Kiedy tylko akta sprawy dotyczącej zabójstwa Janusza Laskowskiego do mnie dotarły, zorientowałem się, że stoi przede mną poważne zadanie zanalizowania treści kilkuset z ponad 1200 stron. Stanowiło dla mnie poważne wezwanie, albowiem akurat byłem mocno zaabsorbowany pisaniem książki o głośnej podwójnej zbrodni, popełnionej 17 sierpnia 1997 roku na szczycie góry Narożnik w Parku Narodowym Góry Stołowe. Po długich wahaniach, zdecydowałem się, że zajmę się jednak sprawą zabójstwa Laskowskiego, ponieważ ofiarom z Narożnika nic już nie pomoże, a tu mam do czynienia z żywym człowiekiem, który być może jak Tomasz Komendy z Wrocławia, siedzi w kryminale, bo komuś się nie chciało, lub po prostu ktoś nie potrafił, porządnie przyłożyć się do obowiązków, za które państwo, czyli społeczeństwo, mu płaci. Zanim jednak opowiem, czego się z akt procesowych tej sprawy dowiedziałem, poprzedzę to pewną refleksją, z którą nie chcę czekać do zakończenia tej opowieści. 

Otóż, będzie to opowieść nie tylko o tym, że być może ktoś Janusza Laskowskiego pozbawił życia, ale też i o tym, że aby kogoś pozbawić prawa do życia na wolności, złamano wszelkie zasady procesowe wyznaczone przez polskie prawo karne, jak i zasady i normy etyczne obowiązujące w cywilizowanym świecie. Jestem święcie przekonany, że każdy, kto chociażby liznął tylko przepisy k.p.k., po przeczytaniu tej opowieści, będzie skłonny do stwierdzenia, iż każdy sędzia naprawdę szanujący prawo, dla którego nie wyrok a prawda ma zasadnicze znaczenie, Wojciecha Pyłkę by uniewinnił. Chociażby z powodu obowiązywania prawnej zasady, że niedające usunąć się wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego. A w sprawie Pyłki tych wątpliwości jest tyle, że można było bez żadnego problemu obdzielić nimi, co najmniej kilku innych oskarżonych.

Wątpliwości niedostrzeżone przez organa ścigania i wymiaru sprawiedliwości pojawiły się już w pierwszym dniu, czyli 31 stycznia 2008 roku, kiedy w jednym z mieszkań budynku przy ul. Andersa ujawniono wiszące na lince zwłoki Laskowskiego. Epilogiem tego tragicznego odkrycia był wyrok Sądu Okręgowego w Świdnicy wydany 8 marca 2010 r., skazujący Wojciecha Pyłkę na 25 lat pozbawienia wolności za to, że 24 stycznia w nocy po godz. 02:02, dokonał zabójstwa Janusza Laskowskiego, działając wspólnie i w porozumieniu z mieszkańcem Wałbrzycha (z dzielnicy Gaj) o imieniu Bogumił. Według wałbrzyskich policjantów oraz prokuratorów i świdnickiego sądu, obydwaj ci mężczyźni powiesili pijanego w sztok Janusza Laskowskiego, chociaż w zasadzie powieszenia dokonał Pyłka, a Boguś się tylko przyglądał.

Z treści postawionego Pyłce zarzutu, z przebiegu całego procesu i z uzasadnienia wyroku wynika w sposób nie budzący jakichkolwiek wątpliwości, że zabójstwa dokonano w nocy z 23 na 24 stycznia, a więc od świtu 24 stycznia, Janusz Laskowski był już absolutnie martwym trupem. Przytaczam te informacje już na samym początku tylko po to, aby każdy mógł zapamiętać tę datę: 24 stycznia 2008 roku godzina 02:02. Dlaczego? Każdy zrozumie, kiedy zapozna się ze wszystkimi szczegółami tego wydarzenia.

31 stycznia dwaj sąsiedzi Janusza, panowie Jerzy i Daniel zaniepokojeni tym, iż w mieszkaniu Janusza Leszczyńskiego od 24 stycznia 2008 roku bez przerwy pali się światło, a jego samego od kilku dni nikt nie widział, weszli po drabinie i przez szyby okienne zauważyli, że kołdra na stojącej naprzeciw okna wersalce, ułożona jest w taki sposób, jakby spod niej wystawały ludzkie nogi. Zaniepokojeni powiadomili o swych spostrzeżeniach dyżurnego z Komisariatu V Policji, który skierował tam mł. asp. Mariusza B., zapewne aby sprawdził na miejscu, co i jak. Ponieważ drzwi do mieszkania były zamknięte, sprowadzony z ADM MZB pracownik wyważył je i dopiero wówczas w jednym z pokojów odkryto wiszące zwłoki.

O tym co się później działo, będzie dalej, teraz chciałbym się podzielić tym, co mi się od razu w oczy rzuciło, kiedy zacząłem czytać dalsze strony akt. Otóż w każdym śledztwie, a zaliczyłem ich w sprawach o zabójstwo kilka setek, a także w procesie sądowym, najważniejsze są ustalenia dowodowe, które nie mogą budzić żadnych wątpliwości, a zwłaszcza ustalenia, na podstawie których przyjmuje się datę popełnienia zabójstwa. Ma to niesamowicie istotne znaczenie nie tylko dla udowodnienia winy, ale także dla stwierdzenia niewinności podejrzanego, albowiem i to należy do kodeksowych obowiązków prokuratora.

Na tę informację, że światło w oknach mieszkania Laskowskiego świeciło się nieprzerwanie od 24 stycznia, zwróciłem dlatego uwagę, że przesłuchany 5 lutego (a więc dwa tygodnie od zdarzenia) pan Daniel, którego biuro znajduje się naprzeciwko okien mieszkania Janusza Laskowskiego, zeznał, że światła w oknach jego mieszkania świeciło się cały czas od 25 stycznia. A więc 24 stycznia w nocy (będzie jeszcze o tym mowa) ktoś światło w mieszkaniu zgasił, a następnie 25 stycznia zapalił. I co jest istotne, pan Daniel podkreślił w tym zeznaniu, że on pracuje dużo w nocy, a wie że Janusz chodził wcześnie spać i to było dla niego dziwne, że światło się tam świeciło. Moje policyjne doświadczenie podpowiada mi, że przesłuchujący p. Daniela policjant nie bardzo się popisał, ponieważ wątek ten winien wycisnąć aż do końca. A konkretnie zapisać w protokole, czy on to palące się światło widział od rana, czy dopiero pod wieczór, kiedy zaczęło się robić ciemno, a był to styczeń, kiedy zmrok zapada bardzo wcześnie. Błąd ten został naprawiany 4 lipca, kiedy ponownie przesłuchiwany p. Daniel zeznał, że „to światło w jego mieszkaniu widziałem już w godzinach popołudniowych, bo wtedy był okres zimowy i wcześnie robiło się ciemno. (...) Potem od tego momentu, to światło się świeciło przez okres kolejnych sześciu dni. (…) Dlatego też po tych sześciu dniach poszedłem do tego bloku do sąsiada Daniela (…) i razem przystawiliśmy drabinę (...)”.

A więc podsumujmy: ujawnienie zwłok miał miejsce 31 stycznia, nie można więc mieć jakichkolwiek wątpliwości, że faktycznie palące się światła p. Daniel zauważył od 25 stycznia, ponieważ w szóstym dniu od tego wydarzenia, czyli 31 stycznia, udał się do p. Jerzego, aby sprawdzić, co się dzieje z Januszem. Ale to nie wszystko, ponieważ z zeznań złożonych przez p. Daniela wynika ni mniej ni więcej, że 24 stycznia około godz. 11:00 Janusz Laskowski pojawił się w jego biurze, a więc był jak najbardziej autentycznie żywy. Ale o tych nie sprawdzonych do końca wątpliwościach oraz wielu innych przedziwnych zdarzeniowych w kolejnych odcinkach.

 

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Kilka dni po pierwszej rozmowie, Wojciech Pyłka zadzwonił do mnie ponownie z informacją, że całość akt procesowych będę mógł otrzymać od jego pełnomocnika, któremu już udzielił stosownych uprawnień. Zapytał się też, czy mógłbym go odwiedzić w Areszcie Śledczym w Świdnicy, gdzie odbywa wyrok, ponieważ chciałby porozmawiać w bardziej konfidencjonalny sposób, gwarantujący nam obojgu całkowitą poufność. Zgodziłem się i po jakimś czasie odbyłem kilka niedozorowanych spotkań, podczas których nie tylko mogłem go wysłuchać, ale także ocenić, jak zachowuje się w bezpośrednim kontakcie z kimś, kogo wcześniej nie znał. Chciałem po prostu wiedzieć, czy będzie starał się mnie „czarować”, by przekonać do siebie na tyle, abym zechciał mu zaufać, czy też będzie zachowywał się w sposób naturalny. O ile w ogóle w taki sposób zachowywać się może ktoś, kto od 11 lat siedzi za kratami bez prawa do przepustki, ze świadomością, że siedzi za friko, czyli tylko dlatego, iż ktoś postanowił go tam wsadzić dla realizacji własnych celów.

Nie ukrywam, że poza głośną sprawą Tomasza Komendy z Wrocławia, przypadków przypisywania komuś czynów przestępczych znam osobiście dziesiątki, przez co moja wiara w obiektywizm działania policji, prokuratury i sądów już dawno uleciała w kosmiczny niebyt. Również łatwiej było mi uwierzyć w to, co mi Wojtek opowiadał (po jakimś czasie zaproponowałem mu skrócenie dystansu), bo przecież sam się przed laty przez ćwierć wieku obracałem w środowisku wałbrzyskich (i nie tylko) policjantów, ale też osobiście poznałem wiele spraw, w których sprawcy byli – jak to się w naszym żargonie mówiło – drukowani. Czyli oskarżani i skazywani na podstawie spreparowanych dowodów i fałszywych świadków, co po 2005 roku stało się już wręcz plagą, opisywaną i pokazywaną w różnych środkach masowego przekazu.

Podczas jednego z naszych spotkań, zadałem mu pytanie: dlaczego w protokołach z jego przesłuchania nie ma żadnej informacji dotyczącej tego, co robił w dniu i w czasie, w którym - według policji, prokuratury i sądu - dokonano zabójstwa Janusza Laskowskiego (nazwisko zmienione) czyli osoby, którą opisuje jako swojego bardzo bliskiego kolegę. Przyznam, że mnie - byłego policjanta, który przez całe swe policyjne życie zajmował się ujawnianiem sprawców zbrodni zabójstw i przedstawianiem im dowodu ich winy - bardzo ten fakt dziwił, ponieważ trudno sobie wyobrazić, aby ktoś będąc podejrzanym o najcięższe przestępstwo, przesłuchującym funkcjonariuszom już na „dzień dobry” nie podał swego alibi, a ci w sposób formalny – czyli zapisany w dokumentach procesowych – tego nie sprawdzili. A w dokumentach tych nie znalazłem ani jednego zdania na ten temat, ani jednego przesłuchania świadków, którzy byliby pytani na okoliczność, co podejrzany (a następnie oskarżony) robił w dniu zabójstwa. Wyglądało to tak, jakby organów ścigania i sprawiedliwości w ogóle to nie obchodziło.

Wojtek wytłumaczył mi, że on mówił gdzie był i co robił, ale policjanci żądali jedynie tego, aby się przyznał, a ponieważ nie chciał tego uczynić, to spuścili mu takie lanie, że jego twarz przez długi czas mogła służyć za dowód popełnienia przestępstwa. Ale nie tego, które mu zarzucano. Trochę się zdziwiłem, ponieważ zarzut został postawiony mu przez panią prokurator, która powinna na ten widok zareagować, ale i o tym w aktach ani śladu. Wówczas usłyszałem odpowiedź, abym zwrócił się do Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu z pytaniem: dlaczego po zatrzymaniu, albo przynajmniej po tymczasowym aresztowaniu, które nastąpiło na drugi dzień, Wojciechowi Pyłce nie wykonano tzw. fotografii sygnalitycznych? Wykonuje się je zawsze w dniu pierwszych czynności wobec osób, którym postawiono zarzuty przestępstwa kryminalnego, wraz z pobraniem odcisków palców. Dlaczego w jego przypadku wykonano je po dosyć długim czasie od dnia postawienia zarzutów? Wojtek twierdzi, że fotki zrobiono mu dopiero wtedy, kiedy jego twarz już w miarę przyzwoicie wyglądała. A ja wiem, że można to sprawdzić, jak długo jego akta będą w archiwum.

Przyznam, że nie miałem problemów z tym, aby mu uwierzyć, ponieważ sam wielokrotnie widziałem na własne oczy „dzieło” niektórych wałbrzyskich policjantów, którzy nie tylko wręcz katowali zatrzymanych i podejrzanych, ale zdarzało się, że wysyłali ich na tamten świat, co np. ostatnio prawomocnym już wyrokiem potwierdził Sąd Okręgowy w Świdnicy. A ja znam też dwa przypadki, w których wałbrzyska prokuratura uznała, że śmiertelne obrażenia, jakich doznała osoba przebywająca w policyjnej izbie zatrzymań, były spowodowane… upadkiem z pryczy. Pryczy, której wysokość liczy chyba nie więcej niż 80 -100 cm. Nie wspomnę już o tym, że osobiście widziałem, jak wyglądał po tzw. rozpytywaniu pewien podejrzewany (nawet później tymczasowo aresztowany) o zabójstwo nieletniej Karoliny Ż. z Podzamcza (2002 rok), którego trzeba było zwolnić, kiedy udało się nam zatrzymać, na podstawie dowodów z DNA, właściwego sprawcę. A on się tym "rozpytującym" go policjantom przyznał. Przyznał się do zabójstwa, którego nie dokonał! Doskonale pamiętam, kto go wówczas w komendzie na Mazowieckiej „rozpytywał”. Albo jak po zatrzymaniu wyglądała twarz Jacka Doleżała z Lichenia (zezwolił na używanie nazwiska), którego w Szczawnie-Zdroju za wykroczenie zatrzymali wałbrzyscy stróże prawa, z których jeden (chociaż na razie nieprawomocnie) został już skazany za pobicie osoby zatrzymanej. Nie będę już przywoływał innych znanych mi tego rodzaju historii, ani też gehenny znanego w całej Polsce Tomasza Komendy z Wrocławia. Wystarczy, że powiem, iż Wojtkowi uwierzyłem, albowiem dzięki temu potrafię zrozumieć, dlaczego w protokołach przesłuchania nie ma ani jednego zdania na temat jego alibi na czas zabójstwa i ani jednego przesłuchania jakiegokolwiek świadka na te okoliczności. Po prostu on się nie przyznawał, opowiadał o swym alibi, ale zapisanie tego nie było przesłuchującym na rękę, ponieważ musieliby to oficjalnie sprawdzić. Bo jeżeli w protokole znalazłoby się takie wyjaśnienie, to musiałoby ono zostać również protokolarnie obalone. A w protokołach przesłuchań Pyłki odnotowano tylko jego wyjaśnienia dotyczące tego, co robił na dwa dni przed zdarzeniem i nic więcej. Ale nawet i to nie zostało do końca sprawdzone, poza jednym przypadkiem, który później pozwolił mi odkryć w tych aktach jego alibi, którego nikt wcześniej – z rożnych powodów- dostrzec nie chciał.

Najbardziej zaskakującym dla mnie zapewnieniem Wojtka było jego twierdzenie, że noc kiedy miało zostać popełnione zabójstwo Janusza Laskowskiego, spędził w Policyjnej Izbie Zatrzymań (obecnie Pomieszczenie Dla Osób Zatrzymanych) KMP w Wałbrzychu, czego - niestety - nie udało mi się udowodnić, chociaż dalej twierdzę, że w tej sprawie tłumaczenie Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu absolutnie mnie nie przekonuje. Będzie o tym mowa w jednym z kolejnych odcinków. Na razie tylko wspomnę, że na temat feralnej nocy nie przesłuchano (do dnia wyroku) ani ojca, ani matki, ani jego brata, chociaż matka twierdzi, że to ona wezwała tej nocy policję, która nietrzeźwego Wojtka zabrała z mieszkania i zatrzymała na ul. Mazowieckiej w Wałbrzychu do wytrzeźwienia. Takich dziwnych „przypadków” w całym śledztwie, zleconym V Komisariatowi Policji w Wałbrzychu – uwaga: w sprawie zabójstwa !!! - jest co niemiara, o czym będzie mowa w pozostałych odcinkach tej opowieści.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Gdzieś w połowie marca 2018 roku, grubo przed południem, odezwał się dzwonek mojego telefonu komórkowego i kiedy spojrzałem na wyświetlacz, spostrzegałem, że dzwoni do mnie ktoś, kogo nie mam na liście znajomych, i że jest to numer abonencki jakiegoś telefonu stacjonarnego. Po odebraniu połączenia usłyszałem głos nieznanego mi mężczyzny, który się upewnił, czy faktycznie jestem tym kimś, z kim chciał rozmawiać, a kiedy potwierdziłem usłyszałem:

- Nazywam się Wojciech Pyłka1 i dzwonię z Aresztu Śledczego w Świdnicy, gdzie przebywam od ponad 10 lat, skazany za zabójstwo, którego się nie dopuściłem i chciałbym pana ….

- Zaraz, chwila, – przerwałem spodziewając się dłuższego monologu - po pierwsze chciałbym się dowiedzieć, od kogo ma pan mój prywatny numer telefonu, bo nie sądzę abyśmy się wcześniej kiedykolwiek spotkali.

- Proszę pana, powiem panu tak. Numer dostałem od jednego ze skazanych, któremu obiecałem, że nigdy go nie ujawnię. On mi powiedział, że jeżeli już nigdzie pomocy nie będę mógł znaleźć, to mam dzwonić do pana, ponieważ w beznadziejnej sytuacji skutecznie pomógł pan już kilku osobom.

Nie powiem. Słowa te mile połaskotały moją próżność, ale jednak w żadnym stopniu nie zaspokoiły ciekawości. Ponowiłem więc próbę ustalenia tego informatora, ale mój rozmówca powtórzył, że obiecał temu komuś, iż jego nazwiska nie ujawni i chociaż zdaje sobie sprawę, że mogę się do niego z miejsca zniechęcić, to jednak prosi mnie, abym poświęcił mu chwilę swojego czasu. Ponieważ nie przychodziły mi do głowy żadne znajome nazwiska osób mogących aktualnie przebywać w tym Areszcie, dałem sobie spokój w dociskaniu mojego dziwnego rozmówcy, bo przyznam szczerze, trochę mnie zaintrygował. Z drugiej strony zapaliło mi się w głowie ostrzegawcze czerwone światełko, że kolejny już raz wpakuję się w sytuację powodującą, iż wiele mojego czasu zabiorą mi cudze sprawy i to dotyczące kogoś, kogo w ogóle nie znam, kto nawet nie jest znajomym jakiegoś mojego znajomego. Moja nadmierna niekiedy empatia i altruizm, przeradzająca się momentami w syndrom Atlasa2, często pakowała mnie nie tyle w kłopoty, ile pozbawiała możliwości realizowania postawionych sobie celów, dotyczących moich osobistych planów. Czułem więc, że jak się znów dam wplątać w cudze problemy, to siłą rzeczy na bok odejdzie dokończenie tekstu książki, poświęconej głośnej przed laty zbrodni na szczycie góry Narożnik w Parku Narodowym Góry Stołowe, którą w latach 1997 – 2003 starałem się wraz z kolegami z grupy operacyjnej „Narożnik” rozwiązać, czego zresztą nie tylko nam nie udało się dokonać.3

I nie myliłem się, bo przez następnych kilkanaście miesięcy zajmowałem się tylko sprawą, jaką w marcu 2018 roku przedstawił mi Wojciech Pyłka.

- W porządku panie Wojciechu, proszę mi, ale krótko, opowiedzieć o tym swoim problemie, ale najpierw chciałbym pana zapytać, czy pan wie kim jestem, a właściwie byłem?

- Wiem, pan pracował w policji na Mazowieckiej, w kryminalnym. Jest pan tu u nas dosyć popularny i …

- Ok, nie w tym rzecz gdzie i dlaczego jestem popularny, tylko chciałbym panu uświadomić, że kiedy zajmowałem się takimi sprawami, to chyba z kilka setek ludzi bijąc się w piersi, zapewniało mnie o swojej niewinności i w zdecydowanej większości musiałem im później skutecznie udowadniać, że jednak raczyli mnie okłamywać. Tak więc musi zdawać pan sobie sprawę, że takie zapewnienia nie robią na mnie żadnego wrażenia.

- Wiem, ale proszę mnie wysłuchać. Moja sprawa była opisywana w kilku gazetach, w tym w tygodniku „Nie”, więc może pan to wszystko przeczytać. Były też dwa reportaże w telewizji.

- I co, bez skutku? – zapytałem zdziwiony, że ktoś oczekuje ode mnie pomocy, kiedy wcześniejsze interwencje medialne takich potęg jak ogólnopolska prasa i telewizja nie pomogły.

- No nie pomogła, ale ja panu, jeżeli się pan zgodzi, dostarczę kopie całości moich akt, to się sam pan przekona, że jestem ofiarą tego systemu, a w zasadzie ofiarą jednej prokuratorki i paru wałbrzyskich policjantów, którzy strasznie pragnęli odnieść sukces. I odnieśli, wsadzając na 25 lat niewinnego człowieka. Pewnie jeszcze wielkie premie za to dostali.

- Proszę pana, ale jak pan sobie wyobraża tą moją pomoc, kiedy ja nie dysponuję żadnym biurem, nie zatrudniam nikogo do pomocy, ani też nie ma żadnej siły sprawczej – mówiąc to, celowo nie informowałem swego rozmówcy, że jednak pewną bronią dysponuję, a jest nią legitymacja prasowa reportera wałbrzyskiego tygodnika DB 2010, która jednak jakieś sprawcze możliwości mi daje.

- Proszę pana, mi chodzi w zasadzie o to, aby napisał pan dla mnie wniosek do prezydenta o ułaskawienie …

- No cóż – przerwałem mu, nie czekając aż dokończy – mogę napisać, bo nie sprawi mi to żadnych trudności, ale mam do pana pytanie. Czy zdaje pan sobie sprawę, że aby liczyć na prezydencką łaskę, należy się w zasadzie przyznać do zbrodni i wyrazić skruchę. Bez tego ani rusz, bo ….

Tym razem to on przerwał mi prawie w pół słowa.

- Jeżeli tak, to ja rezygnuję. Nigdy się nie przyznam do czegoś, czego nie zrobiłem, a zwłaszcza do zamordowania mojego serdecznego kolegi, jakim był świętej pamięci Janusz. Wolę tu dalej gnić, a się nie przyznam.

Słowa te przypomniały mi od razu historię Radka i Patryka oskarżonych i skazanych za zabójstwo w 2000 roku wałbrzyskiego antykwariusza, którzy woleli przez lata siedzieć za kratami, niż przyznać się do zbrodni i wyjść na warunkowe przedterminowe zwolnienia. We wspomnianej sprawie zabójstwa antykwariusza, w czasie kiedy byłem już na emeryturze, udało mi się w aktach sprawy znaleźć tak istotne błędy procesowe, że w rezultacie skończyło się to wznowieniem prawomocnie zakończonego postępowania i zmianą wyroku. Zdecydowałem się pomóc skazanym, ponieważ w końcówce ich procesu w Sądzie Okręgowym w Świdnicy, sprawa ta została mi przydzielona, abym znalazł trzeciego sprawcę tego zabójstwa, o którym ani wałbrzyscy policjanci, ani Prokuratura nie mieli zielonego pojęcia. Prowadząc ją, udało się w materiale „dowodowym” znaleźć tyle dziur, kłamliwych zeznań i policyjnych manipulacji, że Radkowi i Patrykowi uwierzyłem bez zastrzeżeń.

Rozmawiając z Wojciechem Pyłka, miałem w pamięci tamtą sprawę i dlatego też decyzja moja była krótka.

- Panie Wojtku, niech pan przysyła mi te akta. Zobaczymy, co da się zrobić.

I ta opowieść będzie właśnie o tym, co w tych aktach znalazłem i dlaczego jestem przekonany o całkowitej niewinności tego człowieka. C.d.n. 

1. Wojciech Pyłka wyraził zgodę na posługiwanie się jego imieniem i nazwiskiem oraz innymi danymi, na podstawie których można go zidentyfikować.

2. Określenie postawy, przez którą dotknięta nią osoba ponad własne sprawy stawia potrzeby innych.

3. Od jesieni 2019 roku sprawę tę przejęła do prowadzenia Prokuratura Krajowa Oddział Zamiejscowy w Krakowie, czyli tzw. Krakowskie Archiwum X. Stało się tak po prawie 10-letnich bezskutecznych usiłowaniach wykrycia sprawców przez tzw. Archiwum X we Wrocławiu.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)