Rozdział III Oględziny 26 i 27 sierpnia
Postanowiłem, zupełnie wyjątkowo, opublikować jeszcze jeden rozdział — już w ostatecznej formie — aby czytelnicy mieli obraz, z czym się nam (członkom powołanej grupy operacyjnej) przyszło mierzyć.
ROZDZIAŁ III
Oględziny miejsca zbrodni
26–27 sierpnia 1997
Przypominanie, że oględziny miejsca zdarzenia oraz ciał ofiar stanowią najważniejszą czynność procesową i kryminalistyczną, może uchodzić za truizm. Ich celem jest bowiem nie tylko rozpoznanie topografii i właściwości miejsca, lecz przede wszystkim ujawnienie oraz zabezpieczenie śladów pozwalających wnioskować o sprawcy i jego modus operandi. Prawidłowo przeprowadzone mają charakter niepowtarzalny — a zarazem fundamentalny — ponieważ to one tworzą podstawę dalszych działań operacyjnych i dowodowych.
Z perspektywy funkcjonariuszy operacyjnych szczegółowy opis przebiegu oględzin miał dla nas znaczenie drugorzędne. Analiza dokumentacji z przeprowadzonych czynności procesowych należała do wydziału dochodzeniowo-śledczego oraz prokuratora nadzorującego postępowanie. Dla nas kluczowe było ustalenie, co i gdzie ujawniono, bo na tej podstawie budowaliśmy wersje przebiegu zdarzenia, próbując uchwycić modus operandi — powtarzalny schemat działania sprawców — i skonfrontować go z danymi zgromadzonymi w Wydziale Informatyki KWP. Tam od lat ewidencjonowano nie tylko osoby notowane, lecz także stosowane przez nie metody działania. Analiza tych zasobów nie przyniosła jednak przełomu. Natomiast gromadzenie i porządkowanie informacji operacyjnych, zarówno tych pozyskiwanych samodzielnie, jak i przekazywanych przez funkcjonariuszy z innych pionów oraz jednostek następowało systematycznie, ale jakby w dalszej kolejności
Wyjeżdżając 27 sierpnia do Kudowy, miałem prawo oczekiwać, że decydenci obecni na miejscu, w szczególności prokurator, dopilnują, by oględziny przeprowadzono w sposób gwarantujący ich maksymalną efektywność. Tymczasem decyzja o rozpoczęciu czynności w terenie leśnym, pokrytym grubą warstwą ściółki, przy szybko zapadającym zmroku, z udziałem zaledwie trzech funkcjonariuszy i bez specjalistycznego sprzętu, wzbudziła moje poważne wątpliwości zaraz po tym, kiedy tylko bliżej zapoznałem się z tym, co i jak zostało przeprowadzone. Znacznie bardziej racjonalne wydawało mi się, aby po zabezpieczeniu miejsca zdarzenia przeprowadzenie kompleksowych oględzin nastąpiło w dniu następnym, przy użyciu większych sił oraz środków technicznych.
Największe moje zdumienie zbudził jednak fakt, że oględziny rozpoczęto niemal wieczorem, w górskim, zalesionym terenie, gdzie po godzinie dziewiętnastej widoczność gwałtownie się pogarsza. Trudno było uwierzyć, że doświadczeni funkcjonariusze zdecydowali się na takie działanie, mając do czynienia z bezspornym przypadkiem podwójnego zabójstwa.
Ja już po kilku miesiącach służby w pionie kryminalnym wiedziałem, że o powodzeniu śledztwa w decydującej mierze przesądzają ślady ujawnione i właściwie zabezpieczone na miejscu zdarzenia. To one stanowią fundament późniejszego udowodnienia winy sprawcy. Tymczasem przeprowadzone oględziny były jaskrawym przykładem zlekceważenia podstawowych zasad i metod prowadzenia czynności na miejscu zbrodni. Pierwszy ich etap miał miejsce 26 sierpnia w godzinach 18:45–21:00, ponieważ z uwagi na zapadający zmrok czynności przerwano. Zwłoki pozostawiono na miejscu pod nadzorem dwóch funkcjonariuszy, z zamiarem ich przewiezienia następnego dnia do prosektorium w Kłodzku. Wznowiono je 27 sierpnia o godzinie 10:05, a przeprowadzenie ich powierzono dwóm policjantom pionu dochodzeniowego KRP oraz technikowi kryminalistyki tej jednostki. Henryk Brudnik pojawił się na miejscu dopiero około godziny 15:00 i uczestniczył w nich do czasu ich zakończenia o godzinie 16:00. Następnie udał się do KRP w Kłodzku gdzie sporządził — na podstawie brudnopisów z obu dni — jeden zbiorczy protokół oględzin miejsca znalezienia zwłok. Wskazał w nim, że w czynnościach uczestniczył prokurator z Prokuratury Rejonowej w Kłodzku, trzej funkcjonariusze z tamtejszej komendy oraz technik kryminalistyki z KWP w Wałbrzychu, którego rola nie została bliżej określona. W rzeczywistości prokurator i technik byli obecni wyłącznie 26 sierpnia. Oględziny mające miejsce 27 sierpnia przeprowadzili trzej policjanci z Kłodzka, którzy uczestniczyli w nich w dniu poprzednim. W sporządzonej tego samego dnia notatce znalazły się podstawowe informacje dotyczące sposobu opracowania protokołu, wskazując przy tym, że 26 sierpnia wykonano jedynie dokumentację fotograficzną, natomiast dzień później dodatkowo użyto kamery VHS.
Już relacja złożona 27 sierpnia rano w gabinecie Henryka Tusińskiego wzbudziła mój niepokój. Intuicyjnie wyczuwałem, że przedstawiony obraz odbiega od standardów prowadzenia czynności procesowych. Z czasem nabrałem przekonania, że oględziny mogły zostać przeprowadzone z naruszeniem podstawowych zasad procedury karnej i kryminalistyki. Wynikało ono z doświadczenia nabytego przez lata praktyki, przez co zdawałem sobie sprawę, że szczególnie w mniejszych jednostkach jeszcze przed formalnym rozpoczęciem oględzin miejsce zbrodni bywało odwiedzane przez osoby nieuprawnione, co prowadziło niemal nieuchronnie do zacierania śladów. Czas pokazał, że moje obawy nie były bezpodstawne, ponieważ okazało się, że przed rozpoczęciem czynności na miejscu pojawili się — poza ratownikami GOPR — policjanci z kilku jednostek, przewodnik psa tropiącego z psem, zastępca komendanta KRP, prokurator, opiekun obozu naukowego, a następnie Henryk Tusiński, Alek B. oraz technik z KWP. Liczba tych osób była zdecydowanie nadmierna.
O tym, jak bardzo rzeczywisty przebieg wydarzeń odbiegał od relacji przekazanej przez Brudnika, przekonałem się dopiero po zapoznaniu się z pełną dokumentacją oględzin. Obejmowała ona nie tylko protokoły i szkice, lecz także kilka notatek służbowych sporządzonych przez miejscowych policjantów w dniach 26, 27 i 29 sierpnia. Pełny obraz wyłonił się jednak dopiero na przełomie listopada i grudnia 1997 roku, kiedy przeprowadziłem kompleksową analizę wszystkich zgromadzonych materiałów — zarówno operacyjnych, jak i procesowych.
Muszę dziś przyznać, że była to analiza spóźniona — i był to mój poważny błąd. Wiedza o rzeczywistym stanie rzeczy przyszła zbyt późno, by mogła cokolwiek zmienić lub naprawić uchybienia popełnione na samym początku postępowania.
***
Z notatki Henryka Brudnika, sporządzonej 27 sierpnia, wynikało, że bezpośrednio po ujawnieniu zwłok na miejsce udała się grupa dochodzeniowa z Komendy Rejonowej Policji w Kłodzku, złożona z dwóch funkcjonariuszy pionu dochodzeniowego oraz technika kryminalistyki odpowiedzialnego za dokumentację fotograficzną. Jeden z policjantów prowadził oględziny terenu obejmującego trasę od szczytu Narożnika do miejsca znalezienia zwłok, drugi natomiast zajmował się opisem miejsca, w którym ciała spoczywały.
Z brudnopisu protokołu oględzin zwłok wynika jednak, że oględziny ciał przeprowadził policjant z Kłodzka, natomiast Henryk Brudnik wraz z drugim funkcjonariuszem tej jednostki dokonywali oględzin terenu. Na podstawie dokumentacji procesowej ustaliłem że, 27 sierpnia faktyczne oględziny miejsca tego podwójnego zabójstwa przeprowadziło w istocie dwóch funkcjonariuszy z Kłodzka — trzeci zajmował się obsługą kamery wideo. Henryk Brudnik pojawił się tam dopiero około godziny 15:00, po zakończeniu przesłuchania ojca Roberta Kembrowskiego. Zatem nie można nie zauważyć, że jego udział ograniczył się do niespełna godziny. Taki stan rzeczy nie mógł dobrze rokować dla dalszego przebiegu śledztwa.
W wyniku oględzin ustalono, że ciało mężczyzny znajdowało się 72 metry od niebieskiego szlaku przechodzącego przez szczyt Narożnika, u podnóża skalnego wału o wysokości około 2,4 metra, w miejscu niewidocznym ze szlaku. Zwłoki były częściowo obnażone. Szczególną uwagę zwracał fakt, że spody skarpet nie były zabrudzone igliwiem. W niewielkim zagłębieniu terenu, około 12 metrów w lewo i skos powyżej ciała, ujawniono parę rozsznurowanych butów turystycznych „Traper”.
Zwłoki Anny Kembrowskiej odnaleziono około 12 metrów niżej, w naturalnym zagłębieniu terenu. Leżały na wznak, z głową skierowaną w stronę Karłowa. Były częściowo obnażone: czarny podkoszulek podciągnięto do wysokości pasa, natomiast na wysokości kostek znajdowały się zrolowane białe majtki wraz z czarnymi legginsami. Na stopach kobieta miała zielone (khaki) wełniane skarpety, założone na drugą parę w kolorze popielato-zielono-szarym. Jej długie, ciemne włosy splecione były w jeden warkocz, zaciśnięty elastyczną opaską.
Podobnie jak w przypadku mężczyzny, spody skarpet nie były zabrudzone, co jednoznacznie wskazywało, że obuwie zdjęto z nóg ofiar już po dokonaniu zbrodni. Na nogach obu ciał, tuż pod prawymi kolanami, ujawniono otarcia naskórka o wymiarach 3 × 4 centymetry. Identyczność ich lokalizacji i rozmiaru wykluczała przypadkowość i stanowiła istotną wskazówkę — choć wówczas dla mnie jeszcze niezrozumiałą.
Z protokołu z wynikało, że 27 sierpnia oględziny rozpoczęto od „rozgrzebania”1 miejsca, w którym znajdowała się głowa Roberta. Nie ujawniono przy tym istotnych śladów. Analogiczne czynności wykonano przy zwłokach Anny. Tymczasem jeszcze tego samego dnia, podczas ponownej penetracji tego miejsca, policjanci z mojej grupy operacyjnej, po opuszczeniu tego miejsca przez dochodzeniowców, ujawnili dwa pociski znajdujące się kilka centymetrów pod powierzchnią gruntu w miejscu, gdzie spoczywały głowy ofiar oraz łuskę i kolejny pocisk leżące na ściółce.
W dalszej części oględzin, około 20 metrów od miejsca odnalezienia ciała Anny, ujawniono rozrzucone kartki gazet. Do jednej z nich przylepiony był fragment papieru z nadrukiem: „Nadano 02.02.97 w UPT Piła. Zgoda BPP CZPP z dn. 24.07.1996 r. Nr Klubowicza 030-403-914”. Zachowały się na nim dane adresowe kobiety — potencjalnej adresatki przesyłki. W pobliżu znaleziono także granatowy pasek z czarnymi, różowymi i zielonymi poprzecznymi prążkami, najprawdopodobniej służący do przewiązywania sukienki.
Oględziny zakończono na leśnej drodze prowadzącej w kierunku szosy Kudowa–Karłów, po czym przeniesiono je na teren Fortu Karola. Na szlabanie zamykającym drogę do tego obiektu zabezpieczono szary sweter typu półgolf, z granatowym ściągaczem przy szyi, przywiązany do szlabanu rękawami. Na swetrze znajdowała się plakietka z sylwetką spadochroniarza oraz napisy „Free Style” i „Sky Living”. Na mankiecie lewego rękawa ujawniono trzy plamy koloru brązowego. Dziś już nie pamiętam, czy właściciel tego swetra został ustalony ani jakie były wyniki badań wspomnianych plam. Zastanawiające pozostaje jednak to, że w wykazie dowodów rzeczowych sporządzonym w wydziale dochodzeniowo-śledczym sweter ten nie figuruje. Wykaz znajduje się w aktach procesowych, lecz brakuje na nim podpisu osoby2, która go sporządziła. Warto przy tym podkreślić, że jednak w protokole oględzin sweter został ujęty jako ślad zabezpieczony, sfotografowany i oznaczony numerem 4.
Po zakończeniu oględzin Fortu Karola policjanci ponownie udali się na stok Narożnika w celu uzupełnienia czynności przeprowadzonych dzień wcześniej. W ich wyniku ujawniono — w pasie od 2 do 26 metrów od zwłok — kilka otwartych puszek po konserwach oraz metalowe wieczka. Dwa wieczka i dwie puszki znajdujące się w reklamówce „STAR”3, leżącej na poszyciu leśnym, nie zostały zabezpieczone jako dowody, choć odnotowano je w protokole oględzin. Nie spodziewaliśmy się jednak, by ich badanie przyniosło istotne rezultaty — z uzyskanych informacji wynikało bowiem, że w tym rejonie robotnicy leśni prowadzili wycinkę drzew zaatakowanych przez kornika.
Na zakończenie warto dodać, że 29 sierpnia na miejsce skierowano dwóch policjantów z Kłodzka w celu przeprowadzenia oględzin uzupełniających. Ujawnili oni kolejne puszki po konserwach, najprawdopodobniej otwierane nożem. Zostały one zabezpieczone, wysuszone i opylone czarnym proszkiem daktyloskopijnym, jednak nie ujawniono śladów nadających się do identyfikacji. Nie można wykluczyć, że były to te same przedmioty, które nie zostały właściwie udokumentowane i zabezpieczone 27 sierpnia.
Na początku grudnia 1997 roku, po zakończeniu analizy całości materiałów procesowych i operacyjnych, doszedłem do wniosku, że choć oględziny zostały formalnie przeprowadzone, ich organizacja i metodyka nie odpowiadały standardom wymaganym przy sprawie podwójnego zabójstwa. Podkreślałem wówczas z całą stanowczością, że uchybienia popełnione na tym etapie mają charakter nieodwracalny — a właściwe zabezpieczenie miejsca zbrodni nie jest jedynie wymogiem proceduralnym, lecz fundamentem całego procesu dochodzenia prawdy.
Niestety, przeprowadzone oględziny nie dostarczyły nam — funkcjonariuszom operacyjnym — praktycznie żadnej wiedzy, która mogłaby przybliżyć nas do sprawców. Pamiętając jednak awanturę, jaką wywołałem w 1995 roku z powodu jakości oględzin plebanii w Ludwikowicach, swoje zastrzeżenia tym razem zgłosiłem Heńkowi Tusińskiemu wyłącznie ustnie. Obaj zgodziliśmy się, że w zaistniałej sytuacji nie jesteśmy już w stanie niczego naprawić.
Dopiero 15 kwietnia 1998 roku do Prokuratury Wojewódzkiej dotarła Opinia (Portret Psychologiczny sprawcy) Instytutu Ekspertyz Sądowych - Zakładu Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Shena w Krakowie, sporządzona na podstawie postanowienia prokuratora. Opinię tę prokurator skierował do naszej dochodzeniówki, a dopiero stamtąd po jakimś czasie dotarła do mnie gdzieś na początku maja 1998. I wówczas dowiedziałem się o „niespodziance”, jaką obdarowali nas koledzy prowadzący na Narożniku oględziny 26 i 27 sierpnia.
Jej treść wywołała we mnie autentyczną wściekłość, gdy przeczytałem, że w pewnej odległości od zwłok Roberta znajdowały się ludzkie odchody z kawałkami leżącego na nich białego papieru. Analitykom z Instytutu im. J. Shena trudno było ocenić precyzyjnie tę odległość, albowiem opierali się jedynie na obrazie utrwalonym na nagraniu video.
Nie potrafiłem znaleźć żadnego racjonalnego wytłumaczenia tego zaniedbania — tym bardziej że 27 sierpnia oględziny prowadzono już w dobrych warunkach dziennych — więc pełen gniewu udałem się do Heńka Brudnika, aby sobie na nim stosownie ulżyć. Odpuściłem mu, kiedy zwrócił mi uwagę, że 27 sierpnia na Narożnik przybył już praktycznie pod sam koniec oględzin, więc zabrał pisane wcześniej „na kolanie” brudnopisy protokołów i udał się do Kłodzka, aby w komendzie stworzyć z tego jeden spójny dokument. Podkreślił przy tym, że miał podstawy i prawo zakładać, iż kłodzcy dochodzeniowcy, którzy już niejedne oględziny przeprowadzali, nie byli w tym fachu nowicjuszami. Zgodziłem się z nim i po trwającej dosyć krótko wymianie zdań doszliśmy do wniosku, że jeżeli w Prokuraturze Okręgowej w Świdnicy nikt tego krótkiego zdania nie zauważył, to nie ma specjalnej potrzeby, aby informować o tym naszych przełożonym, bo niestety mleko już się wylało, a wszelaka ewentualna awantura nikomu ani niczemu nie pomoże. Była to brutalna, ale i smutna jednocześnie konstatacja.
Oczywiście na miejsce, gdzie przed rokiem znajdowała się ta ludzka kupa, wysłałem kilku moich podwładnych, ale jak z góry założyłem, niczego już tam nie znaleźli.
Niezależnie od rozmowy, jaką przeprowadziłem z Heńkiem Brudnikiem temat ten powracał kilkakrotnie pod koniec 1998 roku podczas rozmów, jakie prowadziłem z „Dziadkiem” i Jurkiem Krzanem w sprawach dotyczących całościowego podsumowania efektów działania grupy operacyjnej „Narożnik”.
Braliśmy pod uwagę dwie możliwości, zakładające, że wypróżnienie się jakiejś osoby mogło mieć miejsce przed zabójstwem albo że było efektem zachowania się któregoś ze sprawców zaraz po zastrzeleniu Anny i Roberta. Obie te możliwości były w naszym przekonaniu całkowicie równoprawne, ale niestety już żadne nasze działanie nie mogło dać nam w pełni satysfakcjonującej odpowiedzi. Muszę jednak przyznać, że z „Dziadkiem” byliśmy bardziej skłonni do przyjęcia wersji drugiej.
Z wypróżnieniem się sprawcy na miejscu zabójstwa do tej pory się nie spotkaliśmy, aczkolwiek wiedza o takich zdarzeniach nie była nam obca i z reguły było to interpretowane jako istotny wskaźnik stanu psychicznego sprawcy oraz dynamiki samego czynu.
Jednym z podstawowych, a znanych nam wyjaśnień było interpretowanie takiego zachowania jako reakcję fizjologiczną organizmu na skrajny stres. Zabójstwo, zwłaszcza dokonane w bezpośrednim kontakcie z ofiarą, praktycznie zawsze stanowi sytuację ekstremalną, która może wywołać gwałtowną aktywację układu nerwowego odpowiedzialnego za reakcję „walcz albo uciekaj”. U niektórych osób prowadzi to do chwilowej utraty kontroli nad funkcjami fizjologicznymi, w tym nad procesem defekacji. W takim ujęciu wypróżnienie nie jest działaniem intencjonalnym, lecz mimowolnym skutkiem przeciążenia emocjonalnego.
Zjawisko to bywało również interpretowane jako wskaźnik charakteru samego przestępstwa. W przypadkach, w których dochodzi do nagłego, impulsywnego aktu przemocy, organizm sprawcy może reagować silniej niż w sytuacjach zaplanowanych i chłodno przeprowadzonych. Wypróżnienie może więc sugerować, że czyn miał charakter gwałtowny, emocjonalny i nie w pełni kontrolowany, ponieważ osoby działające pod wpływem impulsu częściej doświadczają tego rodzaju reakcji organizmu.
Ślady takie pojawiają się szczególnie w kontekście przestępstw popełnianych w afekcie, gdzie nagromadzenie emocji prowadzi do gwałtownej utraty kontroli, co w trakcie tych naszych końcowych dywagacji uznaliśmy za istotny, chociaż swoisty „ślad emocjonalny”, analogiczny do innych, jakie sprawcy pozostawiają na miejscu zdarzenia.
Żałując, że wiedzy tej nie mogliśmy wykorzystać wcześniej, doszliśmy do jedynego naszym zdaniem słusznego wniosku, że mimo braku podstawowych informacji dowodowych nasze założenie, że sprawcy nie wywodzili się ze zorganizowanych lub innych grup przestępczych, a samo zabójstwo było sumą kilku przypadkowych zdarzeń, miało w pełni uzasadnione i prawidłowe podstawy.
Przyjęliśmy też, że wbrew wszystkim wątpliwościom, jakie się pojawiały, zarejestrowany na taśmie video ślad musiał pochodzić od człowieka, albowiem zwierzęta po defekacji papieru nie używają.
Jego niedostrzeżenie w trakcie oględzin, pozbawiło nas wielu potencjalnych informacji mogących w jakimś stopniu pomoc w identyfikacji osoby, która w tym miejscu załatwiła tego rodzaju potrzebę fizjologiczną.
Przede wszystkim dlatego, że wbrew pozorom, ludzkie odchody stanowią niezwykle bogate źródło informacji kryminalistycznych. Choć w powszechnym odbiorze są jedynie odpadem biologicznym, dla prowadzących śledztwo stanowiły cenny nośnik danych, pozwalających odtworzyć fragmenty życia osoby, która je pozostawiła.
Ślad ten dawał możliwości przeprowadzenia dokładnej analizy diety oraz stylu życia defekującego, ponieważ niestrawione resztki pokarmowe, takie jak fragmenty roślin, nasiona, włókna czy drobne kości, mogą ujawniać nie tylko ostatni posiłek, lecz także długoterminowe nawyki żywieniowe. Na tej podstawie możliwe byłoby określenie, czy dana osoba stosowała dietę mięsną, roślinną, czy też szczególnie bogatą w określone składniki. Informacje te, choć pozornie banalne, mogły nam w rzeczywisty sposób pomóc zawęzić krąg podejrzanych lub powiązać osobę z konkretnym miejscem, na przykład restauracją czy wydarzeniem.
Równie istotna byłaby analiza chemiczna, pozwalająca wykryć obecność leków, narkotyków oraz innych substancji psychoaktywnych. Organizm człowieka wydala metabolity wielu związków właśnie wraz z kałem, co umożliwia ustalenie, czy dana osoba przyjmowała określone środki. Mogło to mieć dla nas kapitalne znaczenie.
Kolejnym aspektem jest stan zdrowia. Kał stanowi cenne źródło informacji o funkcjonowaniu układu pokarmowego oraz ogólnym stanie organizmu. Obecność pasożytów, śladów infekcji bakteryjnych czy krwi świadczących o konkretnych schorzeniach, pozwoliłoby nam na stworzenie profilu zdrowotnego niezbędnego do przeprowadzenia kwerendy — przy oczywistej pomocy ze strony prokuratury — danych medycznych grupy wytypowanych osób.
Nie mniej ważne byłoby też określenie czasu wydalenia. Stopień wyschnięcia, zmiany chemiczne oraz aktywność owadów mogły pomóc oszacować, kiedy odchody zostały pozostawione. Tego rodzaju ustalenia odgrywają kluczową rolę w rekonstrukcji przebiegu zdarzeń, szczególnie gdy istotne jest ustalenie obecności danej osoby w określonym miejscu i czasie.
Odchody znajdujące się przy zwłokach Roberta Odżgi mogły na pewno zawierać ślady środowiskowe, takie jak włókna tkanin, cząstki gleby, pyłki roślin czy drobiny kurzu, które zapewne dostarczyłyby nam informacji o otoczeniu, w którym przebywała dana osoba. Analiza takich elementów pozwala bowiem powiązać ją z konkretnym miejscem, a nawet określić, czy przebywała w środowisku miejskim, wiejskim czy leśnym.
Wreszcie, znaczenie mają także cechy fizyczne samego materiału — jego kształt, wielkość i konsystencja. Choć może się to wydawać mało istotne, parametry te mogą wskazywać na stan zdrowia, poziom nawodnienia organizmu czy nawet stres.
Wszystkie te elementy sprawiają, że ludzki kał, mimo swojej pozornej banalności, jest w rzeczywistości złożonym i wielowymiarowym źródłem informacji, które otworzyłyby przed nami szerokie możliwości dla ustalenia sprawców i pozyskania innych dowodów. Niestety nie było to nam dane.
Ponadto zabezpieczenie tego materiału biologicznego stworzyłoby wielkie pole popisu dla dzisiejszej medycyny i kryminalistyki dysponującej nowoczesnymi technikami analizy DNA, zwłaszcza w przeprowadzeniu analizy mikrobiomu jelitowego, ponieważ każdy człowiek posiada charakterystyczny „podpis mikrobiologiczny”, który — przynajmniej teoretycznie — może służyć do identyfikacji lub zawężania grupy podejrzanych. Jednak i to śledztwu temu zostało odebrane.
1 Tak zapisano w protokole oględzin z 27 sierpnia 1997 r.
2 Chodzi o stopień, imię i nazwisko osoby prowadzącej postępowanie.
3 W jeden z nich znajdowała się niewielka ilość płynnej i kleistej substancji kolory białego








