Śledzący opisywane przeze mnie, rozgrywające się po 31 stycznia 2008 roku wydarzenia, zapewne zastanawiają się, jak to się stało, że zatrzymany w kwietniu tamtego roku Bogumił K., wałbrzyszanin narodowości romskiej, nie tylko, że pomówił Wojciecha Pyłkę o dokonanie zabójstwa Janusza Laskowskiego, to jeszcze na dodatek, sam przyznał się do współudziału w tej zbrodni. Aby ułatwić czytelnikowi zrozumienie tego w sumie nielogicznego zachowania się Bogumiła, muszę zmienić tok narracji, aby w miarę dokładnie przedstawić całe tło późniejszych działań funkcjonariuszy wałbrzyskiej Policji i udział w tym cyrku, nie obawiam się użycia tego określenia, wałbrzyskiej prokuratury, a w konsekwencji sądów I i II instancji.

Jak już pisałem ujawnienie zwłok miało miejsce 31 stycznia 2008 roku i w tym też dniu o śmierci brata została powiadomiona jego siostra Krystyna K. (dane zmienione), którą przesłuchano jednak dopiero w dniu następnym. Prawdopodobnie z uwagi na to, że samobójczy charakter ujawnionego zdarzenia nie budził policyjnych wątpliwości, przesłuchanie jej było niesamowicie lakoniczne, nie zawierające żadnych istotnych treści, poza tym, że po 23 stycznia nie miała kontaktu z bratem, a jak dzwoniła to nie odbierał on telefonów. Od razu zwrócę uwagę na to, że przesłuchująca policjantka nie widziała żadnej potrzeby, aby ustalić konkretną datę, w której pierwszy raz po tym dniu brat nie odebrał telefonu. Nie dziwię się zresztą, ponieważ jestem przekonany, że brak dociekliwości był efektem przekonania o samobójczym zamachu na życie. Moją uwagę zwróciło też zapisane w protokole zdanie, którego treść jednoznacznie wskazuje, że jest odpowiedzią na postawione jej pytanie. Zdanie to zostało zapisane następująco: „Ja nie wiem gdzie on może mieć dokumenty zawsze miał jej przy sobie w saszetce nie wiem dlaczego tak się stało.”Wynika z niego, że pytanie policjantki dotyczyło ewentualnych powodów, dla których dokumentów Laskowskiego nie znaleziono w mieszkaniu.

Kolejne jej przesłuchanie miało miejsce 4 lutego i z treści protokołu można się dowiedzieć, że 1 lutego udała się wraz z policjantami do mieszkania brata, aby poszukać wraz z nimi dokumenty, których jak z tego wynika policjanci w dniu ujawnienia zwłok nie znaleźli. Dokumentów tych w tym dniu znaleźć jednak nie mieli prawa, albowiem legitymacja osoby niepełnosprawnej, dowód osobisty i prawo jazdy, zostały ujawnione 6 lutego w trakcie sekcji zwłok w kieszeniach ubrania, w jakim zwłoki zostały zawiezione do prosektorium. Fakt ten potwierdza tylko moje przekonanie o tym, że 31 stycznia nie przeprowadzono ani oględzin mieszkania, ani oględzin zwłok, a protokół z 31 stycznia jest dokumentem fikcyjnym, o czym pisałem poprzednich odcinkach.

Krystyna K. w mieszkaniu brata przebywała wraz z funkcjonariuszami Komisariatu V, nie wiadomo jednak ilu ich było, ponieważ żaden z nich nie został nigdy przesłuchany. A wydaje się, że powinni, ponieważ w w protokole zapisano, że czasie kiedy byli w tym mieszkaniu, przyszedł tam sąsiad spod numeru „1” i poinformował ją, że na początku tygodnia Janusza Laskowskiego szukało dwóch mężczyzn i kobieta, których narodowości nie był w stanie określić. Zastanawiam się, dlaczego Krystyna K. tę uwagę o narodowości wtrąciła, ale sądzę, że dlatego, iż musiała być na ten temat jakaś rozmowa, chociaż nie zostało to odnotowane. Można było to wszystko wyjaśnić, prowadząc przesłuchanie w profesjonalny sposób, czego niestety zabrakło i to nie tylko w przypadku tej czynności.

Przesłuchująca policjantka nie była w ogóle zainteresowana, o który tydzień chodzi, ale z całą pewnością przyjąć można, że „sąsiad spod jedynki”na pewno nie miał na myśli 3 lutego (poniedziałek), a jeżeli nie, to zapewne chodziło mu o tydzień już miniony, który rozpoczynał się 27 stycznia. Warto te daty zapamiętać, ponieważ świadek wymienia je po upływie niewielu dni, a więc w czasie, kiedy ma je świeżo w pamięci. Po zdaniu zawierającym informację o „poszukiwaniu Janusza”, przesłuchująca funkcjonariuszka zapisała dziwnie brzmiące krótkie zdanie: „Było to dwa dni jak go szukali”. Zdanie to jest dla mnie bardzo intrygujące z powodu możliwości dwojakiego rozumienia jego sensu. Po pierwsze, można je rozumieć, że szukali go 28 stycznia, czyli 2 dni przed dniem ujawnienia zwłok, albo też dwa dni po tej dacie, czyli 26 stycznia, co dla tej sprawy ma istotne znaczenie.

Wydaje mi się, że w przypadku takiej informacji przekazanej Krystynie K., będący w mieszkaniu policjanci, powinni z miejsca przesłuchać tego sąsiada, którym okazał się Daniel P. Niestety przesłuchany został dopiero 11 kwietnia, a więc po upływie kilku miesięcy od zdarzenia, co na pewno miało niebagatelny wpływ na wartość, a tym samym wiarygodność, jego zeznań. Po czterech miesiącach Daniel P. zeznał, że osoby, o których 4 lutego mówił Krystynie K., do mieszkania Janusza dobijały się 23 lub 24 stycznia, i że byli oni narodowości polskiej, w wśród nich nie było Bogumiła K., którego znał i wiedział, że jest to człowiek o spokojnym charakterze, który pomagał Januszowi i nie był z nim skonfliktowany. Czy na treść tych zeznań nie miały wpływu informacje, jakimi na pewno w tym czasie wymieniał się z Wiesławem K i Jerzym Ch., jak również z innymi osobami, które później przesłuchiwano w charakterze świadków? Wszak temat śmierci Janusza przez jakiś czas był w centrum zainteresowania całego środowiska miejsca jego zamieszkania, gdzie pojawiały się różnego rodzaju rewelacje i domysły. Ile więc warte są wszelkie zeznania uzyskane cztery miesiące po ujawnieniu zwłok, trudno dziś powiedzieć, ale jedno jest pewne, że takie refleksje po głowach sędziów absolutnie się nie błąkały.

Dlaczego się temu nie dziwię?

Wracam jednak do 4 lutego, albowiem w dniu tym przesłuchany został też wspomniany Wiesław K., o którym już pisałem, albowiem to on spowodował, że po zatrzymaniu Bogumiła K., został postawiony mu zarzut rozboju w postaci zaboru wieży HiFi, która w rezultacie okazała się własnością Moniki S., bo wieża faktycznie należąca do Janusza Laskowskiego, została po jego śmierci zabrana z mieszkania do depozytu przez pracowników BOK ZGM.

Trudno mi było na podstawie akt ustalić, z jakiego powodu Wiesław K. został wezwany na przesłuchanie i nie wykluczam, że zgłosił się sam, ale nie mam wątpliwości, że w dniu tym spotkał się w Komisariacie V z Krystyną K., która była przesłuchiwana od 14:30 do 14:45, a Wiesław K. od 14:45 do 15:00 i oboje byli przesłuchiwani przez tą sama funkcjonariuszkę. Iście stachanowskie tempo, ale znów się nie dziwię, ponieważ prowadząca te czynności wyjaśniające policjantka (tak jak i jej przełożeni) nie miała wątpliwości, że w sprawie śmierci Janusza laskowskiego, żadne osoby trzecie nie brały udziału.

Dziwnym jednak wydaje mi się, że przesłuchania te prowadzone po tym, jak 1 lutego ta sama policjantka umorzyła śledztwo (?) z uwagi na niezaistnienie przestępstwa, ale czynności procesowe prowadziła dalej. Dlaczego? Bogumiła K. do śledztwa wprowadził Wiesław K., który 4 lutego zeznał, iż w mieszkaniu Janusza często widywał Cygana o imieniu Bogdan (tak go nazywał), któremu Janusz pomagał trochę finansowo, płacąc mu niewielkie kwoty za jakieś drobne zlecenia. Ponadto około tygodnia przed ujawnieniem zwłok, spotkał go w chińskiej restauracji, gdzie był kelnerem. Było to więc prawdopodobnie 25 (sobota) lub 26 (niedziela) stycznia, a Bogdan był w towarzystwie kobiety narodowości romskiej, o imieniu Monika. Zapytał się go wówczas, co dzieje się z Januszem, ponieważ dzwonił do niego kilkakrotnie, ale nie było żadnego sygnału. Od razu poinformuję, że kiedy sprawdziłem billing telefonu Laskowskiego, stwierdziłem, że Wiesław K. zeznał nieprawdę, ponieważ dzwonił do niego trzykrotnie tylko pomiędzy 01 a 18 stycznia i po tej dacie system operatora nie odnotował żadnej próby połączenia wykonanego z jego telefonu. Dlaczego tak zeznał kilka dni po ujawnieniu zwłok, nie wiadomo, bo nikogo to nie interesowało.

O innych rewelacjach przekazanych przesłuchującej go policjantce z Komisariatu V, o tym, co i kiedy oraz kto od kogo się dowiedział i jaki miało to wpływ na dalsze losy prowadzonego później śledztwa i dlaczego Wiesław K. w moich oczach jest mało wiarygodny, napiszę w następnym odcinku.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

W poprzednich odcinkach przedstawiłem kilka tylko przykładów nieprawidłowości, jakie w mojej ocenie zaważyły na tym, że Wojciech Pyłka został skazany na 25 lat pozbawienia wolności, w sytuacji kiedy nie zostały przedstawione żadne dowody, wskazujące na jego winę. Ba, tego wyroku nie oparto nawet na jakimś, chociażby tylko niewielkim, łańcuchu poszlak, który zresztą może być przyjęty jako podstawa skazania tylko wtedy, jeżeli wsparty jest chociażby tylko jednym dowodem pośrednim, który – jak to się w języku prawniczym mówi – wskazuje na fakt główny. W tej sprawie takim faktem głównym jest zarzucane Pyłce zabójstwa Janusza Laskowskiego, tylko problem w tym, że na fakt ten nic nie wskazuje, ponieważ z obciążających wyjaśnień wycofał się – i to bardzo szybko – bezpośredni jedyny rzekomy świadek zbrodni, czyli Bogumił K., mający zresztą status współoskarżonego.

Jak już pisałem, 31 stycznia 2008 roku na wskutek zawiadomienia złożonego przez sąsiadów Janusza Laskowskiego, do jego mieszkania wszedł funkcjonariusz z Komisariatu V w towarzystwie jednego z zawiadamiających. Po stwierdzeniu, że Janusz Laskowski popełnił samobójstwo przez powieszenie, odstąpiono od dalszych czynności i po przeprowadzonej sekcji zwłok, ciało jego zostało pochowane na jednym z wałbrzyskich cmentarzy. Ponieważ sprzeciw od tej decyzji wniosła jego siostra Danuta M. 18 lutego 2008 prokurator wydał postanowienie o wszczęciu śledztwa (sygn. akt 1Ds 292/08/S), które po czterech dniach powierzył w całości Komisariatowi V Policji w Wałbrzychu. Powodem wszczęcia było podejrzenie, iż do samobójstwa doszło w skutek namowy do targnięcia się na własne życie.

Po tym fakcie w sprawie w zasadzie nic się nie działo, aż do czasu, kiedy 16 kwietnia 2008 roku na Policję zgłosił się jeden ze znajomych Laskowskiego, Wiesław K., który zeznał, że znajdującą się w mieszkaniu państwa S. wieżę stereofoniczną firmy „Schneider”, rozpoznał jako własność Janusza, albowiem wielokrotnie bywając w jego mieszkaniu widział ją stojącą na blacie mebli kuchennych. Ponieważ państwo S. zgodnie z prawdą zeznali, że zabezpieczoną u nich wieżę, kupili za 50 zł od konkubenta ich sąsiadki, czyli Moniki S. i było to prawdopodobnie pod koniec stycznia 2008 roku, policjantom z wydziału dochodzeniowo-śledczego KMP w Wałbrzychu (bo to oni już to śledztwo prowadzili) adrenalina skoczyła tak wysoko, iż podejrzewam, że wyłączyła na długo wszelkie logiczne myślenie. Gdyby nie to, że fakt ten tragicznie wpłynął na życie Wojciecha Pyłki, to całe te zdarzenie określiłbym mianem cyrku, a tropiących „groźnego zabójcę”, Gangiem Olsena. To, co ten swoisty „gang Olsena” wyczyniał, było niestety tragifarsy aktem pierwszym, bo kiedy zapoznałem się z aktami sprawy, po prostu trudno było mi uwierzyć, że coś takiego mogło mieć miejsce.

Po pierwsze, policjanci w ogóle nie zwracali uwagi na to, że nie dysponują protokołem oględzin mieszkania, w którym winno być wyszczególnione, co w nim znajdowało, nie mieli fotografii jego wnętrza, a więc nie wiedzieli, jak wyglądały wszelkie przedmioty w nim się znajdujące. Nie wiedzieli też (chociaż KMP została o tym poinformowana na piśmie), że mieszkanie to zostało 27 lutego opróżnione przez pracowników wałbrzyskiego MZB, którzy nie tylko sporządzili stosowny protokół, ale też na szczęście sporządzili stosowną dokumentację fotograficzną. Przesłuchiwany Bogumił K., zaklinał się, że wieża, jaką sprzedał rodzinie S., była własnością Moniki S., co zresztą ono potwierdzała, mówiąc, iż otrzymała ją od wujka na urodziny. Nie z nami takie numery Brunner, pomyśleli wałbrzyscy fachowcy od wykrywania przestępstw i Monikę S. wzięli w obroty, efekcie czego po jakimś czasie potwierdziła wreszcie, że faktycznie wieża sprzedana przez Bogumiła jej sąsiadom, jest własnością Janusza, więc sukces wydawał się być murowany. Informacja o sprzedaży przez Bogumiła K. wieży „HiFi”, która była własnością Laskowskiego, tak rozpaliła ich umysły i wyobraźnię, że uznali, iż niczego nie muszą już sprawdzać, bo i Bogumił K., w wyniku rozpytania, przyznał się, że wieżę tę po zabójstwie Janusza Laskowskiego, zabrał z jego mieszkania. Ale on oczywiście Laskowskiego nie powiesił, bo uczynił to Pyłka, a on tylko tę wieżę … Ręce się do oklasków powinny składać, gdyby nie to, że balon pękł kilkanaście miesięcy później.

Otóż 15 września 2009 roku zeznając przed Sądem Okręgowym w Świdnicy, w zapewnionych warunkach całkowitej swobody wypowiedzi, nie naciskana przez liczne grono pohukujących na nią funkcjonariuszy Policji, Monika S. zeznała: „(…) Trochę długo mnie tam trzymali. (…) Ja nerwowa wtedy byłam oczywiście, bo nie brałam wtedy tabletki. Mnie rano zabrano z mieszkania i ja nie wzięłam żadnych lekarstw. Ja trzęsłam się strasznie. Ja nie byłam w stanie rozmawiać, tak mnie trzęsło. (…) Ja od razu tłumaczyłam policji, że to jest moja wieża, a nie Janusza. Ja już nie chciałam się kłócić, bo skoro Janusz miał taką samą wieżę to już odpuściłam i powiedziałam, że K. zaniósł wieżę S. Jeszcze raz powtarzam, że ja w sprawie tej wieży już sobie odpuściłam i niech będzie tak jak mówi policja.(…)”.

Nie chciała się już kłócić … słowa te znaczą więcej niż by się mogło wydawać, bo dowodzą, że starała się przekonywać ich, iż jest to jej wieża, że jakichś argumentów używała, więc ich psim – nomem omen – obowiązkiem było dokładne sprawdzenie tego, bo za to nie tylko pieniądze brali, ale też mieli taki prawny i moralny nakaz. Ale widocznie o tym nie wiedzieli, bo chyba ich tego nikt nie nauczył, ani też od nich nie wymagał.

Jakby tego było mało, to przesłuchany wcześniej przed tym samym sądem (31 marca 2009 r.) Wiesław K., po okazaniu mu dokumentacji fotograficznej, sporządzonej przez pracowników MZB w dniu 27 lutego, zeznał, iż „na zdjęciu K-509 widzę, że jest wieża, tę wieżę widziałem u Surowców w mieszkaniu. (...) według mnie to Janusz miał dwie wieże stereofoniczne.” Dodam więc, że na tej fotografii (i na dwóch innych) widać stojące po obu stronach kuchennego blatu dwie wieże stereofoniczne, a jedną z nich świadek ten widzieć miał w mieszkaniu rodziny S. To skąd się w takim razie znalazła w mieszkaniu Laskowskiego po tym, jak Bogumił K. sprzedał ją pod koniec stycznia 2008 za 50 zł temu małżeństwu?

Świadek miał prawo się pomylić, ale organa ściganie nie, bo ich absolutnym obowiązkiem było sprawdzenie, czy faktycznie wieża jaka została zabezpieczona, jest wieżą pochodzącą z mieszkania Laskowskiego. Tak postępują organa, którym najbardziej zależy na ujawnieniu prawdy i ukaraniu faktycznie winnego, a nie na odfajkowaniu spawy i zgarnięciu nagrody. Widać problem ten, ani policjantom, ani prokuratorowi, ani na końcu zwłaszcza sędziom głowy specjalnie nie zaprzątał. Bo gdyby się nad nim pochylili, gdyby zastanowili się, czy dowody zebrane przez Policję i Prokuraturę są naprawdę wiarygodne, to być może wówczas Wojtek Pyłka jakoś by sobie życie ułożył. Inaczej niż za kratami.

Napisz komentarz (3 Komentarze)

W poprzednim odcinku przedstawiłem niezwykle istotne okoliczności, podważające moim zdaniem, wiarygodność przekonania wyrażonego zarówno w akcie oskarżenia jak i w uzasadnieniu wyroku Sądu Okręgowego w Świdnicy, że jedyny świadek rzekomej zbrodni popełnionej przez Wojciecha Pyłkę, a jednocześnie współoskarżony o współudział, opisał jedynie to, co naprawdę widział. A widzieć miał na własne oczy, jak pijany do nieprzytomności Janusz Laskowski, chwytał obydwiema rękami za zaciskającą się na szyi pętlę i głośno wzywał pomocy. Wiarygodność jego wyjaśnień nie budziła żadnych wątpliwości prokuratury i sądu, albowiem organa te dysponowały dodatkowo zeznaniami ówczesnej konkubiny Bogumiła K., która jak wynika z akt śledztwa i procesu, świadkiem zabójstwa nie była, a to co zeznała, słyszała rzekomo od niego. Organa te zgodnie przyjęły, że przesłuchania tych osób miały charakter absolutnej dobrowolności i odbywały się w warunkach zapewniających im całkowitą swobodę wypowiedzi, ponieważ funkcjonariusze Policji nie wywierali na nich żadnego nacisku, czy to fizycznego, czy też psychicznego. To przekonanie znalazło swój wyraz w akcie oskarżenia, w którym zapisano, że wyjaśnienia Bogumiła K., w zakresie w jakim opisuje przebieg zdarzenia, zasługują na pełną wiarygodność, ponieważ złożył je w początkowym etapie śledztwa, kiedy to jego wyjaśnienia składane były spontanicznie, bez możliwości ich przygotowania, a przede wszystkim bez wywierania jakiejkolwiek presji lub nacisków.

I temu stanowisku prokuratury sąd dał wiarę, stwierdzając w uzasadnieniu wyroku, że oskarżony Bogumił K. będąc na policji znalazł się w takich okolicznościach, iż niejako wykorzystał chwilę by zrzucić z siebie ciężar skrywanej wiedzy co do śmierci Laskowskiego. Było tak, ponieważ w momencie gdy został już przywieziony na policję i gdy zaczęła się rozmowa między innymi i na temat śmierci J. Laskowskiego, Bogumił K. zaczął po prostu mówić, nie potrafiąc znieść ciężaru tajemnicy, jak również z dręczącego go poczucia winy. Gdyby mi ktoś nie chciał uwierzyć, że takie przekonanie prokuratura i sąd naprawdę wyraziły, to dodam, że znaleźć je można na kartach o numerach 1129 i 1964 akt procesowych sprawy. Moje najwyższe zdumienie wzbudził też fakt, że sąd, który kodeksowo zobowiązany jest do uwzględnienia zasad prawidłowego rozumowania, wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego (art. 7 k.p.k), nie zwrócił uwagi na widoczne w zeznaniach przesłuchiwanych policjantów okoliczności, które w całości zadają kłam o spontaniczności składanych wyjaśnień i zeznań oraz braku presji ze strony tychże funkcjonariuszy. Jestem całkowicie przekonany, że podanie przez funkcjonariuszy wspomnianych okoliczności, było efektem braku świadomości, że to o czym zeznają, tak naprawdę świadczy o stosowaniu przez nich niedozwolonych przez prawo nacisków i wywierania presji na przesłuchiwanych.

Wydaje mi się, że gdyby nie zbytnia wiara w obiektywizm przedstawionego przez prokuraturę materiału dowodowego, to być może sąd dostrzegłby, że pierwsze, czyli dla sprawy najbardziej istotne, wyjaśnienia i zeznanie odbywały się w warunkach całkowicie ograniczających swobodę wypowiedzi, a tym samym nie mają praktycznie żadnej wartości dowodowej w zakresie udziału i współwiny Wojciecha Pyłki. Ponadto, co również sąd winien wziąć pod rozwagę, żaden protokół z przesłuchania Bogumiłą K. i jego konkubiny Moniki S., prowadzonego przez funkcjonariuszy Policji, nie odzwierciedla w istocie tego, co mogliby oni powiedzieć, gdyby tuż przed przesłuchaniem nie byli za każdym razem poddawani tak zwanemu rozpytaniu, mającym w rzeczywistości na celu, uzyskanie oczekiwanych przez policjantów treści.

Bogumił K. i Monika S. zostali zatrzymani przez funkcjonariuszy z Komisariatu V 24 kwietnia 2008 roku niedługo po godzinie 10:00 i przywiezieni do tegoż komisariatu, a następnie do Komendy Miejskiej na ul. Mazowieckiej. Zanim jednak zostali przesłuchani – a podkreślam, że wszystko, co tu przedstawiam, oparte jest na dokumentach procesowych znajdujących się w aktach sprawy – poddawani byli czynnościom wspomnianego rozpytania, trwającego w przypadku Bogumiła K. do godziny 15:20, czyli do czasu kiedy rozpoczęło się oficjalne przesłuchanie, zakończone o 16:55. Protokół przesłuchania zawierający dwie i pół strony tzw. treści merytorycznej, spisany został przez policjantkę językiem, którym Bogumił K. absolutnie się nie posługuje, ponieważ jego zdolności intelektualne (potwierdzone kilkoma ekspertyzami biegłych sądowych) wykluczają całkowicie taką możliwość. A przesłuchanie na dodatek nie było utrwalone przy pomocy urządzeń audiowizualnych, co pozwala mi wyrazić przypuszczenie graniczące z pewnością, że w istocie nieszczęśnik ten nie miał chyba pojęcia, co podpisuje, ponieważ praktycznie pisać i czytać nie potrafił. Ma to zresztą potwierdzenie w samym tym protokole, gdzie jak byk stoi, że podpisał go po tym, jak jego treść została mu odczytana. Ale to nie wszystko, ponieważ z treści protokołów przesłuchanych policjantów wynika, że w tych wielogodzinnych rozpytaniach, które nie były w żaden sposób utrwalane jakimkolwiek zapisem, brało jednocześnie udział wielu funkcjonariuszy, zadających mu jednocześnie ileś tam pytań, co w jednym z przesłuchań określone zostało, jako panujący w pomieszczeniu harmider.

Jeszcze bardziej „ciekawie” wyglądało rozpytanie i przesłuchanie Moniki S., zatrzymanej razem z Bogumiłem K., co odbyło się, w identycznych warunkach, o wiele godzin dłużej. Bo dopiero o godzinie 21:50 zaczęto ją przesłuchiwać, a samo przesłuchanie skończyło się o 23:53. Tyle więc czasu (od 10:00 do 23:53) trwało maglowanie kobiety, która nie była świadkiem żadnego przestępczego działania nie tylko jej konkubenta, ale przede wszystkim Wojciecha Pyłki, którego w ogóle nie znała, w życiu widziała jedyny raz i to na dodatek z pewnej odległości i nie był to moment zabójstwa Laskowskiego, opisywany przez Bogumiła. Podkreślić przy tym muszę, że z przesłuchania złożonego przez nią w sądzie wynikało, iż od momentu zatrzymania, dopiero w trakcie przesłuchania podano jej coś do picia, bo przez cały dzień możliwości tej była pozbawiona. No i oczywiście przez ten cały czas pozbawiona była też możliwości skorzystania z posiłku.

Ale nawet nie to jest aż tak istotne, bo najważniejszym jest to, że w tym czasie, aby zachować zdolność normalnego psychicznego funkcjonowania, musiała zażywać lekarstwa, przypisane jej przez lekarzy podczas niedawnego pobytu w Szpitalu Psychiatrycznym w Lądku Zdroju, z którego wróciła dwa dni przed domniemanym dniem zabójstwa Laskowskiego. I jak się okazało, w dniu zatrzymania nie zdążyła lekarstw tych zażyć, a przy sobie ich nie miała, o czym informowała policjantów, którzy ją rozpytywali i przesłuchiwali.

Tak więc w oczach prokuratury i sądu wyglądało zapewnienie dobrowolności i swobody składania wyjaśnień i zeznań, które jako jedyne zaważyły o losie Wojciecha Pyłki, ponieważ prokuratura nie była w stanie przedstawić żadnego innego dowodu, wskazującego na jego sprawstwo, a sądowi I jak i II instancji absolutnie to nie przeszkadzało. Ale o tym co i jak zeznawała ta para (i nie tylko) mowa będzie w następnych odcinkach i gwarantuję, że Czytelnicy nie raz jeszcze zostaną zaskoczeni, o ile nie zbulwersowani.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

W poprzednim odcinku wyraziłem przekonanie, że 31 stycznia 2008 roku w mieszkaniu Janusza Laskowskiego nie przeprowadzono żadnych oględzin, ponieważ czynności tej dokonano dopiero 24 kwietnia 2008 roku, w wyniku postanowienia wydanego przez nadzorującą śledztwo prokurator. Przypomnę, że przeszukanie to nie miało najmniejszego sensu, ponieważ 27 lutego mieszkanie Laskowskiego zostało dokładnie opróżnione z wszystkiego tego, co się w nim w chwili ujawnienia zwłok znajdowało. A jednak w aktach sprawy znajduje się protokół przeszukania tego mieszkania, który, jak wspominałem nie zawiera niczego, a jedynymi konkretami są ujawnione w nim dwa „fakty”, z których jeden dotyczy ułożenia dłoni denata, które opisał w sposób następujący: „Palce obu dłoni ma włożone między pętlę a szyję”. To wszystko. Fotografii oczywiście nie ma.

Śmiem twierdzić, że to właśnie to króciutkie zdanie, było jedynym powodem, dla którego zdecydowano się na tak zadziwiające posunięcie. Ale zanim przedstawię mocne poszlaki, wskazujące na nieprawdopodobny procesowy przekręt, powołam się na fragmenty zeznań Jerzego Ch., który jako jedyny spośród tych, którzy widzieli wiszące zwłoki, został przesłuchany. Policjant, który wszedł z Jerzym Ch. do mieszkania przesłuchany oczywiście nie został, ani w toku śledztwa, ani też w czasie postępowania przed sądem. Drobiazg? Według mnie raczej skandal. Jerzy Ch. zeznał podczas śledztwa, że nie pamięta ułożenia rąk wiszącego kolegi, ale kiedy w sądzie odczytano mu fragment protokołu oględzin miejsca znalezienia zwłok, w którym zapisano, że dłonie denata trzymają oburącz pętlę, to wówczas zeznał, że : „(…) Nie przypominam sobie takiej sytuacji z ułożeniem w ten sposób rąk Janusza. (…) być może, że wydawało mi się, że ręce miał wzdłuż ciała. Jednak wydaje mi się, że bliższe temu, co pamiętam jest to, że właśnie w ten sposób ręce miał ułożone.(…)”.

Jest to zapis zeznań świadka, który w sądzie znajduje się pod naciskiem pytań prokuratora i oskarżyciela posiłkowego, którzy z całą mocą prą do uzyskania potwierdzenia tego, że denat wisiał z rękami chwytającymi pętlę. Tych, którzy na salach sądowych nie bywają i nie wiedzą, jak powstaje protokół z rozprawy, informuję, że protokolantka (bo zazwyczaj to kobieta) nie zapisuje tego, co mówią zeznający (tak jak to jest praktykowane w sądach amerykańskich), tylko to, co jej do protokołu dyktuje sędzia przewodniczący. A sam wielokrotnie słyszałem, że to co dyktuje, nie całkowicie oddaje to, co zeznający mówił, zwłaszcza kiedy nie posługuje się zdaniami zbudowanymi zgodnie z zasadami języka polskiego. Mówiąc więc językiem zrozumiałym dla wszystkich, Jerzy Ch. nie potwierdził tego, co w protokole zapisał policjant, a policjanta nie wezwano na świadka, zapewne z obawy, że np. obrońca mógłby go przemielić pytaniami, dotyczącymi faktu sporządzenia przez niego tak kuriozalnego protokołu.

Mógłby go też zapytać, dlaczego protokół ten nie zawiera żadnego oznaczenia, że z jego treścią zapoznał się jakikolwiek jego przełożony, a zwłaszcza funkcjonariusz z pionu dochodzeniowego. Zresztą nie wyobrażam sobie, aby w normalnych warunkach taki protokół mógłby być włączony do akt, bez adnotacji nakazującej natychmiastowe powtórzenie czynności oględzinowych, zgodnych z procesową procedurą, która w żadnym przypadku nie może być przecież zlekceważona. Według mnie – przecież wieloletniego naczelnika wydziału kryminalnego KWP – taki brak nadzoru nad czynnościami procesowymi w śledztwie, to nic innego jak czyny zahaczający o art. 231 k.k., stanowiący o niedopełnieniu obowiązku służbowego na szkodę interesu publicznego, czyli na szkodne wymiaru sprawiedliwości.

Aby już nie przedłużać, wyjaśnię, o co – według mnie – chodziło.

Otóż wszystkie te „procesowe cuda” miały na celu wykazanie, że Janusz Laskowski został powieszony przez Wojciecha Pyłkę, który broniąc się przed tym, chwytał się rozpaczliwie za pętlę, próbując rozluźnić jej śmiertelny ucisk. Przypomnę, że miał się tak bronić, znajdując się w stanie kompletnego upojenia alkoholowego, co zostało potwierdzone specjalistycznym badaniem, wykazującym stężenie alkoholu w wysokości 3,1‰ we krwi i 3,6‰ w moczu. Tymczasem, jak czytam na stronie Kliniki Psychiatrycznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, stężenie alkoholu w granicach 3 - 4 promili powoduje pogłębiające się zaburzenie świadomości prowadzące do śpiączki oraz upośledzenie odruchów i czucia. Warto też wiedzieć, że w pierwszych dwóch dniach po śmierci zawartość alkoholu we krwi zwłok zwykle spada przeciętnie o 5 do 6%, a po 24 godzinach może się obniżyć nawet o 10%. Natomiast w ciągu dalszych dni spadek ten bywa jeszcze znaczniejszy i czwartego dnia może osiągać 20 do 25%. Krew ze zwłok Janusza Laskowskiego do badań pobrano 6 lutego, a więc 19 dni od zgonu.

Warto więc zwrócić uwagę, że moment powieszenia Laskowskiego przez Pyłkę, przesłuchiwany w prokuraturze 25 kwietnia, Bogumił K. opisuje następująco :”(…) W tym czasie Janusz odzyskał przytomność i zaczął się bronić. Jak „Jajo” (Pyłka – JB) zakładał mu pętlę to Janusz dalej leżał na ziemi. On odrywał tę pętlę od szyi i wołał „pomocy” i „ratunku” (…) On miał ręce włożone w tą pętlę, tak jakby chciał ją rozerwać. Włożył je wtedy jak się bronił kiedy leżał na ziemi, (...).” A więc człowiek spity do nieprzytomności według prokuratury i sądu miał świadomość tego, co się wokół niego dzieje i walczył ze swoim zabójcą, wołając głośno i rozpaczliwe o pomoc. Dla mnie to wystarczające, aby zapytać, czy nie był to moment, by ktoś stuknął się w głowę. Ale w głowę nikt się nie stuknął (nawet obrońca z urzędu), a sąd w uzasadnieniu wyroku, stwierdził z wielkim przekonaniem, że Bogumił K. wyjaśnienia swe składał dobrowolnie i w warunkach pełnej swobody wypowiedzi. Oczywiście chodzi o te wyjaśnienia, w których się do obecności przy zabójstwie przyznawał. Jednakże bardzo szybko się z tego wycofał, twierdząc, że znajdował się pod wielką presją policjantów, w co sąd oczywiście mu już nie uwierzył, chociaż utrzymywał to, aż do ostatniego dnia procesu.

Wiara sądu opierała się przede wszystkim na tym, że Bogumił opowiadał o tych dłoniach trzymających pętlę, co policjant opisał w swym protokole oględzin mieszkania i zwłok. Warto więc przy tym podkreślić, że zanim Bogumił zaczął składać wyjaśnienia, był poddany wielogodzinnej „obróbce” w postaci tzw. policyjnego rozpytania, czyli nieprotokołowanej, ani nie utrwalanej w inny sposób pozaprocesowej czynności, czego w ogóle nie kryli przesłuchani w tej sprawie policjanci. I tak funkcjonariusz biorący udział w tymże rozpytaniu, zeznał przed sądem w rozbrajający sposób, że podczas tej „luźnej rozmowy” podał Bogumiłowi K. pewne fakty, a w tym i taki, że Janusz miał ręce gdzieś w okolicach pętli. Mówił mu, że ”pewnie tam byłeś, pociągnęliście za linę, a on włożył ręce. W pewnym momencie K. potwierdził to, co powiedziałem, mówiąc, „no, tak było”. Policjant zeznał to przed sądem, a sąd na to nie zwrócił najmniejszej uwagi. Ale ja zwróciłem i dzięki temu wiem, do czego potrzebny był ten kuriozalny protokół oględzin, w którym policjant napisał, że dłonie denata trzymały pętlę. W następnym odcinku napiszę dokładniej, czym są w istocie te rozpytania, dlaczego Bogumił K. tak łatwo potwierdzał to, co mówili mu policjanci i dlaczego się z wcześniej złożonych wyjaśnień wycofał.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Zanim rozwinę moje kolejne wątpliwości, rodzące się w trakcie lektury akt procesowych jak króliki w australijskim buszu, przypomnę, że rzecz będzie dotyczyć oględzin mieszkania Janusza Laskowskiego, przeprowadzonych przez policjanta z Komisariatu V o godzinie 16-tej w dniu 31 stycznia 2008 roku. A także tego, dlaczego mam uzasadnione podejrzenie, graniczące z pewnością, że faktycznie żadnych oględzin w dniu tym nie przeprowadzono, a te które miały miejsce, zostały przeprowadzone w innym terminie.

Wątpliwość pierwsza, co do tego faktu, wynika z tego, że w aktach procesowych nie znajduje się ani jedna fotografia, przedstawiająca wygląd pomieszczeń oraz znajdujących się tam przedmiotów, ani też wiszących zwłok, nie wspominając już o tym, iż z protokołu tego wynika, a nie ma żadnego innego dokumentu procesowego w tej materii, że nie zabezpieczono nawet linki, na której wisiały zwłoki, co w procesie karnym jest warunkiem sine gua non, czyli warunkiem niezbędny dla celów dowodowych. Każdy kumaty obrońca taki protokół oględzin powinien już w pierwszym dniu procesu zakwestionować. Tak się jednak nie stało. Dlaczego? Niech Czytelnicy sami sobie odpowiedzą. Ale nie tylko obrońcy można o to pytać, ale także i przede wszystkim nadzorującej śledztwo pani prokurator (aby wstydu oszczędzić nie wspomnę nazwiska), która widać takimi pierdołami głowy sobie nie zawracała, co również udzieliło się wszystkim sędziom, jacy się sprawą Pyłki ponoć zajmowali z poszanowaniem zasad wynikających z art. 7 k.p.k., mówiącego min. o tym, że wszystkie dowody winne być oceniane z uwzględnieniem zasad prawidłowego rozumowania, wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego. Łapię się za głowę, kiedy staram się wyobrazić sobie poziom tej wiedzy i doświadczenia życiowego, o zasadach prawidłowego rozumowania nie wspominając.

Ale wracam do linki, na której ponoć wisiały zwłoki Janusza Laskowskiego. Piszę „ponoć”, bo tak naprawdę to nie jest wiadomo w jaki sposób znalazła się w materiałach dowodowych, skoro nie została procesowo zabezpieczona na miejscu zdarzenia, ani też podczas sekcji zwłok. Nota bene, w protokole z sekcji na jej temat nie ma ani jednego zdania. A przecież w każdym śledztwie dotyczącym zabójstwa przez powieszenie, taką linkę bada snadzwyczaj skrupulatnie i to nie tylko jej końcówki, aby ustalić, czy i czym były przecinane, ale także sposób sporządzenia pętli (związania supła na szyi i belce), porównania bruzdy wisielczej do jej parametrów, jak i samą linkę pod kątem ujawnienia znajdujących się na niej śladów biologicznych. Bo jeżeli Wojciech Pyłka miał powiesić Janusza Laskowskiego w ten sposób (jak przyjęto w akcie oskarżenia i w wyroku), że najpierw założył pętlę na szyję, a następnie całkowicie bezwładne ciało pijanego w sztok (stężenie alkoholu etylowego we krwi wynosiło 3,1 i 3,6 w moczuJanusza podciągał linką do góry, to bez żadnych wątpliwości należy przyjąć, że na tej lince ślady takie winny znajdować się w każdym miejscu, w którym Pyłka musiał kolejno ją chwytać, aby to ciało w górę wywindować.

Wydawać by się mogło, że w takim razie linka ta winna być jednym z podstawowych dowodów wskazujących na sprawstwo Wojciecha Pyłki. Nic z tych rzeczy. Żaden taki dowód nie został wymieniony w uzasadnieniu wyroku, ale nie ma się czemu dziwić, ponieważ biegli z Zakładu Medycyny Sądowej AM we Wrocławiu jednoznacznie stwierdzili,że „zabezpieczone na lince ślady biologiczne mogły pochodzić od Laskowskiego lub innych osób, z wykluczeniem Wojciecha Pyłki i Bogumiła K.” Proszę czytelników, aby o tej konkluzji nie zapomnieli.

Tak więc linka ta jest, a jakby jej nie było. Dlaczego?

Ano dlatego, że jedynym zapisanym w procesie dowodem jej istnienia, jest pkt 2 w wykazie dowodów do ujawnienia na rozprawie, znajdujący się w pkt III aktu oskarżenia. Ale skąd się dowód ten tam wziął, zgadnąć nie trudno, jeżeli się zna dalsze rewelacje wynikające z zebranego w śledztwie materiału procesowego. Otóż, opierając się na własnej analizie materiałów procesowych, opartej na zasadach prawidłowego rozumowania, wskazań wiedzy i własnego doświadczenia zawodowego oraz życiowego, stawiam tezę, że 31 stycznia 2008 roku, przebywający w mieszkaniu Laskowskiego policjant z Komisariatu V, żadnych oględzin nie przeprowadził, a protokół datowany na ten dzień i znajdujący się w aktach, został sporządzony dopiero po 24 kwietnia. Tę zdawałoby się karkołomną tezę, uwiarygadniają jednak zdarzenia, jakie rozegrały się w dniu, w którym Bogumiła K. dowieziono przed oblicze nadzorującej śledztwo prokurator, która 18 lutego 2008 roku wydała postanowienie o jego wszczęciu z art. 151 k.k., uznając, iż zachodzi uzasadnione podejrzenie, iż Janusz Laskowski targnął się na własne życie w efekcie czyjeś namowy lub lub udzielenia mu w tym pomocy. Mimo tego, że zostało wszczęte, 27 lutego 2008 r. prowadzący je policjanci wydali wałbrzyskiemu MZB klucze do mieszkania Janusza, w rezultacie czego pracownicy tej instytucji (po powiadomieniu Prokuratury, Policji i Straży Miejskiej), dokładnie je wysprzątali, a wszystkie znajdujące się tam rzeczy wywieźli do magazynów MZB. Na szczęście, co będzie miało później naprawdę spore znaczenie, z czynności tych sporządzili stosowny protokół i wykonali kilka kolorowych fotografii. Przez kilka miesięcy w sprawie tej nic się prawie nie działo, aż 24 kwietnia zatrzymano Bogumiła K. i jego konkubinę Monikę S., co zresztą było efektem kuriozalnych wręcz wydarzeń, których głównymi aktorami byli wałbrzyscy policjanci z Komisariatu V i ich koledzy z KMP. Następnego dnia Bogumił K. został dowieziony do Prokuratury Rejonowej celem przesłuchania go w charakterze podejrzanego, a więc przedstawiono też prokurator akta sprawy, sporządzone przez prowadzącą śledztwo policjantkę z tego komisariatu.

I tu zaczynają się moje domysły, oparte na wartościach wskazanych w przywołanym wyżej art. 7 k.p.k., które pozwalają postawić mi tezę, opartą na analizie dokumentacji i chronologii zdarzeń, że niewątpliwie prokurator zauważyła, w aktach sprawy nie ma protokołu oględzin miejsca zdarzenia i dlatego wydała poplecenie uzupełnienia tej podstawowej czynności procesowej. Na miejsce domniemanego przestępstwa udała się dwójka funkcjonariuszy z KMP (dochodzeniowiec i technik kryminalistyki), którzy o 1140 rozpoczęli oględziny pustego i wysprzątanego mieszkania, w efekcie czego zabezpieczyli kawałek walającej się po podłodze linki, dzięki czemu mogła się ona znaleźć na wykazie dowodów rzeczowych. Oględziny te zakończono o 1210 i dopiero po tym, o godzinie 1221 prokurator przystąpiła do przesłuchania Bogumiła K. i postawienia mu zarzutów. I tylko w taki sposób można wytłumaczyć przeprowadzenie oględzin mieszkania po tym, jak zostało ono wysprzątane i opróżnione z wszystkiego, co się w nim 31 stycznia znajdowało? Dlatego też, aby nie kompromitować tego całego, pożal się boże śledztwa, zdecydowano się na wprowadzenie tego fikcyjnego dokumentu, datowego na 31 stycznia 2008 roku. I jestem całkowicie przekonany, że o tym „myku” nadzorująca śledztwo prokurator nie wiedziała, bo mi się nie chce wierzyć, aby wiedzieć o tym mogła. W kolejnym odcinku przedstawię dalsze poszlaki uzasadniające moją tezę. I nie tylko .

 

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

W poprzednim odcinku wskazałem na istotne, ale niedostrzeżone w śledztwie i procesie fakty, które wiarygodnie uzasadniają twierdzenie, że śmierć Janusza Laskowskiego miała miejsce w godzinach popołudniowych 25 stycznia, na co istnieją konkretne dowody. Czas więc najwyższy ku temu, aby opowiedzieć, jak sprawa tego zabójstwa się zaczęła i jak przebiegała. Otóż zaczęła się od tego, że 31 stycznia Jerzy Ch., zaniepokojony świecącymi się od 25 stycznia światłami w oknach mieszkania Janusza, ze swoimi obawami podzielił się z Danielem P., który mieszkał na parterze tego samego co Janusz budynku. Ponieważ obydwoje nie widzieli go od kilku dni, weszli po drabinie i przez szyby okienne zauważyli, że kołdra na stojącej naprzeciw okna wersalce, ułożona jest w taki sposób, jakby spod niej wystawały ludzkie nogi.

O swoim podejrzeniu, że sąsiad nie żyje, powiadomili dyżurnego Komisariatu V Policji, który pod wskazany adres skierował funkcjonariusza z pionu prewencji tej jednostki. Ponieważ nikt nie reagował na pukanie do drzwi, policjant zdecydował się na wezwanie pracownika Miejskiego Zarządu Budynków z rejonu dzielnicy Biały Kamień, który wyważył je przy użyciu łomu. Oględziny dwóch zamków (podklamkowy i zatrzaskowy) wskazały, że drzwi były zatrzaśnięte, co jak zeznawali później świadkowie, było zwyczajem Laskowskiego. Nie musiał ich zamykać, ponieważ od strony klatki schodowej nie było klamki i drzwi można było otworzyć jedynie odpowiednim kluczem. Do mieszkania wszedł funkcjonariusz policji i towarzyszący mu Jerzy Ch. I w tym miejscu mamy do czynienia z pierwszym niewyjaśnionym, a istotnym pytaniem, które brzmi następująco: o której konkretnie godzinie policjant i towarzyszący mu Jerzy Ch., weszli do mieszkania? Niestety, w żadnym dokumencie nie ma o tym najmniejszej informacji, a prokuraturę i sąd jakoś mało to obchodziło. Ale nie mnie. Dla mnie jest to problem, że tak powiem o zasadniczym znaczeniu. Dlaczego? Cierpliwości, jeszcze o tym będzie.

Widomym jest, że funkcjonariusz policji do budynku, w którym mieszkał Laskowski przybył o godzinie 11-tej, co potwierdza własnoręcznie sporządzoną notatką urzędową. Nie wiadomo natomiast, o której godzinie przybył wezwany pracownik ADM, ale myślę, że od wezwania do przybycia nie mogło upłynąć zbyt wiele czasu, bo gdyby tak było, to policjant zapisałby w notatce, że przez długi czas oczekiwał pod budynkiem na przybycie pomocy z MZB. Nie byłem w stanie tego ustalić, ponieważ policjant w ogóle nie został przesłuchany w charakterze świadka (a było to konieczne, o czym będzie dalej), a pracownika MZB (przesłuchanego dopiero 20 czerwca) nikt po prostu o to nie zapytał.

Faktem natomiast jest, że wysłany z Komisariatu funkcjonariusz dopiero o godzinie 16-tej dokonał oględzin mieszkania i zwłok, z czego sporządził protokół dotyczący tej czynności. I tenże protokół jest jednym z wielu „dziwów” występujących w tej sprawie. Przede wszystkim zwraca uwagę to, że liczy on zaledwie półtorej strony ręcznie pisanego tekstu, ale oględziny trwały do 17.30. Niby nic dziwnego, bo przecież są one bardzo czasochłonne (wiem coś o tym, bo sam niezliczoną ilość razy miałem z tym do czynienia), ponieważ wymagają drobiazgowego opisania wszystkiego tego, co w miejscu zdarzenia się znajduje, gdzie się znajduje, jak wygląda itp., itd. Tymczasem w tym przypadku protokół zawiera nic nie mówiący bardzo ogólny opis mieszkania oraz również bardzo ogólny opis przedmiotów jakie się tam znajdowały i jeden jedyny istotny fakt, który policjant zauważył. Otóż zauważył on, że „Denat pętlę ma na szyi w przedniej jej części sznur biegnie za uszami w górę i pod brodę. Palce obu dłoni dłoni ma włożone między pętlę a szyję.”

Co policjant porabiał w tym mieszkaniu od 11.00 do 16.00 nie wiadomo i nikogo to nie interesowało, co mnie na początku wydawało się czymś niesamowicie dziwnym. Ale później zrozumiałem i wszystko stało się jasne. 

Ten przytoczony wyżej fragment protokołu, jak się później okaże, ma dla całej tej sprawy zasadnicze wprost znaczenie, o czym również później będzie mowa. W tej chwili jednak inna rzecz wydaje mi się najważniejsza. Otóż policjant z V Komisariatu nie wykonał żadnej fotografii, ani poszczególnych pomieszczeń, ani rzeczy jakie się w nich znajdowały, ani też – co jest w tym najważniejsze - fotografii wiszących zwłok, ułożonych rąk i nóg – uwaga, uwaga – opartych stopami o podłogę i lekko ugiętych w kolanach. Wprost niesamowite. Nie można tego tłumaczyć brakiem aparatu fotograficznego, ponieważ w takim przypadku powinien powiadomić oficera dyżurnego, aby przysłał mu do pomocy chociażby tylko technika kryminalistyki z takim urządzeniem. Albo powinien wykonać fotografie, używając chociażby telefonu komórkowego, bo zakładam, że w 2008 roku chyba każdy funkcjonariusz posiadał taki telefon z funkcją robienia zdjęć.

Ponadto na usta ciśnie mi się pytanie, dlaczego oględzin tych dokonał funkcjonariusz pionu prewencji, nieupoważniony przecież do przeprowadzenia czynności procesowych i dlaczego w aktach sprawy nie ma żadnej dokumentacji, sporządzonej przez grupę policjantów, którzy po tym, jak zabrano zwłoki, przybyli z walizeczkami do budynku. Wyraźnie mówi o tym fakcie wspomniany Jerzy Ch., który zeznając nie mówi o pojedynczym funkcjonariuszu, tylko używa liczby mnogiej, mówiąc o „przybyciu policji” i następnie o czynnościach wykonywanych w mieszkaniu „przez policjantów”. O jakich czynnościach mowa nie wiadomo, bo nikt z przesłuchujących go o to nie zapytał. Od razu podkreślam, że przesłuchanie na tę okoliczność, tego tak ważnego świadka, miało miejsce dopiero 4-go lipca, mimo że oględziny miały miejsce – jak wynika z protokołu – 31 stycznia 2008 roku. Nikt nie zapytał o to również policjanta, który sporządził protokół oględzin.

Można by przyjąć, że Jerzy Ch. używał liczby mnogiej, bo potocznie mówi się, że „przyjechała policja”, w sytuacji, kiedy faktycznie przyjechał tylko jeden jej funkcjonariusz. Ale w tym przypadku, jest jeszcze jedno zeznanie, z którego wprost wynika, że policjantów na miejscu zdarzenia było kilku. Otóż dopytywany przez sąd, Jerzy Ch. 9 lipca 2009 roku zeznał, co następuje W mieszkaniu pozostał policjant. Panowie z administracji oraz ja wyszliśmy. Wiem, że pojawiła się w pewnym momencie ekipa policyjna, byli panowie z jakimiś walizeczkami, ale bardzo szybko też pojawiła się ekipa zakładu pogrzebowego.” Określenie "panowie z walizeczkami" wskazuje wprost na policjantów z dochodzeniówki i kryminalistyki. Wiem, bo niezliczoną ilość razy miałem okazję takie ekipy na własne oczy oglądać. Czy więc ktoś z kogoś robi wariata, czy o drogę pyta? Bo ja się pytam, gdzie jest jakakolwiek dokumentacja procesowa dotycząca tego faktu? Gdzie są wyciągi z książki wydarzeń prowadzonej przez oficera dyżurnego w KMP jak i w Komisariacie. Bo wysłanie takiej ekipy w książce wydarzeń musiało zostać odnotowane. Dlaczego więc nikt nie sprostował tego fragmentu zeznania Jerzego Ch? Przecież gdyby tak nie było, można by to bez trudy udowodnić na podstawie dokumentacji prowadzonej na stanowisku oficera dyżurnego w KMP i Komisariacie.

Ale o tym, co na ten temat sądzę i jakie dowody jestem w stanie wskazać, będzie w następnym odcinku. Dziś tylko, dla zachęty, aby dalej śledzić losy tej nieprawdopodobnej wręcz historii, postawię pytanie. Z jakich powodów, wiele miesięcy po tych pierwszych oględzinach, po tym jak mieszkanie zostało dokładnie przez MZB wysprzątane, policjanci w wałbrzyskiej dochodzeniówki przeprowadzili jego ponowne oględziny, dokumentując, że zastano tylko cztery ściany i kawałek linki wisielczej, walającej się na podłodze? I postaram się udzielić na nie odpowiedzi.

Napisz komentarz (3 Komentarze)