze kierowcy, nie miał na swym koncie żadnego zdarzenia drogowego. Koszty naprawy pojazdu cywilnego pokryłaby na pewno komenda wojewódzka.

* * *

Pod koniec lat 80-tych do naszego wydziału (pełniłem wówczas funkcje p.o. kierownika sekcji I) skierowany został słuchacz Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie, który w okresie wakacji miał odbyć w KW MO staż zawodowy. W ciągu dwóch miesięcy dał się poznać jako naprawdę rasowy gliniarz, a jego marzeniem było, by pracować razem z nami w wydziale kryminalnym, a zwłaszcza w jego sekcji I. Wymógł na mnie, że załatwię z naczelnikiem, iż po skończeniu szkoły (był na ostatnim roku) weźmie go do wydziału, ponieważ akurat mieliśmy jeden wolny etat. Po moich naleganiach naczelnik zapewnił mnie, że poczekamy i faktycznie chłopaka weźmiemy do sekcji I. Był straszliwym pasjonatem broni, przez co z od razu załapał „chemię” z Jurkiem Konarzewskim. Pamiętam doskonale przestrogi „Dziadka”, aby pozbył się głupiego zwyczaju trzymania dodatkowego (czyli „7”) naboju w komorze nabojowej. W ostatnim dniu przed wyjazdem do Szczytna odebrał ode mnie pistolet i dwa magazynki, pożegnał się ze wszystkimi i pojechał na Podzamcze, aby pożegnać się również ze swoją dziewczyną. W mieszkaniu (był już wieczór) dowiedział się od niej, że ona ma już innego, z którym wiąże swe nadzieje, bo to inżynier i cywil, a więc zrywa z nim ostatecznie. Nie mam pojęcia dlaczego wyjął pistolet z kabury i na jej oczach strzelił sobie w głowę. Później doszliśmy do wniosku, że on zapewne chciał tylko postraszyć dziewczynę, aby zmieniła swą decyzję i zapomniał o tym dodatkowym naboju. Nie wierzę do dziś, że zastrzelił się z tego powodu, iż z nim zerwała. I nawet już jego imienia nie pamiętam. Życie dopisało zadziwiającą pointę, bo po kilku latach, kiedy Milicja stała się Policją, do sekcji I wydziału kryminalnego (byłem wtedy jej kierownikiem) trafił chłopak, z którym bardzo szybko zaprzyjaźniliśmy się. Po jakiś czasie okazało się, że jest to ten sam inżynier, który jednak nie miał pojęcia o tym, co się w przeszłości wydarzyło. Po chyba 3 latach odszedł, bo jednak nie tylko jego psychika, ale i jego żona (dziewczyna tamtego samobójcy) nie zniosła służby w wydziale kryminalnym.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Skończyłem czytać książkę „Policjanci. Za cenę życia” autorstwa Joanny i Rafała Pasztelańskich. Rzecz o dziewięciu policjantach, którzy zginęli czy to w czasie pełnienia służby, czy też podejmując ryzykowne działania tylko dlatego, że byli wierni rocie składanej kiedyś przysięgi. Jestem naprawdę pełen uznania dla tych osób, albowiem ich postawa zasługuje na szczególnie wielki szacunek, a ich czyny na naszą pamięć, ale – niestety – książka ta bardzo, ale to bardzo mocno, mnie rozczarowała. Przede wszystkim, że za dużo w niej lukru, ckliwości, łez lanych przez niby prawdziwych twardzieli, którzy nawet po 20 latach od opisywanych zdarzeń, zalewają się rzewnymi złami, kiedy tylko autorzy książki o ich tragicznie zmarłych kolegach wspomną. Nawet byłe żony, z którymi z jakichś przecież istotnych powodów się rozeszli, rzewnie płaczą na wspomnienie tych, z którymi wspólne życie stało się przecież niemożliwe. Opisywanym osobom autorzy, wręcz na siłę, nadają tak bardzo pomnikowy charakter, że powoduje to, iż czytelnik zaczyna wątpić, że ma do czynienia z postaciami autentycznymi, czy też tylko stworzonymi dla potrzeb tej książki. Opisywane codzienne zachowanie się bohaterów książki, wywołuje wrażenie, jakoby w policji służyli jedynie ludzie bez skazy, wręcz osobowości idealne. A jeżeli nawet w historiach ich życia pojawiają się chociażby tylko małe ryski, to z miejsca przykryte są lukrowatą i sentymentalną do granic wytrzymałości opowiastką o tym, jak wspaniałymi ludźmi byli przez każde sekundy swego życia, przez co wiarygodność tych opowieści straszliwie dołuje. I dzieje się to z krzywdą dla tych osób, z czego autorzy być może nie zdają sobie sprawy, bo Oni byli normalni, czyli mieli swoje lepsze i gorsze chwile i na pewno nie zawsze zachowywali się w sposób zasługujący na pochwałę. Żenili się, rozwodzili (na pewno też z ich winy), niekiedy nadużywali alkoholu, zdradzali swe żony i kochanki. Jednym słowem żyli, jak normalni ludzie, którym zdarzają się różne rzeczy. Autorzy książki stanęli jednak na stanowisku, że śmierć nobilituje, a o zmarłych mówić i pisać należy tylko dobrze. Albo milczeć. Wybrali więc to pierwsze rozwiązanie, przez co cała książka – przynajmniej dla mnie – jest bardzo nieautentyczna, co dzieje się, powtórzę jeszcze raz, z krzywdą dla tych policjantów, którzy mogliby dalej żyć, gdyby nie ich szczególne poczucie obowiązku, albo brak takiego poczucia ze strony ich przełożonych. Gdyby nie splot różnych przypadków, na które nie mieli absolutnie żadnego wpływu. Gdyby nie brak pieniędzy na właściwy sprzęt. Gdyby ... gdyby … gdyby.

** *

Ale nie tylko to mnie jakoś raziło, bo chociaż tylko marginalnie, ale w książce pojawia się kilka opinii o funkcjonariuszach MO, którzy ponoć byli przez społeczeństwo znienawidzeni, przez co szczególnie cierpieli ich koledzy rozpoczynający służbę po 1990 roku. Bo ta niechać, a wręcz nienawiść – zdaniem autorów – przeniosła się na tych nowych, którzy przecież z niegodziwością tamtych, nie mieli nic wspólnego. Jestem świecie przekonany, że autorzy to typowe „dzieci III RP”, którzy tak naprawdę o czasach PRL mają bardzo blade pojęcie i bezmyślnie powtarzają wszelkie brednie na temat ludzi, którzy w tamtych czasach żyli, pracowali i służyli swemu państwu i społeczeństwo. Czynili tak, bo byli takimi samymi Polakami, a innego wyboru nie mieli. Ta wręcz chorobliwa niechęć do funkcjonariuszy MO przejawia się na końcu tej książki, gdzie zamieszczona została informacja o funkcjonariuszach Policji poległych na służbie II Rzeczpospolitej, czyli w latach 1919-1939. O funkcjonariuszach poległych na służbie w czasach PRL ani słowa, bo dla autorów książki co funkcjonariusze to zapewne tylko sowiecka swołocz. A ja – i jestem przekonany, że tysiące polskich obywateli – taki sam szacunek i honor oddaję sierż. Zdzisławowi Karosowi, zastrzelonemu 23 lutego 1982 roku w warszawskim tramwaju, kiedy rano jechał do służby. A służył w ochronie ambasad w Warszawie. Zastrzelili go na oczach pasażerów tego tramwaju dwaj smarkacze, członkowie organizacji „Siły Zbrojne Polski Podziemnej”, której opiekunem był ksiądz Sylwester Zych, a którym działacze „Solidarności” namieszali straszliwie w głowach. A st. sierż Zdzisław Karos miał też żonę i małe dzieci. Tak samo jak porucznik MO (z wydz. PG) Mirosław Turbakiewicz, zamordowany strzałem w tył głowy w czasie strajku okupacyjnego w Hucie Stalowa Wola w dniu 31 sierpnia 1988 roku. Sekcja zwłok wykazała, że był przed śmiercią bity, miał połamane żebra oraz wybite zęby. Po przemianach ustrojowych umorzono śledztwo, przyjmując wersję „Solidarności”, że milicjant ”popełnił samobójstwo” - strzelając sobie w tył głowy. Miał też młoda żonę i małe dzieci. O innych nie wspomnę, bo nawet ich nazwisk nie pamiętam, a lista tych, co zginęli na służbie obejmuje tylko tych, co zginęli od 1991 roku, bo widać, że ci sprzed 1990 to tylko sowiecka swołocz. Nie dla wszystkich.

* * *

Ostatni rozdział tej książki poświęcony jest st. asp. Markowi Dziakowiczowi, którego znałem osobiście. Służył przez cały czas na Komisariacie I Policji w Wałbrzychu. Tym samym, na terenie którego zatrzymanym (niekoniecznie przestępcom) kości aż trzeszczą pod policyjnymi pałami, butami i innymi przedmiotami, które akurat znajdują się pod ręką. Akurat dwóch kolegów Marka zostało skazanych za pobicie chłopaka, który na terenie marketu Tesco zjadł kiełbaskę wartości kilku złotych polskich. Został przywieziony do komisariatu i stłuczony na kwaśne jabłko. Dwaj koledzy Marka zostali ze służby wydaleni. Tego samego komisariatu, z którego dwaj inni koledzy Marka ciężko pobili innego młodego chłopaka, zmuszając go do wskazania (w czasie wizji lokalnej prowadzonej przez tych policjantów) miejsc rzekomo dokonanych przez niego kradzieży. Z zarzutu kradzieży chłopak ten został już prawomocnie przez sąd uniewinniony, a przeciwko tym kolegom (z pracy) Marka toczy się postępowanie karne. Tego samego komisariatu, na funkcjonariuszy którego, tylko w przeciągu jednego roku, do prokuratury wpływa kilkadziesiąt zawiadomień o pobiciu przez policjantów. W książce przywoływane są rozmowy z kolegami Marka i jego przełożonym, czyli komendantem tej jednostki, którzy tak wzniośle o Marku opowiadają. A ja wiem, że on tych, którzy lali bez opamiętania, szczególnie nie znosił. W książęce padają ich tzw. ksywy, które nie są mi obce. I nawet tylko z tego powodu wiem, że książka ta jest naprawdę bardzo mało autentyczna. Aczkolwiek, nie umniejsza to w żaden sposób mojego szacunku dla tych tragicznie zmarłych.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Czytam właśnie w Necie o „wyczynach” dwóch policjantów z wydziału kryminalnego ze Słupska, którzy po służbie, posługując się legitymacjami służbowymi, zażądali, aby ich wpuścić na początek sporej kolejki, ponieważ bardzo się im spieszyło umoczyć swe spragnione usta w kufelku zimnego piwa. Nie wszystkim – i słusznie – się to spodobało, co w efekcie zakończyło się ciężkim pobiciem jednego z protestujących. Na pomoc nietrzeźwym kolegom przyjechali miejscowi funkcjonariusze, którzy zamiast zająć się właśnie nimi (byli bezpośredni świadkowe zajścia, policjanci byli nietrzeźwi, zajście zostało nagrane) pobitego zawieźli na izbę wytrzeźwień. Oczywiście zostanie postawiony mu zarzut obrazy funkcjonariusza policji, bo prawo karne zostało tak skonstruowane, ze kara może być za taki „czyn” wymierzona, nawet wtedy, kiedy ktoś prywatnie, w cztery oczy, powie na przykład podchmielonemu sąsiadowi, ale funkcjonariuszowi policji „ ty pier…. lony bucu”. Niewiarygodne, ale – niestety – prawdziwe. Kto nie wierzy, nich poszpera w wyrokach Sadu najwyższego, dotyczących tego rodzaju spraw. W sprawie tych dwóch „policjantów” toczy się postępowanie dyscyplinarne i prokuratorskie, ale jakoś dziwnie spokojny jestem, co do treści ustaleń tychże postępowań. Ten pobity ma przechlapane, owi „policjanci” zapewne mogą spać spokojnie.

* * *

Za jakieś 2 godziny jadę do Łomnicy na spotkanie z moim kolegą, z którym swego czasu pracowałem w wydziale kryminalnym KW MO w Wałbrzychu. Przez pewien czas był nawet, jako kierownik sekcji I (zabójstwa, rozboje), moim bezpośrednim przełożonym. Służbę w MO rozpoczął chyba na początku lat 70-tych (ja w 1980). Umówiłem się z nim na wywiad, albowiem chcę „zapisać” wspomnienia starych wałbrzyskich gliniarzy o kryminalnych wydarzeniach sprzed wielu lat, które dawno już poszły w zapomnienie, a są naprawdę warte, aby w chociaż w niewielkim tylko stopniu, od całkowitego zapomnienia ocalić. Zbyszek jest pierwszym na liście, ponieważ za parę dni wraca do domu, do Łodzi, więc jego pobyt w Łomnicy chcę wykorzystać do „zapisania” wspomnień o sprawie pewnej pielęgniarki z Lądka Zdroju zamordowanej na terenie budynku sanatoryjnego, historię tzw. „Czarnej Mańki” z Wałbrzycha, czy opowieść o zatrzymaniu wielokrotnego mordercy z Walimia, Soboka. Mam nadzieję, że opowie mi też o innych „sprawach” z lat 70-tych, o których nawet ja sam nie mam pojęcia. Liczę również na pozostałych kolegów, służących w tamtych „prehistorycznych” czasach, bo jest już ich – niestety – coraz mniej. Pluję sobie w brodę, że nie zapisywałem kiedyś opowieści Jurka Konarzewskiego ps. Dziadek, który wiele mi o tych starych „historiach” opowiadał, ale niestety nie zapamiętałem wszystkiego w takim stopniu, aby teraz postarać się historie z tamtych lat odtworzyć.

* * *

Na pomysł przeprowadzenia wywiadów z moimi dawnymi kolegami ze służby, wpadłem podczas wertowania starych roczników wałbrzyskich tygodników i dolnośląskich gazet z lat 70 – 80-tych, kiedy ze zdumnieniem stwierdziłem, że praktycznie brak w nich informacji o sprawach kryminalnych, prowadzonych wówczas przez funkcjonariuszy z KM MO i KW MO w Wałbrzychu. Jeżeli coś znalazłem, to tylko krótkie notatki z banalnych, codziennych, wydarzeń, zamieszczane w rubryce „Z notatnika oficera dyżurnego”. Widać wyraźnie, że ówcześni decydenci zakazywali informowania społeczeństwa o bulwersujących zdarzeniach przestępczych. Bardzo prawdopodobne, że z powodów czysto ideologicznych, aby nie psuć obrazu „socjalistycznego społeczeństwa”, które w odróżnieniu od zgniłego burżuazyjnego Zachodu, nie dopuszcza się zbrodni kryminalnych z niskich pobudek. Szkoda, bo po upływie 50 lat nawet dokumentacja dotycząca tamtych wydarzeń, a zgromadzona w archiwach policyjnych i prokuratorsko-sądowych, ulega zniszczeniu i aby cokolwiek w pamięci zachować, trzeba korzystać ze wspomnień tych, którzy się jeszcze na tym łez padole ostali.

* * *

Wczoraj przeczytałem o zapewnieniach szefa MSWiA, że rzeczone ministerstwo nie zamierza majstrować przy policyjnych emeryturach, a tym samym dementuje on nieprawdziwe informacje podane niedawno przez „Dziennik Gazeta Prawna”. Wg tej gazety wypłaty emerytur dla przedstawicieli służb mundurowych będą możliwe dopiero wtedy, gdy osiągną oni powszechny wiek emerytalny. Minister Błaszczak stwierdził jednakże, że w dalszym ciągu planowane są zmiany w zakresie emerytur funkcjonariuszy SB. Podkreślił przy tym, że w tym przypadku jest to "inna kategoria spraw, tu chodzi o sprawiedliwość". Chodzi o nowelizację tzw. ustawy dezubekizacyjnej z 2009 r., co obecnie ma doprowadzić do tego, iż maksymalne świadczenie dla byłych funkcjonariuszy SB, którzy posiadają okresy służby przebyte wyłącznie w organach bezpieczeństwa państwa w latach 1944-1990, nie będzie wyższe niż średnie świadczenie w systemie powszechnym, tj. obecnie emerytura nie przekraczałaby 2131 zł brutto, a maksymalna renta - 1610 zł brutto, czyli średniej renty w ZUS. Renta rodzinna miałaby nie przekraczać 1850 zł brutto. Jednym słowem, dał do zrozumienia, że ministerstwo nie planuje już zemsty na tych funkcjonariuszach SB, którzy zostali w 1990 roku zweryfikowani i następnie służyli w różnych służbach mundurowych III RP. Byłby to znaczny postęp, ale w dalszym ciągu, nie zmienia to faktu, iż wprowadzone zmiany narusza fundamentalne prawa konstytucyjne, z których wynika, że nie można odbierać praw nabytych.

* * *

Smutnym paradoksem jest w tym przypadku fakt, iż MSWiA ma za sobą w tej sprawie Trybunał Konstytucyjny i obrońce polskiej konstytucji oraz demokracji, prof. Rzeplińskiego, pod przywództwem którego TK już raz orzekł (za czasów Tuska), że demokrację i Konstytucję ma w czarnej dupie.

Napisz komentarz (3 Komentarze)

Zrobiłem kolejne podejście do ostatecznego uporządkowania moich prywatnych archiwaliów. No i kolejny raz nie dokończyłem dzieła, bo zabrakło mi samozaparcia, aby część starych papierów, różnych zapisków, czy dokumentów wrzucić do niszczarki. Nie mam jakoś serca do tego, bo z każdego skrawka wygląda kawałek Historii, a dowodów historycznych się nie niszczy. Starczy, że naszą historię dostatecznie niszczą całe zastępy politycznych głupców, którzy na wzór hunwejbinów komunistycznego dyktatora Chin – Mao Tse Tunga (tak się kiedyś to nazwisko pisało), zacierali wszelkie ślady historii Państwa Środka sprzed okresu wygranej wojny domowej z 1949 roku. Przeglądając te stare dokumenty znalazłem ulotkę - odezwę wałbrzyskiego oddziału Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald” wydaną 21 sierpnia 1981 roku. Przeczytałem ją z ciekawości i po chwili już wiedziałem, że opublikują ją na mojej stronie. Nie, żebym chciał propagować wartości promowane przez tą organizację, bo była to organizacja nacjonalistyczna (funkcjonowała w latach 1981 - 1995), a w zasadzie mocno antysemicka, czego ja, lewicowy liberał, nigdy nie popierałem i nie popieram. ZP „Grunwald” zrzeszał w swych szaragach osoby bezpartyjne, ale był bardzo mocno związany z tzw. frakcję „betonu” działającą w PZPR (Albin Siwak i pogrobowcy Moczara), dla których największym polskim wrogiem był żydowski imperializm (tak się wtedy mawiało), który prowadził Polskę do upadku.

* * *

Powołanie do życia tej organizacji (14.02.1981) było odpowiedzią na zorganizowaną przez „Solidarność” na Uniwersytecie Warszawskim sesję naukową, poświęconą obywatelom Polski pochodzenia żydowskiego, których zmuszono w 1968 roku do opuszczenia kraju, a w ogniu jej krytyki znajdowali się między innymi, Jacek Kuroń, Adam Michnik, czy Bronisław Geremek, a więc osoby pochodzenia żydowskiego, czego zresztą sami nie specjalnie eksponowali. Dzisiaj te same osoby są w ogniu krytyki (historycznej) wspomnianych wyżej głupców politycznych, którzy starają się wymazać z historii Polski nie tylko te postaci, ale wszystko to, czego dokonali w czasie i po prowadzonej działalności podziemnej. Mówiąc sczesze, nie jest mi ich specjalnie żal, oczywistym jest – nie tylko dla mnie – całe to solidarnościowe towarzystwo, a zwłaszcza „doradcy z Warszawy”, czyli różnego sortu intelektualiści (tak się złożyło, że w zdecydowanej większości pochodzenia żydowskiego) doprowadzili (lub umożliwili doprowadzenie) zniszczenie polskiej gospodarki (sprzedanie za bezcen i zrujnowanie, przez co kilka milionów Polaków doprowadzili do upadlającej sytuacji życiowej.

* * *

Czytając tę ulotkę z Wałbrzycha, mam wrażenie, że dziś wystarczy loby dokonać tylko kilku zmian w treści, aby stała się ona jak najbardziej aktualna i niekoniecznie antyżydowska w swej wymowie. Dlatego prezentują ją w całości, ku przypomnieniu, że kiedyś Polska może nie była najbogatsza, ale ludziom żyło się całkiem znośnie i komuś to naprawdę bardzo przeszkadzało.

* * *

A swoją drogą bardzo ciekaw jestem, kto wtedy - w 1981 roku – zakładał w Wałbrzychu tę organizację, kto w niej działał i kto drukował tę odezwę. Czy przypadkiem nie na ulicy Zamkowej w siedzibie KW PZPR? Chyba raczej przez Służbę Bezpieczeństwa nie byli ścigani, bo wydawali swój tygodnik „Rzeczywistość”, który nawet przez jakiś czas kupowałem. Ciekawe, co robią obecnie? Mam jakieś mocne przekonanie, że dziś są być może aktywnymi działaczami PiS i wiernie służą nadprezesowi IV RP Jarosławowi.

 

Napisz komentarz (0 Komentarzy)