1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

Kończąc opowieść o smutnych losach Wojciecha Pyłki, który wprawdzie aniołem nie był, to jednak nie zasłużył sobie, aby 25 lat spędzić za kratami, wszystkim tym, którzy tak jak on świat zza nich oglądają, chociaż zarzucanych im przestępstw nigdy nie popełnili, życzę, aby się wreszcie prawdziwej sprawiedliwości doczekali. Pomyłki sądowe zdarzają się na całym świecie, ale chciałbym dożyć czasów, w których sądy będą miały odwagę swe błędy naprawiać, a nie uporczywie trzymać się sztywnych reguł proceduralnych. Wiem, że to zależy od tych, co prawo stanowią, ale stosowanie prawa nie musi być sztywnym trzymaniem się suchego przepisu. Pozwala przecież na to artykuł mówiący o doświadczeniu życiowym i zasadach logiki, jakimi sądy winny się kierować, lecz niestety sądy zbyt często z możliwości tej nie korzystają i co najgorsze nie zawsze dlatego, że nie jest im z tym po drodze, ale dlatego, że po prostu nie mają do tego zdolności. Jest to temat na dłuższą dyskusję, ale ja zdanie mam wyrobione i uważam, że ta „niezdolność” jest efektem całego systemu kształcenia, jaki w Polsce został wprowadzony po 1990 roku. Brutalnie rzuca mi się to w oczy, kiedy czytam uzasadnienia sądowych wyroków, w których wyłapuję identyczne treści, chociaż sądy te dzielą dziesiątki i setki kilometrów. Niestety, Internet zmienił świat w „ciasny pokoik”, w którym stoi sędziowski komputer, pozwalający na dowolne korzystanie z funkcji „kopiuj wklej”, co zastępuje braki w zdolnościach do samodzielnego i analitycznego myślenia. Zdarzało się, że spotykałem w nich niekiedy te same nazwiska, których taki kopista nie zauważył i nie zmienił. Ale, jak napisałem, to temat na zupełnie już inną opowieść.

Wojtka Pyłkę do prokuratora doprowadziła w zasadzie ta sama policyjna ekipa, która kilka lat wcześniej za kraty wsadziła dwóch małolatów, przypisując im zabójstwo wałbrzyskiego antykwariusza. Wprawdzie po wielu latach bojów, jakie w ich sprawie prowadziłem, wspierany później przez dwóch znamienitych adwokatów, nie udało się (w głównej mierze z powodów proceduralnych) doprowadzić do ich uniewinnienia, to jednak ich odsiadka została skrócona o kilkanaście lat. Przypomnę, że Patryk i Radek zostali skazani na 25 lat więzienia mimo, że nie ustalono trzeciego sprawcy, nie ustalono kto strzelał i nie uzyskano żadnego dowodu na to, że oni w ogóle w tym zabójstwie brali udział. Jedynym (powtórzę, jedynym) dowodem było w sumie bardzo prymitywne kłamstwo świadka incognito, ale chęci osiągnięcia szybkiego i wielkiego sukcesu, przeważyły nie tylko nad poczuciem sprawiedliwości, zasadami logicznego myślenia i doświadczenia życiowego, ale też (moim zdaniem) nad zwykłą ludzką przyzwoitością. Natomiast w sprawie Wojciecha Pyłki jedynym (powtórzę: jedynym) dowodem było pomówienie go przez Bogumiła K., z którego zresztą dosyć szybko się wycofał. I już tylko jako ciekawostkę podam, że w sprawie Radka i Patryka orzekał ten sam sędzia, który od zarzutu śmiertelnego pobicia w 2013 roku Piotra Grucy, uniewinnił dwóch wałbrzyskich policjantów, ponieważ uznał, iż nie można było ustalić, który z nich nieszczęśnika pobił. Na szczęścia, w tym przypadku, Prokuratura Okręgowa stanęła wraz z Sadem Najwyższym i Apelacyjnym na wysokości zadania i winny został ukarany. Ale dziwnym mi się wydaje, że ta sama zasada nie została zastosowana w procesie Radka i Patryka, bo przecież nie wiadomo kto pociągał za spust. Wyraźnie widać, jak zawiłe są drogi polskiego wymiaru sprawiedliwości, na których Temida często się gubi. Niestety, zbyt często.

W sprawie zabójstwa Janusza Laskowskiego, każdy rasowy glina zanim poleciałby do prokuratury, wszcząłby najpierw stosowne rozpracowanie operacyjne, którego celem zawsze jest zebranie wszelkich możliwych informacji, sprawdzenie ich prawdziwości i przetworzenie na dowody procesowe. Rasowy glina ma wówczas możliwości skorzystania z wszystkich technicznych nowinek dopuszczonych przez prawo, może wykorzystać współpracujących z nim agentów i stosować niekiedy uzasadnioną prowokację. I dopiero, kiedy ma w ręku mocne dowody, idzie z nimi do prokuratora. Ale dzisiejsi policjanci hołdują innej zasadzie, całkowicie odmiennej od tej stosowanej przez policjantów przed laty. Niestety, dzisiaj codziennością jest zasada „zatrzymaj i posadź”, a dopiero później szukaj dowodów, a jeżeli nie znajdziesz, to wysil swą inwencję, bo papier jest cierpliwy tak bardzo, że wszystko przyjmie bez protestu. Od dawna widzę też, jak bardzo prokuratorzy i sądy przywiązane są do wskazanej im przez policjantów wersji, jak bardzo bronią bzdur zapisanych niekiedy w policyjnych protokołach i nie uznają żadnych uwag zgłaszanych przez oskarżonych, co do treści zapisanych w protokołach przesłuchania, czy ich stanu psychicznego i fizycznego, w czasie kiedy byli przesłuchiwani. Powołam się tutaj na Violettę Krasnowską, autorkę książki „Będziesz siedzieć”, która w jednym z udzielonych wywiadów wskazała na takie różne „dziwne” rzeczy, których sądy jakoś nie mogą lub nie chcą dojrzeć. Mówi w nim min. o oskarżonych, wśród których „Jedni są zastraszeni, drudzy są słabsi. Akurat tak się trafia, że nie ma nagrania z przesłuchania, są jakieś przyznania się do winy, które są spisane językiem niepasującym do oskarżonego. Nikt się tym nie interesuje. Nikomu włos z głowy nie spadł.

A w sprawie Wojtka Pyłki jedynym przedstawionym dowodem były wyjaśnienia składane przez Bogumiła K, osobę o mentalności 12-latka, który – na co zwracali uwagę sami policjanci – nie potrafił zbudować jednego dłuższego sensownego zdania i posługiwał się jedynie monosylabami, zaprzeczając bez przerwy temu, co przed chwilą sam mówił. A w protokołach jego wyjaśnienia spisane są językiem, jakby ukończył, co najmniej, jakąś policyjną szkołę podoficerską. I żaden sąd (nie mówiąc już o prokuraturze) tego nie zauważył, chociaż podczas licznych rozpraw miał okazję tego człowieka nie tylko oglądać, ale i słuchać. Chyba, że nie słuchał, bo to, co chciał wiedzieć, miał już w protokołach zapisane.

I stąd właśnie biorą się skazani na wieloletnie lub dożywotnie wyroki tacy jak Tomasz Komenda, Arkadiusz Kraska, Piotr Mikołajczyk, Jacek Wach, Czesław Kowalczyk, Adam Dudała …. Listę tę mógłbym ciągnąc długo i zakończyć ją na Wojtku Pyłce. Według wiarygodnych szacunków podanych przez fundację Court Watch Polska, w polskich sądach zapada rocznie 100 tysięcy błędnych prawomocnych orzeczeń, ale tylko w sprawie kilkudziesięciu niewinnie skazanych toczy się jeszcze prawniczy bój. Również w Europejskim Trybunale Praw Człowieka.

Nie jestem już policjantem, nie jestem też prokuratorem i przede wszystkim nie jestem sądem, ale doskonale wiem, że w tych sprawach należy umieć patrzeć dalej niż rękaw munduru lub prokuratorsko-sędziowskiej togi. Dowody muszą do siebie pasować jak puzzle, a jeżeli ktoś ich - jak w sprawie Wojtka - nie potrafi poskładać, to niech ściganie przestępstw lub osądzanie ludzkich czynów sobie daruje, ponieważ więcej szkód niż pożytku czyni. 

Na razie nie tylko Wojtkowi, ale i mnie pozostaje cierpliwe czekanie na to, co orzeknie Sąd Najwyższy. I chociaż życzę mu jak najlepiej, to bez przerwy mam z tyłu głowy wspomnienie z czasów, kiedy w sprawie Radka i Patryka przed tym Sądem stawałem w charakterze świadka i nie mogę jakoś zapomnieć momentu, w którym przewodnicząca składu sędziowskiego (trzyosobowego), z matczyną cierpliwością i dobrotliwością, tłumaczyła mi, co miałem na myśli, pisząc swoją notatkę urzędową, w sprawie której sąd ten zechciał mnie przesłuchać. Ale niech żywi nie tracą nadziei.