Janusz "Bartek" Bartkiewicz

TRYBUNA MYŚLI NIESKRĘPOWANEJ

niedziela, 11 wrzesień 2022 13:52

O jeden kabaret za daleko

  •  
Oceń artykuł
(15 głosów)

Dzień 31 sierpnia 2022 roku zdarzyło się coś, czego bym się naprawdę nigdy w życiu nie spodział i dlatego na bardzo długo zapadnie w mojej pamięci. Na własnej skórze przekonałem się, że polska praworządność jest zwykłą totalną fikcją, albowiem nie zabezpiecza żadnego obywatela przed głupotą, butą i cynizmem tych, którzy zgodnie z Konstytucją RP zobowiązani są stać na straży bezpieczeństwa obywateli. Te przymioty charakteru i intelektu sprawują, że są przekonani, iż im wolno wszystko i zwykłego obywatela mogą traktować jak przysłowiową szmatę. Nie każdy jednak obywatel pozwoli sobie pluć w twarz, a także na traktowanie polskiego prawa jak papieru toaletowego. Ja przynajmniej nie pozwalam i nie godzę się, aby byle kto właził z brudnymi gumiakami w moje prywatne życie.

Tyle wstępu, a teraz ad rem ...

31 sierpnia, kilka minut po szóstej rano zapukała do drzwi mojego mieszkania grupa policjantów (jedna kobieta i trzech mężczyzn) z KWP w Krakowie, którzy przedstawili mi prokuratorski nakaz wydania rzeczy i przeszukania, w celu zabezpieczenia przedmiotów „wykazujących łączność z przedmiotem postępowania i mogących stanowić materiał dowodowy w niniejszej sprawie.(…).” Chodzi oczywiście o zabójstwo Anny Kembrowskiej i Roberta Odżgi dokonane w 17 sierpnia 1997 r., które w latach 1997-2003, jako kierujący grupą operacyjno-śledczą krytp. "Narożnik", starałem się rozwiązać. Ale nie dosyć na tym, ponieważ w dalszej części postanowienia Piotra Krupińskiego, prokuratora Prokuratury Regionalnej w Krakowie, wykonującego obowiązki Naczelnika Małopolskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie (uffff … ale tak jest w postanowieniu), jak byk stoi, że chodzi o znalezienie i zabezpieczenie „przedmiotów (…), mogących stanowić materiał dowodowy w śledztwie sygn. akt PK IV WZ Ds.50.2019.

Niezorientowanych informuję, że jest to sygnatura nadana w Prokuraturze Regionalnej w Krakowie, po tym jak w 2019 roku przejęła umorzone śledztwo z Prokuratury Okręgowej w Świdnicy. Zakładam, – bo nie mam takich informacji, ale znam się trochę na policyjnych procedurach – że wraz z aktami śledztwa do Krakowa trafiła też cała dokumentacja operacyjna, czyli akta rozpracowania operacyjnego krypt. Narożnik, które w odróżnieniu od akt procesowych są opatrzone klauzulą tajności. Takie akta powinny trafić do wydziału kryminalnego, który zakończone (przeze mnie w 2003 roku) rozpracowanie winien podjąć z zawieszenia, a policjanci z tego wydziału powinni prowadzić na terenie (przynajmniej) Kotliny Kłodzkiej działania operacyjne, które prokuratorowi z mocy prawa absolutnie nie podlegają. Z tego co wiem, to policjanci z Krakowa jeżdżą w sprawie "Narożnika" od Tatr po Bałtyk i od Białegostoku do Zielonej Góry, nachodząc różnych ludzi i zabierając im wszystko, co może się im wydawać podejrzane. A więc tak jak u mnie po uważaniu, a nie na podstawie konkretnych ustaleń. 

Wracam jednak do postanowienia sporządzonego przez prokuratora Piotra Krupińskiego, który ponoć sam siebie nazywa „archeologiem zbrodni” (czytałem w Necie), ponieważ w treści uzasadnienia – tuszę, że sam jest jego autorem – napisał również, że przypuszcza on, iż ”w posiadaniu Janusza Bartkiewicza znajduje się materiał dowodowy śledztwa oraz dane dotyczące innych osób mogących być związanymi z zabójstwem Anny Kembrowskiej i Roberta Odżgi, a nadto publikacje internetowe, które mogą utrudnić prowadzenie niniejszego postępowania poprzez ukierunkowanie na niezwiązane w istocie rzeczy z rzeczywistymi okoliczności.” dlatego też „w razie odmowy przeprowadzić przeszukanie miejsca jego zamieszkania celem zabezpieczenia materiału dowodowego mogącego mieć znaczenie w sprawie m.in. podwójnego zabójstwa studentów (…)”.

Od razu zwrócę uwagę na cztery istotne elementy, które w mojej skromnej ocenie powinny z miejsca eliminować to postanowienie z tzw. obrotu prawnego, z tej przyczyny, że jest ono zwykłym bublem i dobry prawnik lub policjant, takiego czegoś na pewno by nie wypuścił, a jak by mu się zdarzyło, to by się następnie ze wstydu pod ziemię zapadł.

Chodzi o to, że zgodnie z art. 92 k.p.k. w takim postanowieniu musi być obowiązkowo podana jego podstawa faktyczna, czyli całokształt okoliczności ujawnionych w postępowaniu, mających znaczenie dla tego postanowienia. Nieprawnikom wyjaśnię to na przykładzie postanowienia w tej samej sprawie, wydanego przez tego samego „archeologa zbrodni” chyba 2 lata temu (piszę chyba, bo nie mam już dokumentacji) w sprawie wydania rzeczy i przeszukania pomieszczeń Roberta M. z Łężyc (przesłuchany przez nas w sierpniu 1997 r.), celem odnalezienia pistoletu, amunicji oraz przedmiotów (szczegółowo wykazanych) należących do Ann i Roberta. Te wykazane przedmioty stanowiły właśnie podstawę faktyczną prowadzonych czynności. A w moim przypadku ….? Intelektualne siano i nic więcej, ponieważ absolutnie nie można przyjąć za podstawę faktyczną dla postanowienia, że ktoś przypuszcza, iż w moim posiadaniu coś się znajduje.

Na litość boską, co, panie archeologu zbrodni i ważny naczelniku wydziału dochodzeniowo-śledczego KWP w Krakowie, który żeś taką prawniczą brednię rzeczonemu „archeologowi” podsunął do podpisania?

Ja na przykład przypuszczam, że ktoś głowę na inną (przeciwpołożną) część ciała zamienił, przez co staje się niebezpieczny dla dla innych obywateli RP. Ale moje przypuszczenia można w buty sobie włożyć do czasu, kiedy nie położę na stół twardych chociażby poszlak. Przypuszczeń orła krakowskich dochodzeniowców prokurator Krupiński niestety w buty nie włożył. Być może bał się, że będą go uwierać, więc wolał, aby to mnie uwierały i to, nie ukrywam, boleśnie.

Policjanci, którzy przejechali tyle kilometrów przeszukali również mój samochód, znajdujący się akurat w zakładzie mechanicznym odległym od mojego domu 10 kilometrów z ogonkiem. Przeszukali również dwie piwnice, o jakich w postanowieniu nie ma mowy, a piwnice to nie mieszkanie, więc należałby je wyraźnie wskazać. Tak samo jak balkon, który zgodnie z przepisami nie jest mój tylko mojej wspólnoty mieszkaniowej. W przeszłości sam niejednokrotnie zwracałem się o wydanie postanowienia w sprawie wydanie rzeczy i przeszukanie i pamiętam, że na takie „drobiazgi” „nasi wałbrzyscy” prokuratorzy zwracali szczególną uwagę. Chodziło o to, aby niepotrzebnie nie dawać adwokatom pola do popisu, czyli umożliwiania im podważania legalności przeprowadzonej czynności. Bo na słowa używane w czynnościach procesowych trzeba zwracać szczególną uwagę. A że nie zwracano (bo chyba nikt już tego nie uczy) dowodzi fakt, że krakowscy dochodzeniowcy przeszukali te niewskazane w postanowieniu miejsca, czyli przekroczyli uprawnienia, których granice prokurator Krupiński wyraźnie nakreślił im w postanowieniu.

Ale to mały pikuś w porównaniu z tym, że tym razem już absolutnie bezprawnie zabrali rzeczy będące odrębną własnością mojej żony, która jako żywo również w tym postanowieniu nie jest wymieniona. Bo dokument ten wyraźnie wskazuje jednostkowo oznaczony cel ataku, a jest nim Janusz Bartkiewicz, od którego policjanci mieli prawo zażądać dobrowolnego wydania wymienionych rzeczy. Zupełnie inaczej sprawa by wyglądała, gdyby rzeczony archeolog zbrodni w postanowieniu napisał, że wydaniu podlegają rzeczy „mogące mieć związek”, znajdujące się w mieszkaniu Janusza i Danuty Bartkiewicz. No, ale jak już napisałem, na słowa trzeba zważać, bo „polska języka, to trudna języka”, jak mawiał niegdyś znany (chyba również Krakowie) kabareciarz Zulu-Gula.

Kolejny kwiatek całkowitej amatorszczyzny autorów postanowienia. Ale zanim do niego przejdę, zobowiązany jestem do pewnego istotnego, jak mi się wydaje, szczegółu. Otóż z treści uzasadnienia wynika wprost, że prokurator Krupiński wydał go na wniosek naczelnika wydziału dochodzeniowo-śledczego KWP w Krakowie, a z internetowej strony tej komendy wynika, że chodzi o mł. insp. Grzegorz Grymka. Podejrzewam więc, ba, jestem bliżej określenia, że jestem tego pewny, iż podstawowa część uzasadnienia jest efektem intelektualnego wysiłku tego z znakomitego dochodzeniowca. Bo tuszę, że nie tylko w Krakowie do pełnienia tak ważnych w Policji funkcji wyznaczani są tacy jak ów Grymek fachmani.

Przechodzę do tematu. Otóż w postanowieniu jak byk stoi, że zostałem zobowiązany do wydania wszelkich cyfrowych nośników danych elektronicznych (komputerów – w tym laptopów, urządzeń mobilnych, dysków zewnętrznych, przenośnych nośników danych), dokumentów, notatników, kalendarzy, zapisków oraz innych rzeczy wykazujących łączność z przedmiotowym postępowaniem.

Końcówkę tego zdania zaznaczyłem celowo, bo wierzę, że nawet absolwent podstawówki, którego chyba jeszcze nie nauczono podstaw semantyki, bez trudu wykaże, że żadna z wskazanych rzeczy żadnego związku z przedmiotowym postępowaniem mieć nie może. Bo ewentualnego związku można by poszukiwać się w treściach zapisanych na wskazanych nośnikach elektronicznych i dokumentach papierowych. A więc wydający postanowienie winien konkretnie wskazać o jakie treści chodzi i dlaczego mogą być one dowodami w sprawie. I z tego powodu uważam, że zabrane mi z mieszkania rzeczy zostały zabrane bezprawnie ponieważ absolutnie bezpodstawnie.

W jednym tylko przypadku, pan „archeolog zbrodni” opisał ewentualne dowody w sposób bardziej szczegółowy, a chodzi konkretnie o „publikacje internetowe, które mogą utrudnić prowadzenie niniejszego postępowania poprzez ukierunkowanie na niezwiązane w istocie rzeczy z rzeczywistymi okoliczności.

Gdybym był wierzącym, to żarliwie modliłbym się o odrobinę rozumu dla autora tego fragmentu. Ale nie wiem kto nim jest, więc wskażę jedynie, na to że opierając się na wyraźnie zapisanych "wytycznych", policyjna ekipa nie miała prawa zabierać mi jakiegokolwiek komputera, ponieważ publikacje mają to do siebie, że są publikowane, a więc przekazane do wiadomości publicznej. Z tego faktu wynika wniosek, że prokurator przy pomocy naczelnika winien wystąpić do właścicieli portali internetowych i wszystkich innych podobnych nadawców o usunięcie wszelkich napisanych lub wygłoszonych przeze mnie tekstów, które mogą utrudniać prowadzenie postępowania i ukierunkowywać prowadzących czynności wykrywacze na ”na niezwiązane w istocie rzeczy z rzeczywistymi okoliczności.

A od moich komputerów, dysków, pendrivów i telefonów wara.

Nota bene ta swoista enuncjacja nie wystawia dobrej cenzurki funkcjonariuszom podległym zarówno prokuratorowi jak i naczelnikowi WDŚ KWP w Krakowie. Ja bym się na ich miejscu czuł obrażony. Ale to nie mój cyrk więc i małpy nie moje.

I na koniec w tej materii, chcę zwrócić uwagę na jeden chyba najbardziej prawdziwy fragment uzasadnienia, wykazujący w sposób nie budzący mojej wątpliwości, że to nie o jakieś wydumane „dowody” chodzi, ale o rzecz całkowicie inną. A konkretnie o znalezienie informacji dotyczących osób, które nazwałem w reportażu TV Polsat „moimi informatorami z kręgów okołopolicyjnych”. Koincydencja czasowa pomiędzy emisją reportażu Rafała Zalewskiego z TV Polsat, dotyczącego podwójnego zabójstwa w Kudowie i takiego samego na Narożniku (różnica 25 lat), gdzie rzeczone określenie padło, a datą wydania postanowienia (25.08.2022) nie może być przypadkowa. Ale nie tylko o to chodzi, ale o użyte w postanowieniu słowa (zapisane znanym skrótem) „między innym”. Określenie to zostało użyte w zdaniu:

 przeprowadzić przeszukanie(...) celem zabezpieczenia materiału dowodowego mogącego mieć znaczenie w sprawie m.in. podwójnego zabójstwa ”.

Wynika z tego wprost, że zabezpieczenie dowodów w sprawie „Narożnika” miało być jedynie przykrywką do zabezpieczenia innych informacji i dlatego miało być przeprowadzone „między innymi”. Warto tu zwrócić uwagę, że moi „informatorzy” kimkolwiek by nie byli, przekazywali mi informacje ogólnie dostępne, czyli to co sami na terenie Kudowy i okolic widzieli na własne oczy i słyszeli na własne uszy. I informacje te nie dotyczyły samej zbrodni lub jakichś jej dowodów, tylko tego co na terenie Kudowy, Złotna, Karłowa, Łężyc czy Nowej Rudy lub Radkowa w sposób widoczny dla wszystkich obserwowali. I mieli prawo z tym wszystkim dzielić się w sposób dowolny z kimkolwiek chcieli, a ja miałem prawo te ich obserwacje i uwagi analizować i upubliczniać. I to właśnie  chęć ustalenia wspomnianych informatorów  była tak silna, że nie licząc się z prawem prasowym, dającym zarówno mi jak i moim informatorom ochronę, zrobiono to co zrobiono. W myśl starej - jeszcze z czasów PRL - zasady, że "nie mam pańskiego płaszcza i co mi pan zrobisz". 

Życie to nie kabaret ktoś kiedyś powiedział, ale mi się wydaje, że wraz z żoną nagle znalazłem się w jakimś ponurym bardzo kabarecie, gdzie śmiać się nie ma z czego, a poziom „artystyczny” wywołuje jeno grozę i łzy przerażenia.

Ps. W kolejnej odsłonie tego „kabaretu” napiszę o bezprawnych działaniach, które pozbawiły mnie owoców moich różnych dziennikarskich peregrynacji i działań w interesie różnych szukających pomocy ludzi, który pozbawił mnie możliwości ukończenia książki o „Narożniku” i trzech innych pisanych równolegle, a także (co najważniejsze) naruszył wszelkie możliwe do naruszenia prawa obywatelskie gwarantowane polską Konstytucją i prawem międzynarodowym.

https://db2010.pl/2022/09/08/najnowszy-numer-tygodnika-db-2010-on-line-149/?fbclid=IwAR2r4Cd_iqCAljgAJpQgxUkKnQlSDeTVGs7cvF68k8ckBxY1h7UgvysWTEs

 

2436977