1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

Tydzień temu postawiłem, kluczowe moim zdaniem pytanie, dotyczące tego, w którym momencie i w jaki sposób Wojciech Pyłka dostał się do mieszkania Laskowskiego. Dzisiaj postaram się ten problem naświetlić szerzej.

W prowadzonym śledztwie, a także w trakcie trwającego kilkanaście miesięcy przewodu sądowego, ani policjanci, ani prokurator, ani też wreszcie sąd, głowy sobie nie zawracali wyjaśnieniem, w jaki sposób i w którym momencie Wojtek Pyłka wszedł do mieszkania Janusza Laskowskiego. Jak wykazałem w poprzednim odcinku, drzwi do budynku były praktycznie zawsze zamknięte na klucz, w związku z czym do środka dostać się mógł jedynie na cztery sposoby: wejść do budynku wraz z Januszem, wykonać do niego telefon i powiadomić go, że stoi przed bramą, będąc pod oknem rzucać w nie kamykami (jak to robili inni), albo wołać głośno do Janusza, aby go wpuścił. Czy było to możliwe? Otóż, nie i to w każdym przypadku.

Jak zapewne uważny Czytelnik zapamiętał, kiedy Bogumił K. wraz z towarzystwem przyszedł w okolice budynku, spotkał się z Januszem Laskowskim, który był sam i sam – bez żadnego towarzystwa – do budynku wszedł. Moment ten widziała cała czwórka, a więc Pyłka w tym czasie do budynku dostać się nie mógł. Nie mógł też zadzwonić do Janusza informując, że stoi pod bramą, albowiem z tzw. billingu wynika, że w styczniu Pyłka i Laskowski nie prowadzili żadnej rozmowy telefonicznej. Nota bene, moje niesamowite zdziwienie wzbudził fakt, że ani policjanci, ani prokuratura nie zwróciła się o billing telefonu Wojciecha Pyłki.

Jak wcześniej wskazywałem, zaraz po tym kiedy Tomasz Sz. widział przez okno rozmawiającego przez telefon Janusza, całe to towarzystwo odstąpiło od zamiaru dostania się do jego mieszkania i trójka znajomych Bogumiła K. odeszła w stronę Śródmieścia, a on sam udał się do swojej konkubiny na ulicę Grabowską, co miało miejsce po 19:16. O 19:25 pojawił się policyjny patrol, który odjechał o 19:35. Po 36 minutach Laskowski ponownie dzwoni na Policję i kiedy na miejsce przybywa ten sam patrol, na półpiętrze nad jego mieszkaniem „znajduje” chowającego się tam Bogumiła K. Dowodzi to, że pomiędzy 19:35 a 20:11 wrócił on do budynku i znów zaczął dobijać się do drzwi Laskowskiego. Uważny czytelnik zapyta się, a jak on się tam dostał, kiedy brama musiała być zamknięta ?

No cóż. W tym miejscu mogę już tylko opierać się na przypuszczeniach, wynikających jednakże z twardych ustaleń procesowych, ponieważ nikt policjantów nie zapytał, czy opuszczając budynek po pierwszej interwencji, zamknęli drzwi wejściowe, czy też pozostawili je otwarte, chociaż dla śledztwa powinno to mieć zasadnicze znaczenie. A jak wynika z wyjaśnień trójki współpodejrzanych, widzieli oni, jak Laskowski wchodzi do budynku, a więc jest więcej niż pewne, że drzwi wejściowe zatrzasnął. Dlatego wykorzystali moment opuszczenia budynku przez Daniela Pętlika (nazwisko zmienione), który jakiś czas później wyszedł z psem na spacer i zdołali wejść do budynku. Muszę tu podkreślić, że osoba Daniela Pętlika dla ustalenia, jak Bogumił K. et consortes dostali się do budynku, jest kluczowa.

Nie wdając się w szczegóły i w rozważania dotyczące wielu sprzeczności zawartych w protokołach przesłuchania tego świadka (11.04. i 26.05.) z ich treści w powiązaniu z innymi dowodami (czas interwencji policyjnej, zeznania podejrzanych), można wyciągnąć jedyny wniosek, że zanim około 19:00 wyszedł wyszedł z psem na spacer, widział dwóch mężczyzn i jedną kobietę, którzy rzucali kamykami w okno i rozmawiali o jakichś pieniądzach, które ponoć miał im Laskowski oddać. Kiedy wychodził z psem z budynku, osoby te wykorzystały to i weszły do środka. Kiedy wrócił ze spaceru, a musiało to być po 20:35 towarzystwa tego już nie było.

Dowodem na to, że wyszedł z domu przed 19:25 i powrócił po 20:35 jest fakt, że w ogóle nie wspomina o przybyciu policjantów, których dwukrotnej interwencji nie byłby w stanie nie zauważyć. Wynika więc z tego, że Bogumił K. i towarzyszące mu osoby, po wyjściu Pętlika, dobijały się do drzwi mieszkania Laskowskiego do momentu, kiedy pogonił ich mężczyzna, który wyszedł z sąsiedniego mieszkania i zagroził im powiadomieniem Policji. Wówczas wyszli z budynku i to wtedy Tomasz Sz. wspiął się po rynnie i zaglądał do okna Janusza, czyli musiała to być godzina 19:16 – 19:18, czyli w momencie jak rozmawiał on przez telefon ze swoją znajomą, a następnie po tym jak ujrzał w oknie Tomasza Sz., zadzwonił do KMP.

Wszystko też wskazuje na to, że opuszczając budynek Bogumił K. nie zamknął bramy, albowiem zamierzał jeszcze tu powrócić, na co bez wątpliwości wskazują dalsze wydarzenia. Był częstym gościem Laskowskiego i wiedział jak działa zamek zatrzaskowy tych drzwi. Najprawdopodobniej pozwoliło to policjantom, na swobodne wejście do środka podczas pierwszej interwencji. Wychodząc pozostawili bramę tak, jak ją zastali, czyli otwartą, co z kolei pozwoliło Bogumiłowi K. na ponowne wejście do budynku i dobijanie się do drzwi Laskowskiego, skutkujące drugim wezwaniem policji i jej przybyciem o 20:15. Tym razem policjanci zastali Bogumiła K. w środku i kazali mu udać się do własnego miejsca zamieszkania, a sami interwencję zakończyli o 20:35.

Po tym jak opuścili posesję, do domu wrócił Daniel Pętlik, który o 21:30 wyszedł do pracy, zamykając bramę na klucz. Wynika z tego, że od powrotu Pętlika ze spaceru, żaden obcy nie mógł się już dostać do budynku, bez wcześniejszego wywołania (głosem, kamykami lub telefonem) Janusza Laskowskiego. Teoretycznie więc Wojciech Pyłka do mieszkania Laskowskiego mógł dostać się bez problemu pomiędzy godziną 19:25 a 20:15, ale wówczas jest mało prawdopodobne, aby Laskowski będąc w towarzystwie Pyłki, bał się Bogumiła K. i zdecydował się nas ponowną prośbę o interwencję. Można więc przyjąć, – na podstawie logiki wydarzeń - że 23 stycznia Wojciecha Pyłki w mieszkaniu Laskowskiego nie było, co uwiarygodnione – bo na podstawie dowodów procesowych - zostanie w następnych odcinkach.

Na koniec muszę tylko wspomnieć, że takich analiz nie musiałbym przeprowadzać, gdy przesłuchania wszystkich świadków przeprowadzono w profesjonalny sposób, a zebrane dowody oceniono w sposób obiektywny, eliminujący wszelkie nieścisłości, a niekiedy wręcz bzdury. Jednakże nic w tym śledztwie kupy się nie trzymało i widać, że policyjni „fachmani” wcale się tym nie przejmowali. Dlatego w mojej ocenie, zebrany przez policjantów materiał dowodowy, można było spokojnie w buty włożyć. Oczywiście pod warunkiem, że tą wątpliwą ich wartość byłby w stanie dostrzec nadzorujący śledztwo prokurator i na koniec wyrokujący w oparciu o takie „dowody” sąd. Ręce opadają. Ale to, jak na razie, to w dalszym ciągu tylko czubek góry lodowej.