W poprzednim odcinku wyraziłem przekonanie, że 31 stycznia 2008 roku w mieszkaniu Janusza Laskowskiego nie przeprowadzono żadnych oględzin, ponieważ czynności tej dokonano dopiero 24 kwietnia 2008 roku, w wyniku postanowienia wydanego przez nadzorującą śledztwo prokurator. Przypomnę, że przeszukanie to nie miało najmniejszego sensu, ponieważ 27 lutego mieszkanie Laskowskiego zostało dokładnie opróżnione z wszystkiego tego, co się w nim w chwili ujawnienia zwłok znajdowało. A jednak w aktach sprawy znajduje się protokół przeszukania tego mieszkania, który, jak wspominałem nie zawiera niczego, a jedynymi konkretami są ujawnione w nim dwa „fakty”, z których jeden dotyczy ułożenia dłoni denata, które opisał w sposób następujący: „Palce obu dłoni ma włożone między pętlę a szyję”. To wszystko. Fotografii oczywiście nie ma.

Śmiem twierdzić, że to właśnie to króciutkie zdanie, było jedynym powodem, dla którego zdecydowano się na tak zadziwiające posunięcie. Ale zanim przedstawię mocne poszlaki, wskazujące na nieprawdopodobny procesowy przekręt, powołam się na fragmenty zeznań Jerzego Ch., który jako jedyny spośród tych, którzy widzieli wiszące zwłoki, został przesłuchany. Policjant, który wszedł z Jerzym Ch. do mieszkania przesłuchany oczywiście nie został, ani w toku śledztwa, ani też w czasie postępowania przed sądem. Drobiazg? Według mnie raczej skandal. Jerzy Ch. zeznał podczas śledztwa, że nie pamięta ułożenia rąk wiszącego kolegi, ale kiedy w sądzie odczytano mu fragment protokołu oględzin miejsca znalezienia zwłok, w którym zapisano, że dłonie denata trzymają oburącz pętlę, to wówczas zeznał, że : „(…) Nie przypominam sobie takiej sytuacji z ułożeniem w ten sposób rąk Janusza. (…) być może, że wydawało mi się, że ręce miał wzdłuż ciała. Jednak wydaje mi się, że bliższe temu, co pamiętam jest to, że właśnie w ten sposób ręce miał ułożone.(…)”.

Jest to zapis zeznań świadka, który w sądzie znajduje się pod naciskiem pytań prokuratora i oskarżyciela posiłkowego, którzy z całą mocą prą do uzyskania potwierdzenia tego, że denat wisiał z rękami chwytającymi pętlę. Tych, którzy na salach sądowych nie bywają i nie wiedzą, jak powstaje protokół z rozprawy, informuję, że protokolantka (bo zazwyczaj to kobieta) nie zapisuje tego, co mówią zeznający (tak jak to jest praktykowane w sądach amerykańskich), tylko to, co jej do protokołu dyktuje sędzia przewodniczący. A sam wielokrotnie słyszałem, że to co dyktuje, nie całkowicie oddaje to, co zeznający mówił, zwłaszcza kiedy nie posługuje się zdaniami zbudowanymi zgodnie z zasadami języka polskiego. Mówiąc więc językiem zrozumiałym dla wszystkich, Jerzy Ch. nie potwierdził tego, co w protokole zapisał policjant, a policjanta nie wezwano na świadka, zapewne z obawy, że np. obrońca mógłby go przemielić pytaniami, dotyczącymi faktu sporządzenia przez niego tak kuriozalnego protokołu.

Mógłby go też zapytać, dlaczego protokół ten nie zawiera żadnego oznaczenia, że z jego treścią zapoznał się jakikolwiek jego przełożony, a zwłaszcza funkcjonariusz z pionu dochodzeniowego. Zresztą nie wyobrażam sobie, aby w normalnych warunkach taki protokół mógłby być włączony do akt, bez adnotacji nakazującej natychmiastowe powtórzenie czynności oględzinowych, zgodnych z procesową procedurą, która w żadnym przypadku nie może być przecież zlekceważona. Według mnie – przecież wieloletniego naczelnika wydziału kryminalnego KWP – taki brak nadzoru nad czynnościami procesowymi w śledztwie, to nic innego jak czyny zahaczający o art. 231 k.k., stanowiący o niedopełnieniu obowiązku służbowego na szkodę interesu publicznego, czyli na szkodne wymiaru sprawiedliwości.

Aby już nie przedłużać, wyjaśnię, o co – według mnie – chodziło.

Otóż wszystkie te „procesowe cuda” miały na celu wykazanie, że Janusz Laskowski został powieszony przez Wojciecha Pyłkę, który broniąc się przed tym, chwytał się rozpaczliwie za pętlę, próbując rozluźnić jej śmiertelny ucisk. Przypomnę, że miał się tak bronić, znajdując się w stanie kompletnego upojenia alkoholowego, co zostało potwierdzone specjalistycznym badaniem, wykazującym stężenie alkoholu w wysokości 3,1‰ we krwi i 3,6‰ w moczu. Tymczasem, jak czytam na stronie Kliniki Psychiatrycznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, stężenie alkoholu w granicach 3 - 4 promili powoduje pogłębiające się zaburzenie świadomości prowadzące do śpiączki oraz upośledzenie odruchów i czucia. Warto też wiedzieć, że w pierwszych dwóch dniach po śmierci zawartość alkoholu we krwi zwłok zwykle spada przeciętnie o 5 do 6%, a po 24 godzinach może się obniżyć nawet o 10%. Natomiast w ciągu dalszych dni spadek ten bywa jeszcze znaczniejszy i czwartego dnia może osiągać 20 do 25%. Krew ze zwłok Janusza Laskowskiego do badań pobrano 6 lutego, a więc 19 dni od zgonu.

Warto więc zwrócić uwagę, że moment powieszenia Laskowskiego przez Pyłkę, przesłuchiwany w prokuraturze 25 kwietnia, Bogumił K. opisuje następująco :”(…) W tym czasie Janusz odzyskał przytomność i zaczął się bronić. Jak „Jajo” (Pyłka – JB) zakładał mu pętlę to Janusz dalej leżał na ziemi. On odrywał tę pętlę od szyi i wołał „pomocy” i „ratunku” (…) On miał ręce włożone w tą pętlę, tak jakby chciał ją rozerwać. Włożył je wtedy jak się bronił kiedy leżał na ziemi, (...).” A więc człowiek spity do nieprzytomności według prokuratury i sądu miał świadomość tego, co się wokół niego dzieje i walczył ze swoim zabójcą, wołając głośno i rozpaczliwe o pomoc. Dla mnie to wystarczające, aby zapytać, czy nie był to moment, by ktoś stuknął się w głowę. Ale w głowę nikt się nie stuknął (nawet obrońca z urzędu), a sąd w uzasadnieniu wyroku, stwierdził z wielkim przekonaniem, że Bogumił K. wyjaśnienia swe składał dobrowolnie i w warunkach pełnej swobody wypowiedzi. Oczywiście chodzi o te wyjaśnienia, w których się do obecności przy zabójstwie przyznawał. Jednakże bardzo szybko się z tego wycofał, twierdząc, że znajdował się pod wielką presją policjantów, w co sąd oczywiście mu już nie uwierzył, chociaż utrzymywał to, aż do ostatniego dnia procesu.

Wiara sądu opierała się przede wszystkim na tym, że Bogumił opowiadał o tych dłoniach trzymających pętlę, co policjant opisał w swym protokole oględzin mieszkania i zwłok. Warto więc przy tym podkreślić, że zanim Bogumił zaczął składać wyjaśnienia, był poddany wielogodzinnej „obróbce” w postaci tzw. policyjnego rozpytania, czyli nieprotokołowanej, ani nie utrwalanej w inny sposób pozaprocesowej czynności, czego w ogóle nie kryli przesłuchani w tej sprawie policjanci. I tak funkcjonariusz biorący udział w tymże rozpytaniu, zeznał przed sądem w rozbrajający sposób, że podczas tej „luźnej rozmowy” podał Bogumiłowi K. pewne fakty, a w tym i taki, że Janusz miał ręce gdzieś w okolicach pętli. Mówił mu, że ”pewnie tam byłeś, pociągnęliście za linę, a on włożył ręce. W pewnym momencie K. potwierdził to, co powiedziałem, mówiąc, „no, tak było”. Policjant zeznał to przed sądem, a sąd na to nie zwrócił najmniejszej uwagi. Ale ja zwróciłem i dzięki temu wiem, do czego potrzebny był ten kuriozalny protokół oględzin, w którym policjant napisał, że dłonie denata trzymały pętlę. W następnym odcinku napiszę dokładniej, czym są w istocie te rozpytania, dlaczego Bogumił K. tak łatwo potwierdzał to, co mówili mu policjanci i dlaczego się z wcześniej złożonych wyjaśnień wycofał.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Zanim rozwinę moje kolejne wątpliwości, rodzące się w trakcie lektury akt procesowych jak króliki w australijskim buszu, przypomnę, że rzecz będzie dotyczyć oględzin mieszkania Janusza Laskowskiego, przeprowadzonych przez policjanta z Komisariatu V o godzinie 16-tej w dniu 31 stycznia 2008 roku. A także tego, dlaczego mam uzasadnione podejrzenie, graniczące z pewnością, że faktycznie żadnych oględzin w dniu tym nie przeprowadzono, a te które miały miejsce, zostały przeprowadzone w innym terminie.

Wątpliwość pierwsza, co do tego faktu, wynika z tego, że w aktach procesowych nie znajduje się ani jedna fotografia, przedstawiająca wygląd pomieszczeń oraz znajdujących się tam przedmiotów, ani też wiszących zwłok, nie wspominając już o tym, iż z protokołu tego wynika, a nie ma żadnego innego dokumentu procesowego w tej materii, że nie zabezpieczono nawet linki, na której wisiały zwłoki, co w procesie karnym jest warunkiem sine gua non, czyli warunkiem niezbędny dla celów dowodowych. Każdy kumaty obrońca taki protokół oględzin powinien już w pierwszym dniu procesu zakwestionować. Tak się jednak nie stało. Dlaczego? Niech Czytelnicy sami sobie odpowiedzą. Ale nie tylko obrońcy można o to pytać, ale także i przede wszystkim nadzorującej śledztwo pani prokurator (aby wstydu oszczędzić nie wspomnę nazwiska), która widać takimi pierdołami głowy sobie nie zawracała, co również udzieliło się wszystkim sędziom, jacy się sprawą Pyłki ponoć zajmowali z poszanowaniem zasad wynikających z art. 7 k.p.k., mówiącego min. o tym, że wszystkie dowody winne być oceniane z uwzględnieniem zasad prawidłowego rozumowania, wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego. Łapię się za głowę, kiedy staram się wyobrazić sobie poziom tej wiedzy i doświadczenia życiowego, o zasadach prawidłowego rozumowania nie wspominając.

Ale wracam do linki, na której ponoć wisiały zwłoki Janusza Laskowskiego. Piszę „ponoć”, bo tak naprawdę to nie jest wiadomo w jaki sposób znalazła się w materiałach dowodowych, skoro nie została procesowo zabezpieczona na miejscu zdarzenia, ani też podczas sekcji zwłok. Nota bene, w protokole z sekcji na jej temat nie ma ani jednego zdania. A przecież w każdym śledztwie dotyczącym zabójstwa przez powieszenie, taką linkę bada snadzwyczaj skrupulatnie i to nie tylko jej końcówki, aby ustalić, czy i czym były przecinane, ale także sposób sporządzenia pętli (związania supła na szyi i belce), porównania bruzdy wisielczej do jej parametrów, jak i samą linkę pod kątem ujawnienia znajdujących się na niej śladów biologicznych. Bo jeżeli Wojciech Pyłka miał powiesić Janusza Laskowskiego w ten sposób (jak przyjęto w akcie oskarżenia i w wyroku), że najpierw założył pętlę na szyję, a następnie całkowicie bezwładne ciało pijanego w sztok (stężenie alkoholu etylowego we krwi wynosiło 3,1 i 3,6 w moczuJanusza podciągał linką do góry, to bez żadnych wątpliwości należy przyjąć, że na tej lince ślady takie winny znajdować się w każdym miejscu, w którym Pyłka musiał kolejno ją chwytać, aby to ciało w górę wywindować.

Wydawać by się mogło, że w takim razie linka ta winna być jednym z podstawowych dowodów wskazujących na sprawstwo Wojciecha Pyłki. Nic z tych rzeczy. Żaden taki dowód nie został wymieniony w uzasadnieniu wyroku, ale nie ma się czemu dziwić, ponieważ biegli z Zakładu Medycyny Sądowej AM we Wrocławiu jednoznacznie stwierdzili,że „zabezpieczone na lince ślady biologiczne mogły pochodzić od Laskowskiego lub innych osób, z wykluczeniem Wojciecha Pyłki i Bogumiła K.” Proszę czytelników, aby o tej konkluzji nie zapomnieli.

Tak więc linka ta jest, a jakby jej nie było. Dlaczego?

Ano dlatego, że jedynym zapisanym w procesie dowodem jej istnienia, jest pkt 2 w wykazie dowodów do ujawnienia na rozprawie, znajdujący się w pkt III aktu oskarżenia. Ale skąd się dowód ten tam wziął, zgadnąć nie trudno, jeżeli się zna dalsze rewelacje wynikające z zebranego w śledztwie materiału procesowego. Otóż, opierając się na własnej analizie materiałów procesowych, opartej na zasadach prawidłowego rozumowania, wskazań wiedzy i własnego doświadczenia zawodowego oraz życiowego, stawiam tezę, że 31 stycznia 2008 roku, przebywający w mieszkaniu Laskowskiego policjant z Komisariatu V, żadnych oględzin nie przeprowadził, a protokół datowany na ten dzień i znajdujący się w aktach, został sporządzony dopiero po 24 kwietnia. Tę zdawałoby się karkołomną tezę, uwiarygadniają jednak zdarzenia, jakie rozegrały się w dniu, w którym Bogumiła K. dowieziono przed oblicze nadzorującej śledztwo prokurator, która 18 lutego 2008 roku wydała postanowienie o jego wszczęciu z art. 151 k.k., uznając, iż zachodzi uzasadnione podejrzenie, iż Janusz Laskowski targnął się na własne życie w efekcie czyjeś namowy lub lub udzielenia mu w tym pomocy. Mimo tego, że zostało wszczęte, 27 lutego 2008 r. prowadzący je policjanci wydali wałbrzyskiemu MZB klucze do mieszkania Janusza, w rezultacie czego pracownicy tej instytucji (po powiadomieniu Prokuratury, Policji i Straży Miejskiej), dokładnie je wysprzątali, a wszystkie znajdujące się tam rzeczy wywieźli do magazynów MZB. Na szczęście, co będzie miało później naprawdę spore znaczenie, z czynności tych sporządzili stosowny protokół i wykonali kilka kolorowych fotografii. Przez kilka miesięcy w sprawie tej nic się prawie nie działo, aż 24 kwietnia zatrzymano Bogumiła K. i jego konkubinę Monikę S., co zresztą było efektem kuriozalnych wręcz wydarzeń, których głównymi aktorami byli wałbrzyscy policjanci z Komisariatu V i ich koledzy z KMP. Następnego dnia Bogumił K. został dowieziony do Prokuratury Rejonowej celem przesłuchania go w charakterze podejrzanego, a więc przedstawiono też prokurator akta sprawy, sporządzone przez prowadzącą śledztwo policjantkę z tego komisariatu.

I tu zaczynają się moje domysły, oparte na wartościach wskazanych w przywołanym wyżej art. 7 k.p.k., które pozwalają postawić mi tezę, opartą na analizie dokumentacji i chronologii zdarzeń, że niewątpliwie prokurator zauważyła, w aktach sprawy nie ma protokołu oględzin miejsca zdarzenia i dlatego wydała poplecenie uzupełnienia tej podstawowej czynności procesowej. Na miejsce domniemanego przestępstwa udała się dwójka funkcjonariuszy z KMP (dochodzeniowiec i technik kryminalistyki), którzy o 1140 rozpoczęli oględziny pustego i wysprzątanego mieszkania, w efekcie czego zabezpieczyli kawałek walającej się po podłodze linki, dzięki czemu mogła się ona znaleźć na wykazie dowodów rzeczowych. Oględziny te zakończono o 1210 i dopiero po tym, o godzinie 1221 prokurator przystąpiła do przesłuchania Bogumiła K. i postawienia mu zarzutów. I tylko w taki sposób można wytłumaczyć przeprowadzenie oględzin mieszkania po tym, jak zostało ono wysprzątane i opróżnione z wszystkiego, co się w nim 31 stycznia znajdowało? Dlatego też, aby nie kompromitować tego całego, pożal się boże śledztwa, zdecydowano się na wprowadzenie tego fikcyjnego dokumentu, datowego na 31 stycznia 2008 roku. I jestem całkowicie przekonany, że o tym „myku” nadzorująca śledztwo prokurator nie wiedziała, bo mi się nie chce wierzyć, aby wiedzieć o tym mogła. W kolejnym odcinku przedstawię dalsze poszlaki uzasadniające moją tezę. I nie tylko .

 

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

W poprzednim odcinku wskazałem na istotne, ale niedostrzeżone w śledztwie i procesie fakty, które wiarygodnie uzasadniają twierdzenie, że śmierć Janusza Laskowskiego miała miejsce w godzinach popołudniowych 25 stycznia, na co istnieją konkretne dowody. Czas więc najwyższy ku temu, aby opowiedzieć, jak sprawa tego zabójstwa się zaczęła i jak przebiegała. Otóż zaczęła się od tego, że 31 stycznia Jerzy Ch., zaniepokojony świecącymi się od 25 stycznia światłami w oknach mieszkania Janusza, ze swoimi obawami podzielił się z Danielem P., który mieszkał na parterze tego samego co Janusz budynku. Ponieważ obydwoje nie widzieli go od kilku dni, weszli po drabinie i przez szyby okienne zauważyli, że kołdra na stojącej naprzeciw okna wersalce, ułożona jest w taki sposób, jakby spod niej wystawały ludzkie nogi.

O swoim podejrzeniu, że sąsiad nie żyje, powiadomili dyżurnego Komisariatu V Policji, który pod wskazany adres skierował funkcjonariusza z pionu prewencji tej jednostki. Ponieważ nikt nie reagował na pukanie do drzwi, policjant zdecydował się na wezwanie pracownika Miejskiego Zarządu Budynków z rejonu dzielnicy Biały Kamień, który wyważył je przy użyciu łomu. Oględziny dwóch zamków (podklamkowy i zatrzaskowy) wskazały, że drzwi były zatrzaśnięte, co jak zeznawali później świadkowie, było zwyczajem Laskowskiego. Nie musiał ich zamykać, ponieważ od strony klatki schodowej nie było klamki i drzwi można było otworzyć jedynie odpowiednim kluczem. Do mieszkania wszedł funkcjonariusz policji i towarzyszący mu Jerzy Ch. I w tym miejscu mamy do czynienia z pierwszym niewyjaśnionym, a istotnym pytaniem, które brzmi następująco: o której konkretnie godzinie policjant i towarzyszący mu Jerzy Ch., weszli do mieszkania? Niestety, w żadnym dokumencie nie ma o tym najmniejszej informacji, a prokuraturę i sąd jakoś mało to obchodziło. Ale nie mnie. Dla mnie jest to problem, że tak powiem o zasadniczym znaczeniu. Dlaczego? Cierpliwości, jeszcze o tym będzie.

Widomym jest, że funkcjonariusz policji do budynku, w którym mieszkał Laskowski przybył o godzinie 11-tej, co potwierdza własnoręcznie sporządzoną notatką urzędową. Nie wiadomo natomiast, o której godzinie przybył wezwany pracownik ADM, ale myślę, że od wezwania do przybycia nie mogło upłynąć zbyt wiele czasu, bo gdyby tak było, to policjant zapisałby w notatce, że przez długi czas oczekiwał pod budynkiem na przybycie pomocy z MZB. Nie byłem w stanie tego ustalić, ponieważ policjant w ogóle nie został przesłuchany w charakterze świadka (a było to konieczne, o czym będzie dalej), a pracownika MZB (przesłuchanego dopiero 20 czerwca) nikt po prostu o to nie zapytał.

Faktem natomiast jest, że wysłany z Komisariatu funkcjonariusz dopiero o godzinie 16-tej dokonał oględzin mieszkania i zwłok, z czego sporządził protokół dotyczący tej czynności. I tenże protokół jest jednym z wielu „dziwów” występujących w tej sprawie. Przede wszystkim zwraca uwagę to, że liczy on zaledwie półtorej strony ręcznie pisanego tekstu, ale oględziny trwały do 17.30. Niby nic dziwnego, bo przecież są one bardzo czasochłonne (wiem coś o tym, bo sam niezliczoną ilość razy miałem z tym do czynienia), ponieważ wymagają drobiazgowego opisania wszystkiego tego, co w miejscu zdarzenia się znajduje, gdzie się znajduje, jak wygląda itp., itd. Tymczasem w tym przypadku protokół zawiera nic nie mówiący bardzo ogólny opis mieszkania oraz również bardzo ogólny opis przedmiotów jakie się tam znajdowały i jeden jedyny istotny fakt, który policjant zauważył. Otóż zauważył on, że „Denat pętlę ma na szyi w przedniej jej części sznur biegnie za uszami w górę i pod brodę. Palce obu dłoni dłoni ma włożone między pętlę a szyję.”

Co policjant porabiał w tym mieszkaniu od 11.00 do 16.00 nie wiadomo i nikogo to nie interesowało, co mnie na początku wydawało się czymś niesamowicie dziwnym. Ale później zrozumiałem i wszystko stało się jasne. 

Ten przytoczony wyżej fragment protokołu, jak się później okaże, ma dla całej tej sprawy zasadnicze wprost znaczenie, o czym również później będzie mowa. W tej chwili jednak inna rzecz wydaje mi się najważniejsza. Otóż policjant z V Komisariatu nie wykonał żadnej fotografii, ani poszczególnych pomieszczeń, ani rzeczy jakie się w nich znajdowały, ani też – co jest w tym najważniejsze - fotografii wiszących zwłok, ułożonych rąk i nóg – uwaga, uwaga – opartych stopami o podłogę i lekko ugiętych w kolanach. Wprost niesamowite. Nie można tego tłumaczyć brakiem aparatu fotograficznego, ponieważ w takim przypadku powinien powiadomić oficera dyżurnego, aby przysłał mu do pomocy chociażby tylko technika kryminalistyki z takim urządzeniem. Albo powinien wykonać fotografie, używając chociażby telefonu komórkowego, bo zakładam, że w 2008 roku chyba każdy funkcjonariusz posiadał taki telefon z funkcją robienia zdjęć.

Ponadto na usta ciśnie mi się pytanie, dlaczego oględzin tych dokonał funkcjonariusz pionu prewencji, nieupoważniony przecież do przeprowadzenia czynności procesowych i dlaczego w aktach sprawy nie ma żadnej dokumentacji, sporządzonej przez grupę policjantów, którzy po tym, jak zabrano zwłoki, przybyli z walizeczkami do budynku. Wyraźnie mówi o tym fakcie wspomniany Jerzy Ch., który zeznając nie mówi o pojedynczym funkcjonariuszu, tylko używa liczby mnogiej, mówiąc o „przybyciu policji” i następnie o czynnościach wykonywanych w mieszkaniu „przez policjantów”. O jakich czynnościach mowa nie wiadomo, bo nikt z przesłuchujących go o to nie zapytał. Od razu podkreślam, że przesłuchanie na tę okoliczność, tego tak ważnego świadka, miało miejsce dopiero 4-go lipca, mimo że oględziny miały miejsce – jak wynika z protokołu – 31 stycznia 2008 roku. Nikt nie zapytał o to również policjanta, który sporządził protokół oględzin.

Można by przyjąć, że Jerzy Ch. używał liczby mnogiej, bo potocznie mówi się, że „przyjechała policja”, w sytuacji, kiedy faktycznie przyjechał tylko jeden jej funkcjonariusz. Ale w tym przypadku, jest jeszcze jedno zeznanie, z którego wprost wynika, że policjantów na miejscu zdarzenia było kilku. Otóż dopytywany przez sąd, Jerzy Ch. 9 lipca 2009 roku zeznał, co następuje W mieszkaniu pozostał policjant. Panowie z administracji oraz ja wyszliśmy. Wiem, że pojawiła się w pewnym momencie ekipa policyjna, byli panowie z jakimiś walizeczkami, ale bardzo szybko też pojawiła się ekipa zakładu pogrzebowego.” Określenie "panowie z walizeczkami" wskazuje wprost na policjantów z dochodzeniówki i kryminalistyki. Wiem, bo niezliczoną ilość razy miałem okazję takie ekipy na własne oczy oglądać. Czy więc ktoś z kogoś robi wariata, czy o drogę pyta? Bo ja się pytam, gdzie jest jakakolwiek dokumentacja procesowa dotycząca tego faktu? Gdzie są wyciągi z książki wydarzeń prowadzonej przez oficera dyżurnego w KMP jak i w Komisariacie. Bo wysłanie takiej ekipy w książce wydarzeń musiało zostać odnotowane. Dlaczego więc nikt nie sprostował tego fragmentu zeznania Jerzego Ch? Przecież gdyby tak nie było, można by to bez trudy udowodnić na podstawie dokumentacji prowadzonej na stanowisku oficera dyżurnego w KMP i Komisariacie.

Ale o tym, co na ten temat sądzę i jakie dowody jestem w stanie wskazać, będzie w następnym odcinku. Dziś tylko, dla zachęty, aby dalej śledzić losy tej nieprawdopodobnej wręcz historii, postawię pytanie. Z jakich powodów, wiele miesięcy po tych pierwszych oględzinach, po tym jak mieszkanie zostało dokładnie przez MZB wysprzątane, policjanci w wałbrzyskiej dochodzeniówki przeprowadzili jego ponowne oględziny, dokumentując, że zastano tylko cztery ściany i kawałek linki wisielczej, walającej się na podłodze? I postaram się udzielić na nie odpowiedzi.

Napisz komentarz (3 Komentarze)

W poprzednim odcinku przedstawiłem pierwszą wątpliwość, której nie da się usunąć, sygnalizując brak jednoznacznych dowodów, na podstawie których można było ustalić, czy 24 stycznia 2008 Janusz Laskowski żył, czy też nie. Ma to zasadnicze znaczenie dla Wojciecha Pyłki, ponieważ sąd uznał, że przed świtem 24 stycznia Laskowskiego między żywymi już nie było. Na nieusuwalną wątpliwość, co do prawdziwości tego stwierdzenia, wskazują niekwestionowane przez sąd fakty, które podczas przesłuchiwania świadków, policjanci zapisywali w protokołach. Fakty te tworzą podstawy istotnych, a nieusuwalnych wątpliwości, które niestety przez prokuraturę i sąd były całkowicie lekceważone, ponieważ organa te po prostu głowy sobie nimi nie zawracały. Czy postępowały słusznie, bardzo wątpię, a wątpię dlatego, że myślę.

Zanim jednak przystąpię do chronologicznego przedstawienia przebiegu wydarzeń, z których niewątpliwie wynika, że istnieje wysoce uzasadnione prawdopodobieństwo, iż Janusz Laskowski żył nie tylko 24 ale i 25 stycznia 2008 roku, muszę zwrócić uwagę na jeden niesamowicie istotny fakt. Otóż prokuratura i sąd swe przekonanie o tym, że śmierć nastąpiła w nocy z 23 na 24 stycznia, oparły jedynie na treści zeznań tylko dwóch świadków, którzy na kilka dni przed ujawnieniem zwłok, widzieli w oknach jego mieszkania palące się przez ten czas światło. Nikt z tych świadków nie wskazał jednak na 24 stycznia, jako na dzień, od którego w jego mieszkaniu światła świeciły się bez przerwy, a na dodatek Jerzy Ch. zeznał, iż ostatni raz Janusza żywego widział około godziny 10-tej rano 24 albo nawet 25 stycznia. Natomiast drugi świadek, czyli Teresa J. zeznała, że 23 stycznia około 22:30 w oknie Janusza widziała wspomnianego wcześniej Bogumiła K., co dla organów ścigania, a później i dla sądu, stanowiło podstawę przekonania, że to właśnie po tej godzinie w nocy z 23 na 24 stycznia doszło do tragicznie zakończonych wydarzeń. I to przekonanie, bez zawracania sobie głowy szczegółową analiza zeznań, zaważyło nie tylko na śledztwie, ale też i na wyroku sądu.

Stało się tak, ponieważ ani policjanci, ani prokuratorzy, ani w konsekwencji sąd, jakimś dziwnym trafem, nie zainteresowały się pewnym niesamowicie istotnym dla tej sprawy wątkiem, dotyczącym perskiego kota Janusza Laskowskiego, którego według świadków nigdy nie wypuszczał z domu. A ja twierdzę, że to ten kot właśnie odgrywa w tej historii niebagatelną rolę. Otóż Teresa J. zeznała, że pod dom Janusza Laskowskiego przyszła właśnie z uwagi na tego kota, którego ktoś podrzucił pod drzwi jej mieszkania. Jeżeli więc kot ten znajdował się poza mieszkaniem Laskowskiego, to wydaje się, że nie mogło to być 23 stycznia, na co bez wątpliwości wskazuje zeznanie Roksany L. Przesłuchana 31 marca 2008 roku zeznała, że z opowieści jednej z klientek jej sklepu (chodzi oczywiście o Teresę J.) wynikało, że 3 dni przed tym jak Jerzych Ch. zawiadomił Policję, kobieta ta była pod budynkiem Janusza Laskowskiego i w oknie jego mieszkania widziała znanego jej z widzenia Cygana, z którym rozmawiała właśnie na temat tego kota. A ponieważ Jerzy Ch. Policję powiadomił 31 stycznia, to wygląda na to, że Teresa J. pod oknami mieszkania Laskowskiego była 28 stycznia (w poniedziałek), a więc kilka dni po dniu, jaki sąd uznał za datę jego zabójstwa.

Zwracam też uwagę na fakt, że Teresa J. zeznała, iż opisywane przez nią zdarzenie miało miejsce „najprawdopodobniej” 23 stycznia, co jednoznacznie wskazuje, że daty tej nie jest całkowicie pewna. Przy okazji podkreślam, że w śledztwie znaczenie ma każde wypowiedziane przez świadka słowo, a więc dowodem może być tylko to, co jest wskazane przez niego jako pewne. W tym przypadku nie ma się zresztą czemu dziwić, ponieważ ta jej niepewność była efektem faktu, że przesłuchana została dopiero 8 sierpnia, a więc prawie 7 miesięcy po zdarzeniu. Natomiast Roksanę L. przesłuchano 31 marca, a więc znacznie wcześniej, co powodowało, że znacznie lepiej zapamiętała opowieść Teresy J., w której wskazała ona datę tego zdarzenia. Nie wiem dlaczego wałbrzyscy policjanci nie byli w stanie przez 7 miesięcy ustalić jej personaliów, chociaż mieszka w budynku oddalonym zaledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca zamieszkania Laskowskiego. Może gdyby się bardziej postarali, to jej zeznanie nie odbiegałoby tak bardzo od tego, co opowiadała Roksanie i przyjęta przez organa ścigania i sąd data zabójstwa, była by przesunięta o kilka dni do przodu.

Ktoś kto zna akta sprawy powie, że Teresa J. zeznając w Komisariacie V Policji posługiwała się swoim grafikiem pracy, a więc jej zeznania muszą być uznane za bardzo wiarygodne, ale mam na to kontrargument nie do obalenia. Gdyby ten grafik był naprawdę wiarygodny, to Teresa J. nie miałaby żadnych wątpliwości, co do tego, iż pod oknami Laskowskiego była dokładnie 23 stycznia. A tymczasem ona zeznała i zostało to zaprotokołowane, że było to najprawdopodobniej w tej dacie. Mało tego, w porządnie prowadzonym śledztwie, taki grafik zostałby z miejsca zabezpieczony jako istotny dowód w sprawie, czego niestety policyjny spec od przesłuchań nie uczynił. Dlaczego? Z głupoty, czy być może dlatego, że data ta pasowała do pewnego wydarzenia, które bez wątpliwości 23 stycznia rozegrało się pod domem Janusza Laskowskiego i miało z nim oraz Cyganem Bogumiłem K. ścisły związek. Ale o tym będzie w kolejnym odcinku.

Tak więc zeznanie Teresy J. w zakresie dotyczącym daty opisywanego zdarzenia, jest całkowicie niewiarygodne. Tym bardziej, że Roksana L. przesłuchana ponownie 23 maja w Komendzie Miejskiej Policji powtórzyła prawie dokładnie to, co zeznała 31 marca, a konkretnie, że Teresa J. mówiła jej, że rozmawiała z tym Cyganem mniej więcej w drugim lub trzecim dniu od chwili, kiedy w tym mieszkaniu światła się świeciły. Przypomnę więc raz jeszcze, że według Jerzego Ch. ostatni raz Janusza Laskowskiego widział w swoim biurze 24 lub 25 stycznia, a światło w jego mieszkaniu świeciło się oknach właśnie od 25 stycznia. Niestety, Sąd Okręgowy, aby jakoś te wszystkie daty dopasować, przeprowadził całkiem dla niego wygodny proces myślowy, który pozwolił mu przyjąć, że do spotkania w biurze Jerzego Ch. doszło nie 23 a 22 stycznia, ale uczynił tak nie na podstawie dowodów, czy chociażby poszlak wynikających z materiału dowodowego, ale dlatego, że tak mu pasowało, aby całość jakoś, nawet na siłę, domknąć.

Myślę jednak, że po tym co przedstawiłem, chyba nikt nie może mieć już wątpliwości, że rozmowa z Cyganem widzianym w oknie, miała miejsce właśnie w dniu 25 stycznia, a nie w dniu, w którym według sądu dokonano zabójstwa. A że do zabójstwa nie doszło w nocy z 23 na 24, świadczy szereg innych wydarzeń, które zostały udokumentowane w aktach procesowych, a których wiarygodności żaden sąd nie podważał.

Kończąc ten odcinek wspomnę tylko, że Sąd Okręgowy w uzasadnieniu wyroku bardzo stanowczo podkreślił, że zeznania Teresy J. miały dla niego kluczowe znaczenie, zwłaszcza, że w ich efekcie Bogumił K. przyznał, że to on z okna z nią rozmawiał. Owocem tego przyznania się, było przekonanie sądu, że jeżeli rozmawiał, to musiało to być właśnie w dacie wskazanej przez Teresę J. (chociaż akurat ona tego nie była absolutnie pewna), albowiem właśnie w tym dniu miało miejsce to zdarzenie, które opiszę w kolejnym odcinku. Jego przebieg został bardzo mocno i wiarygodnie procesowo udokumentowany. Od razu jednak zaznaczę, że przewód sądowy nie wskazał jakiegokolwiek dowodu, który wiązałby te wydarzenia z domniemanym zabójstwem Janusza Laskowskiego.

Nie wskazał, ponieważ zgromadzone przez wałbrzyskich śledczych dowody wskazywały i wskazują nadal, że pomiędzy wydarzeniami z 23 stycznia, a śmiercią Laskowskiego nie ma - i nie było – żadnego związku. Trzeba było tylko chcieć to dostrzec. 

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Kiedy tylko akta sprawy dotyczącej zabójstwa Janusza Laskowskiego do mnie dotarły, zorientowałem się, że stoi przede mną poważne zadanie zanalizowania treści kilkuset z ponad 1200 stron. Stanowiło dla mnie poważne wezwanie, albowiem akurat byłem mocno zaabsorbowany pisaniem książki o głośnej podwójnej zbrodni, popełnionej 17 sierpnia 1997 roku na szczycie góry Narożnik w Parku Narodowym Góry Stołowe. Po długich wahaniach, zdecydowałem się, że zajmę się jednak sprawą zabójstwa Laskowskiego, ponieważ ofiarom z Narożnika nic już nie pomoże, a tu mam do czynienia z żywym człowiekiem, który być może jak Tomasz Komendy z Wrocławia, siedzi w kryminale, bo komuś się nie chciało, lub po prostu ktoś nie potrafił, porządnie przyłożyć się do obowiązków, za które państwo, czyli społeczeństwo, mu płaci. Zanim jednak opowiem, czego się z akt procesowych tej sprawy dowiedziałem, poprzedzę to pewną refleksją, z którą nie chcę czekać do zakończenia tej opowieści. 

Otóż, będzie to opowieść nie tylko o tym, że być może ktoś Janusza Laskowskiego pozbawił życia, ale też i o tym, że aby kogoś pozbawić prawa do życia na wolności, złamano wszelkie zasady procesowe wyznaczone przez polskie prawo karne, jak i zasady i normy etyczne obowiązujące w cywilizowanym świecie. Jestem święcie przekonany, że każdy, kto chociażby liznął tylko przepisy k.p.k., po przeczytaniu tej opowieści, będzie skłonny do stwierdzenia, iż każdy sędzia naprawdę szanujący prawo, dla którego nie wyrok a prawda ma zasadnicze znaczenie, Wojciecha Pyłkę by uniewinnił. Chociażby z powodu obowiązywania prawnej zasady, że niedające usunąć się wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego. A w sprawie Pyłki tych wątpliwości jest tyle, że można było bez żadnego problemu obdzielić nimi, co najmniej kilku innych oskarżonych.

Wątpliwości niedostrzeżone przez organa ścigania i wymiaru sprawiedliwości pojawiły się już w pierwszym dniu, czyli 31 stycznia 2008 roku, kiedy w jednym z mieszkań budynku przy ul. Andersa ujawniono wiszące na lince zwłoki Laskowskiego. Epilogiem tego tragicznego odkrycia był wyrok Sądu Okręgowego w Świdnicy wydany 8 marca 2010 r., skazujący Wojciecha Pyłkę na 25 lat pozbawienia wolności za to, że 24 stycznia w nocy po godz. 02:02, dokonał zabójstwa Janusza Laskowskiego, działając wspólnie i w porozumieniu z mieszkańcem Wałbrzycha (z dzielnicy Gaj) o imieniu Bogumił. Według wałbrzyskich policjantów oraz prokuratorów i świdnickiego sądu, obydwaj ci mężczyźni powiesili pijanego w sztok Janusza Laskowskiego, chociaż w zasadzie powieszenia dokonał Pyłka, a Boguś się tylko przyglądał.

Z treści postawionego Pyłce zarzutu, z przebiegu całego procesu i z uzasadnienia wyroku wynika w sposób nie budzący jakichkolwiek wątpliwości, że zabójstwa dokonano w nocy z 23 na 24 stycznia, a więc od świtu 24 stycznia, Janusz Laskowski był już absolutnie martwym trupem. Przytaczam te informacje już na samym początku tylko po to, aby każdy mógł zapamiętać tę datę: 24 stycznia 2008 roku godzina 02:02. Dlaczego? Każdy zrozumie, kiedy zapozna się ze wszystkimi szczegółami tego wydarzenia.

31 stycznia dwaj sąsiedzi Janusza, panowie Jerzy i Daniel zaniepokojeni tym, iż w mieszkaniu Janusza Leszczyńskiego od 24 stycznia 2008 roku bez przerwy pali się światło, a jego samego od kilku dni nikt nie widział, weszli po drabinie i przez szyby okienne zauważyli, że kołdra na stojącej naprzeciw okna wersalce, ułożona jest w taki sposób, jakby spod niej wystawały ludzkie nogi. Zaniepokojeni powiadomili o swych spostrzeżeniach dyżurnego z Komisariatu V Policji, który skierował tam mł. asp. Mariusza B., zapewne aby sprawdził na miejscu, co i jak. Ponieważ drzwi do mieszkania były zamknięte, sprowadzony z ADM MZB pracownik wyważył je i dopiero wówczas w jednym z pokojów odkryto wiszące zwłoki.

O tym co się później działo, będzie dalej, teraz chciałbym się podzielić tym, co mi się od razu w oczy rzuciło, kiedy zacząłem czytać dalsze strony akt. Otóż w każdym śledztwie, a zaliczyłem ich w sprawach o zabójstwo kilka setek, a także w procesie sądowym, najważniejsze są ustalenia dowodowe, które nie mogą budzić żadnych wątpliwości, a zwłaszcza ustalenia, na podstawie których przyjmuje się datę popełnienia zabójstwa. Ma to niesamowicie istotne znaczenie nie tylko dla udowodnienia winy, ale także dla stwierdzenia niewinności podejrzanego, albowiem i to należy do kodeksowych obowiązków prokuratora.

Na tę informację, że światło w oknach mieszkania Laskowskiego świeciło się nieprzerwanie od 24 stycznia, zwróciłem dlatego uwagę, że przesłuchany 5 lutego (a więc dwa tygodnie od zdarzenia) pan Daniel, którego biuro znajduje się naprzeciwko okien mieszkania Janusza Laskowskiego, zeznał, że światła w oknach jego mieszkania świeciło się cały czas od 25 stycznia. A więc 24 stycznia w nocy (będzie jeszcze o tym mowa) ktoś światło w mieszkaniu zgasił, a następnie 25 stycznia zapalił. I co jest istotne, pan Daniel podkreślił w tym zeznaniu, że on pracuje dużo w nocy, a wie że Janusz chodził wcześnie spać i to było dla niego dziwne, że światło się tam świeciło. Moje policyjne doświadczenie podpowiada mi, że przesłuchujący p. Daniela policjant nie bardzo się popisał, ponieważ wątek ten winien wycisnąć aż do końca. A konkretnie zapisać w protokole, czy on to palące się światło widział od rana, czy dopiero pod wieczór, kiedy zaczęło się robić ciemno, a był to styczeń, kiedy zmrok zapada bardzo wcześnie. Błąd ten został naprawiany 4 lipca, kiedy ponownie przesłuchiwany p. Daniel zeznał, że „to światło w jego mieszkaniu widziałem już w godzinach popołudniowych, bo wtedy był okres zimowy i wcześnie robiło się ciemno. (...) Potem od tego momentu, to światło się świeciło przez okres kolejnych sześciu dni. (…) Dlatego też po tych sześciu dniach poszedłem do tego bloku do sąsiada Daniela (…) i razem przystawiliśmy drabinę (...)”.

A więc podsumujmy: ujawnienie zwłok miał miejsce 31 stycznia, nie można więc mieć jakichkolwiek wątpliwości, że faktycznie palące się światła p. Daniel zauważył od 25 stycznia, ponieważ w szóstym dniu od tego wydarzenia, czyli 31 stycznia, udał się do p. Jerzego, aby sprawdzić, co się dzieje z Januszem. Ale to nie wszystko, ponieważ z zeznań złożonych przez p. Daniela wynika ni mniej ni więcej, że 24 stycznia około godz. 11:00 Janusz Laskowski pojawił się w jego biurze, a więc był jak najbardziej autentycznie żywy. Ale o tych nie sprawdzonych do końca wątpliwościach oraz wielu innych przedziwnych zdarzeniowych w kolejnych odcinkach.

 

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Kilka dni po pierwszej rozmowie, Wojciech Pyłka zadzwonił do mnie ponownie z informacją, że całość akt procesowych będę mógł otrzymać od jego pełnomocnika, któremu już udzielił stosownych uprawnień. Zapytał się też, czy mógłbym go odwiedzić w Areszcie Śledczym w Świdnicy, gdzie odbywa wyrok, ponieważ chciałby porozmawiać w bardziej konfidencjonalny sposób, gwarantujący nam obojgu całkowitą poufność. Zgodziłem się i po jakimś czasie odbyłem kilka niedozorowanych spotkań, podczas których nie tylko mogłem go wysłuchać, ale także ocenić, jak zachowuje się w bezpośrednim kontakcie z kimś, kogo wcześniej nie znał. Chciałem po prostu wiedzieć, czy będzie starał się mnie „czarować”, by przekonać do siebie na tyle, abym zechciał mu zaufać, czy też będzie zachowywał się w sposób naturalny. O ile w ogóle w taki sposób zachowywać się może ktoś, kto od 11 lat siedzi za kratami bez prawa do przepustki, ze świadomością, że siedzi za friko, czyli tylko dlatego, iż ktoś postanowił go tam wsadzić dla realizacji własnych celów.

Nie ukrywam, że poza głośną sprawą Tomasza Komendy z Wrocławia, przypadków przypisywania komuś czynów przestępczych znam osobiście dziesiątki, przez co moja wiara w obiektywizm działania policji, prokuratury i sądów już dawno uleciała w kosmiczny niebyt. Również łatwiej było mi uwierzyć w to, co mi Wojtek opowiadał (po jakimś czasie zaproponowałem mu skrócenie dystansu), bo przecież sam się przed laty przez ćwierć wieku obracałem w środowisku wałbrzyskich (i nie tylko) policjantów, ale też osobiście poznałem wiele spraw, w których sprawcy byli – jak to się w naszym żargonie mówiło – drukowani. Czyli oskarżani i skazywani na podstawie spreparowanych dowodów i fałszywych świadków, co po 2005 roku stało się już wręcz plagą, opisywaną i pokazywaną w różnych środkach masowego przekazu.

Podczas jednego z naszych spotkań, zadałem mu pytanie: dlaczego w protokołach z jego przesłuchania nie ma żadnej informacji dotyczącej tego, co robił w dniu i w czasie, w którym - według policji, prokuratury i sądu - dokonano zabójstwa Janusza Laskowskiego (nazwisko zmienione) czyli osoby, którą opisuje jako swojego bardzo bliskiego kolegę. Przyznam, że mnie - byłego policjanta, który przez całe swe policyjne życie zajmował się ujawnianiem sprawców zbrodni zabójstw i przedstawianiem im dowodu ich winy - bardzo ten fakt dziwił, ponieważ trudno sobie wyobrazić, aby ktoś będąc podejrzanym o najcięższe przestępstwo, przesłuchującym funkcjonariuszom już na „dzień dobry” nie podał swego alibi, a ci w sposób formalny – czyli zapisany w dokumentach procesowych – tego nie sprawdzili. A w dokumentach tych nie znalazłem ani jednego zdania na ten temat, ani jednego przesłuchania świadków, którzy byliby pytani na okoliczność, co podejrzany (a następnie oskarżony) robił w dniu zabójstwa. Wyglądało to tak, jakby organów ścigania i sprawiedliwości w ogóle to nie obchodziło.

Wojtek wytłumaczył mi, że on mówił gdzie był i co robił, ale policjanci żądali jedynie tego, aby się przyznał, a ponieważ nie chciał tego uczynić, to spuścili mu takie lanie, że jego twarz przez długi czas mogła służyć za dowód popełnienia przestępstwa. Ale nie tego, które mu zarzucano. Trochę się zdziwiłem, ponieważ zarzut został postawiony mu przez panią prokurator, która powinna na ten widok zareagować, ale i o tym w aktach ani śladu. Wówczas usłyszałem odpowiedź, abym zwrócił się do Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu z pytaniem: dlaczego po zatrzymaniu, albo przynajmniej po tymczasowym aresztowaniu, które nastąpiło na drugi dzień, Wojciechowi Pyłce nie wykonano tzw. fotografii sygnalitycznych? Wykonuje się je zawsze w dniu pierwszych czynności wobec osób, którym postawiono zarzuty przestępstwa kryminalnego, wraz z pobraniem odcisków palców. Dlaczego w jego przypadku wykonano je po dosyć długim czasie od dnia postawienia zarzutów? Wojtek twierdzi, że fotki zrobiono mu dopiero wtedy, kiedy jego twarz już w miarę przyzwoicie wyglądała. A ja wiem, że można to sprawdzić, jak długo jego akta będą w archiwum.

Przyznam, że nie miałem problemów z tym, aby mu uwierzyć, ponieważ sam wielokrotnie widziałem na własne oczy „dzieło” niektórych wałbrzyskich policjantów, którzy nie tylko wręcz katowali zatrzymanych i podejrzanych, ale zdarzało się, że wysyłali ich na tamten świat, co np. ostatnio prawomocnym już wyrokiem potwierdził Sąd Okręgowy w Świdnicy. A ja znam też dwa przypadki, w których wałbrzyska prokuratura uznała, że śmiertelne obrażenia, jakich doznała osoba przebywająca w policyjnej izbie zatrzymań, były spowodowane… upadkiem z pryczy. Pryczy, której wysokość liczy chyba nie więcej niż 80 -100 cm. Nie wspomnę już o tym, że osobiście widziałem, jak wyglądał po tzw. rozpytywaniu pewien podejrzewany (nawet później tymczasowo aresztowany) o zabójstwo nieletniej Karoliny Ż. z Podzamcza (2002 rok), którego trzeba było zwolnić, kiedy udało się nam zatrzymać, na podstawie dowodów z DNA, właściwego sprawcę. A on się tym "rozpytującym" go policjantom przyznał. Przyznał się do zabójstwa, którego nie dokonał! Doskonale pamiętam, kto go wówczas w komendzie na Mazowieckiej „rozpytywał”. Albo jak po zatrzymaniu wyglądała twarz Jacka Doleżała z Lichenia (zezwolił na używanie nazwiska), którego w Szczawnie-Zdroju za wykroczenie zatrzymali wałbrzyscy stróże prawa, z których jeden (chociaż na razie nieprawomocnie) został już skazany za pobicie osoby zatrzymanej. Nie będę już przywoływał innych znanych mi tego rodzaju historii, ani też gehenny znanego w całej Polsce Tomasza Komendy z Wrocławia. Wystarczy, że powiem, iż Wojtkowi uwierzyłem, albowiem dzięki temu potrafię zrozumieć, dlaczego w protokołach przesłuchania nie ma ani jednego zdania na temat jego alibi na czas zabójstwa i ani jednego przesłuchania jakiegokolwiek świadka na te okoliczności. Po prostu on się nie przyznawał, opowiadał o swym alibi, ale zapisanie tego nie było przesłuchującym na rękę, ponieważ musieliby to oficjalnie sprawdzić. Bo jeżeli w protokole znalazłoby się takie wyjaśnienie, to musiałoby ono zostać również protokolarnie obalone. A w protokołach przesłuchań Pyłki odnotowano tylko jego wyjaśnienia dotyczące tego, co robił na dwa dni przed zdarzeniem i nic więcej. Ale nawet i to nie zostało do końca sprawdzone, poza jednym przypadkiem, który później pozwolił mi odkryć w tych aktach jego alibi, którego nikt wcześniej – z rożnych powodów- dostrzec nie chciał.

Najbardziej zaskakującym dla mnie zapewnieniem Wojtka było jego twierdzenie, że noc kiedy miało zostać popełnione zabójstwo Janusza Laskowskiego, spędził w Policyjnej Izbie Zatrzymań (obecnie Pomieszczenie Dla Osób Zatrzymanych) KMP w Wałbrzychu, czego - niestety - nie udało mi się udowodnić, chociaż dalej twierdzę, że w tej sprawie tłumaczenie Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu absolutnie mnie nie przekonuje. Będzie o tym mowa w jednym z kolejnych odcinków. Na razie tylko wspomnę, że na temat feralnej nocy nie przesłuchano (do dnia wyroku) ani ojca, ani matki, ani jego brata, chociaż matka twierdzi, że to ona wezwała tej nocy policję, która nietrzeźwego Wojtka zabrała z mieszkania i zatrzymała na ul. Mazowieckiej w Wałbrzychu do wytrzeźwienia. Takich dziwnych „przypadków” w całym śledztwie, zleconym V Komisariatowi Policji w Wałbrzychu – uwaga: w sprawie zabójstwa !!! - jest co niemiara, o czym będzie mowa w pozostałych odcinkach tej opowieści.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)