1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

Kilka dni po pierwszej rozmowie, Wojciech Pyłka zadzwonił do mnie ponownie z informacją, że całość akt procesowych będę mógł otrzymać od jego pełnomocnika, któremu już udzielił stosownych uprawnień. Zapytał się też, czy mógłbym go odwiedzić w Areszcie Śledczym w Świdnicy, gdzie odbywa wyrok, ponieważ chciałby porozmawiać w bardziej konfidencjonalny sposób, gwarantujący nam obojgu całkowitą poufność. Zgodziłem się i po jakimś czasie odbyłem kilka niedozorowanych spotkań, podczas których nie tylko mogłem go wysłuchać, ale także ocenić, jak zachowuje się w bezpośrednim kontakcie z kimś, kogo wcześniej nie znał. Chciałem po prostu wiedzieć, czy będzie starał się mnie „czarować”, by przekonać do siebie na tyle, abym zechciał mu zaufać, czy też będzie zachowywał się w sposób naturalny. O ile w ogóle w taki sposób zachowywać się może ktoś, kto od 11 lat siedzi za kratami bez prawa do przepustki, ze świadomością, że siedzi za friko, czyli tylko dlatego, iż ktoś postanowił go tam wsadzić dla realizacji własnych celów.

Nie ukrywam, że poza głośną sprawą Tomasza Komendy z Wrocławia, przypadków przypisywania komuś czynów przestępczych znam osobiście dziesiątki, przez co moja wiara w obiektywizm działania policji, prokuratury i sądów już dawno uleciała w kosmiczny niebyt. Również łatwiej było mi uwierzyć w to, co mi Wojtek opowiadał (po jakimś czasie zaproponowałem mu skrócenie dystansu), bo przecież sam się przed laty przez ćwierć wieku obracałem w środowisku wałbrzyskich (i nie tylko) policjantów, ale też osobiście poznałem wiele spraw, w których sprawcy byli – jak to się w naszym żargonie mówiło – drukowani. Czyli oskarżani i skazywani na podstawie spreparowanych dowodów i fałszywych świadków, co po 2005 roku stało się już wręcz plagą, opisywaną i pokazywaną w różnych środkach masowego przekazu.

Podczas jednego z naszych spotkań, zadałem mu pytanie: dlaczego w protokołach z jego przesłuchania nie ma żadnej informacji dotyczącej tego, co robił w dniu i w czasie, w którym - według policji, prokuratury i sądu - dokonano zabójstwa Janusza Laskowskiego (nazwisko zmienione) czyli osoby, którą opisuje jako swojego bardzo bliskiego kolegę. Przyznam, że mnie - byłego policjanta, który przez całe swe policyjne życie zajmował się ujawnianiem sprawców zbrodni zabójstw i przedstawianiem im dowodu ich winy - bardzo ten fakt dziwił, ponieważ trudno sobie wyobrazić, aby ktoś będąc podejrzanym o najcięższe przestępstwo, przesłuchującym funkcjonariuszom już na „dzień dobry” nie podał swego alibi, a ci w sposób formalny – czyli zapisany w dokumentach procesowych – tego nie sprawdzili. A w dokumentach tych nie znalazłem ani jednego zdania na ten temat, ani jednego przesłuchania świadków, którzy byliby pytani na okoliczność, co podejrzany (a następnie oskarżony) robił w dniu zabójstwa. Wyglądało to tak, jakby organów ścigania i sprawiedliwości w ogóle to nie obchodziło.

Wojtek wytłumaczył mi, że on mówił gdzie był i co robił, ale policjanci żądali jedynie tego, aby się przyznał, a ponieważ nie chciał tego uczynić, to spuścili mu takie lanie, że jego twarz przez długi czas mogła służyć za dowód popełnienia przestępstwa. Ale nie tego, które mu zarzucano. Trochę się zdziwiłem, ponieważ zarzut został postawiony mu przez panią prokurator, która powinna na ten widok zareagować, ale i o tym w aktach ani śladu. Wówczas usłyszałem odpowiedź, abym zwrócił się do Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu z pytaniem: dlaczego po zatrzymaniu, albo przynajmniej po tymczasowym aresztowaniu, które nastąpiło na drugi dzień, Wojciechowi Pyłce nie wykonano tzw. fotografii sygnalitycznych? Wykonuje się je zawsze w dniu pierwszych czynności wobec osób, którym postawiono zarzuty przestępstwa kryminalnego, wraz z pobraniem odcisków palców. Dlaczego w jego przypadku wykonano je po dosyć długim czasie od dnia postawienia zarzutów? Wojtek twierdzi, że fotki zrobiono mu dopiero wtedy, kiedy jego twarz już w miarę przyzwoicie wyglądała. A ja wiem, że można to sprawdzić, jak długo jego akta będą w archiwum.

Przyznam, że nie miałem problemów z tym, aby mu uwierzyć, ponieważ sam wielokrotnie widziałem na własne oczy „dzieło” niektórych wałbrzyskich policjantów, którzy nie tylko wręcz katowali zatrzymanych i podejrzanych, ale zdarzało się, że wysyłali ich na tamten świat, co np. ostatnio prawomocnym już wyrokiem potwierdził Sąd Okręgowy w Świdnicy. A ja znam też dwa przypadki, w których wałbrzyska prokuratura uznała, że śmiertelne obrażenia, jakich doznała osoba przebywająca w policyjnej izbie zatrzymań, były spowodowane… upadkiem z pryczy. Pryczy, której wysokość liczy chyba nie więcej niż 80 -100 cm. Nie wspomnę już o tym, że osobiście widziałem, jak wyglądał po tzw. rozpytywaniu pewien podejrzewany (nawet później tymczasowo aresztowany) o zabójstwo nieletniej Karoliny Ż. z Podzamcza (2002 rok), którego trzeba było zwolnić, kiedy udało się nam zatrzymać, na podstawie dowodów z DNA, właściwego sprawcę. A on się tym "rozpytującym" go policjantom przyznał. Przyznał się do zabójstwa, którego nie dokonał! Doskonale pamiętam, kto go wówczas w komendzie na Mazowieckiej „rozpytywał”. Albo jak po zatrzymaniu wyglądała twarz Jacka Doleżała z Lichenia (zezwolił na używanie nazwiska), którego w Szczawnie-Zdroju za wykroczenie zatrzymali wałbrzyscy stróże prawa, z których jeden (chociaż na razie nieprawomocnie) został już skazany za pobicie osoby zatrzymanej. Nie będę już przywoływał innych znanych mi tego rodzaju historii, ani też gehenny znanego w całej Polsce Tomasza Komendy z Wrocławia. Wystarczy, że powiem, iż Wojtkowi uwierzyłem, albowiem dzięki temu potrafię zrozumieć, dlaczego w protokołach przesłuchania nie ma ani jednego zdania na temat jego alibi na czas zabójstwa i ani jednego przesłuchania jakiegokolwiek świadka na te okoliczności. Po prostu on się nie przyznawał, opowiadał o swym alibi, ale zapisanie tego nie było przesłuchującym na rękę, ponieważ musieliby to oficjalnie sprawdzić. Bo jeżeli w protokole znalazłoby się takie wyjaśnienie, to musiałoby ono zostać również protokolarnie obalone. A w protokołach przesłuchań Pyłki odnotowano tylko jego wyjaśnienia dotyczące tego, co robił na dwa dni przed zdarzeniem i nic więcej. Ale nawet i to nie zostało do końca sprawdzone, poza jednym przypadkiem, który później pozwolił mi odkryć w tych aktach jego alibi, którego nikt wcześniej – z rożnych powodów- dostrzec nie chciał.

Najbardziej zaskakującym dla mnie zapewnieniem Wojtka było jego twierdzenie, że noc kiedy miało zostać popełnione zabójstwo Janusza Laskowskiego, spędził w Policyjnej Izbie Zatrzymań (obecnie Pomieszczenie Dla Osób Zatrzymanych) KMP w Wałbrzychu, czego - niestety - nie udało mi się udowodnić, chociaż dalej twierdzę, że w tej sprawie tłumaczenie Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu absolutnie mnie nie przekonuje. Będzie o tym mowa w jednym z kolejnych odcinków. Na razie tylko wspomnę, że na temat feralnej nocy nie przesłuchano (do dnia wyroku) ani ojca, ani matki, ani jego brata, chociaż matka twierdzi, że to ona wezwała tej nocy policję, która nietrzeźwego Wojtka zabrała z mieszkania i zatrzymała na ul. Mazowieckiej w Wałbrzychu do wytrzeźwienia. Takich dziwnych „przypadków” w całym śledztwie, zleconym V Komisariatowi Policji w Wałbrzychu – uwaga: w sprawie zabójstwa !!! - jest co niemiara, o czym będzie mowa w pozostałych odcinkach tej opowieści.