Być może coś jest na rzeczy
Od pewnego czasu – przyznaję, że pod wpływem kilku rozmów – zastanawiam się, czy wersje wydarzeń związanych z zabójstwem na Narożniku, które pojawiły się na Forum i sugerują możliwy wpływ wysoko postawionych osób z MSW na śledztwo, mają choćby odrobinę racjonalnego jądra. A przecież przez lata uważałem, że tego rodzaju sugestie należą do spiskowego pojmowania dziejów. Jednakże pod wpływem tych rozmów coraz trudniej mi ignorować fakty, które układają się w spójną – choć niewygodną – całość.
Spójrzmy na rok 2002. Zatwierdzone przez Sąd Okręgowy we Wrocławiu wnioski o zastosowanie techniki operacyjnej nie zostały zrealizowane przez wydziały techniki operacyjnej kilku komend wojewódzkich. W województwach tych w określonym dniu, godzinie i miejscach podjęliśmy skoordynowane z miejscowymi wydziałami kryminalnymi działania. Niestety spaliły na panewce – właśnie dlatego, że wnioski do tych komend wojewódzkich nie dotarły. Decyzja o wstrzymaniu ich wysłania, w tajemnicy przede mną, została podjęta przez kierownictwo wydziału kryminalnego KWP we Wrocławiu. A właściwie przez jedną, znaną mi osobę.
Zupełnie inaczej oceniam teraz decyzję tej samej osoby, która w 2002 roku nie wyraziła zgody na wprowadzenie do grupy tzw. wtyczki, czyli kogoś, kto mógł się szybko w niej zaaklimatyzować i pozwolić nam zrobić jakościowy krok naprzód. Brak zgody spowodowany był ponoć obawa o jego bezpieczeństwo, chociaż przez lata taką formę działań operacyjnych w ramach istniejących możliwości i potrzeb stosowaliśmy.
Zamiast tego w marcu 2003 roku zapadło polecenie zamknięcia sprawy, chociaż czynności operacyjne wobec konkretnych osób i środowisk – z kręgu poszukiwaczy militariów, survivalu i skrajnie nacjonalistycznych – były już mocno zaawansowane. Czy nakaz zamknięcia sprawy wynikał wyłącznie z oceny materiału dowodowego? Czy może chodziło o coś więcej? Do dziś nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć tej decyzji.
W 2014 roku tzw. wrocławskie Archiwum X – de facto nieformalna komórka w wydziale kryminalnym KWP – zawiesiło działalność „na przysłowiowym kołku”. Z Przeglądu Akt wynika, że w tym roku nie prowadzono żadnych policyjnych działań, zwłaszcza procesowych, opartych na informacjach operacyjnych. Dlaczego? Czyżby w tym czasie nic istotnego się nie wydarzyło? Wątpię. Jakaś konkretna przyczyna takiego stanu rzeczy musiała być.
Zadaję sobie też pytanie, dlaczego dolnośląska prokuratura i policja tak krytycznie odnoszą się – i nadal odnoszą – do jedynej wersji z wyraźnie sprecyzowanym motywem zabójstwa. Chodzi o powiązanie daty podwójnego mordu z datą samobójczej śmierci Rudolfa Hessa, 17 sierpnia 1987 roku, w berlińskim więzieniu w dzielnicy Spandau. Przecież powszechnie wiadomo, że Hess był i jest ideowym guru nie tylko niemieckich nazistów, ale też skrajnych nacjonalistów.
Jest jeszcze jedna kwestia, która od dawna nie daje mi spokoju. Krakowski „archeolog zbrodni” – w mojej ocenie bez podstaw faktycznych – wystąpił do KWP o moje akta personalne i je pozyskał.
Do dziś zastanawiam się, czemu miało to służyć. Tym bardziej że komendanta wojewódzkiego z Wrocławia ówże „archeolog” poinformował na piśmie, którego kopie posiadam, iż w moich aktach mogą znajdować się dowody w sprawie zabójstwa studentów. To twierdzenie samo w sobie brzmi osobliwie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że była to próba znalezienia czegokolwiek – choćby najmniejszego „zaczepienia” – co pozwoliłoby podważyć moją wiarygodność albo zbudować alternatywną narrację.
Być może „krakowski archeolog zbrodni” wziął sobie do serca sugestie z Forum, że w zabójstwo mógł być zamieszany członek rodziny ważnej figury z MSWiA, i sprawdził, czy w moich aktach osobowych znajdzie jakikolwiek ślad. Nic takiego jednak nie znaleziono. Sprawa nadal pozostaje w umorzeniu. Cała operacja przeglądania moich akt – przynajmniej z mojego punktu widzenia – okazała się bezowocna.
W marcu mam zostać przesłuchany przez prokuratora z Prokuratury Krajowej – Delegatury Zamiejscowej w Krakowie. Traktuję to jako szansę, by spokojnie i rzeczowo poruszyć także te kwestie. Mam wrażenie, że nowy prokurator patrzy na sprawę inaczej niż znany „archeolog zbrodni”. Być może dostrzegł wreszcie, że traktowanie mnie jak podejrzanego amatora nie ma sensu.
Dziś – po tych kilku rozmowach – mam przeczucie, że „coś może być na rzeczy”, ale już się tym specjalnie nie ekscytuję. Wyjaśnienie tej – oby istotnej – informacji nie należy już do mnie. To zadanie dla specjalistów z Krakowa. Mam nadzieję, że pod nowym kierownictwem sprawa Narożnika wreszcie zacznie być prowadzona w sposób rzeczywiście racjonalny – z nastawieniem na realne działania, a nie ich markowanie, które zbyt długo dominowało w tej sprawie.
Być może pytanie, kto za tym stoi, wcale nie jest pozbawione sensu, jak jeszcze niedawno myślałem.








