1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

Stare wygi policyjne z wydziałów operacyjnych i dochodzeniowych wierzą święcie w "starożytną" maksymę, że sprawca zbrodni zawsze znajduje się w pierwszym tomie akt sprawy. I tylko różnego rodzaju okoliczności powodują, że nie jest on w porę dostrzeżony, na co wpływ mogą mieć przeróżne, trudne do przewidzenia sytuacje. Niekiedy bywa to efektem pozornego braku braku związku z danym zdarzeniem, innym razem jakiś niepozorny fakt nie rzuca się na tyle w oczy, że zostaje pominięty i przez wiele lat nikt się nim nie zajmuje, aż przychodzi czas, kiedy nagle coś nakazuje, aby go bardziej szczegółowo sprawdzić. Bywa też, że tenże sprawca z pierwszego tomu nie jest dostrzegany z uwagi na różnego rodzaju ułomności prowadzących sprawę (nie ma ludzi o nich całkowicie wolnych), a nawet bywa i tak, że jest przez kogoś świadomie i celowo ukrywany, aby utrudnić, z różnych, ale z reguły nieuczciwych, powodów dotarcie do sprawcy badanego przestępstwa.

Zdaje mi się, że w sprawie tajemniczej podwójnej zbrodni, której ofiarami padli Anna Kembrowska i Robert Odżga, możemy mieć do czynienia z przypadkiem, kiedy "jakiś niepozorny fakt nie rzuca się na tyle w oczy, że zostaje pominięty i przez wiele lat nikt się nim nie zajmuje, aż przychodzi czas, kiedy nagle coś nakazuje, aby go bardziej szczegółowo sprawdzić."

Mam wrażenie, że właśnie taki, z pozoru bardzo niepozorny, fakt udało mi się dostrzec i przy pomocy kilku osób (z uwagi na ich osobiste bezpieczeństwo, nigdy nie ujawnię ich danych) uzyskać na tyle istotne informacje, że mogę sformułować kolejną (od 1997 roku) wersję osobową, której niestety nie jestem zdolny sam do końca sprawdzić, aby - nie mając do dyspozycji całego aparatu wykrywczego - czegoś nie "skaszanić". Dlatego liczę, że policjanci, którym swą wiedzę jutro (19.06.2017) przekażę, staną na wysokości zadania i do sprawy podejdą nie tylko z całym policyjnym anturażem, ale też i z policyjnym sercem.

Obawiam się jednaki, aby nie przeważyły dzisiejsza taktyka i metodologia stosowana w prowadzonych postępowaniach, która zamyka się w bardzo dziwnym schemacie, polegającym na tym, że z chwilą otrzymania informacji, policjanci walą delikwenta na glebę, a następnie zastanawiają się jak i gdzie szukać dowodów. Natomiast w "moich czasach" potrafiliśmy miesiącami koło figuranta (tak się nazywała w naszym żargonie osoba typowana) chodzić i w operacyjny sposób zbierać powolutku wszystko to, co mogło nas do twardych dowodów doprowadzić. Dopiero wywczas był "skok" i taki ktoś był powalany na glebę. Oczywiście nie zawsze, bo niekiedy wystarczyło go spokojnie zakuć w kajdanki i bez potrzeby wyłamywania mu stawów barkowych, doprowadzić do samochodu i później do komendy.

Mając więc na uwadze moje obawy, w piśmie kierowanym do Komendanta Głównego Policji oferuję gotowość podjęcia współpracy jako konsultant operacyjny, co jest dopuszczalne przez ustawę o Policji. Nie wiem, czy otrzymam taką zgodę (nie chcę żadnego wynagrodzenia), ale sprawiłoby mi to ogromną satysfakcję i miałbym pewność, że wszytko zrobiono tak jak należy. No i oczywiście, byłaby to jakaś forma zadośćuczynienia za popełnione przeze mnie, przed laty - w tej sprawie - błędy.

W dniu wczorajszym odbyłem ostanie już spotkanie (a musiałem przejechać prawie 200 km), aby pewne informacje jeszcze uściślić i pogłębić. Teraz wszystko w ręku Prokuratury i Policji. Mi pozostaje jedynie nadzieja, że tym razem jest to trop właściwy.

I najważniejsze - osoby, które znalazły się w polu mojego zainteresowania (a zwłaszcza jeden, najgłówniejszy) prawie w 100% odpowiadają - o czym już pisałem - portretowi psychologicznemu sprawcy, opracowanemu w połowie 1998 roku, przez naukowców z Instytuty Ekspertyz Sądowych im. prof. J. Shena.