Tydzień temu postawiłem, kluczowe moim zdaniem pytanie, dotyczące tego, w którym momencie i w jaki sposób Wojciech Pyłka dostał się do mieszkania Laskowskiego. Dzisiaj postaram się ten problem naświetlić szerzej.

W prowadzonym śledztwie, a także w trakcie trwającego kilkanaście miesięcy przewodu sądowego, ani policjanci, ani prokurator, ani też wreszcie sąd, głowy sobie nie zawracali wyjaśnieniem, w jaki sposób i w którym momencie Wojtek Pyłka wszedł do mieszkania Janusza Laskowskiego. Jak wykazałem w poprzednim odcinku, drzwi do budynku były praktycznie zawsze zamknięte na klucz, w związku z czym do środka dostać się mógł jedynie na cztery sposoby: wejść do budynku wraz z Januszem, wykonać do niego telefon i powiadomić go, że stoi przed bramą, będąc pod oknem rzucać w nie kamykami (jak to robili inni), albo wołać głośno do Janusza, aby go wpuścił. Czy było to możliwe? Otóż, nie i to w każdym przypadku.

Jak zapewne uważny Czytelnik zapamiętał, kiedy Bogumił K. wraz z towarzystwem przyszedł w okolice budynku, spotkał się z Januszem Laskowskim, który był sam i sam – bez żadnego towarzystwa – do budynku wszedł. Moment ten widziała cała czwórka, a więc Pyłka w tym czasie do budynku dostać się nie mógł. Nie mógł też zadzwonić do Janusza informując, że stoi pod bramą, albowiem z tzw. billingu wynika, że w styczniu Pyłka i Laskowski nie prowadzili żadnej rozmowy telefonicznej. Nota bene, moje niesamowite zdziwienie wzbudził fakt, że ani policjanci, ani prokuratura nie zwróciła się o billing telefonu Wojciecha Pyłki.

Jak wcześniej wskazywałem, zaraz po tym kiedy Tomasz Sz. widział przez okno rozmawiającego przez telefon Janusza, całe to towarzystwo odstąpiło od zamiaru dostania się do jego mieszkania i trójka znajomych Bogumiła K. odeszła w stronę Śródmieścia, a on sam udał się do swojej konkubiny na ulicę Grabowską, co miało miejsce po 19:16. O 19:25 pojawił się policyjny patrol, który odjechał o 19:35. Po 36 minutach Laskowski ponownie dzwoni na Policję i kiedy na miejsce przybywa ten sam patrol, na półpiętrze nad jego mieszkaniem „znajduje” chowającego się tam Bogumiła K. Dowodzi to, że pomiędzy 19:35 a 20:11 wrócił on do budynku i znów zaczął dobijać się do drzwi Laskowskiego. Uważny czytelnik zapyta się, a jak on się tam dostał, kiedy brama musiała być zamknięta ?

No cóż. W tym miejscu mogę już tylko opierać się na przypuszczeniach, wynikających jednakże z twardych ustaleń procesowych, ponieważ nikt policjantów nie zapytał, czy opuszczając budynek po pierwszej interwencji, zamknęli drzwi wejściowe, czy też pozostawili je otwarte, chociaż dla śledztwa powinno to mieć zasadnicze znaczenie. A jak wynika z wyjaśnień trójki współpodejrzanych, widzieli oni, jak Laskowski wchodzi do budynku, a więc jest więcej niż pewne, że drzwi wejściowe zatrzasnął. Dlatego wykorzystali moment opuszczenia budynku przez Daniela Pętlika (nazwisko zmienione), który jakiś czas później wyszedł z psem na spacer i zdołali wejść do budynku. Muszę tu podkreślić, że osoba Daniela Pętlika dla ustalenia, jak Bogumił K. et consortes dostali się do budynku, jest kluczowa.

Nie wdając się w szczegóły i w rozważania dotyczące wielu sprzeczności zawartych w protokołach przesłuchania tego świadka (11.04. i 26.05.) z ich treści w powiązaniu z innymi dowodami (czas interwencji policyjnej, zeznania podejrzanych), można wyciągnąć jedyny wniosek, że zanim około 19:00 wyszedł wyszedł z psem na spacer, widział dwóch mężczyzn i jedną kobietę, którzy rzucali kamykami w okno i rozmawiali o jakichś pieniądzach, które ponoć miał im Laskowski oddać. Kiedy wychodził z psem z budynku, osoby te wykorzystały to i weszły do środka. Kiedy wrócił ze spaceru, a musiało to być po 20:35 towarzystwa tego już nie było.

Dowodem na to, że wyszedł z domu przed 19:25 i powrócił po 20:35 jest fakt, że w ogóle nie wspomina o przybyciu policjantów, których dwukrotnej interwencji nie byłby w stanie nie zauważyć. Wynika więc z tego, że Bogumił K. i towarzyszące mu osoby, po wyjściu Pętlika, dobijały się do drzwi mieszkania Laskowskiego do momentu, kiedy pogonił ich mężczyzna, który wyszedł z sąsiedniego mieszkania i zagroził im powiadomieniem Policji. Wówczas wyszli z budynku i to wtedy Tomasz Sz. wspiął się po rynnie i zaglądał do okna Janusza, czyli musiała to być godzina 19:16 – 19:18, czyli w momencie jak rozmawiał on przez telefon ze swoją znajomą, a następnie po tym jak ujrzał w oknie Tomasza Sz., zadzwonił do KMP.

Wszystko też wskazuje na to, że opuszczając budynek Bogumił K. nie zamknął bramy, albowiem zamierzał jeszcze tu powrócić, na co bez wątpliwości wskazują dalsze wydarzenia. Był częstym gościem Laskowskiego i wiedział jak działa zamek zatrzaskowy tych drzwi. Najprawdopodobniej pozwoliło to policjantom, na swobodne wejście do środka podczas pierwszej interwencji. Wychodząc pozostawili bramę tak, jak ją zastali, czyli otwartą, co z kolei pozwoliło Bogumiłowi K. na ponowne wejście do budynku i dobijanie się do drzwi Laskowskiego, skutkujące drugim wezwaniem policji i jej przybyciem o 20:15. Tym razem policjanci zastali Bogumiła K. w środku i kazali mu udać się do własnego miejsca zamieszkania, a sami interwencję zakończyli o 20:35.

Po tym jak opuścili posesję, do domu wrócił Daniel Pętlik, który o 21:30 wyszedł do pracy, zamykając bramę na klucz. Wynika z tego, że od powrotu Pętlika ze spaceru, żaden obcy nie mógł się już dostać do budynku, bez wcześniejszego wywołania (głosem, kamykami lub telefonem) Janusza Laskowskiego. Teoretycznie więc Wojciech Pyłka do mieszkania Laskowskiego mógł dostać się bez problemu pomiędzy godziną 19:25 a 20:15, ale wówczas jest mało prawdopodobne, aby Laskowski będąc w towarzystwie Pyłki, bał się Bogumiła K. i zdecydował się nas ponowną prośbę o interwencję. Można więc przyjąć, – na podstawie logiki wydarzeń - że 23 stycznia Wojciecha Pyłki w mieszkaniu Laskowskiego nie było, co uwiarygodnione – bo na podstawie dowodów procesowych - zostanie w następnych odcinkach.

Na koniec muszę tylko wspomnieć, że takich analiz nie musiałbym przeprowadzać, gdy przesłuchania wszystkich świadków przeprowadzono w profesjonalny sposób, a zebrane dowody oceniono w sposób obiektywny, eliminujący wszelkie nieścisłości, a niekiedy wręcz bzdury. Jednakże nic w tym śledztwie kupy się nie trzymało i widać, że policyjni „fachmani” wcale się tym nie przejmowali. Dlatego w mojej ocenie, zebrany przez policjantów materiał dowodowy, można było spokojnie w buty włożyć. Oczywiście pod warunkiem, że tą wątpliwą ich wartość byłby w stanie dostrzec nadzorujący śledztwo prokurator i na koniec wyrokujący w oparciu o takie „dowody” sąd. Ręce opadają. Ale to, jak na razie, to w dalszym ciągu tylko czubek góry lodowej.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Poprzedni odcinek zakończyłem na drugiej wizycie funkcjonariuszy Policji, którzy przybyli na interwencję po ponownym telefonie Janusza Laskowskiego do oficera dyżurnego KMP. Jednakże, aby zrozumieć poważne wątpliwości, jakie zrodziły się we mnie po przeanalizowaniu całości materiału dowodowego, przedstawionego sądowi przez prokuraturę, muszę przedstawić kilka istotnych zdarzeń, jakie miały miejsce przed pierwszym przybyciem policyjnego patrolu. Jedna z podstawowych wątpliwości wynika z braku odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób Bogumił K. i towarzyszące mu osoby weszły do budynku, w którym mieszkał Janusz Laskowski. Oczywiście jest to pytanie postawione przeze mnie, bo ani policjanci, ani prokurator, ani też sąd - co zresztą budzi moje ogromne zdziwienie – problemem tym w ogóle sobie głowy nie zawracali. Jestem przekonany, że tylko i wyłącznie dlatego, iż problemu tego nikt nie dostrzegł. A ja dostrzegłem i stąd to ja, a nie przedstawiciele wspomnianych organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, na wątpliwości te wskazuję.

Czynię to, aby uczynić zadość jednej z podstawowych zasad procesowych, zwanej in dubio pro reo, wyrażonej w5 § 2 k.p.k., z której wynika, że wątpliwości nie dające się usunąć w drodze czynności dowodowych, sąd musi rozstrzygać na korzyść oskarżonego. W tym przypadku czynności dowodowe wątpliwości tych nie rozwiązały, aczkolwiek mogły i dziwić się tylko można, że nie zostały przeprowadzone. A ponieważ nie ma czegoś takiego jak przypadek, bo to, co za taki uważamy, jest tylko i wyłącznie sumą innych nieprzypadkowych zdarzeń, kołacze mi się po głowie pytanie, z jakich powodów tej niesamowicie ważnej okoliczności nie wzięto pod uwagę. Odpowiedź na nie przedstawię na końcu tej opowieści.

Jak wynika z zeznań nielicznych świadków, którzy z różnych powodów do budynku mieli okazję wchodzić, drzwi wejściowe (tak zwana brama) wyposażone były w zamek zatrzaskowy, który uniemożliwił osobom nie posiadającym klucza, wejść do budynku, a na dodatek nie było tam domofonu. Z tego prostego powodu, gdybym to ja, lub moi podwładni z dawnego wydziału kryminalnego KWP w Wałbrzychu, spraw tą byśmy się zajmowali, to pierwszym naszym pytaniem byłoby, jakie wśród mieszkańców tego bloku panowały zwyczaje, dotyczące zamykania bramy do budynku. Warto tu przypomnieć, że na czas śmierci Janusza Laskowskiego, w budynku poza nim mieszkał Daniel Pętlik (nazwisko zmienione) oraz Dorota Jarzębowska (nazwisko zmienione), a więc nie powinno to policjantom z Komisariatu V i KMP sprawić większych problemów. Ale jak pokazują materiały śledztwa, na temat tych osób nic nie wiadomo, a już zwłaszcza z kim mieszkały, kto je odwiedzał i jak w takich przypadkach wchodził do budynku. Ponieważ brak tego rodzaju informacji, przyjąć można, że wszyscy oni – łącznie z Laskowskim – zamieszkiwali samotnie. Wiadomo jednak, że Pętlik miał psa, a Laskowski kota.

Od razu podkreślę, że sprawa tego kota powinna być bardzo wnikliwie rozpoznana przez śledczych i sędziów. Niestety, nie została rozpoznana. Chodzi o to, że z zeznań świadków wynika, iż Janusz Laskowski nigdy tego kota nie wypuszczał z domu, co jednoznacznie wskazuje na powód takiego zachowania, w więc, że brama z reguły była zamknięta, bo jak wiadomo koty tym się charakteryzują, że zawsze wracają do swojego mieszkania. Tak więc chcąc dać kotu możliwość wypróżniania się poza domem, w przypadku gdyby brama była zwyczajowo zawsze otwarta, Janusz Laskowski powinien kota z mieszkania wypuszczać i spokojnie czekać, kiedy pod drzwiami do mieszkania zacznie miauczeć. Wychowałem się z kotami, więc ich zwyczaje dobrze znam.

Jednak nie tylko kot „powiedział mi”, że brama do budynku była zwyczajowo zamknięta, bo mówi też o tym – niestety tylko w sposób pośredni – siostra Janusza, Teresa Mruczek (nazwisko zmienione), która odnosząc się w trakcie przesłuchania (09.05.2008) do zdarzenia opisanego przez Teresę Jasiek (nazwisko zmienione), zeznała: „Z tego wynika, że K. dalej tam chodził i musiał mieć klucze do tego mieszkania, bo drzwi tam są zatrzaskowe i tylko kluczem od zewnątrz można je otworzyć”. A więc siostra Janusza wiedziała, że bez klucza wejść do budynku się nie da. Szkoda, że policjanta prowadzącego z ramienia KMP to śledztwo, zagadnienie to absolutnie nie interesowało. Zresztą nie tylko ona o problemie z wejściem napomyka, ponieważ wspomniana Teresa Jasiek podczas przesłuchania w dniu 8 sierpnia, zeznała, że kiedy w sprawie kota poszła do Janusza (co miało mieć wg niej miejsce 23 stycznia), to ponieważ drzwi wejściowe były zamknięte, musiała rzucać w okno kamykami, aby wywołać właściciela tego kota. I w tym przypadku policjanta sprawa tych drzwi absolutnie nie interesuje, chociaż powinien ustalić, czy często do Janusza przychodziła i jak wówczas dostawał się do środka budynku.

Prowadzących śledztwo w ogóle nie zainteresowało również i to, w jaki sposób podejrzani dostali się do budynku i tylko w jednym przypadku, na sto procent całkowicie przypadkowo, można w zeznaniach Kingi Sznabach (nazwisko zmienione) znaleźć informację wyjaśniającą, w jaki sposób udało im się dostać pod drzwi mieszkania Laskowskiego. Otóż, przesłuchiwana 29 maja w charakterze podejrzanej, wyjaśniła, że „Boguś wołał tego gościa pod jego oknem, rzucał w okno kamieniami, ale nikt nie otwierał. (…). Potem z bramy wyszedł jakiś gość z psem, otworzył wtedy bramę i my weszliśmy do bloku i poszliśmy pod drzwi na pierwsze piętro.”

Tym „gościem” był Dariusz Pętlik, który przesłuchiwany 26 maja zeznał, że jak wyszedł z psem na spacer, to zamknął drzwi do bramy na klucz. Jak widać nie wiadomo do końca, czy w zwyczaju lokatorów budynku było zamykanie bramy za każdym przypadkiem wyjścia lub wejścia do budynku, czy też być może na drzwiach tych zamontowane było specjalne urządzenie powoduje automatyczne ich zamykanie się. Problem można było rozwiązać w prosty sposób, przesłuchując policjantów, którzy byli dwukrotnie na interwencji i zadając im pytanie, kto ich wpuścił do budynku lub czy brama wejściowa była otwarta.

Ale to nie wszystkie takie kwiatki tego śledztwa, dotyczące wydarzeń mających miejsce 23 stycznia i będę o tym pisał w dalszej cześć tej opowieści. Podsumowując to, co wyżej przedstawiłem, pragnę zwrócić szczególną uwagę na to, iż ustalenie w jaki sposób osoby nie będące lokatorami wchodziły do budynku bez domofonu, ma dla ustalenia związku Wojtka Pyłki z tym zabójstwem kolosalne znaczenie.

W związku z tym zadaję panom policjantom, prokuratorom i sędziom jedno tylko pytanie: kiedy i w jaki sposób Wojciech Pyłka znalazł się w mieszkaniu Janusza Laskowskiego? Bo mnie osobiście nie satysfakcjonuje to, co w śledztwie i procesie przyjęto za pewnik, że drzwi do mieszkania Bogumiłowi K. otworzył właśnie on. Bo według mnie trzeba było to jednak udowodnić, ponieważ zgodnie z art. 168 k.p.k. dowodu nie wymagają jedynie fakty powszechnie znane lub fakty znane z urzędu. Czy obecność Wojciecha Pyłki w mieszkaniu Laskowskiego w dniu 23 stycznia spełniała te kryteria? Myślę, że wątpię, a wątpię bo myślę.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

W poprzednim odcinku do pewnego jego fragmentu wkradł się błąd, dotyczący informacji przekazanej Krystynie K. przez sąsiada jej brata. Prawidłowa treść owego fragmentu brzmi następująco: „Po zdaniu zawierającym informację o „poszukiwaniu Janusza”, przesłuchująca funkcjonariuszka zapisała dziwnie brzmiące krótkie zdanie: „Było to dwa dni jak go szukali”. Zdanie to jest dla mnie bardzo intrygujące z powodu możliwości dwojakiego rozumienia jego sensu. Po pierwsze, można je rozumieć, że szukali go 28 stycznia, czyli 2 dni przed dniem ujawnienia zwłok, albo też dwa dni po tej dacie, czyli 26 stycznia, co dla tej sprawy ma istotne znaczenie.”Sprostowanie to ma istotne zacznie w odniesieniu do innych dat, jakie w sprawie tej pojawiły się w kontekście daty zdarzenia przyjętej przez prokuraturę i sąd. Ale przede wszystkim ma sztandarowe znaczenie dla usytuowania w hierarchii dowodów jedynego prawidłowo udokumentowanego procesowo zdarzenia, co do którego nie można mieć żadnych wątpliwości, jeżeli chodzi o datę, miejsce i przebieg.

Otóż nie ma żadnych wątpliwości, że według Jerzego Chrusta (nazwisko zmienione) 23 stycznia 2008 około 10:00 r. (w środę) Janusz Laskowski pojawił się na krótko w jego biurze, mieszczącym się w sąsiedztwie budynku, w którym Laskowski mieszkał. W tym też dniu dokonał wypłaty 50 zł z bankomatu, ale ani policjantów, ani prokuratora absolutnie nie interesowało, o której godzinie i w jakim bankomacie wyplata ta miała miejsce, co według mnie było jednym z wielu tragicznych błędów popełnionych w tym śledztwie. Natomiast po 12 latach, dzięki Internetowi, bez trudu udało mi się ustalić, że Janusz Laskowski tej wypłaty dokonał w bankomacie znajdującym się na ścianie budynku nr 20 b przy ulicy Słowackiego, a z rachunku bankowego datowanego na 24.06.2008 (w aktach sprawy) wynika, że 23 stycznia żadnej innej wypłaty nie realizował.

Niestety nie ustalono, czy owa wypłata miała miejsce przed, czy po godzinie 10-tej, wiadomo natomiast, że dzień wcześniej (22 stycznia) był mocno pijany, a jego samochód stał zaparkowany pod budynkiem. Natomiast 23 stycznia samochód ten zaparkowany był w innym miejscu, o czym zeznał Jerzy Chrust, który wiedział dobrze, że Laskowski w stanie nietrzeźwym nigdy z samochodu nie korzystał. Można więc sądzić, że do bankomatu na ul. Słowackiego udał się tym samochodem, jednakże na takie założenie nie ma żadnego pewnego dowodu, jak również nic nie wiadomo, co Janusz Laskowski, po tym jak pobrał pieniądze, robił i z kim się spotkał, ponieważ policjantów z Komisariatu V i KMP to zupełnie nie interesowało.

Ustalono natomiast, że w dniu tym pomiędzy 18:00 a 19:00 w okolicy budynku, w którym Laskowski mieszkał pojawili się Bogumił K., Tomasz Sz., Wioletta F. i Kinga Sch., którzy przybyli tam z zamiarem dostania się do jego mieszkania, w celu okradzenia go z pieniędzy. O tym, że Janusz miał w mieszkaniu sporą gotówkę, poinformował ich wcześniej Bogumił K., który w pierwszych dniach stycznia, wykorzystując chwilę jego nieuwagi, dokonał kradzieży kilku tysięcy zł. Kiedy stali w okolicy przystanku MPK, podszedł do nich udający się do domu Janusz Laskowski, który zwrócił się do Bogumiła K. z pretensjami o tę kradzież, ale była to z jego strony spokojna wypowiedź. Wioletta F. zeznała, że w tym czasie wyglądał tak, jakby był pobity, ponieważ na czole miał strupy. Kiedy go spotkali, to miał ze sobą wódkę i mówił, że jest umówiony z jakimś znajomym. Po tej krótkiej wymianie zdań Leszczyński wszedł do bramy budynku, w którym zajmował mieszkanie mieszczące się na I piętrze. Obok niego na tym samym piętrze zamieszkiwała Dorota J., a na parterze Daniel P. Bardzo ważną okolicznością jest fakt, że aby dostać się do środka, trzeba było posiadać klucz, albowiem drzwi wejściowe do budynku wyposażone były w zamek zatrzaskowy, i co również istotne, w budynku nie było domofonu.

W pewnym momencie z budynku na spacer z psem wyszedł Daniel P., więc skorzystali z okazji i weszli do środka, udając się pod drzwi mieszkania Laskowskiego. Zaczęli się do nich dobijać i kopać w nie, chcąc, aby ich wpuścił do środka. Te głośne zachowanie spowodowało, że z mieszkania Doroty J. wyszedł jakiś mężczyzna (niestety, ani policjantów, ani prokuratury nie zainteresowało, kim ów mężczyzna był) i powiedział, że jeżeli nie opuszczą budynku, to on zawiadomi Policję.

Po wyjściu na zewnątrz w okna Janusza rzucali kamykami, a następnie Tomasz Sz. wspiął się po rynnie i zajrzał przez jedno z nich do środka. W tym czasie, a dokładnie o 19:16, Laskowski rozmawiał przez telefon ze swoją znajomą Teresą F., ale Tomasz Sz. uznał, że rozmawia z policją, więc kiedy powiedział o tym swoim kompanom, ci wystraszeni udali się w kierunku Śródmieścia, a Bogumił K. poinformował ich, że idzie do domu na Andersa. Przesłuchiwany później Tomasz Sz. wyjaśnił, że zorientował się, iż Laskowski dostrzegł, że jest podglądany.

Na pewno też z tego powodu rozmowę ze znajomą zakończył i o 19:18 powiadomił oficera dyżurnego KMP, że „do jego mieszkania usiłują dostać się jacyś Cyganie”, co może sugerować, że wcześniej po głosie rozpoznał Bogumiła K. Niestety, rozmowa ta nie wiadomo dlaczego nie została zarejestrowana, a oficer dyżurny nie został przesłuchany. O 19:25 na miejsce przybył policyjny patrol, ale ponieważ Laskowski nie wpuścił policjantów do mieszkania, a w wokół budynku nie zauważyli oni niczego podejrzanego, interwencja o 19:35 została zakończona.

Zaraz po tym (o 19:37) zadzwoniła do niego Iwona S., czyli sąsiadka konkubiny Bogumiła K., w mieszkaniu której po paru miesiącach policjanci zabezpieczyli wieżę HiFi, rzekomo będącej własnością Laskowskiego. Ten jednak ten telefonu nie odebrał. Kiedy o tym w aktach przeczytałem, nie mogłem w żaden sposób zrozumieć (i nie rozumiem tego do dziś), dlaczego ani policjantów, ani prokuratury nie interesowało, z jakiego to konkretnie powodu kobieta ta dzwoniła, bo przecież nie byli żadnymi znajomymi i nie utrzymywali ze sobą żadnych kontaktów. Od razu poinformuję, że ja wyjaśnienie tego jej zachowania w aktach sprawy znalazłem i śmiem twierdzić, że powinno ono dla prokuratury, a już na pewno dla sądu, stanowić istotną przesłankę dla oceny wiarygodności opowieści Bogumiła K., jak i całej konstrukcji oskarżenia Niestety, nikt się tym niesamowicie istotnym faktem w ogóle nie zajął. Twierdzę nieskromnie, że wygląda na to, iż nikt poza mną nie zwrócił na to żadnej uwagi. Będzie o tym mowa w dalszej części tej opowieści.

O 20:11 Janusz Laskowski do KMP ponownie zadzwonił z prośbą o interwencję ponieważ w dalszym ciągu jacyś nieznani mu Cyganie, bez przerwy co 8 – 10 minut, dzwonią do jego mieszkania. Obawiał się, że chcą wejść, ponieważ ma w mieszkaniu sprzęt elektroniczny i telewizory. Informuje dyżurnego również o tym, że nawet wspinali się do jego okien. Ta rozmowa została zarejestrowana i nagranie znajduje się w aktach sprawy, dzięki czemu istnieje dowód, że rozmawiając z dyżurnym Laskowski był trzeźwy. W efekcie tego do budynku o 20:15 ponownie przybywa ten sam patrol i znów nie zostaje wpuszczony do mieszkania. Jednakże tym razem policjanci znajdują na stryszku na poddaszu Bogumiła K., który tłumaczy im, że starał się dostać do Laskowskiego, ponieważ ten przetrzymuje w mieszkaniu, wbrew jej woli, jego konkubinę Monikę S. Funkcjonariusze nakazali mu udać się do domu, a ponieważ żadnych innych osób nie spotkali, o 20:25 zakończyli interwencję.

Co działo się dalej, a działo się wiele, w następnych odcinkach.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Śledzący opisywane przeze mnie, rozgrywające się po 31 stycznia 2008 roku wydarzenia, zapewne zastanawiają się, jak to się stało, że zatrzymany w kwietniu tamtego roku Bogumił K., wałbrzyszanin narodowości romskiej, nie tylko, że pomówił Wojciecha Pyłkę o dokonanie zabójstwa Janusza Laskowskiego, to jeszcze na dodatek, sam przyznał się do współudziału w tej zbrodni. Aby ułatwić czytelnikowi zrozumienie tego w sumie nielogicznego zachowania się Bogumiła, muszę zmienić tok narracji, aby w miarę dokładnie przedstawić całe tło późniejszych działań funkcjonariuszy wałbrzyskiej Policji i udział w tym cyrku, nie obawiam się użycia tego określenia, wałbrzyskiej prokuratury, a w konsekwencji sądów I i II instancji.

Jak już pisałem ujawnienie zwłok miało miejsce 31 stycznia 2008 roku i w tym też dniu o śmierci brata została powiadomiona jego siostra Krystyna K. (dane zmienione), którą przesłuchano jednak dopiero w dniu następnym. Prawdopodobnie z uwagi na to, że samobójczy charakter ujawnionego zdarzenia nie budził policyjnych wątpliwości, przesłuchanie jej było niesamowicie lakoniczne, nie zawierające żadnych istotnych treści, poza tym, że po 23 stycznia nie miała kontaktu z bratem, a jak dzwoniła to nie odbierał on telefonów. Od razu zwrócę uwagę na to, że przesłuchująca policjantka nie widziała żadnej potrzeby, aby ustalić konkretną datę, w której pierwszy raz po tym dniu brat nie odebrał telefonu. Nie dziwię się zresztą, ponieważ jestem przekonany, że brak dociekliwości był efektem przekonania o samobójczym zamachu na życie. Moją uwagę zwróciło też zapisane w protokole zdanie, którego treść jednoznacznie wskazuje, że jest odpowiedzią na postawione jej pytanie. Zdanie to zostało zapisane następująco: „Ja nie wiem gdzie on może mieć dokumenty zawsze miał jej przy sobie w saszetce nie wiem dlaczego tak się stało.”Wynika z niego, że pytanie policjantki dotyczyło ewentualnych powodów, dla których dokumentów Laskowskiego nie znaleziono w mieszkaniu.

Kolejne jej przesłuchanie miało miejsce 4 lutego i z treści protokołu można się dowiedzieć, że 1 lutego udała się wraz z policjantami do mieszkania brata, aby poszukać wraz z nimi dokumenty, których jak z tego wynika policjanci w dniu ujawnienia zwłok nie znaleźli. Dokumentów tych w tym dniu znaleźć jednak nie mieli prawa, albowiem legitymacja osoby niepełnosprawnej, dowód osobisty i prawo jazdy, zostały ujawnione 6 lutego w trakcie sekcji zwłok w kieszeniach ubrania, w jakim zwłoki zostały zawiezione do prosektorium. Fakt ten potwierdza tylko moje przekonanie o tym, że 31 stycznia nie przeprowadzono ani oględzin mieszkania, ani oględzin zwłok, a protokół z 31 stycznia jest dokumentem fikcyjnym, o czym pisałem poprzednich odcinkach.

Krystyna K. w mieszkaniu brata przebywała wraz z funkcjonariuszami Komisariatu V, nie wiadomo jednak ilu ich było, ponieważ żaden z nich nie został nigdy przesłuchany. A wydaje się, że powinni, ponieważ w w protokole zapisano, że czasie kiedy byli w tym mieszkaniu, przyszedł tam sąsiad spod numeru „1” i poinformował ją, że na początku tygodnia Janusza Laskowskiego szukało dwóch mężczyzn i kobieta, których narodowości nie był w stanie określić. Zastanawiam się, dlaczego Krystyna K. tę uwagę o narodowości wtrąciła, ale sądzę, że dlatego, iż musiała być na ten temat jakaś rozmowa, chociaż nie zostało to odnotowane. Można było to wszystko wyjaśnić, prowadząc przesłuchanie w profesjonalny sposób, czego niestety zabrakło i to nie tylko w przypadku tej czynności.

Przesłuchująca policjantka nie była w ogóle zainteresowana, o który tydzień chodzi, ale z całą pewnością przyjąć można, że „sąsiad spod jedynki”na pewno nie miał na myśli 3 lutego (poniedziałek), a jeżeli nie, to zapewne chodziło mu o tydzień już miniony, który rozpoczynał się 27 stycznia. Warto te daty zapamiętać, ponieważ świadek wymienia je po upływie niewielu dni, a więc w czasie, kiedy ma je świeżo w pamięci. Po zdaniu zawierającym informację o „poszukiwaniu Janusza”, przesłuchująca funkcjonariuszka zapisała dziwnie brzmiące krótkie zdanie: „Było to dwa dni jak go szukali”. Zdanie to jest dla mnie bardzo intrygujące z powodu możliwości dwojakiego rozumienia jego sensu. Po pierwsze, można je rozumieć, że szukali go 28 stycznia, czyli 2 dni przed dniem ujawnienia zwłok, albo też dwa dni po tej dacie, czyli 26 stycznia, co dla tej sprawy ma istotne znaczenie.

Wydaje mi się, że w przypadku takiej informacji przekazanej Krystynie K., będący w mieszkaniu policjanci, powinni z miejsca przesłuchać tego sąsiada, którym okazał się Daniel P. Niestety przesłuchany został dopiero 11 kwietnia, a więc po upływie kilku miesięcy od zdarzenia, co na pewno miało niebagatelny wpływ na wartość, a tym samym wiarygodność, jego zeznań. Po czterech miesiącach Daniel P. zeznał, że osoby, o których 4 lutego mówił Krystynie K., do mieszkania Janusza dobijały się 23 lub 24 stycznia, i że byli oni narodowości polskiej, w wśród nich nie było Bogumiła K., którego znał i wiedział, że jest to człowiek o spokojnym charakterze, który pomagał Januszowi i nie był z nim skonfliktowany. Czy na treść tych zeznań nie miały wpływu informacje, jakimi na pewno w tym czasie wymieniał się z Wiesławem K i Jerzym Ch., jak również z innymi osobami, które później przesłuchiwano w charakterze świadków? Wszak temat śmierci Janusza przez jakiś czas był w centrum zainteresowania całego środowiska miejsca jego zamieszkania, gdzie pojawiały się różnego rodzaju rewelacje i domysły. Ile więc warte są wszelkie zeznania uzyskane cztery miesiące po ujawnieniu zwłok, trudno dziś powiedzieć, ale jedno jest pewne, że takie refleksje po głowach sędziów absolutnie się nie błąkały.

Dlaczego się temu nie dziwię?

Wracam jednak do 4 lutego, albowiem w dniu tym przesłuchany został też wspomniany Wiesław K., o którym już pisałem, albowiem to on spowodował, że po zatrzymaniu Bogumiła K., został postawiony mu zarzut rozboju w postaci zaboru wieży HiFi, która w rezultacie okazała się własnością Moniki S., bo wieża faktycznie należąca do Janusza Laskowskiego, została po jego śmierci zabrana z mieszkania do depozytu przez pracowników BOK ZGM.

Trudno mi było na podstawie akt ustalić, z jakiego powodu Wiesław K. został wezwany na przesłuchanie i nie wykluczam, że zgłosił się sam, ale nie mam wątpliwości, że w dniu tym spotkał się w Komisariacie V z Krystyną K., która była przesłuchiwana od 14:30 do 14:45, a Wiesław K. od 14:45 do 15:00 i oboje byli przesłuchiwani przez tą sama funkcjonariuszkę. Iście stachanowskie tempo, ale znów się nie dziwię, ponieważ prowadząca te czynności wyjaśniające policjantka (tak jak i jej przełożeni) nie miała wątpliwości, że w sprawie śmierci Janusza laskowskiego, żadne osoby trzecie nie brały udziału.

Dziwnym jednak wydaje mi się, że przesłuchania te prowadzone po tym, jak 1 lutego ta sama policjantka umorzyła śledztwo (?) z uwagi na niezaistnienie przestępstwa, ale czynności procesowe prowadziła dalej. Dlaczego? Bogumiła K. do śledztwa wprowadził Wiesław K., który 4 lutego zeznał, iż w mieszkaniu Janusza często widywał Cygana o imieniu Bogdan (tak go nazywał), któremu Janusz pomagał trochę finansowo, płacąc mu niewielkie kwoty za jakieś drobne zlecenia. Ponadto około tygodnia przed ujawnieniem zwłok, spotkał go w chińskiej restauracji, gdzie był kelnerem. Było to więc prawdopodobnie 25 (sobota) lub 26 (niedziela) stycznia, a Bogdan był w towarzystwie kobiety narodowości romskiej, o imieniu Monika. Zapytał się go wówczas, co dzieje się z Januszem, ponieważ dzwonił do niego kilkakrotnie, ale nie było żadnego sygnału. Od razu poinformuję, że kiedy sprawdziłem billing telefonu Laskowskiego, stwierdziłem, że Wiesław K. zeznał nieprawdę, ponieważ dzwonił do niego trzykrotnie tylko pomiędzy 01 a 18 stycznia i po tej dacie system operatora nie odnotował żadnej próby połączenia wykonanego z jego telefonu. Dlaczego tak zeznał kilka dni po ujawnieniu zwłok, nie wiadomo, bo nikogo to nie interesowało.

O innych rewelacjach przekazanych przesłuchującej go policjantce z Komisariatu V, o tym, co i kiedy oraz kto od kogo się dowiedział i jaki miało to wpływ na dalsze losy prowadzonego później śledztwa i dlaczego Wiesław K. w moich oczach jest mało wiarygodny, napiszę w następnym odcinku.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

W poprzednich odcinkach przedstawiłem kilka tylko przykładów nieprawidłowości, jakie w mojej ocenie zaważyły na tym, że Wojciech Pyłka został skazany na 25 lat pozbawienia wolności, w sytuacji kiedy nie zostały przedstawione żadne dowody, wskazujące na jego winę. Ba, tego wyroku nie oparto nawet na jakimś, chociażby tylko niewielkim, łańcuchu poszlak, który zresztą może być przyjęty jako podstawa skazania tylko wtedy, jeżeli wsparty jest chociażby tylko jednym dowodem pośrednim, który – jak to się w języku prawniczym mówi – wskazuje na fakt główny. W tej sprawie takim faktem głównym jest zarzucane Pyłce zabójstwa Janusza Laskowskiego, tylko problem w tym, że na fakt ten nic nie wskazuje, ponieważ z obciążających wyjaśnień wycofał się – i to bardzo szybko – bezpośredni jedyny rzekomy świadek zbrodni, czyli Bogumił K., mający zresztą status współoskarżonego.

Jak już pisałem, 31 stycznia 2008 roku na wskutek zawiadomienia złożonego przez sąsiadów Janusza Laskowskiego, do jego mieszkania wszedł funkcjonariusz z Komisariatu V w towarzystwie jednego z zawiadamiających. Po stwierdzeniu, że Janusz Laskowski popełnił samobójstwo przez powieszenie, odstąpiono od dalszych czynności i po przeprowadzonej sekcji zwłok, ciało jego zostało pochowane na jednym z wałbrzyskich cmentarzy. Ponieważ sprzeciw od tej decyzji wniosła jego siostra Danuta M. 18 lutego 2008 prokurator wydał postanowienie o wszczęciu śledztwa (sygn. akt 1Ds 292/08/S), które po czterech dniach powierzył w całości Komisariatowi V Policji w Wałbrzychu. Powodem wszczęcia było podejrzenie, iż do samobójstwa doszło w skutek namowy do targnięcia się na własne życie.

Po tym fakcie w sprawie w zasadzie nic się nie działo, aż do czasu, kiedy 16 kwietnia 2008 roku na Policję zgłosił się jeden ze znajomych Laskowskiego, Wiesław K., który zeznał, że znajdującą się w mieszkaniu państwa S. wieżę stereofoniczną firmy „Schneider”, rozpoznał jako własność Janusza, albowiem wielokrotnie bywając w jego mieszkaniu widział ją stojącą na blacie mebli kuchennych. Ponieważ państwo S. zgodnie z prawdą zeznali, że zabezpieczoną u nich wieżę, kupili za 50 zł od konkubenta ich sąsiadki, czyli Moniki S. i było to prawdopodobnie pod koniec stycznia 2008 roku, policjantom z wydziału dochodzeniowo-śledczego KMP w Wałbrzychu (bo to oni już to śledztwo prowadzili) adrenalina skoczyła tak wysoko, iż podejrzewam, że wyłączyła na długo wszelkie logiczne myślenie. Gdyby nie to, że fakt ten tragicznie wpłynął na życie Wojciecha Pyłki, to całe te zdarzenie określiłbym mianem cyrku, a tropiących „groźnego zabójcę”, Gangiem Olsena. To, co ten swoisty „gang Olsena” wyczyniał, było niestety tragifarsy aktem pierwszym, bo kiedy zapoznałem się z aktami sprawy, po prostu trudno było mi uwierzyć, że coś takiego mogło mieć miejsce.

Po pierwsze, policjanci w ogóle nie zwracali uwagi na to, że nie dysponują protokołem oględzin mieszkania, w którym winno być wyszczególnione, co w nim znajdowało, nie mieli fotografii jego wnętrza, a więc nie wiedzieli, jak wyglądały wszelkie przedmioty w nim się znajdujące. Nie wiedzieli też (chociaż KMP została o tym poinformowana na piśmie), że mieszkanie to zostało 27 lutego opróżnione przez pracowników wałbrzyskiego MZB, którzy nie tylko sporządzili stosowny protokół, ale też na szczęście sporządzili stosowną dokumentację fotograficzną. Przesłuchiwany Bogumił K., zaklinał się, że wieża, jaką sprzedał rodzinie S., była własnością Moniki S., co zresztą ono potwierdzała, mówiąc, iż otrzymała ją od wujka na urodziny. Nie z nami takie numery Brunner, pomyśleli wałbrzyscy fachowcy od wykrywania przestępstw i Monikę S. wzięli w obroty, efekcie czego po jakimś czasie potwierdziła wreszcie, że faktycznie wieża sprzedana przez Bogumiła jej sąsiadom, jest własnością Janusza, więc sukces wydawał się być murowany. Informacja o sprzedaży przez Bogumiła K. wieży „HiFi”, która była własnością Laskowskiego, tak rozpaliła ich umysły i wyobraźnię, że uznali, iż niczego nie muszą już sprawdzać, bo i Bogumił K., w wyniku rozpytania, przyznał się, że wieżę tę po zabójstwie Janusza Laskowskiego, zabrał z jego mieszkania. Ale on oczywiście Laskowskiego nie powiesił, bo uczynił to Pyłka, a on tylko tę wieżę … Ręce się do oklasków powinny składać, gdyby nie to, że balon pękł kilkanaście miesięcy później.

Otóż 15 września 2009 roku zeznając przed Sądem Okręgowym w Świdnicy, w zapewnionych warunkach całkowitej swobody wypowiedzi, nie naciskana przez liczne grono pohukujących na nią funkcjonariuszy Policji, Monika S. zeznała: „(…) Trochę długo mnie tam trzymali. (…) Ja nerwowa wtedy byłam oczywiście, bo nie brałam wtedy tabletki. Mnie rano zabrano z mieszkania i ja nie wzięłam żadnych lekarstw. Ja trzęsłam się strasznie. Ja nie byłam w stanie rozmawiać, tak mnie trzęsło. (…) Ja od razu tłumaczyłam policji, że to jest moja wieża, a nie Janusza. Ja już nie chciałam się kłócić, bo skoro Janusz miał taką samą wieżę to już odpuściłam i powiedziałam, że K. zaniósł wieżę S. Jeszcze raz powtarzam, że ja w sprawie tej wieży już sobie odpuściłam i niech będzie tak jak mówi policja.(…)”.

Nie chciała się już kłócić … słowa te znaczą więcej niż by się mogło wydawać, bo dowodzą, że starała się przekonywać ich, iż jest to jej wieża, że jakichś argumentów używała, więc ich psim – nomem omen – obowiązkiem było dokładne sprawdzenie tego, bo za to nie tylko pieniądze brali, ale też mieli taki prawny i moralny nakaz. Ale widocznie o tym nie wiedzieli, bo chyba ich tego nikt nie nauczył, ani też od nich nie wymagał.

Jakby tego było mało, to przesłuchany wcześniej przed tym samym sądem (31 marca 2009 r.) Wiesław K., po okazaniu mu dokumentacji fotograficznej, sporządzonej przez pracowników MZB w dniu 27 lutego, zeznał, iż „na zdjęciu K-509 widzę, że jest wieża, tę wieżę widziałem u Surowców w mieszkaniu. (...) według mnie to Janusz miał dwie wieże stereofoniczne.” Dodam więc, że na tej fotografii (i na dwóch innych) widać stojące po obu stronach kuchennego blatu dwie wieże stereofoniczne, a jedną z nich świadek ten widzieć miał w mieszkaniu rodziny S. To skąd się w takim razie znalazła w mieszkaniu Laskowskiego po tym, jak Bogumił K. sprzedał ją pod koniec stycznia 2008 za 50 zł temu małżeństwu?

Świadek miał prawo się pomylić, ale organa ściganie nie, bo ich absolutnym obowiązkiem było sprawdzenie, czy faktycznie wieża jaka została zabezpieczona, jest wieżą pochodzącą z mieszkania Laskowskiego. Tak postępują organa, którym najbardziej zależy na ujawnieniu prawdy i ukaraniu faktycznie winnego, a nie na odfajkowaniu spawy i zgarnięciu nagrody. Widać problem ten, ani policjantom, ani prokuratorowi, ani na końcu zwłaszcza sędziom głowy specjalnie nie zaprzątał. Bo gdyby się nad nim pochylili, gdyby zastanowili się, czy dowody zebrane przez Policję i Prokuraturę są naprawdę wiarygodne, to być może wówczas Wojtek Pyłka jakoś by sobie życie ułożył. Inaczej niż za kratami.

Napisz komentarz (3 Komentarze)

W poprzednim odcinku przedstawiłem niezwykle istotne okoliczności, podważające moim zdaniem, wiarygodność przekonania wyrażonego zarówno w akcie oskarżenia jak i w uzasadnieniu wyroku Sądu Okręgowego w Świdnicy, że jedyny świadek rzekomej zbrodni popełnionej przez Wojciecha Pyłkę, a jednocześnie współoskarżony o współudział, opisał jedynie to, co naprawdę widział. A widzieć miał na własne oczy, jak pijany do nieprzytomności Janusz Laskowski, chwytał obydwiema rękami za zaciskającą się na szyi pętlę i głośno wzywał pomocy. Wiarygodność jego wyjaśnień nie budziła żadnych wątpliwości prokuratury i sądu, albowiem organa te dysponowały dodatkowo zeznaniami ówczesnej konkubiny Bogumiła K., która jak wynika z akt śledztwa i procesu, świadkiem zabójstwa nie była, a to co zeznała, słyszała rzekomo od niego. Organa te zgodnie przyjęły, że przesłuchania tych osób miały charakter absolutnej dobrowolności i odbywały się w warunkach zapewniających im całkowitą swobodę wypowiedzi, ponieważ funkcjonariusze Policji nie wywierali na nich żadnego nacisku, czy to fizycznego, czy też psychicznego. To przekonanie znalazło swój wyraz w akcie oskarżenia, w którym zapisano, że wyjaśnienia Bogumiła K., w zakresie w jakim opisuje przebieg zdarzenia, zasługują na pełną wiarygodność, ponieważ złożył je w początkowym etapie śledztwa, kiedy to jego wyjaśnienia składane były spontanicznie, bez możliwości ich przygotowania, a przede wszystkim bez wywierania jakiejkolwiek presji lub nacisków.

I temu stanowisku prokuratury sąd dał wiarę, stwierdzając w uzasadnieniu wyroku, że oskarżony Bogumił K. będąc na policji znalazł się w takich okolicznościach, iż niejako wykorzystał chwilę by zrzucić z siebie ciężar skrywanej wiedzy co do śmierci Laskowskiego. Było tak, ponieważ w momencie gdy został już przywieziony na policję i gdy zaczęła się rozmowa między innymi i na temat śmierci J. Laskowskiego, Bogumił K. zaczął po prostu mówić, nie potrafiąc znieść ciężaru tajemnicy, jak również z dręczącego go poczucia winy. Gdyby mi ktoś nie chciał uwierzyć, że takie przekonanie prokuratura i sąd naprawdę wyraziły, to dodam, że znaleźć je można na kartach o numerach 1129 i 1964 akt procesowych sprawy. Moje najwyższe zdumienie wzbudził też fakt, że sąd, który kodeksowo zobowiązany jest do uwzględnienia zasad prawidłowego rozumowania, wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego (art. 7 k.p.k), nie zwrócił uwagi na widoczne w zeznaniach przesłuchiwanych policjantów okoliczności, które w całości zadają kłam o spontaniczności składanych wyjaśnień i zeznań oraz braku presji ze strony tychże funkcjonariuszy. Jestem całkowicie przekonany, że podanie przez funkcjonariuszy wspomnianych okoliczności, było efektem braku świadomości, że to o czym zeznają, tak naprawdę świadczy o stosowaniu przez nich niedozwolonych przez prawo nacisków i wywierania presji na przesłuchiwanych.

Wydaje mi się, że gdyby nie zbytnia wiara w obiektywizm przedstawionego przez prokuraturę materiału dowodowego, to być może sąd dostrzegłby, że pierwsze, czyli dla sprawy najbardziej istotne, wyjaśnienia i zeznanie odbywały się w warunkach całkowicie ograniczających swobodę wypowiedzi, a tym samym nie mają praktycznie żadnej wartości dowodowej w zakresie udziału i współwiny Wojciecha Pyłki. Ponadto, co również sąd winien wziąć pod rozwagę, żaden protokół z przesłuchania Bogumiłą K. i jego konkubiny Moniki S., prowadzonego przez funkcjonariuszy Policji, nie odzwierciedla w istocie tego, co mogliby oni powiedzieć, gdyby tuż przed przesłuchaniem nie byli za każdym razem poddawani tak zwanemu rozpytaniu, mającym w rzeczywistości na celu, uzyskanie oczekiwanych przez policjantów treści.

Bogumił K. i Monika S. zostali zatrzymani przez funkcjonariuszy z Komisariatu V 24 kwietnia 2008 roku niedługo po godzinie 10:00 i przywiezieni do tegoż komisariatu, a następnie do Komendy Miejskiej na ul. Mazowieckiej. Zanim jednak zostali przesłuchani – a podkreślam, że wszystko, co tu przedstawiam, oparte jest na dokumentach procesowych znajdujących się w aktach sprawy – poddawani byli czynnościom wspomnianego rozpytania, trwającego w przypadku Bogumiła K. do godziny 15:20, czyli do czasu kiedy rozpoczęło się oficjalne przesłuchanie, zakończone o 16:55. Protokół przesłuchania zawierający dwie i pół strony tzw. treści merytorycznej, spisany został przez policjantkę językiem, którym Bogumił K. absolutnie się nie posługuje, ponieważ jego zdolności intelektualne (potwierdzone kilkoma ekspertyzami biegłych sądowych) wykluczają całkowicie taką możliwość. A przesłuchanie na dodatek nie było utrwalone przy pomocy urządzeń audiowizualnych, co pozwala mi wyrazić przypuszczenie graniczące z pewnością, że w istocie nieszczęśnik ten nie miał chyba pojęcia, co podpisuje, ponieważ praktycznie pisać i czytać nie potrafił. Ma to zresztą potwierdzenie w samym tym protokole, gdzie jak byk stoi, że podpisał go po tym, jak jego treść została mu odczytana. Ale to nie wszystko, ponieważ z treści protokołów przesłuchanych policjantów wynika, że w tych wielogodzinnych rozpytaniach, które nie były w żaden sposób utrwalane jakimkolwiek zapisem, brało jednocześnie udział wielu funkcjonariuszy, zadających mu jednocześnie ileś tam pytań, co w jednym z przesłuchań określone zostało, jako panujący w pomieszczeniu harmider.

Jeszcze bardziej „ciekawie” wyglądało rozpytanie i przesłuchanie Moniki S., zatrzymanej razem z Bogumiłem K., co odbyło się, w identycznych warunkach, o wiele godzin dłużej. Bo dopiero o godzinie 21:50 zaczęto ją przesłuchiwać, a samo przesłuchanie skończyło się o 23:53. Tyle więc czasu (od 10:00 do 23:53) trwało maglowanie kobiety, która nie była świadkiem żadnego przestępczego działania nie tylko jej konkubenta, ale przede wszystkim Wojciecha Pyłki, którego w ogóle nie znała, w życiu widziała jedyny raz i to na dodatek z pewnej odległości i nie był to moment zabójstwa Laskowskiego, opisywany przez Bogumiła. Podkreślić przy tym muszę, że z przesłuchania złożonego przez nią w sądzie wynikało, iż od momentu zatrzymania, dopiero w trakcie przesłuchania podano jej coś do picia, bo przez cały dzień możliwości tej była pozbawiona. No i oczywiście przez ten cały czas pozbawiona była też możliwości skorzystania z posiłku.

Ale nawet nie to jest aż tak istotne, bo najważniejszym jest to, że w tym czasie, aby zachować zdolność normalnego psychicznego funkcjonowania, musiała zażywać lekarstwa, przypisane jej przez lekarzy podczas niedawnego pobytu w Szpitalu Psychiatrycznym w Lądku Zdroju, z którego wróciła dwa dni przed domniemanym dniem zabójstwa Laskowskiego. I jak się okazało, w dniu zatrzymania nie zdążyła lekarstw tych zażyć, a przy sobie ich nie miała, o czym informowała policjantów, którzy ją rozpytywali i przesłuchiwali.

Tak więc w oczach prokuratury i sądu wyglądało zapewnienie dobrowolności i swobody składania wyjaśnień i zeznań, które jako jedyne zaważyły o losie Wojciecha Pyłki, ponieważ prokuratura nie była w stanie przedstawić żadnego innego dowodu, wskazującego na jego sprawstwo, a sądowi I jak i II instancji absolutnie to nie przeszkadzało. Ale o tym co i jak zeznawała ta para (i nie tylko) mowa będzie w następnych odcinkach i gwarantuję, że Czytelnicy nie raz jeszcze zostaną zaskoczeni, o ile nie zbulwersowani.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)