1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

Kiedy tylko akta sprawy dotyczącej zabójstwa Janusza Laskowskiego do mnie dotarły, zorientowałem się, że stoi przede mną poważne zadanie zanalizowania treści kilkuset z ponad 1200 stron. Stanowiło dla mnie poważne wezwanie, albowiem akurat byłem mocno zaabsorbowany pisaniem książki o głośnej podwójnej zbrodni, popełnionej 17 sierpnia 1997 roku na szczycie góry Narożnik w Parku Narodowym Góry Stołowe. Po długich wahaniach, zdecydowałem się, że zajmę się jednak sprawą zabójstwa Laskowskiego, ponieważ ofiarom z Narożnika nic już nie pomoże, a tu mam do czynienia z żywym człowiekiem, który być może jak Tomasz Komendy z Wrocławia, siedzi w kryminale, bo komuś się nie chciało, lub po prostu ktoś nie potrafił, porządnie przyłożyć się do obowiązków, za które państwo, czyli społeczeństwo, mu płaci. Zanim jednak opowiem, czego się z akt procesowych tej sprawy dowiedziałem, poprzedzę to pewną refleksją, z którą nie chcę czekać do zakończenia tej opowieści. 

Otóż, będzie to opowieść nie tylko o tym, że być może ktoś Janusza Laskowskiego pozbawił życia, ale też i o tym, że aby kogoś pozbawić prawa do życia na wolności, złamano wszelkie zasady procesowe wyznaczone przez polskie prawo karne, jak i zasady i normy etyczne obowiązujące w cywilizowanym świecie. Jestem święcie przekonany, że każdy, kto chociażby liznął tylko przepisy k.p.k., po przeczytaniu tej opowieści, będzie skłonny do stwierdzenia, iż każdy sędzia naprawdę szanujący prawo, dla którego nie wyrok a prawda ma zasadnicze znaczenie, Wojciecha Pyłkę by uniewinnił. Chociażby z powodu obowiązywania prawnej zasady, że niedające usunąć się wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego. A w sprawie Pyłki tych wątpliwości jest tyle, że można było bez żadnego problemu obdzielić nimi, co najmniej kilku innych oskarżonych.

Wątpliwości niedostrzeżone przez organa ścigania i wymiaru sprawiedliwości pojawiły się już w pierwszym dniu, czyli 31 stycznia 2008 roku, kiedy w jednym z mieszkań budynku przy ul. Andersa ujawniono wiszące na lince zwłoki Laskowskiego. Epilogiem tego tragicznego odkrycia był wyrok Sądu Okręgowego w Świdnicy wydany 8 marca 2010 r., skazujący Wojciecha Pyłkę na 25 lat pozbawienia wolności za to, że 24 stycznia w nocy po godz. 02:02, dokonał zabójstwa Janusza Laskowskiego, działając wspólnie i w porozumieniu z mieszkańcem Wałbrzycha (z dzielnicy Gaj) o imieniu Bogumił. Według wałbrzyskich policjantów oraz prokuratorów i świdnickiego sądu, obydwaj ci mężczyźni powiesili pijanego w sztok Janusza Laskowskiego, chociaż w zasadzie powieszenia dokonał Pyłka, a Boguś się tylko przyglądał.

Z treści postawionego Pyłce zarzutu, z przebiegu całego procesu i z uzasadnienia wyroku wynika w sposób nie budzący jakichkolwiek wątpliwości, że zabójstwa dokonano w nocy z 23 na 24 stycznia, a więc od świtu 24 stycznia, Janusz Laskowski był już absolutnie martwym trupem. Przytaczam te informacje już na samym początku tylko po to, aby każdy mógł zapamiętać tę datę: 24 stycznia 2008 roku godzina 02:02. Dlaczego? Każdy zrozumie, kiedy zapozna się ze wszystkimi szczegółami tego wydarzenia.

31 stycznia dwaj sąsiedzi Janusza, panowie Jerzy i Daniel zaniepokojeni tym, iż w mieszkaniu Janusza Leszczyńskiego od 24 stycznia 2008 roku bez przerwy pali się światło, a jego samego od kilku dni nikt nie widział, weszli po drabinie i przez szyby okienne zauważyli, że kołdra na stojącej naprzeciw okna wersalce, ułożona jest w taki sposób, jakby spod niej wystawały ludzkie nogi. Zaniepokojeni powiadomili o swych spostrzeżeniach dyżurnego z Komisariatu V Policji, który skierował tam mł. asp. Mariusza B., zapewne aby sprawdził na miejscu, co i jak. Ponieważ drzwi do mieszkania były zamknięte, sprowadzony z ADM MZB pracownik wyważył je i dopiero wówczas w jednym z pokojów odkryto wiszące zwłoki.

O tym co się później działo, będzie dalej, teraz chciałbym się podzielić tym, co mi się od razu w oczy rzuciło, kiedy zacząłem czytać dalsze strony akt. Otóż w każdym śledztwie, a zaliczyłem ich w sprawach o zabójstwo kilka setek, a także w procesie sądowym, najważniejsze są ustalenia dowodowe, które nie mogą budzić żadnych wątpliwości, a zwłaszcza ustalenia, na podstawie których przyjmuje się datę popełnienia zabójstwa. Ma to niesamowicie istotne znaczenie nie tylko dla udowodnienia winy, ale także dla stwierdzenia niewinności podejrzanego, albowiem i to należy do kodeksowych obowiązków prokuratora.

Na tę informację, że światło w oknach mieszkania Laskowskiego świeciło się nieprzerwanie od 24 stycznia, zwróciłem dlatego uwagę, że przesłuchany 5 lutego (a więc dwa tygodnie od zdarzenia) pan Daniel, którego biuro znajduje się naprzeciwko okien mieszkania Janusza Laskowskiego, zeznał, że światła w oknach jego mieszkania świeciło się cały czas od 25 stycznia. A więc 24 stycznia w nocy (będzie jeszcze o tym mowa) ktoś światło w mieszkaniu zgasił, a następnie 25 stycznia zapalił. I co jest istotne, pan Daniel podkreślił w tym zeznaniu, że on pracuje dużo w nocy, a wie że Janusz chodził wcześnie spać i to było dla niego dziwne, że światło się tam świeciło. Moje policyjne doświadczenie podpowiada mi, że przesłuchujący p. Daniela policjant nie bardzo się popisał, ponieważ wątek ten winien wycisnąć aż do końca. A konkretnie zapisać w protokole, czy on to palące się światło widział od rana, czy dopiero pod wieczór, kiedy zaczęło się robić ciemno, a był to styczeń, kiedy zmrok zapada bardzo wcześnie. Błąd ten został naprawiany 4 lipca, kiedy ponownie przesłuchiwany p. Daniel zeznał, że „to światło w jego mieszkaniu widziałem już w godzinach popołudniowych, bo wtedy był okres zimowy i wcześnie robiło się ciemno. (...) Potem od tego momentu, to światło się świeciło przez okres kolejnych sześciu dni. (…) Dlatego też po tych sześciu dniach poszedłem do tego bloku do sąsiada Daniela (…) i razem przystawiliśmy drabinę (...)”.

A więc podsumujmy: ujawnienie zwłok miał miejsce 31 stycznia, nie można więc mieć jakichkolwiek wątpliwości, że faktycznie palące się światła p. Daniel zauważył od 25 stycznia, ponieważ w szóstym dniu od tego wydarzenia, czyli 31 stycznia, udał się do p. Jerzego, aby sprawdzić, co się dzieje z Januszem. Ale to nie wszystko, ponieważ z zeznań złożonych przez p. Daniela wynika ni mniej ni więcej, że 24 stycznia około godz. 11:00 Janusz Laskowski pojawił się w jego biurze, a więc był jak najbardziej autentycznie żywy. Ale o tych nie sprawdzonych do końca wątpliwościach oraz wielu innych przedziwnych zdarzeniowych w kolejnych odcinkach.