PROLOG
A oto "nowy" Prolog do książki, po wielu poprawkach. Ale już w ostatecznym kształcie. Na samym dole tej strony zamieściłem link do tekstu w formacie Pdf - to dla tych, których męczy czytanie tekstu w formacie jak poniżej.
PROLOG
W sierpniu 1997 roku, na terenie Parku Narodowego Gór Stołowych, wydarzyła się historia, która wstrząsnęła nie tylko okoliczną ludnością, turystami i kuracjuszami przebywającymi w tym czasie w regionie, lecz także mieszkańcami całej Polski. O tragicznym zdarzeniu media poinformowały 27 sierpnia. Tego dnia przekazano wiadomość, że para młodych ludzi – studenci Akademii Rolniczej we Wrocławiu – wędrująca górskim szlakiem i poszukiwana od dwóch dni przez ratowników Wałbrzysko-Kłodzkiej Grupy GOPR, nie żyje. Ich ciała odnaleziono na zalesionym stoku masywu Narożnika. Komunikat zawierał również informację, że wszystko wskazuje na to, iż Anna Kembrowska i Robert Odżga padli ofiarą przestępstwa. Kolejne doniesienia – już bez niedomówień – mówiły wprost: studenci zostali zastrzeleni. Wieść ta wywarła na turystach przebywających w okolicy tak piorunujące wrażenie, że wielu z nich zdecydowało się natychmiast skrócić pobyt i wrócić do domów. Ci zaś, którzy zostali, ograniczyli górskie wędrówki niemal do zera – szlaki opustoszały. Zresztą – warto to wyraźnie podkreślić – niebieski szlak z Dusznik do Karłowa nawet wcześniej nie należał do szczególnie uczęszczanych. Wpływ na to miał bez wątpienia zmniejszony napływ turystów i kuracjuszy po wielkiej powodzi, która nawiedziła te tereny w lipcu tamtego roku.
Od tamtych wydarzeń minęło już 30 lat, a tajemnica brutalnego zabójstwa tych młodych ludzi wciąż pozostaje nierozwiązana. Nie udało się jej rozwikłać ani kierowanej przeze mnie grupie operacyjnej „Narożnik”, ani policjantom z wrocławskiego „Archiwum X”, którzy zajmowali się sprawą w latach 2009–2019. Nie dokonali tego także „krakowscy archeolodzy zbrodni”1 – funkcjonariusze specjalnej komórki Wydziału Kryminalnego KWP w Krakowie, działającej pod auspicjami Delegatury Prokuratury Krajowej. To właśnie ta delegatura przejęła w grudniu 2019 roku umorzone wcześniej śledztwo z Prokuratury Okręgowej w Świdnicy. Latem 2022 roku nadzorujący sprawę prokurator Piotr Krupiński wysłał do mojego mieszkania policjantów, by odnaleźli rzekomo przechowywane przeze mnie dowody wskazujące sprawców. Przeszukano wszystko – mieszkanie i samochód.2
Przedawnienie tej zbrodni nastąpi dopiero 18 sierpnia 2037 roku – będę miał wtedy 88 lat. Być może jednak doczekam dnia, w którym dowiem się, kto odebrał im życie – i być może spojrzę tym ludziom w oczy na sali sądowej. Wierzę, że tak właśnie się stanie. Myśl o napisaniu książki dojrzewała we mnie długo – od około 2014 roku. Pojawiła się w chwili, gdy podczas bezcelowego – jak się wydawało – buszowania w Internecie natrafiłem na wywiad udzielony 22 marca 2002 roku Jakubowi Stachowiakowi z „Gazety Wyborczej” przez Henryka Tusińskiego3, świeżo powołanego na stanowisko komendanta wojewódzkiego Policji w Poznaniu. Powiedział wówczas między innymi
„Przyznaję się do jednej nierozwiązanej policyjnej sprawy. W sierpniu 1997 r. w Górach Stołowych znaleziono ciała dwojga zastrzelonych studentów. Do dziś nie ma zabójców. Nadzorowałem to śledztwo. Myślę o tej sprawie cały czas i nie daje mi ona spokoju. Ale sprawa nie jest jeszcze zamknięta.”4
Rzecz w tym, że akurat w tej sprawie Heniek nie ma się do czego przyznawać – to nie on kierował grupą operacyjno-śledczą. Jego słowa jednak mnie poruszyły, bo wyraźnie rozmijały się z rzeczywistością. Każdy dociekliwy może to sprawdzić w statystykach Policji: wykrywalność zabójstw prowadzonych przez Wydział Kryminalny RUSW5 w Wałbrzychu w okresie, gdy nim kierował, nie była pasmem samych sukcesów. Również w okresie, gdy był naczelnikiem Wydziału Kryminalnego KWP w Wałbrzychu (1990–1994), nie wszystkie zbrodnie przeciwko życiu i zdrowiu udało się wykryć. Dlatego jego wypowiedź odczytuję jako próbę zawężenia odpowiedzialności, że jego sumienie obciąża wyłącznie niewykryte podwójne zabójstwo z Narożnika. Zwracam na to uwagę, ponieważ uważam, że nie można przyznawać się wyłącznie do sukcesów, a porażki przypisywać innym. To nie tylko niesprawiedliwe, lecz wręcz nieetyczne. Miałem do niego o to żal. Choć z drugiej strony od zawsze wiadome jest, że porażka jest sierotą, a sukces ma wielu ojców. Wprawdzie zbrodnia na Narożniku nie była jedyną, której w czasie mojej służby nie udało się zakończyć sukcesem, jednak tylko w tej jednej sprawie od lat towarzyszy mi przeczucie, że coś istotnego przeoczyliśmy – albo, co gorsza, zlekceważyliśmy. Piszę „my”, ale odpowiedzialność biorę na siebie. To ja stałem na czele grupy i to do mnie należało korygowanie błędów. Mogę się usprawiedliwiać, że niektóre decyzje zapadały bez mojego udziału, a czasem nawet bez mojej wiedzy – nie zmienia to jednak faktu, że to ja kierowałem działaniami i odpowiadam za ich wynik.
* * *
Na kartach tej książki opisuję jedynie najważniejsze wątki i wersje operacyjne – te, które wydawały się najbardziej prawdopodobne i możliwe do potwierdzenia procesowego. Świadomie pomijam dziesiątki informacji, które wymagały ogromnego nakładu pracy, a ostatecznie nie przyniosły żadnego przełomu. Było ich co najmniej kilkadziesiąt – i żadna nie popchnęła sprawy do przodu. Uczyniłem tak, aby zamknąć treść w rozsądnych granicach i nie rozpraszać narracji nadmiarem szczegółów – choć to właśnie na podstawie takich informacji budowaliśmy kolejne wersje. W latach 1997–1999 oraz 2000–2003 każdą z nich należało dokładnie sprawdzić, często kosztem czasu, sił i środków. Niestety – bez efektu. Być może zawiniły nasze błędy; nie zmienia to jednak faktu, że nikt nie ma prawa doszukiwać się w tej porażce czyjegoś celowego działania – w tym manipulowania mną czy podejmowanymi przeze mnie decyzjami. Wspominam o tym, ponieważ przez lata w rozmaitych tekstach – pisanych i mówionych – krążących w przestrzeni publicznej, zarzuty takie formułowano wielokrotnie, choć nigdy nie poparto ich żadnym dowodem.
Rok 1997 nie wyróżniał się niczym szczególnym pod względem przestępczości, z którą na co dzień mierzył się wydział, którym od marca 1994 roku kierowałem jako naczelnik6. Jak co roku zajmowaliśmy się napadami rabunkowymi z użyciem broni palnej lub innych niebezpiecznych narzędzi, wymuszeniami rozbójniczymi i szantażami, zgwałceniami – w tym szczególnie brutalnymi lub o charakterze grupowym – porwaniami, także dla okupu, a przede wszystkim zabójstwami, w których sprawca w chwili popełnienia czynu pozostawał nieznany. Prowadziliśmy również bardziej skomplikowane sprawy kradzieży z włamaniem, powodujące znaczne straty materialne, choć trzeba uczciwie przyznać, że większość przestępstw przeciwko mieniu pozostawała jedynie pod naszym szczególnym nadzorem. Do własnego prowadzenia przejmowaliśmy je wyłącznie w przypadku tzw. grubych spraw – a tych, nie ma co ukrywać, było niewiele. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku województwo wałbrzyskie – i sam Wałbrzych – nie należały przecież do najzamożniejszych regionów kraju. Inaczej wyglądała sytuacja w przypadku kradzieży samochodów oraz przestępstw pokrewnych, takich jak sprowadzanie pojazdów na podstawie fałszowanych dokumentów dotyczących mienia przesiedleńczego – procederu, który od początku lat dziewięćdziesiątych przybrał wręcz charakter plagi. Na tym polu odnosiliśmy jednak znaczące sukcesy, niekiedy odnotowywane nawet w prasie centralnej.
W dużej mierze zawdzięczaliśmy je jednemu człowiekowi – specjaliście w tej dziedzinie, nieżyjącemu już Krzysztofowi Peszko7. Niestety, sukces ten miał dla niego gorzki finał. Został pomówiony przez członków jednej z rozpracowywanych grup – w której skład wchodzili również policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu, a nawet jeden oficer dyżurny tej jednostki. To właśnie Krzysztof doprowadził do ich zatrzymania i skazania. Przez długie lata musiał walczyć o swoje dobre imię przed sądami – walkę tę ostatecznie wygrał – jednak znacznie wcześniej nie wytrzymał presji i odszedł z Policji.
Poza wymienionymi „dziedzinami” policyjnej działalności, prowadzonej na każdym szczeblu powiatowym, istniały również takie, które – w zasadzie ustawowo – przypisane były do naszej wyłącznej kompetencji, niezależnie od miejsca zdarzenia na terenie ówczesnego województwa wałbrzyskiego. Oczywiście nie wyłączało to działalności właściwych terenowo jednostek Policji, które miały do wykonania swoje zadania i w wielu przypadkach to one prowadziły śledztwa oraz czynności operacyjne. Z reguły jednak działo się to pod naszym szczególnym nadzorem, który w bardziej skomplikowanych sprawach kończył się przejęciem postępowania do własnego prowadzenia. Różnie zresztą z tym bywało, ponieważ zdarzały się przypadki, gdy w niektórych komendach rejonowych naczelnicy pionów kryminalnych – z powodów czysto ambicjonalnych – robili wszystko, aby nasze możliwości współdziałania maksymalnie ograniczyć i sprowadzić nas do roli „obserwatorów”. Polegało to między innymi na nieinformowaniu nas o uzyskiwanych istotnych informacjach, które miejscowym policjantom było znacznie łatwiej uzyskiwać z tej prostej przyczyny, że działali „na swoim terenie”, byli znani i cieszyli się – w naturalny sposób – większym zaufaniem lokalnej społeczności. Niejednokrotnie zdarzało się również, że owi naczelnicy – czasem pod wpływem swych przełożonych – nie informowali nas nawet o prowadzonych działaniach, co z reguły przynosiło fatalne skutki, których nie zawsze dało się już „odkręcić”. W takich sytuacjach dochodziło później do sporów o to, kto ponosi odpowiedzialność. Fałszywie pojmowana ambicja nie pozwalała niektórym dostrzec prostego faktu, że kryminalni z poziomu województwa siłą rzeczy mieli większe doświadczenie w tego rodzaju sprawach, ponieważ zajmowali się wyłącznie najcięższą przestępczością, w przeciwieństwie do policjantów z rejonów, którzy na co dzień mieli do czynienia z przestępczą „drobnicą”.
Inaczej wyglądało to w przypadku Komendy Rejonowej Policji8 w Wałbrzychu, z której wywodzili się m.in. komendant wojewódzki Bogusław Mucha9 – przez podwładnych pieszczotliwie zwany Bogusiem – oraz naczelnik wydziału kryminalnego Henryk Tusiński – obaj wcześniej zajmujący analogiczne stanowiska w tej jednostce. To swoiste „przywiązanie” do dawnego miejsca służby sprawiło, że późniejsza wałbrzyska Komenda Miejska Policji uzyskała wobec KWP coś na kształt nieformalnej autonomii. W praktyce oznaczało to, że zasadniczo nie ingerowaliśmy w sprawy realizowane przez nich na terenie Wałbrzycha. Jedynie w przypadku najcięższych zbrodni nasza rola ograniczała się do objęcia prowadzonych rozpracowań operacyjnych tzw. nadzorem szczególnym, który polegał głównie na okresowych kontrolach, analizie osiąganych wyników oraz – w bardziej skomplikowanych sytuacjach – organizowaniu pomocy ze strony naszego wydziału, czy to w postaci wsparcia sprzętowego, czy osobowego. Takie usytuowanie naszego wydziału budziło mój zdecydowany sprzeciw, jednak nie miałem wystarczającej siły przebicia, by ten stan rzeczy zmienić. Jedyną jego pozytywną stroną było to, że zarówno wówczas, jak i dzisiaj, nie poczuwam się do żadnej odpowiedzialności za porażki Wydziału Kryminalnego KMP dotyczące zabójstw, które nie zostały wykryte do dziś.
Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w przypadku zdarzeń mających miejsce na terenie pozostałych jednostek policyjnych województwa wałbrzyskiego, które z reguły przejmowała Prokuratura Okręgowa w Świdnicy. Najczęściej zlecała ona prowadzenie śledztwa w całości Wydziałowi Dochodzeniowo-Śledczemu KWP. W takich przypadkach rola jednostek Policji miejsca zdarzenia sprowadzała się do wykonywania zleconych zadań pomocniczych, natomiast Wydział Kryminalny wszczynał samodzielne rozpracowanie operacyjne – oparte nie tylko na tzw. materiałach własnych, lecz również na informacjach pozyskiwanych przez policjantów z innych komend i komisariatów. Istotne było jednak to, że faktycznym gospodarzem prowadzonych czynności operacyjnych – do momentu ustalenia sprawców – zawsze pozostawał Wydział Kryminalny. Do tego czasu to wyłącznie na nas spoczywała pełna odpowiedzialność za wszelkie ustalenia, popełnione błędy, a w konsekwencji także za końcowy rezultat śledztwa. To, czy sprawcy zostaną wykryci, w zdecydowanej większości przypadków w żadnym stopniu nie zależało od funkcjonariuszy pionów dochodzeniowo-śledczych prowadzących formalne czynności procesowe, a już na pewno nie od prokuratorów nadzorujących postępowanie. W praktyce – co piszę na podstawie własnego doświadczenia – rola prokuratury ograniczała się do ogólnego zainteresowania tym, co w danym momencie robi pion kryminalny, aż do chwili, gdy meldowaliśmy, że sprawa została wykryta, a sprawca zatrzymany, czyli znalazł się „pod kluczem”. Wówczas następował gwałtowny – choć w pełni zrozumiały – wzrost aktywności prokuratorskiej: przejmowanie akt, przesłuchiwanie zatrzymanych i świadków (niekiedy już wcześniej przesłuchanych przez Policję), wydawanie poleceń oraz kontrola realizacji dalszych niezbędnych czynności procesowych, mających zapewnić solidne podstawy dowodowe podejrzenia.
Cały ciężar wykrycia i zatrzymania sprawców spoczywał jednak na Wydziale Kryminalnym. To naszym zadaniem było – poprzez szereg działań operacyjnych – uzyskanie informacji wskazujących nie tylko na sprawcę, ale także pozwalających ustalić świadków i zabezpieczyć inne dowody. Wszystko, co ustalaliśmy w drodze czynności operacyjnych, przekazywane było do dochodzeniówki, której rolą było przekształcenie tych informacji w dowody procesowe – poprzez przesłuchania, oględziny, zabezpieczanie przedmiotów oraz przekazywanie nam informacji zwrotnych uzyskanych w toku tych czynności. Z tym ostatnim bywało jednak różnie. Doskonale pamiętam ciągłe pretensje do dochodzeniowców – że czegoś nie dopytali, coś pominęli, nie dostrzegli albo nie przekazali nam w porę istotnych informacji. Dlatego też – zwłaszcza w sprawach najcięższego kalibru – każdą osobę mogącą mieć znaczenie dla wykrycia sprawców, zanim przekazaliśmy ją do dochodzeniówki, sami poddawaliśmy nieraz bardzo długim rozmowom. Ich jedynym celem było zgodne z prawem skłonienie rozmówcy do ujawnienia prawdy oraz przekazania pełnej wiedzy o wydarzeniach i osobach. W zdecydowanej liczbie przypadków owo skłonienie oparte było na uzyskanych już wcześniej informacjach, niekiedy dowodach, które miały wskazać tym osobom, że ujawnienie prawdy jest jedynym w takiej sytuacji rozwiązaniem. Dotyczyło to również zatrzymanych podejrzanych, ponieważ w stu procentach przypadków to my dokonywaliśmy zatrzymań, a nie policjanci pionu dochodzeniowego. Z reguły już na etapie takiej „wstępnej obróbki” uczestniczył w niej dochodzeniowiec, aby później wiedzieć, o co pytać i co szczególnie uwypuklić w protokole przesłuchania. Jeżeli jednak z różnych powodów nie był obecny, wówczas jeden z nas – ponieważ rozmowy te zawsze prowadzili dwaj kryminalni – odprowadzał zatrzymanego do dochodzeniówki i pomagał w prowadzeniu przesłuchania. Zdarzało się też, że sami przesłuchiwaliśmy świadków, jednak nigdy nie w sytuacjach, gdy należało przedstawić zarzuty – wówczas bezwzględnie czynił to dochodzeniowiec. Niekiedy naczelnik dochodzeniówki, od wielu lat nieżyjący już Witold Tymoczko, podnosił na odprawach u komendanta larum z powodu takich przesłuchań prowadzonych przez nasz wydział, twierdząc, że czynności te należą wyłącznie do jego kompetencji. W takich sytuacjach zawsze posługiwałem się argumentem koronnym – prosząc go o wskazanie w kodeksie postępowania karnego przepisu, który by to potwierdzał. Po którejś z kolei takiej „przepychance” ustaliliśmy, że kryminalni będą przesłuchiwać wyłącznie w sytuacjach wyjątkowych, niecierpiących zwłoki. Nietrudno się domyślić, że sytuacje takie zdarzały się podejrzanie często.
Taki stan rzeczy wynikał przede wszystkim z cichej rywalizacji pomiędzy naszymi wydziałami o to, komu faktycznie należy przypisać końcowy sukces. Ten bowiem, kto doprowadził do przełomowego przesłuchania, mógł liczyć na nagrodę pieniężną przyznawaną przez komendanta wojewódzkiego na wniosek naczelnika. Trzeba uczciwie przyznać – wysokość tych nagród nigdy nikogo nie powalała, ale sam fakt ich otrzymania miał duże znaczenie. Z tego powodu miałem sporo problemów, ponieważ doskonale zdawałem sobie sprawę, że każdy sukces ma wielu ojców, a tylko porażki pozostają sierotami. Typowanie do nagród wśród moich podwładnych niemal zawsze rodziło ciche swary. Dlatego starałem się przeprowadzać je podczas odpraw wydziału, dając każdemu możliwość zabrania głosu i wyrażenia własnej opinii. Czyniłem to z pełną premedytacją – wiedząc, że publicznie wielu osobom zwyczajnie wstyd będzie upominać się o siebie. A jeśli po fakcie docierały do mnie jakieś pomruki niezadowolenia, przypominałem, że każdy miał okazję się wypowiedzieć – a skoro z niej nie skorzystał, niech teraz milczy. Niestety, pretensje i tak się pojawiały, choć już wyłącznie za moimi plecami – najczęściej ze strony tych, których dewizą było: zrobić tak, żeby się nie narobić.
Wracając jeszcze do kwestii rozpytań – muszę podkreślić, że w naszym wydziale były one w zdecydowanej większości prowadzone przez dwie osoby. Nie po to, by jeden grał „dobrego”, a drugi „złego” policjanta – choć i takie „gierki” czasem stosowano – lecz przede wszystkim dla bezpieczeństwa oraz możliwości prowadzenia tzw. krzyżowego ognia pytań. Ta taktyka bardzo często prowadziła do momentu, w którym przesłuchiwany wreszcie „pękał” i zaczynał mówić prawdę. Techniki prowadzenia rozmów były bardzo zróżnicowane i obejmowały rozmaite triki, o których nie będę pisał. Nigdy nie polegały one na łamaniu prawa, choć bywało, że ocierały się o granice etyki. Ich celem było zawsze dotarcie do prawdy, a nie wymuszanie zeznań przemocą fizyczną. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że w czasie, gdy wraz z Heńkiem Tusińskim kierowaliśmy Wydziałem Kryminalnym – a ja wcześniej Sekcją I – nie zdarzył się przypadek użycia przemocy wobec zatrzymanego czy przesłuchiwanego. Owszem, bywały sytuacje, gdy nazbyt rozgorączkowanego „cwaniaczka” należało przywołać do porządku, a gdy perswazja nie skutkowała, użycie siły stawało się nieodzowne. Dotyczyło to jednak wyłącznie przypadków, gdy jakiś „kozak” musiał zrozumieć, kto naprawdę panuje nad sytuacją. Bo tylko rasowy glina wie, że przestępca, który wyczuje słabość lub nijakość policjanta, natychmiast zaczyna go lekceważyć, co w praktyce przekreśla szanse na osiągnięcie konkretnego rezultatu. Nigdy jednak siła fizyczna nie służyła u nas do wymuszania zeznań, choć – niestety – zdarzało się to w podległych nam komendach i komisariatach. Jestem jednak głęboko przekonany, że zjawisko to nie miało wówczas tak powszechnego i brutalnego charakteru, jak obserwuję obecnie.
* * *
Niezwykle istotną kwestią, którą chcę wyraźnie zasygnalizować, jest fakt, że w sprawie zabójstwa Anny Kembrowskiej i Roberta Odżgi nie udało mi się w pełni zastosować wypracowanej wcześniej zasady osobistego udziału we wszystkich ważniejszych czynnościach. Do dziś nie potrafię sobie wybaczyć, że w tym jednym przypadku pozwoliłem narzucić sobie rozwiązania organizacyjne, które sprowadziły moje uczestnictwo do roli administracyjno-organizacyjnej. Spowodowało to, że w tej jedynej sprawie – w całej mojej milicyjno-policyjnej karierze – poza kilkoma wyjątkami nie miałem osobistego kontaktu z osobami przewijającymi się w materiałach operacyjnych i procesowych. Moja rola ograniczała się do kierowania działaniami, analizy przekazywanych informacji oraz wyznaczania dalszych zadań – bez realnego wpływu na sposób i jakość ich wykonania. Jestem przekonany, że gdyby śledztwo w sprawie zabójstwa Anny Kembrowskiej i Roberta Odżgi prowadzone było według wypracowanego przez lata modelu pracy naszego wydziału, losy tej sprawy mogłyby potoczyć się przynajmniej trochę inaczej.
* * *
Książka ta – będąca relacją uczestnika wszystkich wydarzeń, jakie miały miejsce po 26 sierpnia 1997 roku – opiera się na aktach procesowych udostępnionych mi przez Prokuraturę Okręgową w Świdnicy, mojej pamięci, wspomnieniach kolegów, odnalezionych materiałach prasowych i telewizyjnych oraz krótkich zapiskach w kalendarzach z lat 1997–1998 oraz 2000–2003. Ocenę tego, co i w jaki sposób udało się nam wówczas ustalić, pozostawiam Czytelnikom, którzy – mam nadzieję – uwierzą, że działaliśmy na miarę naszych sił, środków i umiejętności, zawsze z przekonaniem, że musimy zrobić wszystko, by sprawców tej zbrodni dopaść i wymierzyć im sprawiedliwość. Zawarte w książce dialogi należy traktować raczej jako licentia poetica niż dosłowny zapis prowadzonych rozmów, choć starałem się nadać im formę, treść i sens możliwie najbardziej zbliżone do rzeczywistości. Przyznam jednak, że zarówno moi podwładni, ja sam, jak i znajomi policjanci na co dzień posługiwali się znacznie mniej literackim językiem – co w książce świadomie pominąłem z oczywistych powodów.
1 Tego określenia używam zawsze ironicznie, odkąd w licznych wywiadach prasowych przeczytałem, że krakowscy policjanci z tzw. Archiwum sami tak siebie nazywają.
2 Szczegóły tej akcji krakowskiego Archiwum X przedstawiam w Posłowiu do książki.
3 Służbę rozpoczął w 1977 r. w Referacie Operacyjno-Dochodzeniowym Komisariatu II i w następnych latach awansował na naczelnika wydziału kryminalnego RUSW, a następnie (1990 – 1994) w KWP w Wałbrzychu. Od marca 1994 naczelnik wydziału d/w z Przestępczością Zorganizowaną KWP, a od 1996 zastępca komendanta wojewódzkiego w Wałbrzychu. W styczniu 1999, po reformie administracyjnej, przeniesiony do KWP we Wrocławiu na stanowisko naczelnika wydziału d/w z przestępczością gospodarczą. 25 maja 1999 r. mianowany na I zastępcą komendanta wojewódzkiego policji we Wrocławiu. Od 21 marca 2002 r. komendant wojewódzki policji w Poznaniu, (od 01.09.2007 czasowo emerytowany), a od 3 grudnia 2007 r. do 27.02.2009 r. zastępca Komendanta Głównego Policji ds. logistyki. Od 28.02.2009 na emeryturze.
4 http://poznan.wyborcza.pl/poznan/1,36031,756075.html
5 Wojewódzki/Rejonowy Urząd Spraw Wewnętrznych – nazwy jednostek Milicji od lipca 1983 do czerwca 1990, kiedy przywrócono nazwę Wojewódzka, Powiatowa i Miejska Komenda Policji.
6 W lipcu 1991 roku zostałem powołany na stanowisko zastępcy naczelnika wydziału kryminalnego KWP w Wałbrzychu, jednakże w połowie 1992 roku, w wyniku kolejnej „reformy” Policji, wydział ten został pomniejszony o 7 etatów, przez co likwidacji uległo stanowisko zastępcy naczelnika z jednoczesną likwidacją istniejących do tej pory wydzielonych sekcji z etatowymi ich kierownikami. Aby utrzymać moje dotychczasowe zadania, H. Tusiński w opracowanym dla mnie zakresie obowiązków, umieścił zapis o przydzieleniu mi funkcji nieetatowego jego zastępcy, przez co pozostawałem nadal ze wszystkimi jego uprawnieniami. Jednocześnie zachowaliśmy podział na sekcje, z tym tylko, że był to już w zasadzie podział jedynie umowny i w takiej formie funkcjonował do czasów likwidacji naszej KWP.
7 Zmarł latem 2021 r.
8 Nazwa obowiązująca do 31.12.1999 roku. Od 01.01.2000 jednostki te przemianowano na Powiatowe Komendy Policji, a w miastach będących siedzibą b. władz wojewódzkich na Komendy Miejskie Policji, obejmujące swym działaniem teren miasta i powiat.
9 Bogusław Mucha (08.10.1939-24.10.2024) - na stanowisko wałbrzyskiego komendanta wojewódzkiego Policji został mianowany na początku 1990 roku z funkcji komendanta KMP w Wałbrzych. 30 kwietnia 1998 roku złożył na ręce ministra spraw wewnętrznych Janusza Tomaszewskiego prośbę o zwolnienie, które zostało przyjęte. Tajemnicą poliszynela było, że prośba ta zastała na nim wymuszona, ponieważ nie spodobał się ministrowi z AWS, mechanikowi samochodowemu z zawodu.








