Kończąc opowieść o smutnych losach Wojciecha Pyłki, który wprawdzie aniołem nie był, to jednak nie zasłużył sobie, aby 25 lat spędzić za kratami, wszystkim tym, którzy tak jak on świat zza nich oglądają, chociaż zarzucanych im przestępstw nigdy nie popełnili, życzę, aby się wreszcie prawdziwej sprawiedliwości doczekali. Pomyłki sądowe zdarzają się na całym świecie, ale chciałbym dożyć czasów, w których sądy będą miały odwagę swe błędy naprawiać, a nie uporczywie trzymać się sztywnych reguł proceduralnych. Wiem, że to zależy od tych, co prawo stanowią, ale stosowanie prawa nie musi być sztywnym trzymaniem się suchego przepisu. Pozwala przecież na to artykuł mówiący o doświadczeniu życiowym i zasadach logiki, jakimi sądy winny się kierować, lecz niestety sądy zbyt często z możliwości tej nie korzystają i co najgorsze nie zawsze dlatego, że nie jest im z tym po drodze, ale dlatego, że po prostu nie mają do tego zdolności. Jest to temat na dłuższą dyskusję, ale ja zdanie mam wyrobione i uważam, że ta „niezdolność” jest efektem całego systemu kształcenia, jaki w Polsce został wprowadzony po 1990 roku. Brutalnie rzuca mi się to w oczy, kiedy czytam uzasadnienia sądowych wyroków, w których wyłapuję identyczne treści, chociaż sądy te dzielą dziesiątki i setki kilometrów. Niestety, Internet zmienił świat w „ciasny pokoik”, w którym stoi sędziowski komputer, pozwalający na dowolne korzystanie z funkcji „kopiuj wklej”, co zastępuje braki w zdolnościach do samodzielnego i analitycznego myślenia. Zdarzało się, że spotykałem w nich niekiedy te same nazwiska, których taki kopista nie zauważył i nie zmienił. Ale, jak napisałem, to temat na zupełnie już inną opowieść.

Wojtka Pyłkę do prokuratora doprowadziła w zasadzie ta sama policyjna ekipa, która kilka lat wcześniej za kraty wsadziła dwóch małolatów, przypisując im zabójstwo wałbrzyskiego antykwariusza. Wprawdzie po wielu latach bojów, jakie w ich sprawie prowadziłem, wspierany później przez dwóch znamienitych adwokatów, nie udało się (w głównej mierze z powodów proceduralnych) doprowadzić do ich uniewinnienia, to jednak ich odsiadka została skrócona o kilkanaście lat. Przypomnę, że Patryk i Radek zostali skazani na 25 lat więzienia mimo, że nie ustalono trzeciego sprawcy, nie ustalono kto strzelał i nie uzyskano żadnego dowodu na to, że oni w ogóle w tym zabójstwie brali udział. Jedynym (powtórzę, jedynym) dowodem było w sumie bardzo prymitywne kłamstwo świadka incognito, ale chęci osiągnięcia szybkiego i wielkiego sukcesu, przeważyły nie tylko nad poczuciem sprawiedliwości, zasadami logicznego myślenia i doświadczenia życiowego, ale też (moim zdaniem) nad zwykłą ludzką przyzwoitością. Natomiast w sprawie Wojciecha Pyłki jedynym (powtórzę: jedynym) dowodem było pomówienie go przez Bogumiła K., z którego zresztą dosyć szybko się wycofał. I już tylko jako ciekawostkę podam, że w sprawie Radka i Patryka orzekał ten sam sędzia, który od zarzutu śmiertelnego pobicia w 2013 roku Piotra Grucy, uniewinnił dwóch wałbrzyskich policjantów, ponieważ uznał, iż nie można było ustalić, który z nich nieszczęśnika pobił. Na szczęścia, w tym przypadku, Prokuratura Okręgowa stanęła wraz z Sadem Najwyższym i Apelacyjnym na wysokości zadania i winny został ukarany. Ale dziwnym mi się wydaje, że ta sama zasada nie została zastosowana w procesie Radka i Patryka, bo przecież nie wiadomo kto pociągał za spust. Wyraźnie widać, jak zawiłe są drogi polskiego wymiaru sprawiedliwości, na których Temida często się gubi. Niestety, zbyt często.

W sprawie zabójstwa Janusza Laskowskiego, każdy rasowy glina zanim poleciałby do prokuratury, wszcząłby najpierw stosowne rozpracowanie operacyjne, którego celem zawsze jest zebranie wszelkich możliwych informacji, sprawdzenie ich prawdziwości i przetworzenie na dowody procesowe. Rasowy glina ma wówczas możliwości skorzystania z wszystkich technicznych nowinek dopuszczonych przez prawo, może wykorzystać współpracujących z nim agentów i stosować niekiedy uzasadnioną prowokację. I dopiero, kiedy ma w ręku mocne dowody, idzie z nimi do prokuratora. Ale dzisiejsi policjanci hołdują innej zasadzie, całkowicie odmiennej od tej stosowanej przez policjantów przed laty. Niestety, dzisiaj codziennością jest zasada „zatrzymaj i posadź”, a dopiero później szukaj dowodów, a jeżeli nie znajdziesz, to wysil swą inwencję, bo papier jest cierpliwy tak bardzo, że wszystko przyjmie bez protestu. Od dawna widzę też, jak bardzo prokuratorzy i sądy przywiązane są do wskazanej im przez policjantów wersji, jak bardzo bronią bzdur zapisanych niekiedy w policyjnych protokołach i nie uznają żadnych uwag zgłaszanych przez oskarżonych, co do treści zapisanych w protokołach przesłuchania, czy ich stanu psychicznego i fizycznego, w czasie kiedy byli przesłuchiwani. Powołam się tutaj na Violettę Krasnowską, autorkę książki „Będziesz siedzieć”, która w jednym z udzielonych wywiadów wskazała na takie różne „dziwne” rzeczy, których sądy jakoś nie mogą lub nie chcą dojrzeć. Mówi w nim min. o oskarżonych, wśród których „Jedni są zastraszeni, drudzy są słabsi. Akurat tak się trafia, że nie ma nagrania z przesłuchania, są jakieś przyznania się do winy, które są spisane językiem niepasującym do oskarżonego. Nikt się tym nie interesuje. Nikomu włos z głowy nie spadł.

A w sprawie Wojtka Pyłki jedynym przedstawionym dowodem były wyjaśnienia składane przez Bogumiła K, osobę o mentalności 12-latka, który – na co zwracali uwagę sami policjanci – nie potrafił zbudować jednego dłuższego sensownego zdania i posługiwał się jedynie monosylabami, zaprzeczając bez przerwy temu, co przed chwilą sam mówił. A w protokołach jego wyjaśnienia spisane są językiem, jakby ukończył, co najmniej, jakąś policyjną szkołę podoficerską. I żaden sąd (nie mówiąc już o prokuraturze) tego nie zauważył, chociaż podczas licznych rozpraw miał okazję tego człowieka nie tylko oglądać, ale i słuchać. Chyba, że nie słuchał, bo to, co chciał wiedzieć, miał już w protokołach zapisane.

I stąd właśnie biorą się skazani na wieloletnie lub dożywotnie wyroki tacy jak Tomasz Komenda, Arkadiusz Kraska, Piotr Mikołajczyk, Jacek Wach, Czesław Kowalczyk, Adam Dudała …. Listę tę mógłbym ciągnąc długo i zakończyć ją na Wojtku Pyłce. Według wiarygodnych szacunków podanych przez fundację Court Watch Polska, w polskich sądach zapada rocznie 100 tysięcy błędnych prawomocnych orzeczeń, ale tylko w sprawie kilkudziesięciu niewinnie skazanych toczy się jeszcze prawniczy bój. Również w Europejskim Trybunale Praw Człowieka.

Nie jestem już policjantem, nie jestem też prokuratorem i przede wszystkim nie jestem sądem, ale doskonale wiem, że w tych sprawach należy umieć patrzeć dalej niż rękaw munduru lub prokuratorsko-sędziowskiej togi. Dowody muszą do siebie pasować jak puzzle, a jeżeli ktoś ich - jak w sprawie Wojtka - nie potrafi poskładać, to niech ściganie przestępstw lub osądzanie ludzkich czynów sobie daruje, ponieważ więcej szkód niż pożytku czyni. 

Na razie nie tylko Wojtkowi, ale i mnie pozostaje cierpliwe czekanie na to, co orzeknie Sąd Najwyższy. I chociaż życzę mu jak najlepiej, to bez przerwy mam z tyłu głowy wspomnienie z czasów, kiedy w sprawie Radka i Patryka przed tym Sądem stawałem w charakterze świadka i nie mogę jakoś zapomnieć momentu, w którym przewodnicząca składu sędziowskiego (trzyosobowego), z matczyną cierpliwością i dobrotliwością, tłumaczyła mi, co miałem na myśli, pisząc swoją notatkę urzędową, w sprawie której sąd ten zechciał mnie przesłuchać. Ale niech żywi nie tracą nadziei.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

Dzisiejszy odcinek mojej opowieści o przedziwnym śledztwie, które zaprowadziło Wojciecha Pyłkę na 25 lat za kraty więzienia, miał być już ostatnim jej odcinkiem. Jednakże po przeanalizowaniu tego, co do tej pory napisałem, doszedłem do wniosku, że powinienem przed zakończeniem tej opowieści, postawić kilka, a może nawet kilkanaście istotnych pytań, bez których trudniej będzie zrozumieć podstawy mojej tezy, iż Wojciecha Pyłkę skazano bez istnienia jakiegokolwiek dowodu wskazującego na jego winę. Stało się tak, ponieważ w śledztwie popełniono tyle błędów, że wielce uprawnionym jest twierdzenie, iż jego wynik jest niczym innym, jak sumą ich występowania. Zastanawiać musi też, dlaczego nie dostrzegły tego sądy I i II instancji. Opisałem je w poprzednich odcinkach, ale teraz chciałbym zwrócić jeszcze uwagę na jeden wprost kardynalny dowód błędnych ustaleń, który z jakichś powodów nie został w ogóle jakby dostrzeżony przez policjantów, prokuraturę i wspomniane wyżej sądy.

Ale zanim o tym napiszę, chciałbym na kończenie przedstawić Czytelnikowi całą serię pytań, na które oczywiście nie odpowiem, bo chociaż się odpowiedzi domyślam, to jednak nie jest to moje zadanie. Dlatego pozostaję jedynie przy pytaniach. Oto one.

Dlaczego dokładnie nie ustalono, co Pyłka porabiał i gdzie był 23, 24 i 25 stycznia 2008 r.? Dlaczego nie przeprowadzono przeszukania w mieszkaniu jego rodziców i mieszkaniu jego dziewczyny? W tym przypadku wydaje mi się, że nie zrobiono tego z przyczyn, że tak powiem, obiektywnych. Dlaczego zastosowano wobec niego tymczasowe aresztowanie i postawiono mu zarzut, w sytuacji kiedy żadna informacja przekazana przez Bogumiła K. nie została procesowo potwierdzona? Dlaczego zanim to nastąpiło, nie podjęto próby operacyjnego kontrolowania kontaktów telefonicznych Pyłki, kiedy to właśnie taki powód leżał u podstaw postanowienia prokuratora, o przekazaniu Policji śledztwa? Dlaczego nie przesłuchano lekarza wystawiającego kartę zgonu, pracowników Zakładu Pogrzebowego i prosektorium, którzy zabrali zwłoki z mieszkania i przygotowywali je do sekcji, w celu potwierdzenia faktycznego ułożenia dłoni denata? Dlaczego nie wzięto przy tym pod uwagę faktu, że sam funkcjonariusz zeznając w prokuraturze ujawnił, iż już podczas pierwszej rozmowy z Bogumiłem K. w sposób wyraźny zasugerował mu takie, a nie inne ułożenie dłoni wiszącego ciała Laskowskiego? Dlaczego nadzorująca śledztwo prokurator, nie była w stanie dostrzec, że coś jest nie tak z oględzinami mieszkania i ciała oraz z zabezpieczeniem śladów, jakie tam się znajdowały? Dlaczego nie podjęła próby wyjaśnienia przedziwnego zachowania się funkcjonariuszy Policji, którzy dokonali powtórnych oględzin mieszkania, które w międzyczasie zostało dokładnie już wysprzątane. Dlaczego nie zwróciła uwagi na to, że w aktach znajdują się dwa protokoły oględzin, w tym pierwszy tak kuriozalny, że z miejsca winna wszcząć przeciwko funkcjonariuszowi postępowanie karne, a komendant miejski dodatkowo postępowanie dyscyplinarne? Dlaczego nie zabezpieczono grafiku pracy Teresy J., aby w 100% potwierdzić, czy to właśnie 23 stycznia widziała w oknie i rozmawiała z Bogumiłem K.? Dlaczego nie wystąpiono dodatkowo o billingi połączeń telefonu Laskowskiego z ostatniego kwartału 2007 roku? Dlaczego nie ustalono danych osobowych wszystkich osób, które w okresie przynajmniej ostatnich dwóch miesięcy dzwoniły do Laskowskiego i dlaczego osoby te nie poddano sprawdzeniu, a następnie ich nie przesłuchano? Dlaczego nie ustalono numeru drogiego (nowej generacji) telefonu Moniki S. i nie wystąpiono o billingi wykonywanych z niego połączeń, a także nie sprawdzono w bazach danych stacji BTS jego logowania się? Dlaczego nie ustalono skąd ten telefon w ogóle miała, w sytuacji kiedy była pensjonariuszką opieki społecznej? Dlaczego, wykorzystując indywidualny numer IMEI przypisany do każdego telefonu, w bzach danych stacji BTS nie sprawdzono logowania się wszystkich telefonów ustalonych kontaktów Janusza ? Dlaczego nie sprawdzono, czy i kiedy jego telefony po 23 stycznia były aktywne oraz w jakich stacjach BTS się logowały? Wszak policjantom nie udało się tych telefonów odnaleźć, choć po prawdzie wcale ich nie szukali, zadowalając się telefonem z lombardu, który wcale nie był jego własnością. A oni nawet tego nie zauważyli. Dlaczego nie zabezpieczono billingów telefonu Wojciecha Pyłki, tylko zawracano sobie głowę numerem telefonu mieszkanki Gdańska? Czy policjanci prowadzący to śledztwo, doznali jakiegoś nagłego porażenia mózgowego, że nie byli w stanie dostrzec, że uzyskany billing dotyczy telefonu zarejestrowanego na firmę z Gdańska, a nie osobę fizyczną, czyli Wojciecha Pyłkę?

Długo mógłbym te listę pytań ciągnąć, ale zakończę je pytaniem, które najbardziej mnie bulwersuje, i które w całej tej sprawie ma zasadnicze chyba znaczenie. Otóż chciałbym wiedzieć, dlaczego prowadzący śledztwo policjanci i nadzorująca je prokurator, a także sąd I i II instancji, absolutnie nie byli zainteresowani tym, kto i dlaczego 24, 25 i 30 stycznia prowadził z Januszem Laskowskim korespondencję tekstową i dlaczego nie wystąpiono do operatora o udostępnienie treści tejże korespondencji. Dlaczego osoby te nie zostały ustalone i przesłuchane?

billingu połączeń telefonicznych Janusza Laskowskiego wynika, że w styczniu 2008 roku prowadził on korespondencję tekstową (SMS) z numerami dwóch telefonów, których abonentów w ogóle nie ustalono. Rzecz jest o tyle ciekawa, że z jednym z tych numerów korespondencja była dosyć częsta i inicjowana była przez osobę nieznaną prowadzącym śledztwo i sądom, albo przez samego Laskowskiego. Za jednak każdym razem wysłany SMS nie pozostawał bez odpowiedzi, a korespondencja ta odbywała się w różnych porach dnia, w tym rano, jak i wieczorami. Jednakże nigdy pomiędzy tymi numerami nie nawiązano łączności głosowej. Z wykazu połączeń telefonicznych wynika, że pierwsze udokumentowane połączenie SMS ma miejsce 7 stycznia 2008 roku i jest to połączenie przychodzące o godz. 2022, w efekcie czego następuje wymiana 15 wiadomości SMS, z których ostatnia ma miejsce o godz. 2120. O intensywności kontaktów świadczy w sumie 119 wzajemnie wysłanych SMS-ów o okresie od 7 do 19 stycznia. Później następuje przerwa do 24 stycznia, kiedy to ta nieznana osoba wysłała do Janusza SMS o godzinie 1243, na który od razu w takiej samej formie odpowiedział. Następny SMS przyszedł o godzinie 2033 i również odpowiedź nastąpiła zaraz po odebraniu. Inaczej przedstawiała się sytuacja w dniu 25 stycznia, w którym Laskowski do tej tajemniczej osoby wysłał SMS o 1243 i jest to jedyny przypadek, kiedy nie otrzymał od niej odpowiedzi. Kolejny SMS przyszedł dopiero 30 stycznia o 1932, na który Janusz wysłał odpowiedź o 1938.

Ktoś powie, że to sprawca w ten sposób chciał zmylić prowadzących śledztwo, co wydaje się możliwe tylko przy założeniu, że to właśnie on telefonem z tym numerem dysponował i z niego SMS-y wysyłał. A nie był to telefon Wojciecha Pyłki, tak jak nie był nim telefon z innym numerem abonenta, z którego do Janusza Laskowskiego wysłano SMS w dniu 30 stycznia o 19:32, na który Janusz odpowiedział o 19:38. W materiałach śledztwa i w materiałach sądowych nie ma wyjaśnienia tych zdarzeń, a zwłaszcza tego, kto i dlaczego 30 stycznia dokładnie o tej samej godzinie, minucie i sekundzie wysyłał do niego wiadomości tekstowe z dwóch rożnych telefonów.

Jestem przekonany, że w sprawie tej najważniejsze są pytania, których nie postawiono.

Napisz komentarz (1 Komentarz)

Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniego odcinka, w dzisiejszym miałem przedstawić najważniejsze efekty moich analiz treści materiału procesowego, jaki został w tej sprawie zgromadzony. Jednak po kilku dniach, kiedy ponownie o tym zacząłem rozmyślać, postanowiłem czytelnikom tej opowieści, zwrócić uwagę na jeszcze jeden niezwykle istotny element całej tej układanki, na podstawie której prokuratura i sąd oparli swe przekonanie, że policjanci prowadzący sprawę, żyły sobie wypruwali, aby zebrać i przedstawić im najbardziej rzetelny z rzetelnych materiał dowodowy. No i efekt tego wypruwania żył przedstawili, a z jakim skutkiem każdy wie. Odnoszę wrażenie, że w tej sprawie organa te kierowały się znaną definicją konia, zawartą w encyklopedii „Nowe Ateny” autorstwa ks. Benedykta Chmielowskiego (1700 -1763), że „jaki koń jest każdy widzi”, a więc niczego nie trzeba udowadniać, dzięki czemu Wojtek Pyłka jest tam, gdzie jest. Odwołam się też do starożytnej rzymskiej maksymy „Roma locuta, causa finita”, co po polsku znaczy „Rzym przemówił, sprawa skończona”, czyli sąd wydał wyrok (prawomocny), więc nie ma o czym gadać i nad czym szat rozdzierać. Otóż nie do końca.

Jak już wspominałem, w tej sprawie nie przedstawiono żadnego twardego dowodu, ba, nawet choćby poszlaki, wskazującej na to, że Wojciech Pyłka w nocy z 23 na 24 stycznia był w mieszkaniu Janusza Laskowskiego. A skoro organa ścigania i wymiaru sprawiedliwości nie były w stanie tego udowodnić, to jak mogły stwierdzić, że dopuścił się on zabójstwa, które – w co chyba nikt nie wątpi – wymaga, aby w momencie jego popełnienia, był na miejscu tej zbrodni. Przecież taki dowód istnieje – zauważy ktoś przytomnie, bo przecież Bogumił K. twierdzi, że sam osobiście Pyłkę wpuścił do mieszkania i widział, ja wiesza on Laskowskiego. Zapytam więc, jakimi dowodami, że Bogumił K. mówi prawdę, dysponowała prokuratura i sąd, bo przecież chociażby tylko zeznania jego konkubiny i zeznania Iwony S. (tej od wieży HiFi), dotyczące wieczoru i nocy, kiedy Bogumił przyszedł do mieszkania Iwony (gdzie przebywała jego konkubina) dowodzą, że jego opowieść o tym, jak Pyłkę wpuścił do mieszkania, są tyle warte, jak przyznanie się do wyniesienia z mieszkania ofiary wieży HiFi, która w mieszkaniu tym nigdy się nie znajdowała. Była ona własnością rzeczonej konkubiny, ale i jej panowie policjanci skutecznie wmówili, że była to wieża Janusza Laskowskiego. Dlaczego takie historie opowiadali?

Analiza akt bez wątpliwości wskazuje, że było to efektem tak zwanych rozpytań, czyli w istocie zmasowanej presji psychicznej wywieranej jednocześnie przez kilku funkcjonariuszy na Bogumiła K. i Monikę S., zaraz po tym jak przywieziono ich do komisariatu. Przebieg tych rozpytań został częściowo przedstawiony w kilku notatkach i protokołach przesłuchań dwóch policjantów, biorących w tym udział. Oczywistą oczywistością jest, że to, co zostało napisane lub powiedziane prokuratorowi, zawierało jedynie to, czym panowie policjanci zechcieli się podzielić, ale lektura akt wskazuje, że najwyraźniej nie ze wszystkim podzielić się chcieli. Śpieszę tu z wyjaśnieniem, że notatka urzędowa, to taki dokument, w którym policjant obowiązany jest dokładnie opisać, czego dowiedział się podczas wykonywanej czynności. I co się okazuje? Ano to, że w pierwszej notatce z rozpytania o Wojciechu Pyłce nie ma ani jednego słowa, a muszę podkreślić, że notatka została sporządzona w dniu 24 kwietnia, a więc w dacie zatrzymania Bogumiła K. Jest więc zapisem „na gorąco” i braku wzmianki o Pyłce nie można tłumaczyć np. tym, że policjant zapomniał, iż rozpytywany wskazał na niego, jako na sprawcę. Dla mnie, a więc kogoś, kto na policyjnej robocie „zęby zjadł”, jest to absolutnie nie do przyjęcia. Nazwisko i imię Wojciecha Pyłki pojawia się natomiast w protokole przesłuchania Bogumiła K., które zostało przeprowadzone przez policjanta z sekcji dochodzeniowej, co miało miejsce dopiero około 16:00, a więc na pewno po tym, kiedy ten pierwszy policjant sporządził notatkę. Z tych samych dokumentów procesowych wynika, że rozpytania Bogumiła K. były prowadzone wielokrotnie, ale jakoś dziwnym trafem notatek z tych czynności już nie ma, ale nie mam żadnych wątpliwości, że prowadzone były też zanim policjant przystąpił do spisania protokołu i to zapewne w trakcie tej fazy nazwisko i imię Pyłki padło. Dowodem na to jest protokół przesłuchania policjanta z Komisariatu V, który opowiada w jakich okolicznościach Pyłka pojawił się w opowieściach Bogumiła K.

I okazuje się, że w czasie rozpytania 24 kwietnia Bogumił K. wskazywał jako współsprawców, co najmniej, kilkanaście osób, których ewentualny udział był „od ręki” eliminowany przez policjantów. Więc jak odpadał jeden ze wskazanych, Bogumił kierował podejrzenia na następnego. I tak doszedł do niejakiego Piotra S. ps. Szymek oraz mężczyzny o ksywie „Jajo”. Według policjanta z Komisariatu V wskazany przez Bogumiła „Szymek”, nie mógł być sprawcą, ponieważ w tym czasie był pozbawiony wolności i nie miał przepustki. Wówczas padło nazwisko Pyłki, ale o innym imieniu, co policjanci szybko zweryfikowali, że i on również przebywał w ośrodku odosobnienia i też nie miał przepustki. W związku z tym Bogumił stwierdził, że to chodzi nie o niego tylko o jego brata. Tu wyjaśnię, że chodzi o dwóch kuzynów (braci) Wojtka, o tym samym nazwisku. Wspomnę tu tylko, że i Monika S. mówiąc o Pyłce, wymieniała imię jednego z tych braci. Kiedy drugi z nich został również „wyeliminowany”, Bogumił, jakby już z konieczności, wskazał na ich kuzyna, czyli na Wojciecha Pyłkę, który miał tego pecha, że w tym czasie nie miał takiego alibi, jak wszyscy wcześniej wymieniani. Wystarczyło to policjantom do uznania, że jeżeli nie ma alibi, to znaczy że to on. I w ten sposób Wojciech Pyłka pojawił się w protokole przesłuchania podejrzanego Bogumiła K., który wówczas wyjaśnił, że do mieszkania Janusza wpuścił Wojtka Pyłkę osobiście.

Wojtek miał być w towarzystwie dwóch kobiet, której jednej z nich podał imię i nazwisko, a drugiej tylko imię. Jednak po sprawdzeniu tych informacji, znów się okazało, że ponownie raczył skłamać, więc następnego dnia, podczas przesłuchania w prokuraturze, znów swą opowieść zmienił. Tym razem do Laskowskiego udał się w towarzystwie Wojtka, Tomasza Sz, Kingi Sz. i Wioletty F., w efekcie czego całe to towarzystwo zostało tymczasowo aresztowane, a prokuratura postawiła im zarzuty udziału w jego zabójstwie.

Dla porządku przypomnę jedynie, że w trakcie czynności śledczych i procesu, te trzy osoby zostały uniewinnione, chociaż ich oskarżenie oparte było na IDENTYCZNYCH dowodach, czyli opowieściach Bogumiła K. Jestem w 100% przekonany (a opieram to na znajomości akt sprawy), że gdyby 24 kwietnia podczas rozpytania, policjanci powiedzieli mu, aby Wojciecha Pyłki nie wrabiał, bo z ich wiedzy wynika, że nie mógł tam być, to Bogumił K. wskazałby kolejną osobę i to nie Wojtek siedziałby dziś za kratami. Oni tego Bogumiłowi nie powiedzieli, a mogli, chociażby tylko po to, aby sprawdzić jak na to zareaguje. Tak zachowałyby się prawdziwe policyjne wygi, w mig rozumiejące, że Bogumił K. opowiadając zmyślone historyjki, wodzi ich na manowce.

Ale widać gołym okiem, że policjantom z ul. Mazowieckiej ostatnia opowieść Bogusia (jak się do niego pieszczotliwie zwracali) była bardzo wygodna. Mogli ogłosić wielki sukces i już na drugi dzień Pyłkę zapuszkować, chociaż żadnego dowodu na niego nie mieli, ponieważ wobec niego nie przeprowadzili jakichkolwiek czynności sprawdzających i wykrywczych. Również niczym dysponowała prokuratura, która jednak już w dniu zatrzymania Pyłki, od razu wystąpiła z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie. Jednym słowem, hosanna.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Analizując akta sprawy Wojciecha Pyłki, wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego tak oczywisty obraz wydarzeń wyłaniający się z całości materiału dowodowego, zebranego przecież przez prowadzących śledztwo policjantów i nadzorującej je prokurator, nie zwrócił uwagi sądu. Dlaczego sąd, którego przecież nie tylko moralnym, ale i prawnym obowiązkiem było badanie oraz uwzględnianie okoliczności przemawiających zarówno na korzyść, jak i na niekorzyść oskarżonego (art.4 k.p.k.), nie zwrócił uwagi no to, że zamknięty łańcuch dowodów (nie poszlak, ale dowodów), wskazuje, że do opisywanego przez Bogumiła K. zabójstwa nie mogło dojść w nocy z 23 na 24 stycznia. Takiej dacie przeczą wszystkie zeznania najważniejszych świadków, którzy ze zdarzeniem mieli bardziej lub mniej osobisty związek. Data tego zdarzenia nie została podana przez świadków. Ona została wyinterpretowana przez funkcjonariuszy policji, a następnie bezrefleksyjnie przyjęta przez prokuraturę i sąd. W mojej ocenie, wbrew obowiązkowi wynikającemu z wskazanego już art. 4 k.p.k. Została przyjęta, ponieważ w sposób najwygodniejszy dla tych organów wskazywała na sprawstwo Pyłki.

Ktoś powie, że zbyt wielką uwagę zwracam na różne szczegóły i szczególiki zapisane w protokołach przesłuchania świadków. Owszem, czynię tak, albowiem wieloletnie policyjne (i nie tylko) doświadczenie nauczyło mnie, iż powiedzenie, że „diabeł tkwi w szczegółach”, dla osób prowadzących wszelkie dochodzenia i śledztwa winno mieć szczególne znaczenie, a najlepiej, aby zapisane było na obwolutach każdej prowadzonej przez nich sprawy. Nie mam wątpliwości, że śledczy wszelkiego rodzaju i formatu, winni szczególną uwagę zwracać na drobiazgi, różne niekiedy zdawałoby się drobne szczegóły, ponieważ to one mogą odegrać decydującą rolę w prawidłowej i obiektywnej ocenie całości. Bo to, co z pozoru wydaje się oczywiste i proste, w gruncie rzeczy wcale takie nie jest.

Aby jakoś bardziej to zobrazować, powrócę na moment do wyjaśnienia złożonego 11 sierpnia 2008 roku przez Bogusława K., kiedy to pod wpływem konfrontacji z Teresą J., dotyczącej nocnej rozmowy w sprawie kota, nagle przyznał, że opisywane przez nią zdarzenie miało miejsce dokładnie 23 stycznia. Dociekliwy policjant, prokurator, a zwłaszcza sędzia z miejsca zastanowiłby się, na jakiej podstawie Bogumił K. tak stanowczo określił tę datę, kiedy do tej pory, tak jak wszyscy inni współpodejrzani, nie posługiwał się nią, a jedynie opisem zdarzenia. Niestety nikt takim dociekliwym nie był, bo nikt nie był zainteresowany w dłubaniu w szczególikach, zwłaszcza gdy się samemu datę tę przyjęło, zresztą na wątpliwej wartości zeznaniach Teresy J. Wątpliwej, albowiem nie popartej dowodem w postaci wspomnianego przez nią terminarza, jakim rzekomo miała się posługiwać przy określeniu daty tego zdarzenia. Przecież z akt wynika, że ani policjant, ani prokurator, ani też i sędzia, terminarza tego na oczy nie widział. Szczególik taki, ale jak bardzo istotny. Nikt więc nie zwrócił uwagi na to, że wskazując na tę datę, użyła stwierdzenia „najprawdopodobniej”. Drobny szczególik, ale wywraca całe to zeznanie do góry nogami. W sądzie nie można posługiwać się takim terminem, zwłaszcza kiedy dotyczy sprawy mającej dla prawidłowego orzeczenia fundamentalne znaczenie. Rzecz w tym, że ten szczególik i jego znaczenie trzeba było chcieć, a może tylko potrafić, dostrzec.

Efektem dążenia do szybkiego ujęcia sprawcy, a więc osiągnięcia sporego sukcesu, była rzucająca się w oczy niechęć (a może niezdolność) do bardziej szczegółowej analizy, która mogłaby przecież, całą konstrukcję przyjętą przez organa ścigania i wymiaru sprawiedliwości, obrócić w perzynę. Dlatego śledczy zatrzymali się na najbardziej wygodnych dla nich momentach, które w istotny sposób pomogły im uprawdopodobnić – bo nie udowodnić – sprawstwo Pyłki. I dlatego np. wręcz triumfalnie zakrzyknęli „hurra”, kiedy odzyskali telefon komórkowy, który zdawał się im być własnością Laskowskiego. Z tego dominującego poczucia sukcesu nawet nie sprawdzili numerów IMEI jego telefonów (podanych przez siostrę), które absolutnie nie pasowały do tego, jaki dzielni policjanci z KMP wytropili u jednego z mieszkańców Wałbrzycha. Wystarczyło tylko je porównać, ale nikomu się takich drobiazgów sprawdzić nie chciało. Telefon ten został zakupiony przez niego w lombardzie w Szczawnie Zdr., gdzie pozostawiła go jakaś kobieta. Niestety, kobiety tej już nie udało się w żaden sposób namierzyć. Być może dobrze się stało, bo jak wiadomo telefon ten do Janusza nie należał. Może się funkcjonariusze zresztą „kapnęli” i nie chcą się ośmieszać, po cichutku ze sprawy tego telefonu się wycofali. Mogę to zrozumieć, bo nie było się czym chwalić, ale dlaczego dokumentacja dotycząca tego „sukcesu” nie została wycofana z akt sprawy? Prawdopodobnie w całym tym bałaganie procesowym nikt na tak drobny szczegół (?) nie zwrócił uwagi.

Tak, jak nikt nie zwrócił uwagi na kolejny „drobny szczególik”, związany z numerem telefonu Wojtka Pyłki. Chodzi o to, że składając wyjaśnienia, powiedział, iż na początku lutego zadzwonił do Janusza, ale skrzynka była już zapchana i nawet nie uzyskał połączenia z pocztą elektroniczną. A dzwonił do niego (kilka razy), ponieważ nie wiedział, że Janusz nie żyje. Oczywiście wystąpiono o stosowne billingi, tylko nikt nie zauważył, że pomylono jedną cyferkę, w rezultacie czego uzyskano billingi telefonu osoby nikomu nie znanej. Błąd można było szybko skorygować, ale żaden „orzeł z Mazowieckiej” (daruję już sobie prokuraturę) nie zastanowił się nad tym, że był to billing kogoś mieszkającego w Gdańsku, w związku z czym zdecydowana większość połączeń dotyczyła różnych firm z terenu tego województwa. Wyglądać by mogło, że panie i panowie policjanci byli przekonani, iż Pyłka prowadził tak szeroko zakrojone interes, że może nawet handlował na wielką skalę z przemytnikami narkotyków. Wszak to Gdańsk, „królestwo” takich handlarzy. I zamiast zadzwonić pod ten numer, zaczęli przepytywać go o jego interesy w tym mieście, wypytywać o posiadane tam kontakty etc. etc. A wystarczyło, aby postąpili tak, jak ja, kiedy w 2018 roku pod ten numer zadzwoniłem i w rozmowie z jego właścicielką bez trudu ustaliłem, że jest ona mieszkanką Gdyni, a telefonem z tym numerem dysponuje od 2005 roku, z tym, że wówczas był on przypisany do jej prywatnej firmy, którą prowadziła. Wojciecha Pyłki, ani Janusza Laskowskiego nie znała i nigdy o nich nie słyszała.

Tak samo „orłom z Mazowieckiej” nie przyszło do głowy zabezpieczenie billingów telefonów Laskowskiego z grudnia 2007, aby ustalić wszystkie jego kontakty. Mało, nie przyszło nikomu do głowy, aby ustalić i przesłuchać wszystkie osoby, które z Januszem Laskowskim kontaktowały się telefonicznie, aby rozpoznać charakter tych kontaktów i sprawdzić, czy wśród nich nie kryje się właśnie zabójca. Nie zdobyli się również na odrobinę inwencji i nie sprawdzili baz danych stacji BTS, dzięki czemu mogliby uzyskać w miarę precyzyjne informacje, dotyczące lokalizacji poszczególnych telefonów w trakcie prowadzonych z Januszem rozmów lub wysyłanych wiadomości SMS. Piszę o tych „szczególikach” dlatego, że w przyszłym tygodniu przedstawię najbardziej bulwersujący tego rodzaju fakt, który być może, dokładnie po latach obiektywnie osądzony przez Sąd Najwyższy, pozwoli Wojtkowi wyjść na wolność. A dotyczy on właśnie szczegółów połączeń telefonicznych Laskowskiego ze stycznia 2008 roku oraz tego, jakie dla ustalenia winy Wojtka Pyłki miały znaczenie.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Jak już kilka razy podkreślałem, zasadniczym problem dla ustalenia udziału Wojciecha Pyłki w zabójstwie Janusza Laskowskiego, jest znalezienie w materiale procesowym faktów, które taką tezę potwierdzałyby sposób jednoznaczny i niebudzący wątpliwości. Jednakże uważna i obiektywna analiza zgromadzonego materiału dowodowego, na takie fakty jednoznacznie nie wskazuje, co już samo z siebie wyrok skazujący Pyłkę stawia w niekorzystnym dla sądu świetle. Aby nie być gołosłownym, wskażę na znajdujące się w rożnych protokołach przesłuchania świadków informacje, które połączone w całość, dowodzą, że 23 stycznia, po tym jak zakończyła się druga interwencja policjantów z KMP, Bogumił K. w ogóle do mieszkania Janusza Laskowskiego się nie dostał. A jeżeli nie było go w mieszkaniu Janusza, to wszystko to, co dotyczy Wojciecha Pyłki i jego rzekomego zachowania się w w tym czasie w mieszkaniu Laskowskiego można, mówiąc kolokwialnie, psu w buty włożyć.

Zacznę od złożonego dopiero 7 sierpnia zeznania Teresy J. (pisałem o tym w odcinku nr 4 – DB 2010 z 20.08.2020), z którego wcale jednoznacznie nie wynika, że to właśnie w nocy 23 stycznia widziała w oknie mieszkania Janusza Laskowskiego i rozmawiała z Bogumiłem K. Przypomnę też opisywane w tym samym odcinku zeznania Roksany L. złożone 31 marca i 23 maja, z których wynika, iż opisywane przez Teresę J. zdarzenie, miało miejsce na dwa lub trzy dni przed ujawnieniem zwłok Janusza Laskowskiego i dwa lub trzy dni od momentu, kiedy światła w oknach świeciły się już ciągle. Z prostego rachunku wynika, że chodzi raczej o 27 lub 28 stycznia, a wątpliwość co do daty wynika z tego, że nie wiadomo, kiedy rozmowa między kobietami miała miejsce i jak szczegółowo Roksana L. zdołała zapamiętać jej treść. Na pewno jednak pamiętała lepiej, to co się działo przed dwoma miesiącami, niż to co mogła po 7 miesiącach zapamiętać Teres J.

Jedno w tym jest pewne, że rozmowa między tymi kobietami miała miejsce już po ujawnieniu zwłok Laskowskiego, i że wydarzenie opisane przez Teresę J. nie miało miejsca 23 stycznia. Twierdzę tak na podstawie tego, co w śledztwie i podczas procesu zeznały Monika S. i Iwona S., a także, co wyjaśniał Bogumił K. 25.09.2008, a więc po wyjaśnieniach z 11 sierpnia, uznanych przez sąd za tak wiarygodne, że to właśnie na ich podstawie skazano Wojciecha Pyłkę.

Przypomnę, że 11 sierpnia, kiedy Bogumiłowi K. postawiono do oczu Teresę J., przyznał się, że to on z nią rozmawiał, a więc, że był w mieszkaniu Laskowskiego, w dacie zasugerowanej mu przez przesłuchujących, a opartej na zeznaniach tej kobiety. Zmienił wówczas swoje poprzednie wyjaśnienia i powiedział:

Dokładnie było to 23 stycznia (…). Po tym jak policjanci mi kazali opuścić budynek, to ja z stamtąd faktycznie poszedłem, ale po jakimś czasie wróciłem. Mogło to być około 20 minut. Podszedłem znów pod drzwi mieszkania Janusza (...), dzwoniłem dzwonkiem i wtedy mieszkanie otworzył mi Wojtek Pyłka”.

Warto zwrócić uwagę, że przesłuchującego absolutnie nie interesuje, w jaki sposób i kiedy Pyłka mógł się dostać do mieszkania, a sąd tego fragmentu nie konfrontuje z innymi dowodami (np. biling rozmów, zeznania świadków), aby to nagłe jego „objawienie się” w mieszkaniu Laskowskiego zracjonalizować. Jednakże i to „najbardziej wiarygodne” wyjaśnienie się nie ostało, bo oto nagle – być może pod wpływem dociskających go policjantów, którym w to nagłe „objawienie” trudno było jakoś bez dowodów uwierzyć – Bogumił K. ponownie dokonuje wolty i te „najbardziej wiarygodne” wyjaśnienia w istotny sposób modyfikuje. Dokonuje się to właśnie 25 września, kiedy ujawnia kolejną już wersję wydarzeń. I jestem przekonany, że tym razem jeszcze bardziej wiarygodną, niż to co opowiadał 11 sierpnia.

Otóż podczas tego przesłuchania mówi, że po tym kiedy policjanci przy drugiej interwencji kazali mu iść do domu, razem z nimi opuścił budynek i udał się w kierunku ul. Grabowskiej. Jednak po jakimś czasie postanowił powrócić, aby przeprosić Janusza za to, co pod jego drzwiami ze znajomymi wyprawiał, ale do budynku nie mógł się dostać ponieważ drzwi do bramy były zamknięte. Zaczął więc rzucać w okno kamykami i po paru minutach zapaliły się w nich światła (!!!), a Janusz wyszedł na zewnątrz i zaproponował, że da mu pieniądze, aby poszedł zakupić mu ćwiartkę. Kiedy doszli w ciemniejsze miejsce, Janusz zaatakował go kuchennym nożem do chleba, w wyniku czego zranił go w rękę, a następnie uciekł do swego domu. Można więc być pewnym, iż uciekając zatrzasnął drzwi bramy wejściowej.

W tym miejscu muszę przypomnieć, że o tym, iż Laskowski zranił go nożem w rękę, opowiadał już podczas przesłuchania 24 i 25 kwietnia, tylko, że wówczas miało to mieć miejsce w mieszkaniu Janusza, który zaatakował go nożem, podczas wspólnego spożywania alkoholu z udziałem Wojciecha Pyłki i Tomasza Sz. W związku z tym zranieniem, poszedł zgłosić to w komisariacie, ale przesłuchani policjanci faktu tego nie potwierdzili. Z komisariatu udał się na ul. Grabowską do Moniki S., która trzy dni wcześniej wróciła ze szpitala w Stroniu Śląskim. Będąc w mieszkaniu pokazał jej zranioną rękę i ona mu ją opatrzyła.

Prawdziwość tej wersji potwierdza w całości zeznanie złożone 9 października przez Iwonę S., z którego wynika, że ze zranioną ręką przyszedł do jej mieszkania, w którym akurat przebywała Monika S. Jest to według mnie bardzo ważne zeznanie, więc jego fragment dosłownie tu przytoczę:

w styczniu tego roku była taka sytuacja, że była u mnie w mieszkaniu Monika S. Wtedy też przyszedł Bogdan K. i zaczął coś mówić, że był pod domen Janusza L. (...), że była też policja (…) Mówił, że został okaleczony w rękę, (…) było już ciemno, maksymalnie mogła to być godzina 22:00. (...)”.

Natomiast Monika S. 15 września 2009 w sądzie zeznała, że

" (…) Bogdan pokazywał mi skaleczoną rękę, leciała mu krew, ja mu to bandażowałam. Bogdan mi opowiadał, że był u Janusza Leszczyńskiego i Janusz coś chciał Bogdanowi zrobić, co dokładnie nie wiem, wiem że skaleczył mu rękę. Jak spotkaliśmy się z Kowalskim, to Bogdan miał jeszcze szramę na ręce.(…).

Jeżeli więc maksymalnie o 22:00 Bogumił K. ze skaleczoną ręką był w mieszkaniu Iwony S., to o 22:30 Teresa J. nie mogła go widzieć w oknie mieszkania Janusza Laskowskiego, a do zabójstwa dojść po godzinie 02:00, ponieważ Bogumił K. przebywał już w mieszkaniu na ul. Grabowskiej. A jeżeli tak było, a wskazują na to dowody przedstawione przez prokuraturę, to cała opowieść o tym, jak w nocy z 23 na 24 Wojciech Pyłka mordował Janusza Laskowskiego, kupy się nie trzyma i dowodnie, któryś raz z kolei wskazuje, że Pyłka został prymitywnie pomówiony przez Bogumiła K,. co ten uczynił, aby jakoś „wymiksować” się z wcześniejszego przyznania się do udziału w opisywanej przez siebie zbrodni.

Wszystko więc wskazuje na to, że Tresa J. mówiła prawdę, ale opisane zdarzenie musiało mieć miejsce pomiędzy 24 a 28 stycznia, a na to, że w dniach tych był tam Wojciech Pyłka dowodu żadnego nie ma, bo nawet Bogumił K. o tym nie wspomina. Dlaczego? Będę o tym pisał w dalszych odcinkach.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Z wielkim zadowoleniem przyjąłem informację, że Sąd Najwyższy pozytywnie zareagował na złożony przez panią mecenas Magdalenę Szczubel wniosku o wznowienie prawomocnie zakończonego postępowania i zażądał od Sądu Okręgowego przesłania akt sprawy. Być może to niewielkie światełko w tunelu zabłyśnie niedługo jak reflektor, czego Wojciechowi Pyłce w imieniu własnym i Redakcji DB 2010 serdecznie życzę.

* * *

dzisiejszym odcinku postaram się znaleźć odpowiedź na pytanie, czy śmierć Janusza Laskowskiego miała miejsce w nocy z 23 na 24 stycznia, a konkretnie, czy nastąpiła 24 stycznia po godzinie 02:02:53, co na podstawie przedstawionych przez policję i prokuraturę „dowodów” przyjął Sąd Okręgowy w Świdnicy. Sąd ten uznał, że telefon do znajomej wykony w środku nocy, jest niepodważalnym dowodem na to, że Laskowski zadzwonił, ponieważ czuł się zagrożony i gwałtownie szukał pomocy. Czuł się zagrożony ponieważ Wojciech Pyłka chciał go powiesić? Przecież w chwili śmierci (co wykazały specjalistyczne badania) Laskowski miał prawie 4 promile alkoholu we krwi, a więc według naukowych wskazań, powinien być nieprzytomny, a przynajmniej w stanie półprzytomności. Ciekawe czym kierował się sąd, przyjmując tak karkołomną tezę ? Pytam się, ponieważ śmiem uważać to za wierutną bzdurę, co zaraz postaram się udowodnić.

Otóż, jak wynika z materiału dowodowego, pod ten sam numer telefonu stacjonarnego Janusz Laskowski dzwonił w tym dniu również o 05:16 oraz 12:01 i o wspomnianej już 02:02:53, ale za każdym razem jego znajoma nie podnosiła słuchawki, ponieważ rano jeszcze spała, w południe była w pracy, a w nocy już spała. Dlaczego o tych godzinach do niej dzwonił nie wiadomo, ale z analizy całości materiału dowodowego (zeznań świadków) nie wynika, aby 23 stycznia, zarówno rano jak i w południe, mógł się czuć czymś zagrożony i dlatego do niej dzwonił. Przecież 23 stycznia odwiedził przed południem w jego biurze znajomego Jerzego Ch., w godzinach południowych na ul. Słowackiego pobrał z bankomatu 50 zł, między 12-ta a 18-tą dzwonił kilka razy do dwóch bliskich swych znajomych i w tym czasie żadnego zaniepokojenia nie przejawiał. Nie ma więc żadnych podstaw, aby sądzić, że telefon wykonany o 2-giej w nocy mógł być wywołany właśnie stanem zagrożenia. Fakt kilku telefonów wykonanych o rożnych godzinach sugeruje raczej, że Janusz Laskowski miał jakąś dosyć dla niego ważną sprawę, którą chciał z tą kobietą omówić, niż to, że się czegokolwiek w tym dniu obawiał.

Przekonanie o tym, że do śmierci Leszczyńskiego doszło właśnie w tym czasie, bez wątpliwości wynikło z prostego (zbyt prostego) schematu myślowego, przyjętego przez funkcjonariuszy Policji i bezrefleksyjnego powiązania dwóch zdarzeń potwierdzonych dowodowo, czyli dwukrotnej telefonicznej prośby o policyjną interwencję i ujawnienie 31 pierwszego stycznia 2008 roku wiszących w mieszkaniu jego zwłok.

W rzeczywistości przedstawiony sądowi materiał dowodowy w żadnym przypadku nie wskazywał na istnienie jakiegokolwiek faktycznego związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami. Wystarczyło tylko dokładnie wczytać się w akta i powiązać ze sobą różne fragmenty protokołów przesłuchań, aby to dostrzec, że gdyby dokonano profesjonalnego przesłuchania zarówno samego Bogumiła K., Moniki S. oraz Iwony S. i jej męża Tomasza (sąsiadów Moniki, u których zabezpieczono wspominaną wcześniej wieżę HiFi), być może już po pierwszych tych czynnościach stwierdzono by, że w nocy z 23 na 24 stycznia do zabójstwa Leszczyńskiego dojść nie mogło, a wyjaśnienia Bogumiła K., to efekt wcześniejszych rozpytań przeprowadzonych przez funkcjonariuszy policji. Również gdyby sąd przeprowadził bardziej dogłębną analizę spisanych przez policjantów protokółów przesłuchania tych osób, zwróciłby uwagę, że zeznania świadków, jak i wyjaśnienia samego Bogumiła przeczą zasadniczo temu, co wyjaśniał 11 sierpnia 2008 roku. Wyjaśnienia, które sąd uznał za kluczowe i jedyne prawdziwe.

Jak wcześniej pisałem, swoje pierwsze przyznanie się do udziału w zabójstwie Bogumił K. zawarł w przesłuchaniu z 24 kwietnia, przeprowadzonym przez policjantów z Komisariatu V, co 25 stycznia powtórzył w prokuraturze. Rzecz w tym, że podczas tak zwanego rozpytania, opowiadał wierutne bzdury o rzekomym wspólniku w zbrodni, a następnie po tym jak mu wykazano, że kłamie, wskazał na Tomasza S., Kingę Sz. i Wiolettę F. i Wojciecha Pyłkę. Jednakże po konfrontacji z Tomaszem Sz., co miało miejsce 17 czerwca, wszystkie swoje wcześniejsze wyjaśnienia w całości odwołał, tłumacząc to wpływem wielokrotnych rozmów z księdzem, który go w celi odwiedzał. Natomiast to, co zeznał 24 i powtórzył 25 stycznia, było według niego efektem nacisku ze strony policjantów, którzy na niego krzyczeli, a on bał się wszelkiej agresji, co zresztą zostało potwierdzone w psychiatryczno-psychologicznej opinii sądowej przez biegłych. Twierdził też, że policjanci wmawiali mu, że zabił Janusza, i że ma powiedzieć, kto mu w tym pomagał, ponieważ sam by nie dał rady. Warto przy tym pamiętać, że Tomasz Sz., został przez sąd całkowicie oczyszczony z zarzutów, a obie kobiety w oddzielnym postępowaniu zostały również uniewinnione.

W rzeczywistości o tym, że chodzi konkretnie o 23 stycznia, Bogumił K. (tak jak i pozostali podejrzani) dowiedział się od policjantów, bo sam tej daty nie pamiętał. Kiedy jednak 11 sierpnia przedstawiono mu zeznania Teresy J., że w nocy 23 stycznia widziała go w oknie, ponownie obciążył Pyłkę, twierdząc, że po drugiej „wizycie” policjantów wrócił do budynku i kiedy zapukał do drzwi Janusza, to właśnie Pyłka do mieszkania go wpuścił. Zastanawiam się dlaczego śledczy nie zwrócili uwagi na pewne istotne fragmenty jego wyjaśnień, które całkowicie korelują z zeznaniami Teresy J., Moniki S. i małżeństwa S., i które wprost dowodzą, że 23 stycznia po tym jak rozstał się z Tomaszem S., Kingą Sz. i Wiolettą F., pomiędzy godziną 19:16 a 19:25, udał się na ulicę Grabowską, do budynku, w którym mieszkała Monika S. Dlaczego nie zwrócili uwagi na to, że po pierwszej policyjnej interwencji do Laskowskiego zadzwoniła Iwona S., która wcześniej z nim żadnych kontaktów nie utrzymywała. Z jakich więc powodów nagle telefonuje do w sumie obcego jej człowieka?

Na jedyny powód takiego zachowania, wskazuje treść jej zeznania z 9 października, z którego wynika, iż numer telefonu Laskowskiego otrzymała od niego samego, kiedy szukał Bogumiła K. po tym, jak ten na początku stycznia ukradł mu kilka tysięcy zł. Zeznała wówczas: „ (…) Miałam od niego numer telefonu, on sam mi go podał. On mi go podał kiedyś jak szukał Bogdana K., po tym jak ten ukradł mu pieniądze. Janusz zostawił mi swój numer i prosił abym do niego zadzwoniła jak Bogdan pokaże się w domu, a my mieszkamy w jednym budynku”. Znajduje to potwierdzenie w wyjaśnieniach samego Bogumiła K. z 17 czerwca: „(…) Na drugi dzień Janusz przyszedł do mnie na Grabowską, był pijany, szukał mnie u S. (Moniki - JB), szukał mnie i tych pieniędzy, mnie wtedy w domu nie było na Grabowskiej, bo byłem na Gaju. On szukał mnie u S.(małżeństwa - JB) w domu. S. mieszkają piętro niżej od konkubiny. (...) powiedział, że daje im dwa tysiące za znalezienie mnie. (…)”. Tak więc Iwona S. była żywotnie zainteresowana, aby o obecności Bogumiła powiadomić Laskowskiego. Ale to, już kolejny raz, śledczych i sędziów nie zainteresowało. Ale o tym dlaczego zdarzenie to miałoby świadczyć, że opisane przez Bogumiła K. zabójstwo nie mogło mieć miejsca w nocy z 23 na 24 stycznia, wyjaśnię w następnym odcinku.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)