Analizując akta sprawy Wojciecha Pyłki, wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego tak oczywisty obraz wydarzeń wyłaniający się z całości materiału dowodowego, zebranego przecież przez prowadzących śledztwo policjantów i nadzorującej je prokurator, nie zwrócił uwagi sądu. Dlaczego sąd, którego przecież nie tylko moralnym, ale i prawnym obowiązkiem było badanie oraz uwzględnianie okoliczności przemawiających zarówno na korzyść, jak i na niekorzyść oskarżonego (art.4 k.p.k.), nie zwrócił uwagi no to, że zamknięty łańcuch dowodów (nie poszlak, ale dowodów), wskazuje, że do opisywanego przez Bogumiła K. zabójstwa nie mogło dojść w nocy z 23 na 24 stycznia. Takiej dacie przeczą wszystkie zeznania najważniejszych świadków, którzy ze zdarzeniem mieli bardziej lub mniej osobisty związek. Data tego zdarzenia nie została podana przez świadków. Ona została wyinterpretowana przez funkcjonariuszy policji, a następnie bezrefleksyjnie przyjęta przez prokuraturę i sąd. W mojej ocenie, wbrew obowiązkowi wynikającemu z wskazanego już art. 4 k.p.k. Została przyjęta, ponieważ w sposób najwygodniejszy dla tych organów wskazywała na sprawstwo Pyłki.

Ktoś powie, że zbyt wielką uwagę zwracam na różne szczegóły i szczególiki zapisane w protokołach przesłuchania świadków. Owszem, czynię tak, albowiem wieloletnie policyjne (i nie tylko) doświadczenie nauczyło mnie, iż powiedzenie, że „diabeł tkwi w szczegółach”, dla osób prowadzących wszelkie dochodzenia i śledztwa winno mieć szczególne znaczenie, a najlepiej, aby zapisane było na obwolutach każdej prowadzonej przez nich sprawy. Nie mam wątpliwości, że śledczy wszelkiego rodzaju i formatu, winni szczególną uwagę zwracać na drobiazgi, różne niekiedy zdawałoby się drobne szczegóły, ponieważ to one mogą odegrać decydującą rolę w prawidłowej i obiektywnej ocenie całości. Bo to, co z pozoru wydaje się oczywiste i proste, w gruncie rzeczy wcale takie nie jest.

Aby to jakoś bardziej to zobrazować, powrócę na moment do wyjaśnienia złożonego 11 sierpnia 2008 roku przez Bogusława K., kiedy to pod wpływem konfrontacji z Teresą J., dotyczącej nocnej rozmowy w sprawie kota, nagle przyznał, że opisywane przez nią zdarzenie miało miejsce dokładnie 23 stycznia. Dociekliwy policjant, prokurator, a zwłaszcza sędzia z miejsca zastanowiłby się, na jakiej podstawie Bogumił K. tak stanowczo określił tę datę, kiedy do tej pory, tak jak wszyscy inni współpodejrzani, nie posługiwał się nią, a jedynie opisem zdarzenia. Niestety nikt takim dociekliwym nie był, bo nikt nie był zainteresowany w dłubaniu w szczególikach, zwłaszcza gdy się samemu datę tę przyjęło, zresztą na wątpliwej wartości zeznaniach Teresy J. Wątpliwej, albowiem nie popartej dowodem w postaci wspomnianego przez nią terminarza, jakim rzekomo miała się posługiwać przy określeniu daty tego zdarzenia. Przecież z akt wynika, że ani policjant, ani prokurator, ani też i sędzia, terminarza tego na oczy nie widział. Szczególik taki, ale jak bardzo istotny. Nikt więc nie zwrócił uwagi na to, że wskazując na tę datę, użyła stwierdzenia „najprawdopodobniej”. Drobny szczególik, ale wywraca całe to zeznanie do góry nogami. W sądzie nie można posługiwać się takim terminem, zwłaszcza kiedy dotyczy sprawy mającej dla prawidłowego orzeczenia fundamentalne znaczenie. Rzecz w tym, że ten szczególik i jego znaczenie trzeba było chcieć, a może tylko potrafić, dostrzec.

Efektem dążenia do szybkiego ujęcia sprawcy, a więc osiągnięcia sporego sukcesu, była rzucająca się w oczy niechęć (a może niezdolność) do bardziej szczegółowej analizy, która mogłaby przecież, całą konstrukcję przyjętą przez organa ścigania i wymiaru sprawiedliwości, obrócić w perzynę. Dlatego śledczy zatrzymali się na najbardziej wygodnych dla nich momentach, które w istotny sposób pomogły im uprawdopodobnić – bo nie udowodnić – sprawstwo Pyłki. I dlatego np. wręcz triumfalnie zakrzyknęli „hurra”, kiedy odzyskali telefon komórkowy, który zdawał się im być własnością Laskowskiego. Z tego dominującego poczucia sukcesu nawet nie sprawdzili numerów IMEI jego telefonów (podanych przez siostrę), które absolutnie nie pasowały do tego, jaki dzielni policjanci z KMP wytropili u jednego z mieszkańców Wałbrzycha. Wystarczyło tylko je porównać, ale nikomu się takich drobiazgów sprawdzić nie chciało. Telefon ten został zakupiony przez niego w lombardzie w Szczawnie Zdr., gdzie pozostawiła go jakaś kobieta. Niestety, kobiety tej już nie udało się w żaden sposób namierzyć. Być może dobrze się stało, bo jak wiadomo telefon ten do Janusza nie należał. Może się funkcjonariusze zresztą „kapnęli” i nie chcą się ośmieszać, po cichutku ze sprawy tego telefonu się wycofali. Mogę to zrozumieć, bo nie było się czym chwalić, ale dlaczego dokumentacja dotycząca tego „sukcesu” nie została wycofana z akt sprawy? Prawdopodobnie w całym tym bałaganie procesowym nikt na to drobny szczegół (?) nie zwrócił uwagi.

Tak, jak nikt nie zwrócił uwagi na kolejny „drobny szczególik”, związany z numerem telefonu Wojtka Pyłki. Chodzi o to, że składając wyjaśnienia, powiedział, iż na początku lutego zadzwonił do Janusza, ale skrzynka była już zapchana i nawet nie uzyskał połączenia z pocztą elektroniczną. A dzwonił do niego (kilka razy), ponieważ nie wiedział, że Janusz nie żyje. Oczywiście wystąpiono o stosowne billingi, tylko nikt nie zauważył, że pomylono jedną cyferkę, w rezultacie czego uzyskano billingi telefonu osoby nikomu nie znanej. Błąd można było szybko skorygować, ale żaden „orzeł z Mazowieckiej” (daruję już sobie prokuraturę) nie zastanowił się nad tym, że był to billing kogoś mieszkającego w Gdańsku, w związku z czym zdecydowana większość połączeń dotyczyła różnych firm z terenu tego województwa. Wyglądać by mogło, że panie i panowie policjanci byli przekonani, iż Pyłka prowadził tak szeroko zakrojone interes, że może nawet handlował na wielką skalę z przemytnikami narkotyków. Wszak to Gdańsk, „królestwo” takich handlarzy. I zamiast zadzwonić pod ten numer, zaczęli przepytywać go o jego interesy w tym mieście, wypytywać o posiadane tam kontakty etc. etc. A wystarczyło, aby postąpili tak, jak ja, kiedy w 2018 roku pod ten numer zadzwoniłem i w rozmowie z jego właścicielką bez trudu ustaliłem, że jest ona mieszkanką Gdyni, a telefonem z tym numerem dysponuje od 2005 roku, z tym, że wówczas był on przypisany do jej prywatnej firmy, którą prowadziła. Wojciecha Pyłki, ani Janusza Laskowskiego nie znała i nigdy o nich nie słyszała.

Tak samo „orłom z Mazowieckiej” nie przyszło do głowy zabezpieczenie billingów telefonów Laskowskiego z grudnia 2007, aby ustalić wszystkie jego kontakty. Mało, nie przyszło nikomu do głowy, aby ustalić i przesłuchać wszystkie osoby, które z Januszem Laskowskim kontaktowały się telefonicznie, aby rozpoznać charakter tych kontaktów i sprawdzić, czy wśród nich nie kryje się właśnie zabójca. Nie zdobyli się również na odrobinę inwencji i nie sprawdzili baz danych stacji BTS, dzięki czemu mogliby uzyskać w miarę precyzyjne informacje, dotyczące lokalizacji poszczególnych telefonów w trakcie prowadzonych z Januszem rozmów lub wysyłanych wiadomości SMS. Piszę o tych „szczególikach” dlatego, że w przyszłym tygodniu przedstawię najbardziej bulwersujący tego rodzaju fakt, który być może, dokładnie po latach obiektywnie osądzony przez Sąd Najwyższy, pozwoli Wojtkowi wyjść na wolność. A dotyczy on właśnie szczegółów połączeń telefonicznych Laskowskiego ze stycznia 2008 roku oraz tego, jakie dla ustalenia winy Wojtka Pyłki miały znaczenie.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Jak już kilka razy podkreślałem, zasadniczym problem dla ustalenia udziału Wojciecha Pyłki w zabójstwie Janusza Laskowskiego, jest znalezienie w materiale procesowym faktów, które taką tezę potwierdzałyby sposób jednoznaczny i niebudzący wątpliwości. Jednakże uważna i obiektywna analiza zgromadzonego materiału dowodowego, na takie fakty jednoznacznie nie wskazuje, co już samo z siebie wyrok skazujący Pyłkę stawia w niekorzystnym dla sądu świetle. Aby nie być gołosłownym, wskażę na znajdujące się w rożnych protokołach przesłuchania świadków informacje, które połączone w całość, dowodzą, że 23 stycznia, po tym jak zakończyła się druga interwencja policjantów z KMP, Bogumił K. w ogóle do mieszkania Janusza Laskowskiego się nie dostał. A jeżeli nie było go w mieszkaniu Janusza, to wszystko to, co dotyczy Wojciecha Pyłki i jego rzekomego zachowania się w w tym czasie w mieszkaniu Laskowskiego można, mówiąc kolokwialnie, psu w buty włożyć.

Zacznę od złożonego dopiero 7 sierpnia zeznania Teresy J. (pisałem o tym w odcinku nr 4 – DB 2010 z 20.08.2020), z którego wcale jednoznacznie nie wynika, że to właśnie w nocy 23 stycznia widziała w oknie mieszkania Janusza Laskowskiego i rozmawiała z Bogumiłem K. Przypomnę też opisywane w tym samym odcinku zeznania Roksany L. złożone 31 marca i 23 maja, z których wynika, iż opisywane przez Teresę J. zdarzenie, miało miejsce na dwa lub trzy dni przed ujawnieniem zwłok Janusza Laskowskiego i dwa lub trzy dni od momentu, kiedy światła w oknach świeciły się już ciągle. Z prostego rachunku wynika, że chodzi raczej o 27 lub 28 stycznia, a wątpliwość co do daty wynika z tego, że nie wiadomo, kiedy rozmowa między kobietami miała miejsce i jak szczegółowo Roksana L. zdołała zapamiętać jej treść. Na pewno jednak pamiętała lepiej, to co się działo przed dwoma miesiącami, niż to co mogła po 7 miesiącach zapamiętać Teres J.

Jedno w tym jest pewne, że rozmowa między tymi kobietami miała miejsce już po ujawnieniu zwłok Laskowskiego, i że wydarzenie opisane przez Teresę J. nie miało miejsca 23 stycznia. Twierdzę tak na podstawie tego, co w śledztwie i podczas procesu zeznały Monika S. i Iwona S., a także, co wyjaśniał Bogumił K. 25.09.2008, a więc po wyjaśnieniach z 11 sierpnia, uznanych przez sąd za tak wiarygodne, że to właśnie na ich podstawie skazano Wojciecha Pyłkę.

Przypomnę, że 11 sierpnia, kiedy Bogumiłowi K. postawiono do oczu Teresę J., przyznał się, że to on z nią rozmawiał, a więc, że był w mieszkaniu Laskowskiego, w dacie zasugerowanej mu przez przesłuchujących, a opartej na zeznaniach tej kobiety. Zmienił wówczas swoje poprzednie wyjaśnienia i powiedział:

Dokładnie było to 23 stycznia (…). Po tym jak policjanci mi kazali opuścić budynek, to ja z stamtąd faktycznie poszedłem, ale po jakimś czasie wróciłem. Mogło to być około 20 minut. Podszedłem znów pod drzwi mieszkania Janusza (...), dzwoniłem dzwonkiem i wtedy mieszkanie otworzył mi Wojtek Pyłka”.

Warto zwrócić uwagę, że przesłuchującego absolutnie nie interesuje, w jaki sposób i kiedy Pyłka mógł się dostać do mieszkania, a sąd tego fragmentu nie konfrontuje z innymi dowodami (np. biling rozmów, zeznania świadków), aby to nagłe jego „objawienie się” w mieszkaniu Laskowskiego zracjonalizować. Jednakże i to „najbardziej wiarygodne” wyjaśnienie się nie ostało, bo oto nagle – być może pod wpływem dociskających go policjantów, którym w to nagłe „objawienie” trudno było jakoś bez dowodów uwierzyć – Bogumił K. ponownie dokonuje wolty i te „najbardziej wiarygodne” wyjaśnienia w istotny sposób modyfikuje. Dokonuje się to właśnie 25 września, kiedy ujawnia kolejną już wersję wydarzeń. I jestem przekonany, że tym razem jeszcze bardziej wiarygodną, niż to co opowiadał 11 sierpnia.

Otóż podczas tego przesłuchania mówi, że po tym kiedy policjanci przy drugiej interwencji kazali mu iść do domu, razem z nimi opuścił budynek i udał się w kierunku ul. Grabowskiej. Jednak po jakimś czasie postanowił powrócić, aby przeprosić Janusza za to, co pod jego drzwiami ze znajomymi wyprawiał, ale do budynku nie mógł się dostać ponieważ drzwi do bramy były zamknięte. Zaczął więc rzucać w okno kamykami i po paru minutach zapaliły się w nich światła (!!!), a Janusz wyszedł na zewnątrz i zaproponował, że da mu pieniądze, aby poszedł zakupić mu ćwiartkę. Kiedy doszli w ciemniejsze miejsce, Janusz zaatakował go kuchennym nożem do chleba, w wyniku czego zranił go w rękę, a następnie uciekł do swego domu. Można więc być pewnym, iż uciekając zatrzasnął drzwi bramy wejściowej.

W tym miejscu muszę przypomnieć, że o tym, iż Laskowski zranił go nożem w rękę, opowiadał już podczas przesłuchania 24 i 25 kwietnia, tylko, że wówczas miało to mieć miejsce w mieszkaniu Janusza, który zaatakował go nożem, podczas wspólnego spożywania alkoholu z udziałem Wojciecha Pyłki i Tomasza Sz. W związku z tym zranieniem, poszedł zgłosić to w komisariacie, ale przesłuchani policjanci faktu tego nie potwierdzili. Z komisariatu udał się na ul. Grabowską do Moniki S., która trzy dni wcześniej wróciła ze szpitala w Stroniu Śląskim. Będąc w mieszkaniu pokazał jej zranioną rękę i ona mu ją opatrzyła.

Prawdziwość tej wersji potwierdza w całości zeznanie złożone 9 października przez Iwonę S., z którego wynika, że ze zranioną ręką przyszedł do jej mieszkania, w którym akurat przebywała Monika S. Jest to według mnie bardzo ważne zeznanie, więc jego fragment dosłownie tu przytoczę:

w styczniu tego roku była taka sytuacja, że była u mnie w mieszkaniu Monika S. Wtedy też przyszedł Bogdan K. i zaczął coś mówić, że był pod domen Janusza L. (...), że była też policja (…) Mówił, że został okaleczony w rękę, (…) było już ciemno, maksymalnie mogła to być godzina 22:00. (...)”.

Natomiast Monika S. 15 września 2009 w sądzie zeznała, że

" (…) Bogdan pokazywał mi skaleczoną rękę, leciała mu krew, ja mu to bandażowałam. Bogdan mi opowiadał, że był u Janusza Leszczyńskiego i Janusz coś chciał Bogdanowi zrobić, co dokładnie nie wiem, wiem że skaleczył mu rękę. Jak spotkaliśmy się z Kowalskim, to Bogdan miał jeszcze szramę na ręce.(…).

Jeżeli więc maksymalnie o 22:00 Bogumił K. ze skaleczoną ręką był w mieszkaniu Iwony S., to o 22:30 Teresa J. nie mogła go widzieć w oknie mieszkania Janusza Laskowskiego, a do zabójstwa dojść po godzinie 02:00, ponieważ Bogumił K. przebywał już w mieszkaniu na ul. Grabowskiej. A jeżeli tak było, a wskazują na to dowody przedstawione przez prokuraturę, to cała opowieść o tym, jak w nocy z 23 na 24 Wojciech Pyłka mordował Janusza Laskowskiego, kupy się nie trzyma i dowodnie, któryś raz z kolei wskazuje, że Pyłka został prymitywnie pomówiony przez Bogumiła K,. co ten uczynił, aby jakoś „wymiksować” się z wcześniejszego przyznania się do udziału w opisywanej przez siebie zbrodni.

Wszystko więc wskazuje na to, że Tresa J. mówiła prawdę, ale opisane zdarzenie musiało mieć miejsce pomiędzy 24 a 28 stycznia, a na to, że w dniach tych był tam Wojciech Pyłka dowodu żadnego nie ma, bo nawet Bogumił K. o tym nie wspomina. Dlaczego? Będę o tym pisał w dalszych odcinkach.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Z wielkim zadowoleniem przyjąłem informację, że Sąd Najwyższy pozytywnie zareagował na złożony przez panią mecenas Magdalenę Szczubel wniosku o wznowienie prawomocnie zakończonego postępowania i zażądał od Sądu Okręgowego przesłania akt sprawy. Być może to niewielkie światełko w tunelu zabłyśnie niedługo jak reflektor, czego Wojciechowi Pyłce w imieniu własnym i Redakcji DB 2010 serdecznie życzę.

* * *

dzisiejszym odcinku postaram się znaleźć odpowiedź na pytanie, czy śmierć Janusza Laskowskiego miała miejsce w nocy z 23 na 24 stycznia, a konkretnie, czy nastąpiła 24 stycznia po godzinie 02:02:53, co na podstawie przedstawionych przez policję i prokuraturę „dowodów” przyjął Sąd Okręgowy w Świdnicy. Sąd ten uznał, że telefon do znajomej wykony w środku nocy, jest niepodważalnym dowodem na to, że Laskowski zadzwonił, ponieważ czuł się zagrożony i gwałtownie szukał pomocy. Czuł się zagrożony ponieważ Wojciech Pyłka chciał go powiesić? Przecież w chwili śmierci (co wykazały specjalistyczne badania) Laskowski miał prawie 4 promile alkoholu we krwi, a więc według naukowych wskazań, powinien być nieprzytomny, a przynajmniej w stanie półprzytomności. Ciekawe czym kierował się sąd, przyjmując tak karkołomną tezę ? Pytam się, ponieważ śmiem uważać to za wierutną bzdurę, co zaraz postaram się udowodnić.

Otóż, jak wynika z materiału dowodowego, pod ten sam numer telefonu stacjonarnego Janusz Laskowski dzwonił w tym dniu również o 05:16 oraz 12:01 i o wspomnianej już 02:02:53, ale za każdym razem jego znajoma nie podnosiła słuchawki, ponieważ rano jeszcze spała, w południe była w pracy, a w nocy już spała. Dlaczego o tych godzinach do niej dzwonił nie wiadomo, ale z analizy całości materiału dowodowego (zeznań świadków) nie wynika, aby 23 stycznia, zarówno rano jak i w południe, mógł się czuć czymś zagrożony i dlatego do niej dzwonił. Przecież 23 stycznia odwiedził przed południem w jego biurze znajomego Jerzego Ch., w godzinach południowych na ul. Słowackiego pobrał z bankomatu 50 zł, między 12-ta a 18-tą dzwonił kilka razy do dwóch bliskich swych znajomych i w tym czasie żadnego zaniepokojenia nie przejawiał. Nie ma więc żadnych podstaw, aby sądzić, że telefon wykonany o 2-giej w nocy mógł być wywołany właśnie stanem zagrożenia. Fakt kilku telefonów wykonanych o rożnych godzinach sugeruje raczej, że Janusz Laskowski miał jakąś dosyć dla niego ważną sprawę, którą chciał z tą kobietą omówić, niż to, że się czegokolwiek w tym dniu obawiał.

Przekonanie o tym, że do śmierci Leszczyńskiego doszło właśnie w tym czasie, bez wątpliwości wynikło z prostego (zbyt prostego) schematu myślowego, przyjętego przez funkcjonariuszy Policji i bezrefleksyjnego powiązania dwóch zdarzeń potwierdzonych dowodowo, czyli dwukrotnej telefonicznej prośby o policyjną interwencję i ujawnienie 31 pierwszego stycznia 2008 roku wiszących w mieszkaniu jego zwłok.

W rzeczywistości przedstawiony sądowi materiał dowodowy w żadnym przypadku nie wskazywał na istnienie jakiegokolwiek faktycznego związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami. Wystarczyło tylko dokładnie wczytać się w akta i powiązać ze sobą różne fragmenty protokołów przesłuchań, aby to dostrzec, że gdyby dokonano profesjonalnego przesłuchania zarówno samego Bogumiła K., Moniki S. oraz Iwony S. i jej męża Tomasza (sąsiadów Moniki, u których zabezpieczono wspominaną wcześniej wieżę HiFi), być może już po pierwszych tych czynnościach stwierdzono by, że w nocy z 23 na 24 stycznia do zabójstwa Leszczyńskiego dojść nie mogło, a wyjaśnienia Bogumiła K., to efekt wcześniejszych rozpytań przeprowadzonych przez funkcjonariuszy policji. Również gdyby sąd przeprowadził bardziej dogłębną analizę spisanych przez policjantów protokółów przesłuchania tych osób, zwróciłby uwagę, że zeznania świadków, jak i wyjaśnienia samego Bogumiła przeczą zasadniczo temu, co wyjaśniał 11 sierpnia 2008 roku. Wyjaśnienia, które sąd uznał za kluczowe i jedyne prawdziwe.

Jak wcześniej pisałem, swoje pierwsze przyznanie się do udziału w zabójstwie Bogumił K. zawarł w przesłuchaniu z 24 kwietnia, przeprowadzonym przez policjantów z Komisariatu V, co 25 stycznia powtórzył w prokuraturze. Rzecz w tym, że podczas tak zwanego rozpytania, opowiadał wierutne bzdury o rzekomym wspólniku w zbrodni, a następnie po tym jak mu wykazano, że kłamie, wskazał na Tomasza S., Kingę Sz. i Wiolettę F. i Wojciecha Pyłkę. Jednakże po konfrontacji z Tomaszem Sz., co miało miejsce 17 czerwca, wszystkie swoje wcześniejsze wyjaśnienia w całości odwołał, tłumacząc to wpływem wielokrotnych rozmów z księdzem, który go w celi odwiedzał. Natomiast to, co zeznał 24 i powtórzył 25 stycznia, było według niego efektem nacisku ze strony policjantów, którzy na niego krzyczeli, a on bał się wszelkiej agresji, co zresztą zostało potwierdzone w psychiatryczno-psychologicznej opinii sądowej przez biegłych. Twierdził też, że policjanci wmawiali mu, że zabił Janusza, i że ma powiedzieć, kto mu w tym pomagał, ponieważ sam by nie dał rady. Warto przy tym pamiętać, że Tomasz Sz., został przez sąd całkowicie oczyszczony z zarzutów, a obie kobiety w oddzielnym postępowaniu zostały również uniewinnione.

W rzeczywistości o tym, że chodzi konkretnie o 23 stycznia, Bogumił K. (tak jak i pozostali podejrzani) dowiedział się od policjantów, bo sam tej daty nie pamiętał. Kiedy jednak 11 sierpnia przedstawiono mu zeznania Teresy J., że w nocy 23 stycznia widziała go w oknie, ponownie obciążył Pyłkę, twierdząc, że po drugiej „wizycie” policjantów wrócił do budynku i kiedy zapukał do drzwi Janusza, to właśnie Pyłka do mieszkania go wpuścił. Zastanawiam się dlaczego śledczy nie zwrócili uwagi na pewne istotne fragmenty jego wyjaśnień, które całkowicie korelują z zeznaniami Teresy J., Moniki S. i małżeństwa S., i które wprost dowodzą, że 23 stycznia po tym jak rozstał się z Tomaszem S., Kingą Sz. i Wiolettą F., pomiędzy godziną 19:16 a 19:25, udał się na ulicę Grabowską, do budynku, w którym mieszkała Monika S. Dlaczego nie zwrócili uwagi na to, że po pierwszej policyjnej interwencji do Laskowskiego zadzwoniła Iwona S., która wcześniej z nim żadnych kontaktów nie utrzymywała. Z jakich więc powodów nagle telefonuje do w sumie obcego jej człowieka?

Na jedyny powód takiego zachowania, wskazuje treść jej zeznania z 9 października, z którego wynika, iż numer telefonu Laskowskiego otrzymała od niego samego, kiedy szukał Bogumiła K. po tym, jak ten na początku stycznia ukradł mu kilka tysięcy zł. Zeznała wówczas: „ (…) Miałam od niego numer telefonu, on sam mi go podał. On mi go podał kiedyś jak szukał Bogdana K., po tym jak ten ukradł mu pieniądze. Janusz zostawił mi swój numer i prosił abym do niego zadzwoniła jak Bogdan pokaże się w domu, a my mieszkamy w jednym budynku”. Znajduje to potwierdzenie w wyjaśnieniach samego Bogumiła K. z 17 czerwca: „(…) Na drugi dzień Janusz przyszedł do mnie na Grabowską, był pijany, szukał mnie u S. (Moniki - JB), szukał mnie i tych pieniędzy, mnie wtedy w domu nie było na Grabowskiej, bo byłem na Gaju. On szukał mnie u S.(małżeństwa - JB) w domu. S. mieszkają piętro niżej od konkubiny. (...) powiedział, że daje im dwa tysiące za znalezienie mnie. (…)”. Tak więc Iwona S. była żywotnie zainteresowana, aby o obecności Bogumiła powiadomić Laskowskiego. Ale to, już kolejny raz, śledczych i sędziów nie zainteresowało. Ale o tym dlaczego zdarzenie to miałoby świadczyć, że opisane przez Bogumiła K. zabójstwo nie mogło mieć miejsca w nocy z 23 na 24 stycznia, wyjaśnię w następnym odcinku.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Tydzień temu postawiłem, kluczowe moim zdaniem pytanie, dotyczące tego, w którym momencie i w jaki sposób Wojciech Pyłka dostał się do mieszkania Laskowskiego. Dzisiaj postaram się ten problem naświetlić szerzej.

W prowadzonym śledztwie, a także w trakcie trwającego kilkanaście miesięcy przewodu sądowego, ani policjanci, ani prokurator, ani też wreszcie sąd, głowy sobie nie zawracali wyjaśnieniem, w jaki sposób i w którym momencie Wojtek Pyłka wszedł do mieszkania Janusza Laskowskiego. Jak wykazałem w poprzednim odcinku, drzwi do budynku były praktycznie zawsze zamknięte na klucz, w związku z czym do środka dostać się mógł jedynie na cztery sposoby: wejść do budynku wraz z Januszem, wykonać do niego telefon i powiadomić go, że stoi przed bramą, będąc pod oknem rzucać w nie kamykami (jak to robili inni), albo wołać głośno do Janusza, aby go wpuścił. Czy było to możliwe? Otóż, nie i to w każdym przypadku.

Jak zapewne uważny Czytelnik zapamiętał, kiedy Bogumił K. wraz z towarzystwem przyszedł w okolice budynku, spotkał się z Januszem Laskowskim, który był sam i sam – bez żadnego towarzystwa – do budynku wszedł. Moment ten widziała cała czwórka, a więc Pyłka w tym czasie do budynku dostać się nie mógł. Nie mógł też zadzwonić do Janusza informując, że stoi pod bramą, albowiem z tzw. billingu wynika, że w styczniu Pyłka i Laskowski nie prowadzili żadnej rozmowy telefonicznej. Nota bene, moje niesamowite zdziwienie wzbudził fakt, że ani policjanci, ani prokuratura nie zwróciła się o billing telefonu Wojciecha Pyłki.

Jak wcześniej wskazywałem, zaraz po tym kiedy Tomasz Sz. widział przez okno rozmawiającego przez telefon Janusza, całe to towarzystwo odstąpiło od zamiaru dostania się do jego mieszkania i trójka znajomych Bogumiła K. odeszła w stronę Śródmieścia, a on sam udał się do swojej konkubiny na ulicę Grabowską, co miało miejsce po 19:16. O 19:25 pojawił się policyjny patrol, który odjechał o 19:35. Po 36 minutach Laskowski ponownie dzwoni na Policję i kiedy na miejsce przybywa ten sam patrol, na półpiętrze nad jego mieszkaniem „znajduje” chowającego się tam Bogumiła K. Dowodzi to, że pomiędzy 19:35 a 20:11 wrócił on do budynku i znów zaczął dobijać się do drzwi Laskowskiego. Uważny czytelnik zapyta się, a jak on się tam dostał, kiedy brama musiała być zamknięta ?

No cóż. W tym miejscu mogę już tylko opierać się na przypuszczeniach, wynikających jednakże z twardych ustaleń procesowych, ponieważ nikt policjantów nie zapytał, czy opuszczając budynek po pierwszej interwencji, zamknęli drzwi wejściowe, czy też pozostawili je otwarte, chociaż dla śledztwa powinno to mieć zasadnicze znaczenie. A jak wynika z wyjaśnień trójki współpodejrzanych, widzieli oni, jak Laskowski wchodzi do budynku, a więc jest więcej niż pewne, że drzwi wejściowe zatrzasnął. Dlatego wykorzystali moment opuszczenia budynku przez Daniela Pętlika (nazwisko zmienione), który jakiś czas później wyszedł z psem na spacer i zdołali wejść do budynku. Muszę tu podkreślić, że osoba Daniela Pętlika dla ustalenia, jak Bogumił K. et consortes dostali się do budynku, jest kluczowa.

Nie wdając się w szczegóły i w rozważania dotyczące wielu sprzeczności zawartych w protokołach przesłuchania tego świadka (11.04. i 26.05.) z ich treści w powiązaniu z innymi dowodami (czas interwencji policyjnej, zeznania podejrzanych), można wyciągnąć jedyny wniosek, że zanim około 19:00 wyszedł wyszedł z psem na spacer, widział dwóch mężczyzn i jedną kobietę, którzy rzucali kamykami w okno i rozmawiali o jakichś pieniądzach, które ponoć miał im Laskowski oddać. Kiedy wychodził z psem z budynku, osoby te wykorzystały to i weszły do środka. Kiedy wrócił ze spaceru, a musiało to być po 20:35 towarzystwa tego już nie było.

Dowodem na to, że wyszedł z domu przed 19:25 i powrócił po 20:35 jest fakt, że w ogóle nie wspomina o przybyciu policjantów, których dwukrotnej interwencji nie byłby w stanie nie zauważyć. Wynika więc z tego, że Bogumił K. i towarzyszące mu osoby, po wyjściu Pętlika, dobijały się do drzwi mieszkania Laskowskiego do momentu, kiedy pogonił ich mężczyzna, który wyszedł z sąsiedniego mieszkania i zagroził im powiadomieniem Policji. Wówczas wyszli z budynku i to wtedy Tomasz Sz. wspiął się po rynnie i zaglądał do okna Janusza, czyli musiała to być godzina 19:16 – 19:18, czyli w momencie jak rozmawiał on przez telefon ze swoją znajomą, a następnie po tym jak ujrzał w oknie Tomasza Sz., zadzwonił do KMP.

Wszystko też wskazuje na to, że opuszczając budynek Bogumił K. nie zamknął bramy, albowiem zamierzał jeszcze tu powrócić, na co bez wątpliwości wskazują dalsze wydarzenia. Był częstym gościem Laskowskiego i wiedział jak działa zamek zatrzaskowy tych drzwi. Najprawdopodobniej pozwoliło to policjantom, na swobodne wejście do środka podczas pierwszej interwencji. Wychodząc pozostawili bramę tak, jak ją zastali, czyli otwartą, co z kolei pozwoliło Bogumiłowi K. na ponowne wejście do budynku i dobijanie się do drzwi Laskowskiego, skutkujące drugim wezwaniem policji i jej przybyciem o 20:15. Tym razem policjanci zastali Bogumiła K. w środku i kazali mu udać się do własnego miejsca zamieszkania, a sami interwencję zakończyli o 20:35.

Po tym jak opuścili posesję, do domu wrócił Daniel Pętlik, który o 21:30 wyszedł do pracy, zamykając bramę na klucz. Wynika z tego, że od powrotu Pętlika ze spaceru, żaden obcy nie mógł się już dostać do budynku, bez wcześniejszego wywołania (głosem, kamykami lub telefonem) Janusza Laskowskiego. Teoretycznie więc Wojciech Pyłka do mieszkania Laskowskiego mógł dostać się bez problemu pomiędzy godziną 19:25 a 20:15, ale wówczas jest mało prawdopodobne, aby Laskowski będąc w towarzystwie Pyłki, bał się Bogumiła K. i zdecydował się nas ponowną prośbę o interwencję. Można więc przyjąć, – na podstawie logiki wydarzeń - że 23 stycznia Wojciecha Pyłki w mieszkaniu Laskowskiego nie było, co uwiarygodnione – bo na podstawie dowodów procesowych - zostanie w następnych odcinkach.

Na koniec muszę tylko wspomnieć, że takich analiz nie musiałbym przeprowadzać, gdy przesłuchania wszystkich świadków przeprowadzono w profesjonalny sposób, a zebrane dowody oceniono w sposób obiektywny, eliminujący wszelkie nieścisłości, a niekiedy wręcz bzdury. Jednakże nic w tym śledztwie kupy się nie trzymało i widać, że policyjni „fachmani” wcale się tym nie przejmowali. Dlatego w mojej ocenie, zebrany przez policjantów materiał dowodowy, można było spokojnie w buty włożyć. Oczywiście pod warunkiem, że tą wątpliwą ich wartość byłby w stanie dostrzec nadzorujący śledztwo prokurator i na koniec wyrokujący w oparciu o takie „dowody” sąd. Ręce opadają. Ale to, jak na razie, to w dalszym ciągu tylko czubek góry lodowej.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Poprzedni odcinek zakończyłem na drugiej wizycie funkcjonariuszy Policji, którzy przybyli na interwencję po ponownym telefonie Janusza Laskowskiego do oficera dyżurnego KMP. Jednakże, aby zrozumieć poważne wątpliwości, jakie zrodziły się we mnie po przeanalizowaniu całości materiału dowodowego, przedstawionego sądowi przez prokuraturę, muszę przedstawić kilka istotnych zdarzeń, jakie miały miejsce przed pierwszym przybyciem policyjnego patrolu. Jedna z podstawowych wątpliwości wynika z braku odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób Bogumił K. i towarzyszące mu osoby weszły do budynku, w którym mieszkał Janusz Laskowski. Oczywiście jest to pytanie postawione przeze mnie, bo ani policjanci, ani prokurator, ani też sąd - co zresztą budzi moje ogromne zdziwienie – problemem tym w ogóle sobie głowy nie zawracali. Jestem przekonany, że tylko i wyłącznie dlatego, iż problemu tego nikt nie dostrzegł. A ja dostrzegłem i stąd to ja, a nie przedstawiciele wspomnianych organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, na wątpliwości te wskazuję.

Czynię to, aby uczynić zadość jednej z podstawowych zasad procesowych, zwanej in dubio pro reo, wyrażonej w5 § 2 k.p.k., z której wynika, że wątpliwości nie dające się usunąć w drodze czynności dowodowych, sąd musi rozstrzygać na korzyść oskarżonego. W tym przypadku czynności dowodowe wątpliwości tych nie rozwiązały, aczkolwiek mogły i dziwić się tylko można, że nie zostały przeprowadzone. A ponieważ nie ma czegoś takiego jak przypadek, bo to, co za taki uważamy, jest tylko i wyłącznie sumą innych nieprzypadkowych zdarzeń, kołacze mi się po głowie pytanie, z jakich powodów tej niesamowicie ważnej okoliczności nie wzięto pod uwagę. Odpowiedź na nie przedstawię na końcu tej opowieści.

Jak wynika z zeznań nielicznych świadków, którzy z różnych powodów do budynku mieli okazję wchodzić, drzwi wejściowe (tak zwana brama) wyposażone były w zamek zatrzaskowy, który uniemożliwił osobom nie posiadającym klucza, wejść do budynku, a na dodatek nie było tam domofonu. Z tego prostego powodu, gdybym to ja, lub moi podwładni z dawnego wydziału kryminalnego KWP w Wałbrzychu, spraw tą byśmy się zajmowali, to pierwszym naszym pytaniem byłoby, jakie wśród mieszkańców tego bloku panowały zwyczaje, dotyczące zamykania bramy do budynku. Warto tu przypomnieć, że na czas śmierci Janusza Laskowskiego, w budynku poza nim mieszkał Daniel Pętlik (nazwisko zmienione) oraz Dorota Jarzębowska (nazwisko zmienione), a więc nie powinno to policjantom z Komisariatu V i KMP sprawić większych problemów. Ale jak pokazują materiały śledztwa, na temat tych osób nic nie wiadomo, a już zwłaszcza z kim mieszkały, kto je odwiedzał i jak w takich przypadkach wchodził do budynku. Ponieważ brak tego rodzaju informacji, przyjąć można, że wszyscy oni – łącznie z Laskowskim – zamieszkiwali samotnie. Wiadomo jednak, że Pętlik miał psa, a Laskowski kota.

Od razu podkreślę, że sprawa tego kota powinna być bardzo wnikliwie rozpoznana przez śledczych i sędziów. Niestety, nie została rozpoznana. Chodzi o to, że z zeznań świadków wynika, iż Janusz Laskowski nigdy tego kota nie wypuszczał z domu, co jednoznacznie wskazuje na powód takiego zachowania, w więc, że brama z reguły była zamknięta, bo jak wiadomo koty tym się charakteryzują, że zawsze wracają do swojego mieszkania. Tak więc chcąc dać kotu możliwość wypróżniania się poza domem, w przypadku gdyby brama była zwyczajowo zawsze otwarta, Janusz Laskowski powinien kota z mieszkania wypuszczać i spokojnie czekać, kiedy pod drzwiami do mieszkania zacznie miauczeć. Wychowałem się z kotami, więc ich zwyczaje dobrze znam.

Jednak nie tylko kot „powiedział mi”, że brama do budynku była zwyczajowo zamknięta, bo mówi też o tym – niestety tylko w sposób pośredni – siostra Janusza, Teresa Mruczek (nazwisko zmienione), która odnosząc się w trakcie przesłuchania (09.05.2008) do zdarzenia opisanego przez Teresę Jasiek (nazwisko zmienione), zeznała: „Z tego wynika, że K. dalej tam chodził i musiał mieć klucze do tego mieszkania, bo drzwi tam są zatrzaskowe i tylko kluczem od zewnątrz można je otworzyć”. A więc siostra Janusza wiedziała, że bez klucza wejść do budynku się nie da. Szkoda, że policjanta prowadzącego z ramienia KMP to śledztwo, zagadnienie to absolutnie nie interesowało. Zresztą nie tylko ona o problemie z wejściem napomyka, ponieważ wspomniana Teresa Jasiek podczas przesłuchania w dniu 8 sierpnia, zeznała, że kiedy w sprawie kota poszła do Janusza (co miało mieć wg niej miejsce 23 stycznia), to ponieważ drzwi wejściowe były zamknięte, musiała rzucać w okno kamykami, aby wywołać właściciela tego kota. I w tym przypadku policjanta sprawa tych drzwi absolutnie nie interesuje, chociaż powinien ustalić, czy często do Janusza przychodziła i jak wówczas dostawał się do środka budynku.

Prowadzących śledztwo w ogóle nie zainteresowało również i to, w jaki sposób podejrzani dostali się do budynku i tylko w jednym przypadku, na sto procent całkowicie przypadkowo, można w zeznaniach Kingi Sznabach (nazwisko zmienione) znaleźć informację wyjaśniającą, w jaki sposób udało im się dostać pod drzwi mieszkania Laskowskiego. Otóż, przesłuchiwana 29 maja w charakterze podejrzanej, wyjaśniła, że „Boguś wołał tego gościa pod jego oknem, rzucał w okno kamieniami, ale nikt nie otwierał. (…). Potem z bramy wyszedł jakiś gość z psem, otworzył wtedy bramę i my weszliśmy do bloku i poszliśmy pod drzwi na pierwsze piętro.”

Tym „gościem” był Dariusz Pętlik, który przesłuchiwany 26 maja zeznał, że jak wyszedł z psem na spacer, to zamknął drzwi do bramy na klucz. Jak widać nie wiadomo do końca, czy w zwyczaju lokatorów budynku było zamykanie bramy za każdym przypadkiem wyjścia lub wejścia do budynku, czy też być może na drzwiach tych zamontowane było specjalne urządzenie powoduje automatyczne ich zamykanie się. Problem można było rozwiązać w prosty sposób, przesłuchując policjantów, którzy byli dwukrotnie na interwencji i zadając im pytanie, kto ich wpuścił do budynku lub czy brama wejściowa była otwarta.

Ale to nie wszystkie takie kwiatki tego śledztwa, dotyczące wydarzeń mających miejsce 23 stycznia i będę o tym pisał w dalszej cześć tej opowieści. Podsumowując to, co wyżej przedstawiłem, pragnę zwrócić szczególną uwagę na to, iż ustalenie w jaki sposób osoby nie będące lokatorami wchodziły do budynku bez domofonu, ma dla ustalenia związku Wojtka Pyłki z tym zabójstwem kolosalne znaczenie.

W związku z tym zadaję panom policjantom, prokuratorom i sędziom jedno tylko pytanie: kiedy i w jaki sposób Wojciech Pyłka znalazł się w mieszkaniu Janusza Laskowskiego? Bo mnie osobiście nie satysfakcjonuje to, co w śledztwie i procesie przyjęto za pewnik, że drzwi do mieszkania Bogumiłowi K. otworzył właśnie on. Bo według mnie trzeba było to jednak udowodnić, ponieważ zgodnie z art. 168 k.p.k. dowodu nie wymagają jedynie fakty powszechnie znane lub fakty znane z urzędu. Czy obecność Wojciecha Pyłki w mieszkaniu Laskowskiego w dniu 23 stycznia spełniała te kryteria? Myślę, że wątpię, a wątpię bo myślę.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

W poprzednim odcinku do pewnego jego fragmentu wkradł się błąd, dotyczący informacji przekazanej Krystynie K. przez sąsiada jej brata. Prawidłowa treść owego fragmentu brzmi następująco: „Po zdaniu zawierającym informację o „poszukiwaniu Janusza”, przesłuchująca funkcjonariuszka zapisała dziwnie brzmiące krótkie zdanie: „Było to dwa dni jak go szukali”. Zdanie to jest dla mnie bardzo intrygujące z powodu możliwości dwojakiego rozumienia jego sensu. Po pierwsze, można je rozumieć, że szukali go 28 stycznia, czyli 2 dni przed dniem ujawnienia zwłok, albo też dwa dni po tej dacie, czyli 26 stycznia, co dla tej sprawy ma istotne znaczenie.”Sprostowanie to ma istotne zacznie w odniesieniu do innych dat, jakie w sprawie tej pojawiły się w kontekście daty zdarzenia przyjętej przez prokuraturę i sąd. Ale przede wszystkim ma sztandarowe znaczenie dla usytuowania w hierarchii dowodów jedynego prawidłowo udokumentowanego procesowo zdarzenia, co do którego nie można mieć żadnych wątpliwości, jeżeli chodzi o datę, miejsce i przebieg.

Otóż nie ma żadnych wątpliwości, że według Jerzego Chrusta (nazwisko zmienione) 23 stycznia 2008 około 10:00 r. (w środę) Janusz Laskowski pojawił się na krótko w jego biurze, mieszczącym się w sąsiedztwie budynku, w którym Laskowski mieszkał. W tym też dniu dokonał wypłaty 50 zł z bankomatu, ale ani policjantów, ani prokuratora absolutnie nie interesowało, o której godzinie i w jakim bankomacie wyplata ta miała miejsce, co według mnie było jednym z wielu tragicznych błędów popełnionych w tym śledztwie. Natomiast po 12 latach, dzięki Internetowi, bez trudu udało mi się ustalić, że Janusz Laskowski tej wypłaty dokonał w bankomacie znajdującym się na ścianie budynku nr 20 b przy ulicy Słowackiego, a z rachunku bankowego datowanego na 24.06.2008 (w aktach sprawy) wynika, że 23 stycznia żadnej innej wypłaty nie realizował.

Niestety nie ustalono, czy owa wypłata miała miejsce przed, czy po godzinie 10-tej, wiadomo natomiast, że dzień wcześniej (22 stycznia) był mocno pijany, a jego samochód stał zaparkowany pod budynkiem. Natomiast 23 stycznia samochód ten zaparkowany był w innym miejscu, o czym zeznał Jerzy Chrust, który wiedział dobrze, że Laskowski w stanie nietrzeźwym nigdy z samochodu nie korzystał. Można więc sądzić, że do bankomatu na ul. Słowackiego udał się tym samochodem, jednakże na takie założenie nie ma żadnego pewnego dowodu, jak również nic nie wiadomo, co Janusz Laskowski, po tym jak pobrał pieniądze, robił i z kim się spotkał, ponieważ policjantów z Komisariatu V i KMP to zupełnie nie interesowało.

Ustalono natomiast, że w dniu tym pomiędzy 18:00 a 19:00 w okolicy budynku, w którym Laskowski mieszkał pojawili się Bogumił K., Tomasz Sz., Wioletta F. i Kinga Sch., którzy przybyli tam z zamiarem dostania się do jego mieszkania, w celu okradzenia go z pieniędzy. O tym, że Janusz miał w mieszkaniu sporą gotówkę, poinformował ich wcześniej Bogumił K., który w pierwszych dniach stycznia, wykorzystując chwilę jego nieuwagi, dokonał kradzieży kilku tysięcy zł. Kiedy stali w okolicy przystanku MPK, podszedł do nich udający się do domu Janusz Laskowski, który zwrócił się do Bogumiła K. z pretensjami o tę kradzież, ale była to z jego strony spokojna wypowiedź. Wioletta F. zeznała, że w tym czasie wyglądał tak, jakby był pobity, ponieważ na czole miał strupy. Kiedy go spotkali, to miał ze sobą wódkę i mówił, że jest umówiony z jakimś znajomym. Po tej krótkiej wymianie zdań Leszczyński wszedł do bramy budynku, w którym zajmował mieszkanie mieszczące się na I piętrze. Obok niego na tym samym piętrze zamieszkiwała Dorota J., a na parterze Daniel P. Bardzo ważną okolicznością jest fakt, że aby dostać się do środka, trzeba było posiadać klucz, albowiem drzwi wejściowe do budynku wyposażone były w zamek zatrzaskowy, i co również istotne, w budynku nie było domofonu.

W pewnym momencie z budynku na spacer z psem wyszedł Daniel P., więc skorzystali z okazji i weszli do środka, udając się pod drzwi mieszkania Laskowskiego. Zaczęli się do nich dobijać i kopać w nie, chcąc, aby ich wpuścił do środka. Te głośne zachowanie spowodowało, że z mieszkania Doroty J. wyszedł jakiś mężczyzna (niestety, ani policjantów, ani prokuratury nie zainteresowało, kim ów mężczyzna był) i powiedział, że jeżeli nie opuszczą budynku, to on zawiadomi Policję.

Po wyjściu na zewnątrz w okna Janusza rzucali kamykami, a następnie Tomasz Sz. wspiął się po rynnie i zajrzał przez jedno z nich do środka. W tym czasie, a dokładnie o 19:16, Laskowski rozmawiał przez telefon ze swoją znajomą Teresą F., ale Tomasz Sz. uznał, że rozmawia z policją, więc kiedy powiedział o tym swoim kompanom, ci wystraszeni udali się w kierunku Śródmieścia, a Bogumił K. poinformował ich, że idzie do domu na Andersa. Przesłuchiwany później Tomasz Sz. wyjaśnił, że zorientował się, iż Laskowski dostrzegł, że jest podglądany.

Na pewno też z tego powodu rozmowę ze znajomą zakończył i o 19:18 powiadomił oficera dyżurnego KMP, że „do jego mieszkania usiłują dostać się jacyś Cyganie”, co może sugerować, że wcześniej po głosie rozpoznał Bogumiła K. Niestety, rozmowa ta nie wiadomo dlaczego nie została zarejestrowana, a oficer dyżurny nie został przesłuchany. O 19:25 na miejsce przybył policyjny patrol, ale ponieważ Laskowski nie wpuścił policjantów do mieszkania, a w wokół budynku nie zauważyli oni niczego podejrzanego, interwencja o 19:35 została zakończona.

Zaraz po tym (o 19:37) zadzwoniła do niego Iwona S., czyli sąsiadka konkubiny Bogumiła K., w mieszkaniu której po paru miesiącach policjanci zabezpieczyli wieżę HiFi, rzekomo będącej własnością Laskowskiego. Ten jednak ten telefonu nie odebrał. Kiedy o tym w aktach przeczytałem, nie mogłem w żaden sposób zrozumieć (i nie rozumiem tego do dziś), dlaczego ani policjantów, ani prokuratury nie interesowało, z jakiego to konkretnie powodu kobieta ta dzwoniła, bo przecież nie byli żadnymi znajomymi i nie utrzymywali ze sobą żadnych kontaktów. Od razu poinformuję, że ja wyjaśnienie tego jej zachowania w aktach sprawy znalazłem i śmiem twierdzić, że powinno ono dla prokuratury, a już na pewno dla sądu, stanowić istotną przesłankę dla oceny wiarygodności opowieści Bogumiła K., jak i całej konstrukcji oskarżenia Niestety, nikt się tym niesamowicie istotnym faktem w ogóle nie zajął. Twierdzę nieskromnie, że wygląda na to, iż nikt poza mną nie zwrócił na to żadnej uwagi. Będzie o tym mowa w dalszej części tej opowieści.

O 20:11 Janusz Laskowski do KMP ponownie zadzwonił z prośbą o interwencję ponieważ w dalszym ciągu jacyś nieznani mu Cyganie, bez przerwy co 8 – 10 minut, dzwonią do jego mieszkania. Obawiał się, że chcą wejść, ponieważ ma w mieszkaniu sprzęt elektroniczny i telewizory. Informuje dyżurnego również o tym, że nawet wspinali się do jego okien. Ta rozmowa została zarejestrowana i nagranie znajduje się w aktach sprawy, dzięki czemu istnieje dowód, że rozmawiając z dyżurnym Laskowski był trzeźwy. W efekcie tego do budynku o 20:15 ponownie przybywa ten sam patrol i znów nie zostaje wpuszczony do mieszkania. Jednakże tym razem policjanci znajdują na stryszku na poddaszu Bogumiła K., który tłumaczy im, że starał się dostać do Laskowskiego, ponieważ ten przetrzymuje w mieszkaniu, wbrew jej woli, jego konkubinę Monikę S. Funkcjonariusze nakazali mu udać się do domu, a ponieważ żadnych innych osób nie spotkali, o 20:25 zakończyli interwencję.

Co działo się dalej, a działo się wiele, w następnych odcinkach.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)