1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

W mojej „kryminalnej” milicyjno-policyjnej karierze nieczęsto spotykałem się z sytuacjami, które mimo tragicznych lub groźnych okoliczności, stawały się później tematem różnych krotochwilnych opowieści. Jedną z tego rodzaju przygód przeżyłem w drugiej połowie lat 80-tych XX wieku.

Tego dnia siedziałem sam w pokoju, kiedy oficer dyżurny poinformował mnie, że przy okienku jest osobnik, który ma do przekazania bardzo ważną informację w sprawie zabójstwa. Po zejściu na dół zobaczyłem, że jest to mężczyzna w wieku około 40 lat, dosyć schludnie i w miarę porządnie ubrany. Nie sprawiał wrażenia jednego z „nawiedzonych”, którym zdarzało się nachodzić nas z rewelacjami dotyczącymi rzekomych zdarzeń, których byli niby świadkami, lub nawet sprawcami. Już w pokoju osobnik ten niepytany jeszcze o nic, zapewnił mnie, że nie jest chorym umysłowo, a to, co powie jest samą prawdą, z którą boryka się od dwóch lat. Oświadczył, że po wyjściu z aresztu w Legnicy, gdzie siedział kilka miesięcy za jakieś drobne przestępstwo, zgłosił się do tamtejszej komendy, ale po wypowiedzeniu kilku zdań, został uznany za wariata i przegoniony na ulicę. Nie ma pretensji, ponieważ dla kurażu wypił dwie, czy trzy pięćdziesiątki i być może dyżurny uznał go za namolnego pijaka. Dlatego też teraz, aby wyeliminować podejrzenie, że jest pod wpływem alkoholu, chuchnął mi w twarz. Woni alkoholu faktycznie nie wyczułem.

Z jego relacji wynikało, że nie jest mieszkańcem Wałbrzycha, ale przez dłuższy czas żył w konkubinacie z jedną z mieszkanek tego miasta, której ślubny odsiadywał dłuższy wyrok Mieszkał w jej mieszkaniu i faktu tego nie ukrywali przed sąsiadami. Żyli jak przykładne małżeństwo, a więc z niewielkimi sprzeczkami, dochodzącymi pomiędzy nimi z reguły na tle podejrzeń o zdradę z jego strony. Pewnej nocy, gdy wrócił z dancingu w rest. „Stylowa” na Piaskowej Górze, podczas kolejnej kłótni, nie wytrzymał i sznurem od nocnej lampki udusił swoją tymczasową życiową towarzyszkę. Jak mówił, zdenerwowało go podejrzenie o to, że na dancingu był z kobietą, podczas gdy faktycznie był z kolegą, z którym wypił niewielką zresztą ilość alkoholu.

Po kilkunastu minutach doszło do niego, że kobieta nie żyje i postanowił problem jakoś rozwiązać i ukryć gdzieś zwłoki. W mieszkaniu znalazł sporej wielkości torbę uszytą z kawałków starych dżinsów, do której nie bez trudności zapakował zwłoki kobiety. Wyszedł z domu i złapaną taksówka dojechał w okolice dzielnicy Gaj. Tam udał się nad jeden z kilku kopalnianych stawów osadnikowych i z pomostu wieżyczki – którą dokładnie opisał – torbę ze zwłokami wyrzucił do wody. Przed wyrzuceniem obciążył torbę sporej wielkości kamieniami brukowymi, jakie znalazł akurat przy drodze będącej w remoncie. Twierdził, że zdarzenie to miało miejsce przed dwoma laty, więc wydawało mi się dziwnym, że nie było żadnego zgłoszenia zaginięcia tej kobiety, której nazwisko i imię oraz adres zamieszkania podał bardzo dokładnie. Nie był on w stanie tego wytłumaczyć, tym bardziej, że do mieszkania tego już nie wrócił, a klucze wyrzucił.

Jego opowieść wydawała mi się bardzo wiarygodna, ale muszę przyznać, że budziła też spore wątpliwości, ponieważ trudno mi było przyjąć, że przez dwa lata sąsiedzi nie zainteresowali się tym, gdzie jest ich sąsiadka, która z dnia na dzień zniknęła z mieszkania. Chcąc sprawdzić przynajmniej w niewielkim zakresie jego wiarygodność, pozostawiłem go w towarzystwie jednego z kolegów z wydziału, a sam udałem się pod wskazany adres, aby dowiedzieć się czegoś na temat kobiety, która miała tam mieszkać. I cóż, ku mojemu zdziwieniu dowiedziałem się, że kobieta taka faktycznie tu mieszkała, ale dwa lata temu chyba wyjechała do rodziny, bo nikt już je nie widział. Nikt z nią przed wyjazdem nie rozmawiał i nie słyszał o takim zamiarze, ale przecież innego wytłumaczenia być nie może. Ta kobieta mieszkała z jakimś facetem, ale nikt go nie znał i na jego temat, poza bardzo mglistym rysopisem, nikt nic powiedzieć nie był w stanie, bo tu się ludzie cudzymi sprawami nie interesują. Tak mi powiedziano, gdy wyrażałem swoje naiwne zdziwienie związane z takim zachowaniem sąsiadów, a zwłaszcza sąsiadek, które w pewnych środowiskach tym się charakteryzowały, ze zawsze wszystko o wszystkich wiedziały. O to był akurat budynek, w którym mieszkali ludzie, jak oceniłem na podstawie prowadzonych rozmów, którzy takiemu wyobrażeniu odpowiadali. .

Po powrocie do komendy postanowiłem przeprowadzić z nim jeszcze jedną rozmowę, którą udokumentowałem w formie notatki służbowej, a następnie sprawdziłem wszelkie kryminalne notowania jego, tej kobiety i jej męża. Okazało się, że mąż rzekomo zamordowanej za parę miesięcy wyjdzie na wolność po odbyciu całości kary. Gdy powiedziałem o tym memu rozmówcy, przyznał mi się po chwili, iż to właśnie ta okoliczność skłoniła go do przyznania się do zabójstwa. Uznał bowiem, że w więzieniu będzie bardziej bezpieczny niż na wolności, gdzie mąż jego kochanki mógłby w akcie zemsty pozbawić go życia. Wołał – jak stwierdził – żyć za kratami, niż kwiatki od spodu wąchać.

Może to się wydawać komuś dziwne, ale właśnie to wyznanie utwierdziło mnie, co do tego, że jego powieść może być prawdziwa. Po zapoznaniu szefostwa wydziału z tą przedziwną sytuacją, zapadła decyzja, że przystępujemy do działań poszukiwawczych. W pierwszej kolejności nad wodą, na specjalnie rozciągniętych linach, zawiśli członkowie wałbrzysko-kłodzkiej grupy GOPR, którzy długimi bosakami starali się „trałować” dno zbiornika. Po całodziennych próbach, które zakończyły bez rezultaty, na drugi dzień do akcji przystąpili wałbrzyscy płetwonurkowie, ale i ich działania zakończyły się niepowodzeniem. No, może nie do końca, bo jednemu z nich udało się wyciągnąć z wody kawałek materiału. Po bliższych oględzinach okazało się, że musi to być fragment jakiejś torby uszytej z dżinsowych spodni. To był pierwszy i najważniejszy sygnał, że człowiek, który się do nas zgłosił, mówi prawdę. Żal mi było tych płetwonurków, którzy musieli nurkować w wodzie czarnej jak smoła, mocno cuchnącej i pełnej różnego chemicznego świństwa. Pluli, klęli, ale ofiarnie przez kilka godzin „czesali” dno wskazanego im rejonu. Na próżno.

Na szczeblu kierownictwa komendy zapadła decyzja, że będziemy wodę z tego zbiornika pompować, ale aby to było skuteczne, należało, przynajmniej na jakiś czas, zamknąć dopływ wody z kopalni. Kto choć trochę ma wyobrażenie o pracy kopalni, wie co to dla kopalni mogło oznaczać. Szefostwo odjechało do „Zjednoczenia Węglowego”, płetwonurkowie do domu, a na miejscu zostałem ja i mój kolega z sekcji, Jerzy Konarzewski. ps. Dziadek. Oczekując na dalsze decyzje, chodziłem z nim po grobli między dwoma stawami i zbieraliśmy rosnące tam dosyć obficie grzyby. W pewnym momencie podszedł do nas starszy już bardzo mężczyzna i spytał się, czy tego trupa już znaleźliśmy. Byliśmy bardzo zdziwieni, bo o tym, czego poszukujemy wiedziało tylko kilka osób.

Na moje pytanie, skąd wie, czego my szukamy odpowiedział, że się domyśla, ponieważ tego trupa to on widział trzy dni temu i ręką wskazał na lewy brzeg stawu. Nie wierzyłem własnym uszom i poprosiłem, aby nam pokazał to miejsce. Po kilku minutach znaleźliśmy się na przeciwległym, do miejsca naszych poszukiwań, odcinku brzegu. Starszy pan skierował palec na coś ciemnego, co leżało w wodzie, tuż przy brzegu, zahaczone i gałęzie nisko rosnących krzaków. Podszedłem najbliżej jak się dało do linii wody (a było trochę błotnisto) i już po chwili odezwałem się do „Dziadka”: zobacz Jurek, tam wystaje ludzka ręka. Podeszliśmy mimo błota jeszcze bliżej i okazało się, że z ciemnej szmacianej torby – takiej jak została nam opisana – wystaje ludzka dłoń. Zapytałem się tego starszego pana, dlaczego o swoim znalezisku nie poinformował Milicji, na co on, wielce oburzony odpowiedział, że zraz po tym jak to znalazł, telefonował z budki do komendy. Bardzo się zdenerwował, gdy ktoś kto odebrał telefon powiedział mu, aby czekał na połączenie, mimo że on mówił, że znalazł trupa. On uznał więc, że ten ktoś nie chciał go wysłuchać, więc odwiesił słuchawkę. Nie mógł zrozumieć mojego tłumaczenia, że odezwał się aparat zgłoszeniowy, bo tak funkcjonuje nr 997 i każdy dzwoniący słyszy najpierw komunikat: „pogotowie milicji, proszę czekać na przyjęcie zgłoszenia”. Starszy pan nie dał się przekonać, twierdząc uporczywie, że to jakiś arogant nie chciał go wysłuchać, tylko bezczelnie kazał mu czekać, na co on sobie nie mógł pozwolić. Dlatego też postanowił się zemścić i o swoim znalezisku nikomu nie opowiadać. Ten fragment naszej rozmowy postanowiliśmy zachować dla siebie, bo nie wiadomo, jakby mógł postąpić prokurator, który być może doszukałby się zaniechania powiadomienia organów ścigania o przestępstwie zabójstwa, co mogłoby się źle dla tego człowieka skończyć. Dlatego też uznaliśmy, że powiemy, iż zwłoki znaleźliśmy przypadkowo, tym bardziej, że pan ten nie chciał absolutnie podać swojego nazwiska i adresu i zaraz wystraszony szybko odszedł.

Informację o zwłokach przekazaliśmy oficerowi dyżurnemu, ten powiadomił szefostwo i na miejsce przybyła odpowiednia grupa z wydziału dochodzeniowo-śledczego, która zajęła się zwłokami i tym mężczyzną, doprowadzając sprawę do sprawiedliwego końca. Końca, który być może by nie nastąpił, gdyby nie to, że strach przed zdradzonym mężem był silniejszy od strachu przed karą za zabójstwo.

Dla nas sprawa zakończyła się jeszcze w tym samym dniu i tylko przy różnych okazjach wspominaliśmy tego starszego pana, który obraził się na telefoniczny automat.