W mojej „kryminalnej” milicyjno-policyjnej karierze nieczęsto spotykałem się z sytuacjami, które mimo tragicznych lub groźnych okoliczności, stawały się później tematem różnych krotochwilnych opowieści. Jedną z tego rodzaju przygód przeżyłem w drugiej połowie lat 80-tych XX wieku.

Tego dnia siedziałem sam w pokoju, kiedy oficer dyżurny poinformował mnie, że przy okienku jest osobnik, który ma do przekazania bardzo ważną informację w sprawie zabójstwa. Po zejściu na dół zobaczyłem, że jest to mężczyzna w wieku około 40 lat, dosyć schludnie i w miarę porządnie ubrany. Nie sprawiał wrażenia jednego z „nawiedzonych”, którym zdarzało się nachodzić nas z rewelacjami dotyczącymi rzekomych zdarzeń, których byli niby świadkami, lub nawet sprawcami. Już w pokoju osobnik ten niepytany jeszcze o nic, zapewnił mnie, że nie jest chorym umysłowo, a to, co powie jest samą prawdą, z którą boryka się od dwóch lat. Oświadczył, że po wyjściu z aresztu w Legnicy, gdzie siedział kilka miesięcy za jakieś drobne przestępstwo, zgłosił się do tamtejszej komendy, ale po wypowiedzeniu kilku zdań, został uznany za wariata i przegoniony na ulicę. Nie ma pretensji, ponieważ dla kurażu wypił dwie, czy trzy pięćdziesiątki i być może dyżurny uznał go za namolnego pijaka. Dlatego też teraz, aby wyeliminować podejrzenie, że jest pod wpływem alkoholu, chuchnął mi w twarz. Woni alkoholu faktycznie nie wyczułem.

Z jego relacji wynikało, że nie jest mieszkańcem Wałbrzycha, ale przez dłuższy czas żył w konkubinacie z jedną z mieszkanek tego miasta, której ślubny odsiadywał dłuższy wyrok Mieszkał w jej mieszkaniu i faktu tego nie ukrywali przed sąsiadami. Żyli jak przykładne małżeństwo, a więc z niewielkimi sprzeczkami, dochodzącymi pomiędzy nimi z reguły na tle podejrzeń o zdradę z jego strony. Pewnej nocy, gdy wrócił z dancingu w rest. „Stylowa” na Piaskowej Górze, podczas kolejnej kłótni, nie wytrzymał i sznurem od nocnej lampki udusił swoją tymczasową życiową towarzyszkę. Jak mówił, zdenerwowało go podejrzenie o to, że na dancingu był z kobietą, podczas gdy faktycznie był z kolegą, z którym wypił niewielką zresztą ilość alkoholu.

Po kilkunastu minutach doszło do niego, że kobieta nie żyje i postanowił problem jakoś rozwiązać i ukryć gdzieś zwłoki. W mieszkaniu znalazł sporej wielkości torbę uszytą z kawałków starych dżinsów, do której nie bez trudności zapakował zwłoki kobiety. Wyszedł z domu i złapaną taksówka dojechał w okolice dzielnicy Gaj. Tam udał się nad jeden z kilku kopalnianych stawów osadnikowych i z pomostu wieżyczki – którą dokładnie opisał – torbę ze zwłokami wyrzucił do wody. Przed wyrzuceniem obciążył torbę sporej wielkości kamieniami brukowymi, jakie znalazł akurat przy drodze będącej w remoncie. Twierdził, że zdarzenie to miało miejsce przed dwoma laty, więc wydawało mi się dziwnym, że nie było żadnego zgłoszenia zaginięcia tej kobiety, której nazwisko i imię oraz adres zamieszkania podał bardzo dokładnie. Nie był on w stanie tego wytłumaczyć, tym bardziej, że do mieszkania tego już nie wrócił, a klucze wyrzucił.

Jego opowieść wydawała mi się bardzo wiarygodna, ale muszę przyznać, że budziła też spore wątpliwości, ponieważ trudno mi było przyjąć, że przez dwa lata sąsiedzi nie zainteresowali się tym, gdzie jest ich sąsiadka, która z dnia na dzień zniknęła z mieszkania. Chcąc sprawdzić przynajmniej w niewielkim zakresie jego wiarygodność, pozostawiłem go w towarzystwie jednego z kolegów z wydziału, a sam udałem się pod wskazany adres, aby dowiedzieć się czegoś na temat kobiety, która miała tam mieszkać. I cóż, ku mojemu zdziwieniu dowiedziałem się, że kobieta taka faktycznie tu mieszkała, ale dwa lata temu chyba wyjechała do rodziny, bo nikt już je nie widział. Nikt z nią przed wyjazdem nie rozmawiał i nie słyszał o takim zamiarze, ale przecież innego wytłumaczenia być nie może. Ta kobieta mieszkała z jakimś facetem, ale nikt go nie znał i na jego temat, poza bardzo mglistym rysopisem, nikt nic powiedzieć nie był w stanie, bo tu się ludzie cudzymi sprawami nie interesują. Tak mi powiedziano, gdy wyrażałem swoje naiwne zdziwienie związane z takim zachowaniem sąsiadów, a zwłaszcza sąsiadek, które w pewnych środowiskach tym się charakteryzowały, ze zawsze wszystko o wszystkich wiedziały. O to był akurat budynek, w którym mieszkali ludzie, jak oceniłem na podstawie prowadzonych rozmów, którzy takiemu wyobrażeniu odpowiadali. .

Po powrocie do komendy postanowiłem przeprowadzić z nim jeszcze jedną rozmowę, którą udokumentowałem w formie notatki służbowej, a następnie sprawdziłem wszelkie kryminalne notowania jego, tej kobiety i jej męża. Okazało się, że mąż rzekomo zamordowanej za parę miesięcy wyjdzie na wolność po odbyciu całości kary. Gdy powiedziałem o tym memu rozmówcy, przyznał mi się po chwili, iż to właśnie ta okoliczność skłoniła go do przyznania się do zabójstwa. Uznał bowiem, że w więzieniu będzie bardziej bezpieczny niż na wolności, gdzie mąż jego kochanki mógłby w akcie zemsty pozbawić go życia. Wołał – jak stwierdził – żyć za kratami, niż kwiatki od spodu wąchać.

Może to się wydawać komuś dziwne, ale właśnie to wyznanie utwierdziło mnie, co do tego, że jego powieść może być prawdziwa. Po zapoznaniu szefostwa wydziału z tą przedziwną sytuacją, zapadła decyzja, że przystępujemy do działań poszukiwawczych. W pierwszej kolejności nad wodą, na specjalnie rozciągniętych linach, zawiśli członkowie wałbrzysko-kłodzkiej grupy GOPR, którzy długimi bosakami starali się „trałować” dno zbiornika. Po całodziennych próbach, które zakończyły bez rezultaty, na drugi dzień do akcji przystąpili wałbrzyscy płetwonurkowie, ale i ich działania zakończyły się niepowodzeniem. No, może nie do końca, bo jednemu z nich udało się wyciągnąć z wody kawałek materiału. Po bliższych oględzinach okazało się, że musi to być fragment jakiejś torby uszytej z dżinsowych spodni. To był pierwszy i najważniejszy sygnał, że człowiek, który się do nas zgłosił, mówi prawdę. Żal mi było tych płetwonurków, którzy musieli nurkować w wodzie czarnej jak smoła, mocno cuchnącej i pełnej różnego chemicznego świństwa. Pluli, klęli, ale ofiarnie przez kilka godzin „czesali” dno wskazanego im rejonu. Na próżno.

Na szczeblu kierownictwa komendy zapadła decyzja, że będziemy wodę z tego zbiornika pompować, ale aby to było skuteczne, należało, przynajmniej na jakiś czas, zamknąć dopływ wody z kopalni. Kto choć trochę ma wyobrażenie o pracy kopalni, wie co to dla kopalni mogło oznaczać. Szefostwo odjechało do „Zjednoczenia Węglowego”, płetwonurkowie do domu, a na miejscu zostałem ja i mój kolega z sekcji, Jerzy Konarzewski. ps. Dziadek. Oczekując na dalsze decyzje, chodziłem z nim po grobli między dwoma stawami i zbieraliśmy rosnące tam dosyć obficie grzyby. W pewnym momencie podszedł do nas starszy już bardzo mężczyzna i spytał się, czy tego trupa już znaleźliśmy. Byliśmy bardzo zdziwieni, bo o tym, czego poszukujemy wiedziało tylko kilka osób.

Na moje pytanie, skąd wie, czego my szukamy odpowiedział, że się domyśla, ponieważ tego trupa to on widział trzy dni temu i ręką wskazał na lewy brzeg stawu. Nie wierzyłem własnym uszom i poprosiłem, aby nam pokazał to miejsce. Po kilku minutach znaleźliśmy się na przeciwległym, do miejsca naszych poszukiwań, odcinku brzegu. Starszy pan skierował palec na coś ciemnego, co leżało w wodzie, tuż przy brzegu, zahaczone i gałęzie nisko rosnących krzaków. Podszedłem najbliżej jak się dało do linii wody (a było trochę błotnisto) i już po chwili odezwałem się do „Dziadka”: zobacz Jurek, tam wystaje ludzka ręka. Podeszliśmy mimo błota jeszcze bliżej i okazało się, że z ciemnej szmacianej torby – takiej jak została nam opisana – wystaje ludzka dłoń. Zapytałem się tego starszego pana, dlaczego o swoim znalezisku nie poinformował Milicji, na co on, wielce oburzony odpowiedział, że zraz po tym jak to znalazł, telefonował z budki do komendy. Bardzo się zdenerwował, gdy ktoś kto odebrał telefon powiedział mu, aby czekał na połączenie, mimo że on mówił, że znalazł trupa. On uznał więc, że ten ktoś nie chciał go wysłuchać, więc odwiesił słuchawkę. Nie mógł zrozumieć mojego tłumaczenia, że odezwał się aparat zgłoszeniowy, bo tak funkcjonuje nr 997 i każdy dzwoniący słyszy najpierw komunikat: „pogotowie milicji, proszę czekać na przyjęcie zgłoszenia”. Starszy pan nie dał się przekonać, twierdząc uporczywie, że to jakiś arogant nie chciał go wysłuchać, tylko bezczelnie kazał mu czekać, na co on sobie nie mógł pozwolić. Dlatego też postanowił się zemścić i o swoim znalezisku nikomu nie opowiadać. Ten fragment naszej rozmowy postanowiliśmy zachować dla siebie, bo nie wiadomo, jakby mógł postąpić prokurator, który być może doszukałby się zaniechania powiadomienia organów ścigania o przestępstwie zabójstwa, co mogłoby się źle dla tego człowieka skończyć. Dlatego też uznaliśmy, że powiemy, iż zwłoki znaleźliśmy przypadkowo, tym bardziej, że pan ten nie chciał absolutnie podać swojego nazwiska i adresu i zaraz wystraszony szybko odszedł.

Informację o zwłokach przekazaliśmy oficerowi dyżurnemu, ten powiadomił szefostwo i na miejsce przybyła odpowiednia grupa z wydziału dochodzeniowo-śledczego, która zajęła się zwłokami i tym mężczyzną, doprowadzając sprawę do sprawiedliwego końca. Końca, który być może by nie nastąpił, gdyby nie to, że strach przed zdradzonym mężem był silniejszy od strachu przed karą za zabójstwo.

Dla nas sprawa zakończyła się jeszcze w tym samym dniu i tylko przy różnych okazjach wspominaliśmy tego starszego pana, który obraził się na telefoniczny automat.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

13 stycznia 1990 roku o godz. 18:10 w Rejonowym Urzędzie Spraw Wewnętrznych w Dzierżoniowie pojawiła się Stanisława M., która powiadomiła dyżurnego o zaginięciu jej córki, 11-letniej Marty Sz. Z przekazanej informacji wynikało, że Marta o godz. 12:20 wyszła z domu, aby w kiosku „Ruch”, znajdującym się tuż przy dworcu kolejowym PKP, kupić rodzicom paczkę papierosów. I od tego czasu już w domu się nie pokazała, a rodzice nie byli w stanie ustalić, gdzie może się znajdować.

Zgłoszenie to zostało przyjęte nadzwyczaj poważnie, bo wielu dzierżoniowskich milicjantów doskonale pamiętało zdarzenie – chyba sprzed 8 lat – kiedy to w parku wokół wieży ciśnień, zaginęło małe dziecko, które nigdy się nie odnalazło. Było tak, że pewnego dnia do parku tego zawitał młody tata, który „zmęczony” wypitym z kolegami winem, zasnął na ławce. Kiedy się obudził stwierdził, że z wózka zniknęło małe, kilkumiesięczne dziecko. Zapadło się jak pod ziemię i mimo, że przez kilka następnych lat bez przerwy prowadziliśmy czynności operacyjne, nigdy nie zdołaliśmy uzyskać na ten temat jakichkolwiek poważnych, bo istotnych informacji.

Podjęte poszukiwania, zorganizowane siłami własnymi miejscowego Urzędu Rejonowego Spraw Wewnętrznych, nie doprowadziły do odnalezienia dziewczynki, więc o 21:30 nadano specjalne telegramy do wszystkich jednostek milicyjnych woj. wałbrzyskiego i jednostek z województw ościennych, a o godz. 22:00 skierowano do Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Wałbrzychu wniosek o zarządzenia poszukiwań wojewódzkich. Z telegramem tym zapoznałem się 14 stycznia już z samego rana (pełniłem wówczas funkcję kierownika sekcji I czyli ds. przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu), ale na szczeblu kierowniczym WUSW nie zapadła jeszcze decyzja o włączeniu się do poszukiwań, prowadzonych od godzin popołudniowych przez 28 milicjantów, 43 żołnierzy Sudeckiej Brygady WOP z Kłodzka, 17 żołnierzy służby zasadniczej z jednostki wojskowej w Ząbkowicach Śl., 10 radiowozów (w tym 4 wojskowe), dwa psy tropiące. Poszukiwania prowadzono na terenie całego miasta i jego najbliższych okolic.

Zwłoki dziewczynki odnaleziono w dniu 15 stycznia. Znajdowały się w worku, leżącym tuż przy torach kolejowych, całkiem niedaleko od budynku w którym mieszkała. Już na pierwszy rzut oka było widać, że została uduszona poprzez zadzierzgniecie sizalowego sznurka, który owinięty był wokół jej szyi. W worku tym ujawniona została też prezerwatywa, której opakowanie znaleziono jakiej 100 metrów dalej. Również przy torach. Późniejsza sekcja zwłok wykazała, że przed śmiercią została brutalnie zgwałcona. Zaraz po ujawnieniu zwłok, sprowadzona psa tropiącego, który z tego miejsca poprowadził prosto do bloku, w którym Marta Sz. mieszkała. Przyjęto jednak, że pies musiał iść nie tropem sprawcy, tylko śladem Marty. Mimo to poddano sprawdzeniu wszystkich mieszkańców tego bloku, jednakże funkcjonariusze, którzy to sprawdzenie przeprowadzali, nie ustalili nic szczególnego, co mogłoby zwrócić większą uwagę na męskich mieszkańców budynku.

O znalezieniu zwłok Marty Sz. dowiedziałem się w dniu 15 stycznia w południe i z miejsca, wraz z kilkoma kolegami z wydziału udaliśmy się do Dzierżoniowa. Do sprawy wyjaśnienia tego zabójstwa komendant wojewódzki powołał grupę operacyjną WUSW, której kierownictwo powierzone mi, jako kierownikowi sekcji zabójstw wydziału kryminalnego. Pierwszą moją czynnością było zapoznanie się z miejscem znalezienia zwłok, a następnie zająłem się szczegółową analizą wszystkich zebranych do tej pory informacji. Moi koledzy wraz z pozostałymi funkcjonariuszami z Dzierżoniowa włączyli się do działań kierowanych przez naczelnika miejscowej sekcji kryminalnej.

Wynik przeprowadzonej sekcji zwłok potwierdziły nasze przypuszczenia, że dziewczynka została zgwałcona, a następnie uduszona. Miała tylko 11 lat, a więc sprawca musiał być osobnikiem o skłonnościach pedofilskich, dlatego też zarządziłem pilne typowanie wszystkich notowanych przez MO pedofilów i gwałcicieli, którzy w tym czasie przebywali na wolności, w oparciu na nasze rejestry kartoteczce. Okazało się, że wśród wytypowanych, wszystkim podanym przez nas cechom odpowiadał tylko jeden i był to Henryk Z., ze Świdnicy. Z informacji zapisanych na Mkr wynikało, że był wielokrotnym gwałcicielem pedofilem, który 26 grudnia 1989 roku, na mocy uchwalonej amnestii, został zwolniony z więzienia na dwa lata przed terminem. W dniu następnym – 16 stycznia – wysłałem grupę operacyjną kierowaną przez ówczesnego por. Jana T. (późniejszy naczelnik wydziału Techniki Operacyjnej KWP w Wałbrzychu) do Świdnicy z zadaniem zatrzymania Henryka Z. i dostarczenia do komendy w Dzierżoniowie, gdzie mieliśmy go rozliczyć pod kątem alibi i sprawdzić jego ewentualny związek z zabójstwem Marty Sz. Było to działanie typowo rutynowe, albowiem nie mieliśmy żadnych informacji wskazujących na jego związek z zabójstwem tej dziewczynki, a więc po „rozliczeniu” musielibyśmy zwolnić go do domu.

Po kilku godzinach ze Świdnicy wrócił Janek z informacją, że Henryka Z. nie zastali w mieszkaniu, albowiem wyjechał do Wrocławia i ma wrócić gdzieś około 20-tej. Była chyba godzina osiemnasta, wszyscy byliśmy już zmęczeni, bo poza opisanymi tu działaniami, pozostali członkowie grupy wykonywali inne drobiazgowe sprawdzenia wszelkich pojawiających się informacji. A było tego sporo. Z analizy materiałów, jakie już zdążyliśmy zebrać, a zwłaszcza z analizy informacji dotyczących miejsca znalezienia zwłok, oraz faktu, że w dniu ujawnienia zwłok pies tropiący poprowadził do bloku, w którym mieszkała Marta Sz., wynikało raczej, iż sprawca musi pochodzić z tych okolic. Wskazany przez psa trop mógł być efektem śladu samej Marty, ale też śladu sprawcy. Jednak sprawę pedofila ze Świdnicy tak czy owak trzeba było wyjaśnić, aczkolwiek wydawała mi się raczej drugoplanowa.

Każdy, kto chociaż przez jakiś czas pracował w wydziale kryminalnym wie, że w tej pracy najważniejsze jest właściwe pozycjonowanie uzyskiwanych informacji. Nie wszystkie przecież można i trzeba sprawdzać od razu, bo są informacje ważne, ważniejsze i najważniejsze. I zawsze te najważniejsze mają bezwzględny priorytet. Na tym etapie naszych działań najważniejszą informacją, wymagającą drobiazgowego wyjaśnienia, była informacja o osobniku poruszającym się białym „polonezem” i zaczepiającym młode dziewczyny, proponując im przejażdżkę po mieście. I dlatego sprawdzenie Henryka Z., który nie miał możliwości samodzielnego poruszania się samochodem, było czynnością jak najbardziej drugoplanową. Poleciłem więc Jankowi T., aby wraz z innym kolegą z wydziału w dniu następnym o szóstej rano „zgarnęli” gościa z mieszkania i przywieźli do Dzierżoniowa. Wyznaczona grupa miała się nim zająć i rozliczyć. Po tej decyzji rozjechaliśmy się do swoich domów.

W nocy otrzymałem telefoniczną informację od oficera dyżurnego WUSW w Wałbrzychu, że w Świdnicy miało miejsce prawdopodobnie uprowadzenie pięciomiesięcznego dziecka (chłopca) z mieszkania. Sytuacja była następująca: rodzice dziecka zostali za proszeni przez znajomego na dancing i dziecko pozostawili pod opieką jakiejś koleżanki. W pewnym momencie znajomy ten opuścił lokal i poszedł do ich miejsca zamieszkania. Tam najpierw usiłował zgwałcić opiekunkę, ale udało się jej uciec, więc zabrał z mieszkania dziecko i w środku nocy gdzieś z nim się oddalił. Opiekunka o próbie gwałtu powiadomiła oficera dyżurnego RUSW, a ten do tego mieszkania wysłał patrol, który stwierdził, że dziecka nie ma. Natychmiast odnaleziono rodziców i rozpoczęto poszukiwania oraz powiadomiono oficera dyżurnego WUSW w Wałbrzychu, który po rozmowie z komendantem wojewódzkim polecił mi zbierać grupę i wyjechać na miejsce zdarzenia. Wtedy było zupełnie inaczej. Nie dysponowaliśmy telefonami komórkowymi, w wydziale telefony domowe, oprócz mnie i naczelników, miało chyba tylko kilka osób, z tego nikt z mojej sekcji. Było więc tak, że najpierw radiowóz jechał po mnie, a następnie ja zabierałem dwóch lub trzech kolegów, których zastałem w domu. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, chyba po godzinie piątej rano było już po wszystkim i sprawca siedział na policyjnym dołku, czekając na prokuratora. Stało się tak dzięki temu, że pomiędzy czwartą a piątą rano jeden z milicyjnych patroli natrafił na poszukiwanego, który wraz z trupkiem dziecka siedział nad rzeką Bystrzyca. Wtedy właśnie dowiedziałem się, że porywaczem i zabójcą jest ten mężczyzna, którego mieliśmy rano zatrzymać do naszej dyspozycji.

Wszystkie okoliczności towarzyszące temu zabójstwu były tak szokujące, że trudno to sobie wyobrazić. Trudno też wyobrazić sobie, jaki przeżyłem szok, gdy uświadomiłem sobie, że gdybyśmy na tego osobnika zaczekali wieczorem pod jego domem, to drugie dziecko uniknęłoby swego okrutnego losu. Męczyło mnie to przez wiele długich miesięcy, a wtedy nie mieliśmy milicyjnego psychologa. Ponadto nie chciałem mojej autentycznej traumy okazywać przed kolegami lub w domu. Musiałem sobie z tym radzić sam. A Henryk Z., to ten, którego odbycie kary spowodowało uchwalenie tzw. Ustawy o bestiach i który stał się pierwszym pensjonariuszem ośrodka specjalnego w Gostyninie. Śledztwo prowadzone w Świdnicy wykazało, że człowiek ten z zabójstwem Marty Sz. nie miał nic wspólnego.

Bardzo szybko uzyskaliśmy wiedzę o ostatnich dniach życia Marty. Informacje na ten temat pochodziły z różnych źródeł, ale mnie szczególnie zainteresowały trzy dziewczynki, koleżanki Marty w wieku 9, 10 i 11 lat, które już w dniu 13 stycznia znalazły się w zainteresowaniu dzierżoniowskich milicjantów. Ich zachowanie jakoś dziwnie rzucało się w oczy i wydawało mi się, że na temat zabójstwa mogą prawdopodobnie coś wiedzieć. Postanowiłem przeprowadzić z nimi szczegółowe rozmowy, ponieważ jako koordynujący wszelkie czynności i tak musiałem siedzieć na miejscu w komendzie. Już podczas pierwszej rozmowy dowiedziałem się naprawdę o szokujących historiach z ich krótkiego życia. Okazało się otóż, że te trzy dziewczynki od dłuższego czasu, działając w grupie lub pojedynczo, świadczyły różnego rodzaju usługi seksualne palaczowi z kotłowni c.o. miejscowej komendy, za co otrzymywały drobne sumki lub butelkę wina własnej roboty. Często same przychodziły do jego mieszkania i w momencie gdy jedna z nich zajmowała palacza swoją osobą, dwie pozostałe szukały w mieszkaniu poukrywanych butelek z winem, które po prostu mu kradły, aby następnie łup swój przekazać rodzicom.

Pamiętam dobrze jedno z przeszukań, jakie przeprowadziliśmy w mieszkaniach rodziców jednej z tych dziewczynek. Zarządził je ówczesny zastępca komendanta RUSW Andrzej G.1, który nie mogąc się pogodzić z faktem, iż sprawę przejęliśmy do własnego prowadzenia, za wszelką cenę chciał zaznaczyć swój istotny wpływ na temat tego, co się na „jego” - ja mawiał - terenie dzieje. W mieszkaniu, do którego trafiłem był jeden wielki smród, brud i ubóstwo, brak prądu, pełno jakichś śmierdzących gratów i szmat. Na okrągłym stoliku z kulawą nogą podpartą cegłą (autentyk) stała zapalona świeczka. Mówiąc szczerze niczego nawet nie dotknąłem, bo i tak nie wierzyłem, aby to przeszukanie cokolwiek nam mogło przynieść. Pamiętam, że któryś z funkcjonariuszy (współczułem im, bo wtedy o rękawiczkach nikt nawet nie myślał) znalazł za piecem szkolny tornister, a z zapisów w zeszytach wynikało, że dziewczynka w szkole nie była co najmniej od kilkunastu dni. Rodzice oczywiście nic o tym nie wiedzieli, ale co mogli wiedzieć, kiedy w stanie trzeźwości znajdowali się raczej z rzadka. Sprawę palacza i rodziców dziewczynek przekazaliśmy do prowadzenia przez dzierżoniowską dochodzeniówkę, ale „panienki” te w dalszym ciągu pozostawały w naszym zainteresowaniu. Palacz oczywiście został natychmiast tymczasowo aresztowany i przedstawiono mu stosowny zarzut.

Chyba w drugim dniu rozmów udało mi się wreszcie przełamać ich nieufność i dowiedziałem się więcej o tym tajemniczym mężczyźnie, który często przyjeżdżał i zabierał je, w tym Martę, swoim białym „polonezem” na przejażdżkę. Nie chciały jednak powiedzieć, co podczas tych wycieczek się działo, ani nic więcej na temat wyglądu jego i samochodu. Na nic zdały się moje starania. Dziewczynki jakby zamurowało i nie wiem, czy się wstydziły, czy też czegoś obawiały. Stawiam na tę drugą możliwość, a dlaczego, o tym niżej. Ponieważ nie byłem w stanie doprowadzić je do „całkowitego otwarcia się”, do rozmów tych włączył się również Zbyszek W.2, który przyjechał z KG MO, aby sprawdzić, jak nam idą działania wykrywacze. Do tych rozmów włączył się również ówczesny komendant rejonowy Zygmunt B.3, który w pewnym momencie postanowił sam z nimi porozmawiać, albowiem, jak twierdził, miał szczególny dar jasnowidzenia i czytania w ludzkich myślach. Nie żartuję, tak było naprawdę i po przejściu na emeryturę Zygmunt - po odbyciu jakichś kursów w Indiach - rozpoczął na tej niwie karierę zawodową, zajmując się m.in. - na zasadzie „ręce, które leczą” - leczeniem ludzi. Niestety nie był w stanie wyleczyć sam siebie i w listopadzie 2001 umarł. Zdaje się, że na zawał.

Zygmunt kazał te trzy dziewczynki przyprowadzić do swojego gabinetu i zamknął się tam z nimi, zakazując wchodzenia komukolwiek. Nikt nie miał prawa mu przeszkodzić, bo on musiał w całkowitym spokoju „wniknąć w ich świadomość”, aby odczytać to, co one przed nami chciały ukryć. Trwało to chyba ze dwie godziny. Siedzieliśmy w pokoju na naczelnika sekcji kryminalnej Mirka W. i z dużą ciekawością oczekiwaliśmy na rezultaty tej „sesji”. Oczekiwanie umilaliśmy sobie dowcipami na temat paranormalnych zdolności komendanta, bo nikt raczej nie wierzył w jakikolwiek jego sukces. I nie myliliśmy się, bo pewnym momencie zatelefonował i poprosił abym zszedł na dół do jego gabinetu i dziewczynki zabrał Spytałem się go, jak poszło, a on najpierw machnął ręką, a później powiedział, że był już blisko, ale zadzwonił telefon i wszystkie jego starania w jednej chwili szlag trafił. Więcej nigdy nic na ten temat nie chciał mi powiedzieć.

Pisząc te słowa, przypomniałem sobie, że wiele lat później, w czasach kiedy był znanym szeroko „uzdrawiaczem”, widziałem w TV wywiad, w którym opowiadał o swoich parapsychologicznych zdolnościach, co m.in. przydawało mu się w jego policyjnej pracy, w tym również w sprawie rozwikłania zabójstwa Marty Sz. Trochę mną tąpnęło i w pierwszej chwili chciałem nawet do niego zadzwonić, ale odpuściłem sobie. Pamięć niekiedy płata nam różne figle i zdarza się, iż za fakty przyjmujemy swoje własne wyobrażenia. W tym przypadku Zygmunt musiał pamiętać tę „sesję” z małymi dziewczynkami i po latach skojarzył, że to on przyczynił się do wykrycia sprawcy. W rzeczywistości ów „pan z Poloneza” z zabójstwem Marty Sz. nie miał nic wspólnego.

Po „porażce” Zygmunta w szranki wkroczył Zbyszek W. (wybacz przyjacielu, że to ujawniam, ale tyle już lat minęło), który oświadczył, że on – jako stary policyjny wyga - „rozwali te panienki” bez większego problemu. Pamiętam, że tłumaczył mi, jak tego dokona, ale jak się okazało, rzeczywistość odbiegła od wyobrażeń. Ponieważ Zygmunt poszedł do domu, Zbyszek zabrał dziewczynki do jego gabinetu i zaczął „nad nimi pracować”. Chyba po godzinie wszedłem tam i ujrzałem, jak panienki siedzą sobie w wygodnych, miękkich fotelach, w pozach starych doświadczonych bywalczyń lokali rozrywkowych, z „nóżką na nóżce”, a na stoliku cztery filiżanki z kawą. Oczywiście „damy” z papieroskami w rękach, którymi zaciągały się fachowo. Trochę mnie zamurowało mnie, a Zbyszek dał mi znak ręką, abym się wynosił. No cóż, był wyższy szarżą, a na dodatek z samej centrali. Zamknąłem drzwi i postanowiłem czekać, jak akcja się dalej rozwinie. Nie pamiętam ile czasu upłynęło, kiedy wyszedł i gdy mnie zobaczył powiedział, abym nakazał dyżurnemu odwieźć je do domu. Im samym powiedział, by nigdzie nie rano nie wychodziły, bo jeszcze będziemy rozmawiać. Chwilę później, kiedy się go spytałem, jak mam rozumieć to, co ujrzałem, odpowiedział mi z całą powagą, iż postanowił zagrać im na psychice. Bo przecież dobrze wiemy, że one zdawały się z tym palaczem, że palą papierosy i znają smak alkoholu. Uznał zatem, że jeżeli potraktuje je jak osoby dorosłe, to one odwdzięczając mu się, zaczną mu wszystko opowiadać, zwłaszcza jak ton rozmowy będzie raczej swobodny. No cóż, ciekawa zagrywka … tylko, że również nie dała żadnego rezultatu.

Postanowiłem zadziałać inaczej. Rano zadzwoniłem do znanego na cały kraj doktora Jana Rublewskiego4 ze Szczytnej, który w tym czasie nie prowadził już praktyki lekarskiej. Zajmował się jednak działalnością paramedyczną i przy wykorzystaniu swoich parapsychologicznych zdolności prowadził prywatną „klinikę”, w której przy pomocy hipnozy leczył nikotynowe i alkoholowe nałogi. Zadzwoniłem więc do niego i umówiłem się na godzinę osiemnastą. Następnie pojechałem do Dzierżoniowa do domu Marzeny B. (11 lat) i przekonałem matkę, że takie badanie (hipnoza) jest konieczne i bezpieczne. Kazałem im być gotowym na godzinę szesnastą i pojechałem do RUSW w Dzierżoniowie. Na spotkaniu z komendantem i jego zastępca, oraz Mirkiem W. poinformowałem ich o swoim zamiarze i nagle bardzo mocno zaoponował komendant Andrzej G. Nie pamiętam jego argumentów, ale ostro na nie zareagowałem oświadczając, że wcale jego zgody nie potrzebuję. Sprawę załagodził Zygmunt i stanęło, na tym że jadę tam na własną odpowiedzialność. Pamiętam, że razem ze mną do Polanicy pojechał Leszek W., który był kierowcą naszego operacyjnego samochodu, ale też bardzo aktywnie zawsze włączał się w nasze działania.

Po przyjeździe na miejsce okazało się, że dr. Rublewski mieszka w sporej poniemieckiej willi otoczonej płotem i żywopłotem. Przed wejściem do środka dokładnie nas sprawdził, a następnie kazał zdjąć buty. Znaleźliśmy się w sporym przedpokoju (mam teraz wrażenie, że chyba półokrągłym), gdzie polecił Leszkowi i Marzenie B., aby usiedli na krzesełkach, a mnie i matkę dziewczynki zabrał do innego pomieszczenia. Było w nim kilka łóżek, a właściwie prycz podobnych do starych wojskowych noszy z brezentu, jakiś stolik i cztery krzesełka. Prycze były zaścielone na biało, a więc na pewno była to sala dla pacjentów. Rublewski przedstawił nam pokrótce na czym jego badanie (hipnoza) będzie polegało, jakie są jego możliwości i ewentualnie zagrożenia. Uprzedził, że w takich przypadkach potrzebna jest wola współpracy, a on u tej dziewczynki tego nie wyczuwa. W pewnym momencie powiedział: „coś się dziej, ona uciekła”. Wybiegłem do holu i ujrzałem jedynie Leszka z bardzo zaskoczoną miną. Powiedział tylko, że ta mała chyba bryknęła. Rzuciłem mu w biegu, aby leciał do samochodu i jechał jej szukać, a sam pobiegłem w stronę bramy wyjazdowej. Pamiętam światła lamp i padający gęsto śnieg. Po pewnej chwili dostrzegłem jej postać więc puściłem się biegiem, słysząc za sobą warkot motoru naszej „wołgi”. Szybko ją dopadłem i dopiero wtedy zorientowałem się, że jestem w samych skarpetach. Wsadziłem ją do samochodu (Leszek zdążył podjechać) i wróciliśmy do willi. Tym razem Leszek siedział obok niej i trzymał ją za rękę, a ja udałem się do pokoju, gdzie siedziała matka z doktorem. Spojrzał na nas i oświadczył, aby matka wyszła, bo on musi porozmawiać tylko ze mną. Gdy wyszła, powiedział bez ogródek, że „ta mała jest strasznie zdemoralizowana i nie przejawia ochoty do współpracy, że nawet podczas hipnozy nie uda się odblokować jej pamięci”. Powiedział jeszcze coś, czego nie napiszę, bo mogłoby to być dla tej osoby (dziś mającej około 40 lat) dosyć kłopotliwe. W drodze powrotnej, w obecności milczącej matki i Leszka, długo z nią rozmawiałem i pamiętam, że powiedziałem jej, iż w razie braku współpracy wyląduje w domu dziecka, na co ona odpowiedziała, że chętnie tam pójdzie. Z poczuciem pewnej porażki odwiozłem je do domu. Na drugi dzień – było to chyba około dziesiątej rano do pokoju naczelnika wydziału kryminalnego RUSW, gdzie akurat przebywałem, zadzwonił oficer dyżurny RUSW informując, że jakaś dziewczynka przyniosła kopertę i powiedziała, aby dać ją temu porucznikowi, co wczoraj był z nią w Polanicy. Treść listu wskazywała, że nadszedł ten moment, kiedy dziewczynki zaczną mówić coś więcej, więc z miejsca kazałem chłopakom, aby je wszystkie przywieźli do komendy i po jakimś czasie rozpoczęła się ponowna tura rozmów. Tym razem dosyć szczegółowo opisały nam samochód, jakim ów „pan” jeździł i to zarówno od zewnątrz, jak i jego wnętrze. Ponadto opisały jakiś charakterystyczny szczegół zewnętrzny, a jedna (chyba Marzena B.) podała dwie cyfry i dwie litery z tablicy rejestracyjnej. Z miejsca rozpoczęliśmy poszukiwania i dosyć szybko tego „pana” ustaliliśmy, jednakże po szczegółowych sprawdzeniach wykluczyliśmy go z kręgu podejrzewanych.

Po kolejnych kilku dniach, podczas których sprawdzaliśmy dziesiątki różnych informacji i wersji, przyszedł przełom. Od jednej z moich znajomych z Dzierżoniowa uzyskałem poufną informacje, że dwie kobiety zamieszkałe w rejonie miejsca zamieszkania Marty twierdzą, że coś wiedzą, a raczej czegoś się domyślają. Poprosiłem, aby nakłoniła je do rozmowy ze mną i w rezultacie taką poufną rozmowę odbyłem, dając im oficerskie słowo honoru, że pozostaną one anonimowe do końca sprawy. Kobiety te opowiedziały mi o swoim znajomym, który po ujawnieniu zabójstwa zachowywał się dziwnie, a one słyszały, jak mówił do jakiegoś kolegi, że będzie musiał uciekać za granicę. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że mieszkał on w tym samym budynku, co Marta Sz. Był od niej starszy co najwyżej o 10 lat. Od razu jakiś szósty zmysł podpowiedział mi, że to ON, że tym razem mamy prawdziwego sprawcę, ale musieliśmy go ostrożnie, w sposób operacyjny sprawdzić, aby nie popełnić pomyłki i zbytnim pospiechem nie doprowadzić do zniszczenia dowodów, jakie na pewno przy nim lub w jego mieszkaniu powinny się znajdować.

Decyzję o zatrzymaniu go podjąłem 30 stycznia rano, ale szybko ustaliliśmy, że z samego rana zdążył wyjechać do sądu we Wrocławiu, gdzie miał być świadkiem w jakiejś sprawie karnej. Skontaktowałem się więc z Maćkiem P., naczelnikiem wydziału kryminalnego tamtejszej Komendy Wojewódzkiej, który zobowiązał się do zatrzymania chłopaka w momencie gdy będzie opuszczał salę rozpraw. Okazało się jednak, że nie zdążyli. Podjąłem decyzję o zorganizowaniu zasadzki na dworcu PKS, PKP i pod budynkiem gdzie mieszkał. Zatrzymaliśmy go w drodze do domu i po krótkiej rozmowie, jeszcze w radiowozie, przyznał się do zabójstwa i szczegółowo je opisał. Mieszkał sam w tym samym co Marta bloku (stare poniemieckie budownictwo) i któregoś dnia zaprosił ją do swego mieszkania. Ona mu ufała ponieważ znali się bardzo dobrze i kilka razy była już w jego mieszkaniu. On ją chyba oswajał do siebie. Kiedy już się w tym mieszkaniu znalazła, zgwałcił ją, a następnie udusił. Zwłoki schował w tapczanie. W czasie kiedy szukający córki rodzice przyszli do niego z pytaniem, czy przypadkiem Marty nie widział, zwłoki dziewczynki w tym tapczanie leżały nadal. Wieczorem, 14 stycznia, zapakował je do worka i wyniósł na pobliskie torowisko. W czasie śledztwa wskazał wszystkie dowody (części garderoby i rzeczy należące do Marty), które ukrył i w mieszkaniu i w innych miejscach. Został skazany, ale nie pamiętam już jak brzmiał wyrok. Prawdopodobnie jest już na wolności i nikt z tego powodu żadnego larum nie czyni, nie szuka go i w Gostyninie zamykać nie chce. A może on tam przebywa? Nie wiem.

1. Został później komendantem w Świdnicy, ale w jakiś czas po odejściu na emeryturę (chyba pod koniec lat 90-tych) stoczył się całkowicie i umarł jako zwykły menel.

2. Funkcjonariusz Biura Kryminalnego KG MO, wcześniej, do 1982 r., kierownik sekcji I wydz. kryminalnego KW MO w Wałbrzychu, czyli mój były szef.

3. Z funkcji komendanta RUSW w Dzierżoniowie, z dniem 1 maja 1991 r. został przeniesiony na stanowisko z-cy komendanta wojewódzkiego Policji w Wałbrzychu.

4. Z tego co pamiętam, był to człowiek uchodzący za syna hrabiny (zdaje się, że Koniecpolskiej) i jakiegoś carskiego oficera. Jako dziecko stracił w czasie rewolucji październikowej rodziców i został wychowany przez mnichów Dalaj Lamy w Tybecie. Później w Moskwie ukończył studia medyczne, a w czasie II wojny był w wywiadzie NKWD. Po wojnie przyjechał do Polski i został lekarzem. Miał niesamowite zdolności parapsychologiczne i energoterapeutyczne (potrafił palcami wyjąc z dziąsła chory ząb, nie powodując krwawienia) i dar opowiadania. Po prostu przykuwał uwagę.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)