Przygotowanie zasadzki w Złotnie
Postanowiłem opublikować jeszcze jeden rozdział książki, ale ponieważ nie bardzo potrafię poruszać się w sprawach technicznych Internetu, udał mi się po wielu probach nadać plikowi Pdf link w chmurze OneDrive. Mam nadzieję, że poniższy link będzie czynny. U mnie działa.
Otrzymuję sygnały, że link do Pdf nie otwiera się na innych niż komputer urządzeniach. Przykro mi, ale ja z uwagi na poziom mojej wiedzy "komputrowj" nie jestem w stanie temu zaradzić.
Chyba że wkleję tekst z pliku LibreOffice.
05.07.2026 r.: Wklejam
Rozdział XVII
Przygotowania do zasadzki – narada w KWP
Podczas śniadania jeszcze raz poinformowałem wszystkich, że zaraz wyjeżdżam do Wałbrzycha. Dowodzenie grupą przejmował Jurek Krzan, który po przyjeździe do Kudowy miał przedstawić aktualną sytuację i przydzielić zadania poszczególnym zespołom. Nie było w tym nic przypadkowego. Wszystko uzgodniliśmy z nim i z „Dziadkiem” poprzedniego wieczoru, kiedy po powrocie z Kudowy usiedliśmy w kawiarni na pierwszym piętrze ośrodka wczasowego. Mieliśmy się zrelaksować, ale – jak zwykle – rozmowa szybko zeszła na śledztwo.
„Dziadek” piwa nie uznawał, a kolorową wódką wręcz gardził. Po krótkiej naradzie zamówiliśmy więc pół litra zwykłej białej i wróciliśmy do ustaleń, które poczyniliśmy jeszcze w drodze z Kudowy do Dusznik. Dotyczyły one człowieka, którego zamierzaliśmy zatrzymać nad leśnym stawem w Złotnie. Roboczo nadaliśmy mu kryptonim „Rumun”1. Była to pierwsza osobowa wersja śledcza w tej sprawie. Co ciekawe, chyba nikt z nas nie był do końca do niej przekonany. Opierała się bowiem na założeniu sprzecznym z elementarną logiką. Zakładała, że prymitywnie wyglądający włóczęga, sprawiający wrażenie osoby bezdomnej, mógł z zimną krwią dokonać podwójnego zabójstwa przy użyciu broni palnej. I mimo to przez kilkanaście kolejnych dni nadal miał kręcić się po okolicznych lasach, zaczepiać przypadkowych ludzi, prosić o jedzenie, a nawet dopuszczać się drobnych kradzieży. Zgodnie jednak z zasadami pracy operacyjnej każdą wersję, która choćby w niewielkim stopniu mogła okazać się prawdziwa, należało sprawdzić do końca. Tym bardziej że nasi przełożeni w Wałbrzychu wyraźnie liczyli na szybkie zakończenie śledztwa.
Ustaliliśmy więc, że mimo wszystko przedstawię Heńkowi przygotowany przez nas plan zasadzki. Zakładał on wykorzystanie wyłącznie sił naszej grupy. Przy stoliku w kawiarni sporządziliśmy roboczy projekt operacji, który następnego ranka miałem przekazać Izie do przepisania na maszynie, zanim udam się na odprawę.
Plan był prosty, a właśnie w tej prostocie upatrywaliśmy jego największej siły. Zakładaliśmy, że 30 sierpnia, o godzinie siódmej rano, trzech funkcjonariuszy zajmie stanowiska w lesie, najbliżej polany wskazanej przez Bogdana G. To on najlepiej znał teren i miał pokazać nam miejsce, z którego „Rumun” zwykle nadchodził. Po obu stronach leśnego duktu prowadzącego od strony Łężyc i Karłowa miały ukryć się dwie trzyosobowe grupy uzbrojonych policjantów. Funkcjonariusze z pierwszego zespołu mieli dodatkowo dysponować matnią, która pozwalała skutecznie obezwładnić człowieka nawet z pewnej odległości. Dwie pozostałe grupy pozostawały w odwodzie. Ich zadaniem było zablokowanie ewentualnej ucieczki, gdyby „Rumun” wyczuł zagrożenie i zaczął się wycofywać, zanim nawiąże kontakt z Bogdanem G. Nie był to plan szczególnie wyszukany, ale przez lata służby wielokrotnie przekonałem się, że właśnie najprostsze rozwiązania bywają najskuteczniejsze.
W naszej pracy nieraz zatrzymywaliśmy znacznie groźniejszych przestępców, działając w niewielkich grupach operacyjnych. Zdarzało się również, że o zamiarze przeprowadzenia takich działań informowałem przełożonych dopiero wtedy, gdy akcja już trwała, a czasami nawet po jej zakończeniu. Wprawdzie obowiązujące przepisy wymagały wcześniejszego zatwierdzenia planów operacyjnych przez naczelnika lub komendanta, jednak praktyka często wyglądała inaczej. W sytuacjach wymagających natychmiastowej reakcji nie było czasu na rozbudowane procedury.
Nie mieliśmy też w Wałbrzychu wyspecjalizowanej jednostki antyterrorystycznej. Tylko we Wrocławiu funkcjonowała Kompania Antyterrorystyczna – KAT – wykonująca tego rodzaju zadania na rzecz innych jednostek Policji. Wszystkie wcześniejsze zatrzymania przeprowadzaliśmy więc własnymi siłami i właśnie dlatego nawet przez chwilę nie przypuszczałem, że Heniek zakwestionuje nasz plan. Był prosty, dobrze przemyślany i opierał się na doświadczeniach zdobytych podczas wielu podobnych realizacji. W mojej ocenie jego powodzenie było niemal pewne.
Aby wszystko dopiąć na ostatni guzik, zaraz po moim wyjeździe do Wałbrzycha Jurek Krzan miał wysłać jeden z zespołów do Bogdana G., któremu polecono, aby postępowali tak, by go nie wystraszyć. Mieli jedynie ogólnie przedstawić mu założenia planowanej zasadzki oraz uzgodnić sposób jego zachowania i utrzymywania kontaktu z nami.
Do Wałbrzycha jechałem przekonany, że wszystko jest przygotowane. Spotkanie z Heńkiem traktowałem wyłącznie jako formalność poprzedzającą zatwierdzenie naszego planu. Podróż upływała mi w towarzystwie „Lolka”, który – jak zwykle – godzinami potrafił opowiadać o swoich miłosnych i seksualnych podbojach. Zanim się obejrzałem, byliśmy już pod budynkiem komendy. Projekt „Operacji Rumun” przekazałem Izie, prosząc, aby po przepisaniu zaniosła go sekretarce komendanta.
Henryk czekał na mnie w swoim gabinecie. Był tam również Witek oraz Janek T., naczelnik Wydziału Techniki Operacyjnej, odpowiedzialnego za podsłuchy i obserwację. Obecność Janka Heniek wyjaśnił możliwością wykorzystania środków techniki operacyjnej do prowadzenia skrytej obserwacji osób, których jeszcze nawet nie potrafiliśmy wskazać.
Z Jankiem znaliśmy się doskonale. W latach osiemdziesiątych przez długi czas służyliśmy razem w Sekcji I i niejedną sprawę prowadziliśmy ramię w ramię. Bywał trudny we współpracy, ale był świetnym policjantem. Potrafił samodzielnie podejmować trudne decyzje, a tę cechę zawsze ceniłem najbardziej.
Wystarczyło jednak kilka pierwszych zdań naszej rozmowy, żebym zrozumiał, że mój przyjazd niewiele już zmieni. Kiedy przedstawiłem założenia przygotowanego przez nas planu, od razu wyczułem, że oni mają już własną koncepcję. Wszystko zostało wcześniej omówione, uzgodnione i najprawdopodobniej zaakceptowane przez komendanta Muchę.
W tej samej chwili pożałowałem, że nie zachowałem całej sprawy dla siebie. Gdybym trzymał język za zębami, być może zdążylibyśmy zatrzymać „Rumuna”, a dopiero potem zameldować o wszystkim przełożonym. Niestety, jak mówi stare powiedzenie – gdyby człowiek wiedział, gdzie upadnie, wcześniej by się położył.
– Absolutnie nie zgadzam się, żebyście zatrzymywali go sami – powiedział stanowczo Heniek. – Jeżeli rzeczywiście mamy do czynienia ze sprawcą, to niemal na pewno jest uzbrojony. Nie możesz narażać ludzi na takie ryzyko, zwłaszcza w terenie, którego dobrze nie znacie.
Próbowałem jeszcze przekonać Heńka. Przypominałem mu podobne realizacje, podczas których zatrzymywaliśmy uzbrojonych przestępców własnymi siłami i wszystko kończyło się powodzeniem. Nie zdążyłem jednak rozwinąć argumentów, bo Witek natychmiast stanął po jego stronie.
– Janusz, jak zwykle chcesz kozaczyć. To zbyt poważna sprawa, żeby podejmować takie ryzyko.
Mówił wprawdzie do mnie, ale doskonale wiedziałem, że w rzeczywistości utwierdzał Heńka w podjętej już decyzji.
– Jakie kozaczenie? Jakie niebezpieczeństwo? Panowie, o czym wy w ogóle mówicie? – odpowiedziałem już wyraźnie zirytowany. – Facet niczego się nie spodziewa. Przyjdzie po jedzenie. Obstawimy teren, a kiedy się pojawi, rzucimy na niego matnię. Za chwilę będzie związany jak szynka do wędzenia. Gdzie tu widzicie problem? Gdzie jest to całe ryzyko? Z obu stron chłopaki będą go ubezpieczać. Nawet gdyby próbował uciekać, na linii ewentualnego strzału nie będzie żadnych postronnych osób.
– Zwariowałeś? Strzelanina ci się zamarzyła? – przerwał mi Witek.
– Witek – nie wytrzymałem – mam do ciebie jedną prośbę. Nie wtrącaj się do poważnych spraw operacyjnych i zajmij się tym, co należy do ciebie.
– Spokój, panowie – uciął Heniek. – O tym, jak ta akcja będzie wyglądała, zdecyduję wyłącznie ja. Ponadto w trybie pilnym trzeba ściągnąć z Wrocławia drużynę antyterrorystyczną. Nie możemy dopuścić do żadnego ryzyka, a tym bardziej do wydarzeń nadzwyczajnych. Ton jego głosu nie pozostawiał najmniejszych złudzeń, że właśnie dał nam jasno do zrozumienia, że niezależnie jaką decyzję podejmie, nie będzie się kierował opinią żadnego z nas. –
– No to możemy się z tym człowiekiem pożegnać. Zanim antyterroryści przyjadą, zapoznają się z terenem, zajmą stanowiska i przygotują do działania, po naszym "Rumunie" zostanie tylko siwy dym – nie dawałem za wygraną, wskazując Heńkowi bezsens takiej akcji.
Ku mojemu zaskoczeniu tym razem poparł mnie... Witek. Również uznał, że sprowadzanie antyterrorystów nie ma większego sensu. Tak jak ja zwracał uwagę na czas, który w tej sytuacji miał decydujące znaczenie. Po dosyć krótkiej dyskusji zapadła decyzja, że do zatrzymania „Rumuna” użyjemy własnych, ale większych policyjnych sił, a ponadto zwrócimy się o pomoc do Straży Granicznej.
W tym momencie do gabinetu weszła sekretarka komendanta wojewódzkiego i położyła przede mną przepisany na maszynie plan operacji, opatrzony mało wyszukanym kryptonimem „Operacja Rumun”. Nie pokazałem go nawet Heńkowi. Kiedy usłyszał, co trzymałem w ręku, nie wykazał najmniejszego zainteresowania. Po powrocie do wydziału, nie kryjąc złości, wrzuciłem cały dokument do niszczarki.
Do dziś nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć, dlaczego Heniek zdecydował się zaangażować do tej operacji tak duże siły. Oprócz funkcjonariuszy naszego wydziału mieli w niej uczestniczyć policjanci prewencji z Kłodzka i Nowej Rudy, Straż Graniczna z Kłodzka, Straż Parkowa oraz ratownicy Wałbrzysko-Kłodzkiej Grupy GOPR. Być może chciał zatrzeć fatalne wrażenie, jakie wywołały publikacje prasowe zarzucające policji opieszałość po zaginięciu Anny i Roberta. Media poświęcały temu wówczas sporo miejsca, a spektakularna akcja zakończona zatrzymaniem domniemanego sprawcy byłaby znakomitą odpowiedzią na tę krytykę. Można byłoby ogłosić, że całość przeprowadzono pod osobistym nadzorem kierownictwa komendy wojewódzkiej. Innego wytłumaczenia nie znajduję ani dzisiaj, ani nie znajdowałem wtedy.
Tymczasem z mojego doświadczenia wynikało coś dokładnie przeciwnego. Im więcej ludzi uczestniczy w skrytej operacji, tym większe jest ryzyko jej dekonspiracji. Wystarczy jeden nieostrożny ruch, jeden niepotrzebny hałas albo przypadkowo zauważona sylwetka i cała misternie przygotowana zasadzka przestaje mieć sens. Tym bardziej że w działaniach mieli uczestniczyć także ludzie, którzy na co dzień nie wykonywali tego rodzaju zadań.
Przedstawiłem Heńkowi wszystkie te argumenty, ale nie zrobiły na nim większego wrażenia.
– Masz zorganizować tę akcję tak, żeby zakończyła się sukcesem – usłyszałem. – A sukces gwarantuje odpowiednia liczba ludzi i środków dostosowanych do zagrożenia oraz warunków terenowych.
Takiej odpowiedzi się nie spodziewałem. Heniek z reguły nie ingerował w nasze realizacje. Przeciwnie – akceptował nawet najbardziej niekonwencjonalne pomysły, o ile były dobrze przygotowane. Owszem, zdarzało mu się powiedzieć „nie”, ale tylko wtedy, gdy uznawał ryzyko za rzeczywiście zbyt duże. Tak było choćby podczas sprawy gdańskiej grupy przestępczej, którą przez trzy dni prowadziliśmy operacyjnie na terenie Wałbrzycha. Chciałem dopuścić do sytuacji, w której bandyci rozpoczną napad na stację paliw, aby zatrzymać ich na gorącym uczynku. Heniek nie wyraził zgody. Musieliśmy zatrzymać ich wcześniej, przy głównym deptaku w Szczawnie-Zdroju. Widowisko było na tyle efektowne, że miejscowa prasa nazwała je później „amerykańską akcją wałbrzyskiej policji”. Przypadkowi przechodnie byli przekonani, że oglądają plan filmowy. W praktyce skończyło się jedynie zarzutami nielegalnego posiadania broni, bo planowanego napadu nie dało się już nikomu udowodnić. Przekazaliśmy ich do Gdańska, gdzie tamtejsi kryminalni czekali na nich z utęsknieniem, aby rozliczyć ich z kilku bandyckich dokonań.
Podobnie było podczas sprawy planowanego zatrzymania na gorącym uczynku produkcji amfetaminy w tajnym laboratorium w Imbramowicach koło Strzegomia. W ostatniej chwili Heniek wstrzymał nasze wejście, obawiając się, że chemik o pseudonimie „Bocian” zdetonuje przygotowane wcześniej ładunki wybuchowe2. Nie weszliśmy. Sprawa ostatecznie upadła, bo grupa przestępcza dwa dni później – nocą – sama je zlikwidowała, przenosząc w inne miejsce. Dlatego jego stanowisko w sprawie „Rumuna” tak bardzo mnie zaskoczyło.
Wstępne ustalenia z dowództwem Straży Granicznej Henryk wziął na siebie, a ja miałem tylko wszystko organizacyjnie spiąć i przeprowadzić. Ponadto Henryk skontaktował się z komendantem w Kłodzku i Nowej Rudzie, wydając im polecenie skierowania w dniu 30 sierpnia, do mojej dyspozycji, funkcjonariuszy prewencji oraz przewodników z psami tropiącymi i obronnymi. Musiałem się pogodzić z decyzjami, jakie zostały mi przekazane, ale od razu, jakby z przekory, poinformowałem ich, że według nas sprawcą może być tylko ktoś, kto miałby jakiś konkretny powód, aby tych dwoje młodych ludzi zastrzelić. A przecież taki leśny włóczęga do tego obrazu w ogóle nie pasuje, bo taka bezdomna łajza, co się po lasach szwenda, nawet gdyby dokonała podwójnego zabójstwa, to natychmiast z tego terenu by się wyniosła. Ze strachu. A on nie dość, że dalej tu przebywa i ludzi zaczepia, prosząc o jedzenie, to jeszcze umawia się na spotkanie z kimś, kogo w ogóle nie zna. Tak – przekonywałem bez powodzenia – nie postępuje osobnik, który dokonał swoistego „rozstrzelania” dwójki młodych ludzi. To nie włóczęga pociągnął za spust. Niestety, natknąłem się na mur nie do przebicia.
Naprawdę zarówno mnie, jak i moim kolegom z grupy operacyjnej, „Rumun” nie pasował do obrazu zabójcy z Narożnika. Zakładałem, bo na to wskazywały napływające lawinowo informacje, że to zwykły włóczęga i co najwyżej drobny złodziejaszek, który z jakichś jeszcze nam nieznanych powodów koczuje w leśnych szałasach i klepie biedę. Wszystko to nie wskazywało, abyśmy mieli do czynienia z bandytą degeneratem, bo tacy, posiadający na dodatek broń palną, po prośbie o jedzenie po ludziach nie chodzą. Natomiast ten „nasz” w dalszym ciągu włóczył się w okolicach niezbyt od miejsca zbrodni odległych, co może nawet sugerować, iż prawdopodobnie o tym zabójstwie nie wiedział. I przede wszystkim jaki miałby motyw? Po co miałby zabijać i na dodatek czynić to w tak fachowy sposób, że poza łuską nie pozostawił tam na miejscu żadnych innych widocznych śladów?
Pamiętam, że Heniek w zasadzie się z tym wszystkim zgadzał, ale potakując ze zrozumieniem, jednocześnie nakazał przeprowadzenie akcji zgodnie z zarysowanym planem. Zdawałem sobie doskonale sprawę, że „Rumuna” musimy zatrzymać tak czy owak, aby dokładnie go rozliczyć z każdej godziny spędzonej na tym terenie, ale wszystko we mnie się gotowało, że musimy to robić w taki paradny sposób i marnować na to cały dzień. Na dodatek nie wiadomo z jakim skutkiem, bo taka chmara ludzi, jak nic, groziła dekonspiracją działań, zanim się one zaczną.
1. Dziś już nie pamiętam, skąd to określenie tego człowieka się wzięło i kto taki kryptonim tej sprawy zaproponował. Być może geneza tego kryptonimu wywodzi się z niezrozumiałego do Bogdana G. języka, jakim posługiwał się spotkany w lesie człowiek.
2. Taką informację o zachowaniu się „Bociana” w chwili zagrożenia, otrzymałem od Maćka P. ówczesnego naczelnika Wydziału Kryminalnego KWP we Wrocławiu i podzieliłem się nią z Henrykiem.








