Gdzieś w połowie marca 2018 roku, grubo przed południem, odezwał się dzwonek mojego telefonu komórkowego i kiedy spojrzałem na wyświetlacz, spostrzegałem, że dzwoni do mnie ktoś, kogo nie mam na liście znajomych, i że jest to numer abonencki jakiegoś telefonu stacjonarnego. Po odebraniu połączenia usłyszałem głos nieznanego mi mężczyzny, który się upewnił, czy faktycznie jestem tym kimś, z kim chciał rozmawiać, a kiedy potwierdziłem usłyszałem:

- Nazywam się Wojciech Pyłka1 i dzwonię z Aresztu Śledczego w Świdnicy, gdzie przebywam od ponad 10 lat, skazany za zabójstwo, którego się nie dopuściłem i chciałbym pana ….

- Zaraz, chwila, – przerwałem spodziewając się dłuższego monologu - po pierwsze chciałbym się dowiedzieć, od kogo ma pan mój prywatny numer telefonu, bo nie sądzę abyśmy się wcześniej kiedykolwiek spotkali.

- Proszę pana, powiem panu tak. Numer dostałem od jednego ze skazanych, któremu obiecałem, że nigdy go nie ujawnię. On mi powiedział, że jeżeli już nigdzie pomocy nie będę mógł znaleźć, to mam dzwonić do pana, ponieważ w beznadziejnej sytuacji skutecznie pomógł pan już kilku osobom.

Nie powiem. Słowa te mile połaskotały moją próżność, ale jednak w żadnym stopniu nie zaspokoiły ciekawości. Ponowiłem więc próbę ustalenia tego informatora, ale mój rozmówca powtórzył, że obiecał temu komuś, iż jego nazwiska nie ujawni i chociaż zdaje sobie sprawę, że mogę się do niego z miejsca zniechęcić, to jednak prosi mnie, abym poświęcił mu chwilę swojego czasu. Ponieważ nie przychodziły mi do głowy żadne znajome nazwiska osób mogących aktualnie przebywać w tym Areszcie, dałem sobie spokój w dociskaniu mojego dziwnego rozmówcy, bo przyznam szczerze, trochę mnie zaintrygował. Z drugiej strony zapaliło mi się w głowie ostrzegawcze czerwone światełko, że kolejny już raz wpakuję się w sytuację powodującą, iż wiele mojego czasu zabiorą mi cudze sprawy i to dotyczące kogoś, kogo w ogóle nie znam, kto nawet nie jest znajomym jakiegoś mojego znajomego. Moja nadmierna niekiedy empatia i altruizm, przeradzająca się momentami w syndrom Atlasa2, często pakowała mnie nie tyle w kłopoty, ile pozbawiała możliwości realizowania postawionych sobie celów, dotyczących moich osobistych planów. Czułem więc, że jak się znów dam wplątać w cudze problemy, to siłą rzeczy na bok odejdzie dokończenie tekstu książki, poświęconej głośnej przed laty zbrodni na szczycie góry Narożnik w Parku Narodowym Góry Stołowe, którą w latach 1997 – 2003 starałem się wraz z kolegami z grupy operacyjnej „Narożnik” rozwiązać, czego zresztą nie tylko nam nie udało się dokonać.3

I nie myliłem się, bo przez następnych kilkanaście miesięcy zajmowałem się tylko sprawą, jaką w marcu 2018 roku przedstawił mi Wojciech Pyłka.

- W porządku panie Wojciechu, proszę mi, ale krótko, opowiedzieć o tym swoim problemie, ale najpierw chciałbym pana zapytać, czy pan wie kim jestem, a właściwie byłem?

- Wiem, pan pracował w policji na Mazowieckiej, w kryminalnym. Jest pan tu u nas dosyć popularny i …

- Ok, nie w tym rzecz gdzie i dlaczego jestem popularny, tylko chciałbym panu uświadomić, że kiedy zajmowałem się takimi sprawami, to chyba z kilka setek ludzi bijąc się w piersi, zapewniało mnie o swojej niewinności i w zdecydowanej większości musiałem im później skutecznie udowadniać, że jednak raczyli mnie okłamywać. Tak więc musi zdawać pan sobie sprawę, że takie zapewnienia nie robią na mnie żadnego wrażenia.

- Wiem, ale proszę mnie wysłuchać. Moja sprawa była opisywana w kilku gazetach, w tym w tygodniku „Nie”, więc może pan to wszystko przeczytać. Były też dwa reportaże w telewizji.

- I co, bez skutku? – zapytałem zdziwiony, że ktoś oczekuje ode mnie pomocy, kiedy wcześniejsze interwencje medialne takich potęg jak ogólnopolska prasa i telewizja nie pomogły.

- No nie pomogła, ale ja panu, jeżeli się pan zgodzi, dostarczę kopie całości moich akt, to się sam pan przekona, że jestem ofiarą tego systemu, a w zasadzie ofiarą jednej prokuratorki i paru wałbrzyskich policjantów, którzy strasznie pragnęli odnieść sukces. I odnieśli, wsadzając na 25 lat niewinnego człowieka. Pewnie jeszcze wielkie premie za to dostali.

- Proszę pana, ale jak pan sobie wyobraża tą moją pomoc, kiedy ja nie dysponuję żadnym biurem, nie zatrudniam nikogo do pomocy, ani też nie ma żadnej siły sprawczej – mówiąc to, celowo nie informowałem swego rozmówcy, że jednak pewną bronią dysponuję, a jest nią legitymacja prasowa reportera wałbrzyskiego tygodnika DB 2010, która jednak jakieś sprawcze możliwości mi daje.

- Proszę pana, mi chodzi w zasadzie o to, aby napisał pan dla mnie wniosek do prezydenta o ułaskawienie …

- No cóż – przerwałem mu, nie czekając aż dokończy – mogę napisać, bo nie sprawi mi to żadnych trudności, ale mam do pana pytanie. Czy zdaje pan sobie sprawę, że aby liczyć na prezydencką łaskę, należy się w zasadzie przyznać do zbrodni i wyrazić skruchę. Bez tego ani rusz, bo ….

Tym razem to on przerwał mi prawie w pół słowa.

- Jeżeli tak, to ja rezygnuję. Nigdy się nie przyznam do czegoś, czego nie zrobiłem, a zwłaszcza do zamordowania mojego serdecznego kolegi, jakim był świętej pamięci Janusz. Wolę tu dalej gnić, a się nie przyznam.

Słowa te przypomniały mi od razu historię Radka i Patryka oskarżonych i skazanych za zabójstwo w 2000 roku wałbrzyskiego antykwariusza, którzy woleli przez lata siedzieć za kratami, niż przyznać się do zbrodni i wyjść na warunkowe przedterminowe zwolnienia. We wspomnianej sprawie zabójstwa antykwariusza, w czasie kiedy byłem już na emeryturze, udało mi się w aktach sprawy znaleźć tak istotne błędy procesowe, że w rezultacie skończyło się to wznowieniem prawomocnie zakończonego postępowania i zmianą wyroku. Zdecydowałem się pomóc skazanym, ponieważ w końcówce ich procesu w Sądzie Okręgowym w Świdnicy, sprawa ta została mi przydzielona, abym znalazł trzeciego sprawcę tego zabójstwa, o którym ani wałbrzyscy policjanci, ani Prokuratura nie mieli zielonego pojęcia. Prowadząc ją, udało się w materiale „dowodowym” znaleźć tyle dziur, kłamliwych zeznań i policyjnych manipulacji, że Radkowi i Patrykowi uwierzyłem bez zastrzeżeń.

Rozmawiając z Wojciechem Pyłka, miałem w pamięci tamtą sprawę i dlatego też decyzja moja była krótka.

- Panie Wojtku, niech pan przysyła mi te akta. Zobaczymy, co da się zrobić.

I ta opowieść będzie właśnie o tym, co w tych aktach znalazłem i dlaczego jestem przekonany o całkowitej niewinności tego człowieka. C.d.n. 

1. Wojciech Pyłka wyraził zgodę na posługiwanie się jego imieniem i nazwiskiem oraz innymi danymi, na podstawie których można go zidentyfikować.

2. Określenie postawy, przez którą dotknięta nią osoba ponad własne sprawy stawia potrzeby innych.

3. Od jesieni 2019 roku sprawę tę przejęła do prowadzenia Prokuratura Krajowa Oddział Zamiejscowy w Krakowie, czyli tzw. Krakowskie Archiwum X. Stało się tak po prawie 10-letnich bezskutecznych usiłowaniach wykrycia sprawców przez tzw. Archiwum X we Wrocławiu.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)