1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

Analizując akta sprawy Wojciecha Pyłki, wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego tak oczywisty obraz wydarzeń wyłaniający się z całości materiału dowodowego, zebranego przecież przez prowadzących śledztwo policjantów i nadzorującej je prokurator, nie zwrócił uwagi sądu. Dlaczego sąd, którego przecież nie tylko moralnym, ale i prawnym obowiązkiem było badanie oraz uwzględnianie okoliczności przemawiających zarówno na korzyść, jak i na niekorzyść oskarżonego (art.4 k.p.k.), nie zwrócił uwagi no to, że zamknięty łańcuch dowodów (nie poszlak, ale dowodów), wskazuje, że do opisywanego przez Bogumiła K. zabójstwa nie mogło dojść w nocy z 23 na 24 stycznia. Takiej dacie przeczą wszystkie zeznania najważniejszych świadków, którzy ze zdarzeniem mieli bardziej lub mniej osobisty związek. Data tego zdarzenia nie została podana przez świadków. Ona została wyinterpretowana przez funkcjonariuszy policji, a następnie bezrefleksyjnie przyjęta przez prokuraturę i sąd. W mojej ocenie, wbrew obowiązkowi wynikającemu z wskazanego już art. 4 k.p.k. Została przyjęta, ponieważ w sposób najwygodniejszy dla tych organów wskazywała na sprawstwo Pyłki.

Ktoś powie, że zbyt wielką uwagę zwracam na różne szczegóły i szczególiki zapisane w protokołach przesłuchania świadków. Owszem, czynię tak, albowiem wieloletnie policyjne (i nie tylko) doświadczenie nauczyło mnie, iż powiedzenie, że „diabeł tkwi w szczegółach”, dla osób prowadzących wszelkie dochodzenia i śledztwa winno mieć szczególne znaczenie, a najlepiej, aby zapisane było na obwolutach każdej prowadzonej przez nich sprawy. Nie mam wątpliwości, że śledczy wszelkiego rodzaju i formatu, winni szczególną uwagę zwracać na drobiazgi, różne niekiedy zdawałoby się drobne szczegóły, ponieważ to one mogą odegrać decydującą rolę w prawidłowej i obiektywnej ocenie całości. Bo to, co z pozoru wydaje się oczywiste i proste, w gruncie rzeczy wcale takie nie jest.

Aby jakoś bardziej to zobrazować, powrócę na moment do wyjaśnienia złożonego 11 sierpnia 2008 roku przez Bogusława K., kiedy to pod wpływem konfrontacji z Teresą J., dotyczącej nocnej rozmowy w sprawie kota, nagle przyznał, że opisywane przez nią zdarzenie miało miejsce dokładnie 23 stycznia. Dociekliwy policjant, prokurator, a zwłaszcza sędzia z miejsca zastanowiłby się, na jakiej podstawie Bogumił K. tak stanowczo określił tę datę, kiedy do tej pory, tak jak wszyscy inni współpodejrzani, nie posługiwał się nią, a jedynie opisem zdarzenia. Niestety nikt takim dociekliwym nie był, bo nikt nie był zainteresowany w dłubaniu w szczególikach, zwłaszcza gdy się samemu datę tę przyjęło, zresztą na wątpliwej wartości zeznaniach Teresy J. Wątpliwej, albowiem nie popartej dowodem w postaci wspomnianego przez nią terminarza, jakim rzekomo miała się posługiwać przy określeniu daty tego zdarzenia. Przecież z akt wynika, że ani policjant, ani prokurator, ani też i sędzia, terminarza tego na oczy nie widział. Szczególik taki, ale jak bardzo istotny. Nikt więc nie zwrócił uwagi na to, że wskazując na tę datę, użyła stwierdzenia „najprawdopodobniej”. Drobny szczególik, ale wywraca całe to zeznanie do góry nogami. W sądzie nie można posługiwać się takim terminem, zwłaszcza kiedy dotyczy sprawy mającej dla prawidłowego orzeczenia fundamentalne znaczenie. Rzecz w tym, że ten szczególik i jego znaczenie trzeba było chcieć, a może tylko potrafić, dostrzec.

Efektem dążenia do szybkiego ujęcia sprawcy, a więc osiągnięcia sporego sukcesu, była rzucająca się w oczy niechęć (a może niezdolność) do bardziej szczegółowej analizy, która mogłaby przecież, całą konstrukcję przyjętą przez organa ścigania i wymiaru sprawiedliwości, obrócić w perzynę. Dlatego śledczy zatrzymali się na najbardziej wygodnych dla nich momentach, które w istotny sposób pomogły im uprawdopodobnić – bo nie udowodnić – sprawstwo Pyłki. I dlatego np. wręcz triumfalnie zakrzyknęli „hurra”, kiedy odzyskali telefon komórkowy, który zdawał się im być własnością Laskowskiego. Z tego dominującego poczucia sukcesu nawet nie sprawdzili numerów IMEI jego telefonów (podanych przez siostrę), które absolutnie nie pasowały do tego, jaki dzielni policjanci z KMP wytropili u jednego z mieszkańców Wałbrzycha. Wystarczyło tylko je porównać, ale nikomu się takich drobiazgów sprawdzić nie chciało. Telefon ten został zakupiony przez niego w lombardzie w Szczawnie Zdr., gdzie pozostawiła go jakaś kobieta. Niestety, kobiety tej już nie udało się w żaden sposób namierzyć. Być może dobrze się stało, bo jak wiadomo telefon ten do Janusza nie należał. Może się funkcjonariusze zresztą „kapnęli” i nie chcą się ośmieszać, po cichutku ze sprawy tego telefonu się wycofali. Mogę to zrozumieć, bo nie było się czym chwalić, ale dlaczego dokumentacja dotycząca tego „sukcesu” nie została wycofana z akt sprawy? Prawdopodobnie w całym tym bałaganie procesowym nikt na tak drobny szczegół (?) nie zwrócił uwagi.

Tak, jak nikt nie zwrócił uwagi na kolejny „drobny szczególik”, związany z numerem telefonu Wojtka Pyłki. Chodzi o to, że składając wyjaśnienia, powiedział, iż na początku lutego zadzwonił do Janusza, ale skrzynka była już zapchana i nawet nie uzyskał połączenia z pocztą elektroniczną. A dzwonił do niego (kilka razy), ponieważ nie wiedział, że Janusz nie żyje. Oczywiście wystąpiono o stosowne billingi, tylko nikt nie zauważył, że pomylono jedną cyferkę, w rezultacie czego uzyskano billingi telefonu osoby nikomu nie znanej. Błąd można było szybko skorygować, ale żaden „orzeł z Mazowieckiej” (daruję już sobie prokuraturę) nie zastanowił się nad tym, że był to billing kogoś mieszkającego w Gdańsku, w związku z czym zdecydowana większość połączeń dotyczyła różnych firm z terenu tego województwa. Wyglądać by mogło, że panie i panowie policjanci byli przekonani, iż Pyłka prowadził tak szeroko zakrojone interes, że może nawet handlował na wielką skalę z przemytnikami narkotyków. Wszak to Gdańsk, „królestwo” takich handlarzy. I zamiast zadzwonić pod ten numer, zaczęli przepytywać go o jego interesy w tym mieście, wypytywać o posiadane tam kontakty etc. etc. A wystarczyło, aby postąpili tak, jak ja, kiedy w 2018 roku pod ten numer zadzwoniłem i w rozmowie z jego właścicielką bez trudu ustaliłem, że jest ona mieszkanką Gdyni, a telefonem z tym numerem dysponuje od 2005 roku, z tym, że wówczas był on przypisany do jej prywatnej firmy, którą prowadziła. Wojciecha Pyłki, ani Janusza Laskowskiego nie znała i nigdy o nich nie słyszała.

Tak samo „orłom z Mazowieckiej” nie przyszło do głowy zabezpieczenie billingów telefonów Laskowskiego z grudnia 2007, aby ustalić wszystkie jego kontakty. Mało, nie przyszło nikomu do głowy, aby ustalić i przesłuchać wszystkie osoby, które z Januszem Laskowskim kontaktowały się telefonicznie, aby rozpoznać charakter tych kontaktów i sprawdzić, czy wśród nich nie kryje się właśnie zabójca. Nie zdobyli się również na odrobinę inwencji i nie sprawdzili baz danych stacji BTS, dzięki czemu mogliby uzyskać w miarę precyzyjne informacje, dotyczące lokalizacji poszczególnych telefonów w trakcie prowadzonych z Januszem rozmów lub wysyłanych wiadomości SMS. Piszę o tych „szczególikach” dlatego, że w przyszłym tygodniu przedstawię najbardziej bulwersujący tego rodzaju fakt, który być może, dokładnie po latach obiektywnie osądzony przez Sąd Najwyższy, pozwoli Wojtkowi wyjść na wolność. A dotyczy on właśnie szczegółów połączeń telefonicznych Laskowskiego ze stycznia 2008 roku oraz tego, jakie dla ustalenia winy Wojtka Pyłki miały znaczenie.