No i jak przewidywałem, ba, czego byłem pewny, ruska nawała na Ukrainę nie runęła i długo nie runie, aż do czasu kiedy z podpuszczenia CIA (tak jak w Osetii Południowej w sierpniu 2008 r.) Ukraina nie zaatakuje Ługańskiej i Donieckiej Republiki Ludowej, które ogłosiły swą niepodległość w taki sam sposób, jak uczynili to 17.02.2008 r. Albańczycy zamieszkali w serbskim Kosowie i co zostało 22.07.2010 r. usankcjonowane wyrokiem Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. Wyrok ten prawomocnie stwierdził, że jednostronna deklaracja niepodległości Kosowa z 2008 roku nie narusza prawa międzynarodowego. Jeżeli więc deklaracja kosowska była zgodna z tym prawem, to dlaczego ługańska i doniecka nie może korzystać z tych samych praw? Myślę, że w każdym państwie naprawdę szanującym zasady demokracji i prawa międzynarodowe, takie pytanie w ogóle nie powinno paść, ale niestety, słowo demokracja coraz częściej jawi się w przestrzeni publicznej już tylko jako puste hasło, nie zasługujące na jakiekolwiek zainteresowanie. Smutne to, ale coraz bardziej prawdziwe.

 Ponieważ do wróżonej (jak się okazało z fusów) agresji nie doszło, więc tak jak zakładałem, podniosły się głosy, że Putin się wystraszył i na razie jego działa milczą, ale na pewno jest to tylko taka zagrywka wrednego kagiebisty. Najdobitniejszym tego wyrazem była wypowiedź sekretarza stanu USA Blinkena, jaka padła w rozmowie z ministrem spraw zagranicznych Rosji Ławrowem, podczas trwających w dniach 2-3 grudnia br. obradach Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), że Stany Zjednoczone mają twarde dowody na to, że Rosja w najbliższym czasie takiej agresji na Ukrainę jednak dokona.

Problem w tym, że mimo tak zdecydowanej wypowiedzi, amerykański dyplomata żadnego marnego nawet dowodu światu nie przedstawił, a wydaje się, że gdyby takim dysponował, powinien tak postąpić, aby Ławrowa postawić w kącie i zmusić do udowadniania, że Jankesi się mylą, bo te ich „dowody” mają taką samą wartość, jak „dowody” w sprawie broni chemicznej i biologicznej przedstawione kiedyś przez Collina Powella Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Były to dowody wskazujące, że została ona ukryta przez reżim Saddama Husejna. Pisałem o tym w ubiegłym tygodniu, więc nie będę się powtarzał, poza przypomnieniem, że mimo zakrojonych na wielką skalę poszukiwań, żadnej tego rodzaju broni w Iraku nie odnaleziono. Nota bene, broni dostarczonej Husejnowi przez Stany Zjednoczone w czasie, gdy przez Waszyngton zaliczany był do kręgu największych amerykańskich przyjaciół na Bliskim Wschodzie.

Ławrow natomiast przypomniał Blinkenowi, że to oni łamią zawarte wcześniej porozumienie, iż po zjednoczeniu Niemiec i rozwiązaniu Układu Warszawskiego, NATO nie będzie się rozszerzało „na wschód”. Wprawdzie dziś wrodzy lub tylko nieprzychylni Rosji politycy i dziennikarze twierdzą, że żadnych takich gwarancji nie było, ale te zaprzeczenia są tego rodzaju, jak zaprzeczenie złapanego za tzw. rękę złodzieja, który twierdzi, że to nie jego ręka. Owszem, prezydent Bush nie gwarantował prezydentowi Gorbaczowowi na piśmie tego, że NATO nie będzie się zbliżało go granic ZSRR (Rosji), ale dał takie ustne gwarancje, a przecież w USA panuje respektowany przez wszystkich zwyczaj, że umowy słowne mają taką samą wartość jak te zawarte na piśmie.

Gwarancje te, chociaż w sposób dorozumiany, zostały potwierdzone w oficjalnym porozumieniu NATO-Rosja, jakie w maju 1997 roku Borys Jelcyn zawarł z NATO w Paryżu. Zresztą nie o to chodzi, bo chyba dla każdego średnio rozwiniętego osobnika zrozumiałym jest, że każde państwo negocjując jakieś nowe rozwiązania, zawsze będzie starało się uzyskać dla siebie jakieś gwarancje zabezpieczające jego najistotniejsze interesy. Dziwić więc powinno, iż ktoś może wątpić, że ZSRR (Gorbaczow) godząc się na zjednoczenie Niemiec i rozwiązanie Układu Warszawskiego oraz na odzyskanie pełnej suwerenności państw-członków tego paktu oraz ustanowienia niepodległości niektórych republik ZSRR, nie zgłaszał żadnych żądań dotyczących ewentualnego rozszerzania się NATO na te państwa. Gorbaczow wierzył, że „pacta sunt servanta”, czyli zawarte umowy zobowiązują i ze swoich – również ustnych – wywiązał się nawet z niepotrzebnym nadmiarem. Jak czas pokazał, nie wszyscy tak myśleli.O tym, że Rosja zdradziecko zaatakuje Ukrainę Amerykanie i polscy politycy (Tusk, Sikorski) ogłaszali już kwietniu 2014 roku, kiedy Rosja w odpowiedzi na planowane wspólne manewry wojskowe Ukrainy i NATO (Rapid Trident 14), zgromadziła w pobliżu Ukrainy swoje znaczne siły wojskowe. Już wówczas szef rosyjskiego MSZ Ławrow oznajmił, że wojska rosyjskie odejdą znad granicy z Ukrainą, gdy się te manewry zakończą i powołał się na zasady zawarte w deklaracji Rzymskiej, na mocy której powstała Rada NATO-Rosja. Deklaracja ta głosiła, że „nie powinno być stałej dodatkowej obecności wojskowej sił NATO na terytorium krajów wschodnioeuropejskich”. Obecnie (01.12.2021) prezydent Putin powiedział, że Rosja będzie nalegać w rozmowach z USA i NATO na opracowanie porozumień, które wykluczałyby rozszerzenie Sojuszu Północnoatlantyckiego na wschód i rozmieszczanie w pobliżu granic Rosji "zagrażających jej systemów uzbrojenia. A więc nie o wojnę Putinowi chodzi, tylko o wywarcie pewnej presji, aby zmusić USA i NATO, do szybkiego i skutecznego porozumienia. I dlatego organizuje im pokaz siły, z którą USA muszą się liczyć.

O tym, że również Jankesom nie w smak jest to, że obce państwo pod ich nosem funduje sobie swoje wojenne instalacje oraz infrastrukturę, świat przekonał się przed laty w czasie tzw. kryzysu kubańskiego (16 -27.10.1962), kiedy USA odkryły obecność na Kubie radzieckich rakiet średniego zasięgu. Ówczesny prezydent USA Kennedy wprowadził blokadę morską Kuby i skierował do ZSRR żądanie wycofania rakiet, a obie strony postawiły w stan najwyższej gotowości atomowe siły strategiczne, co groziło wybuchem wojny jądrowej. Doskonale pamiętam, jak moja mama, która wraz z moim ojcem przeszła bojowy szlak od Lenino do Berlina, płakała po nocach, że znów będzie wojna i ojciec będzie musiał brać w tym udział. W tym czasie już od roku był słuchaczem Akademii Sztabu Generalnego w Warszawie i zapewne na tę wojnę pojechałby w pierwszym rzucie. Ale na szczęście Kennedy dogadał się z Chruszczowem, który zgodził się na usunięcie rakiet, a Kennedy obiecał w zamian, że Amerykanie nie dokonają inwazji na Kubę, oraz prywatnie zapewnił, że wycofają swoje rakiety z Turcji, czego oczywiście nie spełnił, tak jak amerykańscy prezydenci nie spełnili słownej obietnicy danej kiedyś Gorbaczowowi.

Tymczasem wczoraj (05.12.2021) ponownie usłyszałem zapewnienia padające z ust jankeskich generałów oraz pisowskich przedstawicieli władzy, że Rosja napadnie na Ukrainę na początku stycznie 2023, przez co i my Polacy bać się okrutnie ruskiej inwazji musimy. Mam więc osobistą prośbę, do całej polskiej klasy politycznej (podkreślam szczególnie, że całej), aby przestałą wreszcie pieprzyć (sorry za kolokwializm) bzdury, albo – jak mawiał Walduś Kiepski – opowiadać głupie głupoty - bo niby dlaczego ruskie mają napaść na Polskę? Co Polska ma, czego Rosji brakuje? Bo chyba nie o Kaczyńskiego im chodzi (mają lepszego), a nawet jeżeli tak, to myślę, że większość Polaków z chęcią go ruskim odda. Za darmo.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Kiedy tygodnik trafi do rąk czytelników, na Ukrainie trwać będzie krwawa wojna, albowiem z wypowiedzi prezydenta Ukrainy, z doniesień pochodzących z głównego sztabu NATO i z ustaleń amerykańskiego wywiadu wynika, że Putin 1 lub 2 grudnia zaatakuje zbrojnie Ukrainę. Jeżeli jednak do agresji nie dojdzie, to zapewne wszystkie polskie media, a zwłaszcza te związane w jakiś sposób z tzw. POPiS-em triumfalnie orzekną, że stało się tak, ponieważ Putin wystraszył się zdecydowanej postawy prezesa Polski i jego wszystkich zauszników, którzy tak bardzo zaangażowali w obronę Ukrainy cały świat, że prezydent Rosji ze strachu majtki zmoczył.

O tym, że prezydent Putin prowadzi imperialną politykę, która zagraża nie tylko podstawowym interesom Polski, ale także takim interesom Unii Europejskiej i USA, słyszę prawie codziennie od momentu, kiedy władzę w Rosji stracił faktyczny grabarz ZSRR, Borys Jelcyn (był pierwszym prezydentem Rosji), z którym Lech Wałęsa wódeczkę pijał i to tak, że tenże Jelcyn po pijaku wyraził swą zgodę na wycofanie wojsk Armii Radzieckiej z terytorium Polski. Jak ktoś nie wierzy, niech poczyta różne wspomnienia Lecha Wałęsy. Zresztą nie tylko jego. Za czasów Jelcyna Rosja była pupilkiem Zachodu, dla którego rysowała się możliwość całkowitego pogrzebania jej przemysłu i całej gospodarki, na wzór tego, co Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, rękami niejakiego Balcerowicza, uczynił wówczas w Polsce.

Ale kiedy wybory prezydenckie wygrał były pułkownik KGB Władimir Władimirowicz Putin, którego polityka wewnętrzna i zewnętrzna doprowadziła do znacznej poprawy gospodarczej Rosji, a tym samym poprawy poziomu życia całych warstw społecznych, stała się, jak za dotknięciem czarodziejskie różdżki, państwem o imperialnych zapędach, zagrażającym światowemu pokojowi. Kultywowanie przez Putina pamięci o mocarstwowej pozycji ZSRR, spowodowało, że cieszył się i cieszy obecnie bardzo wysoką popularnością, chociaż jest cały czas pod niesamowitym ostrzałem propagandowym prawie wszystkich zachodnich mediów, jak i jego przeciwników w samej Rosji. A mnie ciekawi, który to światowy prezydent nie ma przeciwników? Który z nich może się pochwalić tym, że był wybierany przez przeważająca część wyborców? W 2000 roku – 52,9%, 2004 – 71,3, 2021 63% i w 2018 – 76,67%. I co najważniejsze, do chwili obecnej nikt ważności i legalności tych wyborów nie zakwestionował.

Przypomnę, że Joe Biden wygrał z Donaldem Trampem różnicą zaledwie 4,45% (51,31% do 46,85%), a taki Andrzej Duda w drugiej turze zdobył jedynie 51,03% do 48,97% uzyskanych przez Rafała Trzaskowskiego. Zresztą mało chyba kto wie, że w zasadzie obecna prezydentura Andrzeja Dudy jest nielegalna, z tego prostego powodu, iż zgodnie z orzeczeniem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego nie jest niezależnym i niezawisłym sądem, a to właśnie ta izba 3 sierpnia 2020 r. wydała uchwałę stwierdzającą ważność wyboru A. Dudy na prezydenta. A skoro Izba ta nie jest sądem, to nie może być też częścią Sądu Najwyższego uprawnioną do wydawania wyroków, postanowień lub innych orzeczeń, w tym uchwał o wyborze Prezydenta RP. Ale kto by się tym w Polsce przejmował, kiedy wiadomo, że nikt nie będzie nam w obcym języku cokolwiek narzucał. Pamiętacie? Bo ja tak.

Ale wracam do Rosji i Putina. Wszyscy opowiadają wokół, że celem Putina jest, jeśli nie zniszczenie, to przynajmniej znaczne osłabienie UE, a więc jest on przez nią (i NATO) postrzegany jako potencjalny wróg i nikt jakoś nie pamięta prostej zasady, że jeżeli ktoś jest ciągle atakowany, to zapędzony do kąta, zacznie być znacznie agresywniejszy, niż ten kto go atakuje. Nikt też nie chce pamiętać, a może zresztą mało kto wie, że Rosja swego czasu bardzo chciała się z Europą zintegrować, jednak Europa Rosji nie chciała, chyba dlatego, że państwa grające w UE tzw. pierwsze skrzypce, bały się rosyjskiej konkurencji. Ot i całe wytłumaczenie.

W sytuacji w jakiej Rosja została postawiona, Putin, jako jej prezydent ma przede wszystkim na uwadze jej żywotne interesy, w tym zbudowanie rurociągu Nord Stream 2, tak jak takim samym interesem Niemiec jest jego ukończenie, aby zapewnić sobie stałe dostawy gazu. Jestem w stanie zrozumieć, że w tym przypadku Putin może mieć i ma w nosie żywotne interesy Polski, bo tym interesem powinny zajmować się polskie rządy, a nie on czy Niemcy. Jeżeli więc polskim władzom (niezależnie jakiej opcji) zależy na tym, abyśmy mogli mieć stałe dostawy gazu, dostęp do olbrzymiego rynku zbytu naszych towarów i dobre z Rosją układy, powinny prowadzić z nią rzeczowe rozmowy i pertraktacje gospodarcze, w miejsce stałej wrogiej propagandy i wrogim, szkodzącym rosyjskim interesom, działaniom na międzynarodowej niwie. Przypomnę tu słowa Henry Kissingera, znanego amerykańskiego dyplomaty i doradcy prezydentów USA, że podstawowym obowiązkiem rządów jest realizacja amerykańskich interesów, które są wieczne. I nikt o to do USA nie ma pretensji.

To dlaczego pretensje o to samo wszyscy mają do Rosji? Wydaje mi się, że dlatego, iż Putin w nosie ma interesy wspomnianych wcześniej międzynarodowych „terrorystów finansowych” w postaci Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, o których nawet ostatnio w PiS źle się mówi.

Od kilku lat amerykańscy generałowie, a za nimi jak za panią matką, sztab NATO i polityczny mainstream UE, straszą świat rychłym atakiem Rosji na Ukrainę, na co mają ponoć niepodważalne dowody. No to chciałbym w tym miejscu przypomnieć „niepodważalne dowody” gen. Colina Powella, który fałszywkami CIA świadczącymi niby o tym, że Saddam Husajn posiada broń masowego rażenia, a zwłaszcza broń chemiczną, którą ukrył gdzieś na pustyni, sprokurował atak na Irak, co doprowadziło do całkowitej destabilizacji tego państwa, trwającej zresztą do dnia dzisiejszego. Oczywiście jakiejkolwiek broni masowego rażenia w Iraku nie odnaleziono.

Może warto przypomnieć, że Rosja wyraziła zgodę na odstąpienie od doktryny Breżniewa, czyli zakończenie ograniczeń suwerenności państw byłego Układu Warszawskiego (został rozwiązany, a NATO trwa), pod warunkiem, że NATO nie będzie instalowało swych wojsk i urządzeń na terenie Polski i wybijających się na niepodległość byłych republik radzieckich. W tym szczególnie Ukrainy. I wszystkie przyjęte przez USA zobowiązania zostały przez to państwo bezczelnie złamane, bo jego żywotne interesy sięgają właśnie do Ukrainy. Więc wcale się nie dziwię, że występując dziś (30.11.br.) na forum gospodarczym w Moskwie, Putin zwrócił uwagę, że mimo ostrzeżeń Rosji infrastruktura NATO znalazła się w pobliżu rosyjskich granic. Więc co ma robić Rosja? Podwinąć ogon pod siebie i wykonywać rozkazy płynące z Waszyngtonu, czy raczej pokazać mu, że swoją polityką Stany Zjednoczone realnie grożą światowemu pokojowi.

I jestem przekonany, że 2 grudnia na Ukrainie działa nie będą grzmiały, chyba że były aktor ikomik Władymyr Zełesnki zastosuje trick, jaki swego czasu w Gruzji zastosował poszukiwany dziś listem gończym prezydent Micheil Saakaszwili. Czym oczywiście obciąży Rosję. Jestem jednak też przekonany, że Biden Zełenskiemu zdąży wytłumaczyć, że rosyjskie rakiety (w tym o hipersonicznym napędzie) dolecą w czasie krótszym niż pięć minut do praktycznie wszystkich punktów w Europie. Dla Kijowa czas ten można liczyć w sekundach. I komu się to opłaca? Ja przypuszczam, że nikomu, więc jestem spokojny.

Napisz komentarz (3 Komentarze)

 W ubiegłym tygodniu pisałem o przypadkach napaści na lekarzy i ratowników medycznych z grupy Medycy na granicy jak i innych obywateli RP, dokonywanych przez funkcjonariuszy Straży Granicznej i niezidentyfikowanych osobników ubranych w mundury Wojska Polskiego i poruszających się samochodem z wojskowymi tablicami rejestracyjnymi. Odnosząc się do opisanych przypadków MON jednoznacznie zaprzeczyło, aby cokolwiek z tym wspólnego mieli polscy żołnierze, natomiast Straż Graniczna, ustami swej podlaskiej rzeczniczki, przyznała, że ci zamaskowani kominiarkami z trupimi czaszkami cywile z bronią, to w istocie funkcjonariusze operacyjni, którzy w sposób niejawny wspierają oficjalne działania SG na tym terenie. Jak nieoficjalnie ustalili niektórzy niezależni dziennikarze, mogą nimi być funkcjonariusze Wydziału Operacyjno-Śledczego Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej. Kompetencje funkcjonariuszy tej formacji określają szczegółowo art. 1 i 11 Ustawa o Straży Granicznej i absolutnie nie wynika z nich, aby jakikolwiek nieumundurowany funkcjonariusz lub grupa funkcjonariuszy mogła zatrzymywać i traktować ludzi w sposób opisany przez napadniętych.

W opisywanym szeroko w mediach przypadku, funkcjonariusze ci dopuścili się zwykłego przestępstwa przekroczenia uprawnień, naruszenia wolności osobistej i nietykalności cielesnej obywateli oraz stosowania groźby karalnej. W normalnym praworządnym państwie w stosunku do takich osób zostałoby z miejsca wszczęte postępowanie dyscyplinarne i karne, a sąd nie miałby wątpliwości, co do winy i rodzaju wymierzonej kary. Powtórzę, że w normalnym praworządnym państwie … Postępująca od lat deformacja polskich organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości spowodowała jednakże, że obywatel który stał się obiektem bezprawnego ataku funkcjonariusza publicznego (państwowego), jest zupełnie bezradny, a swoje żale może kierować się do przysłowiowego Berdyczowa. Bo nawet jeżeli złoży stosowne zawiadomienie do prokuratury, to spotka się z oczywistą odmową wszczęcia postępowania lub przy optymistycznym założeniu, że postępowanie zostanie wszczęte, jego szybkie umorzeni z tego powodu, iż z różnych (niezawinionych przez siebie) przyczyn nie był w stanie podać personaliów osób, którzy potraktowali go, jak zbójcy czyhający „po lasach i gościńcach”. Nie będzie znał ich personaliów chociażby z tego powodu, że owi „zbójcy” byli uprzejmi poinformować, iż są z "tajnej grupy i nie będą się legitymować”.

Można śmiało stawić euro przeciwko orzechom, że ani policja, ani prokuratura nie będą w stanie ustalić kim owi zbójcy byli, a szefostwo Wydziału Operacyjno-Śledczego Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej stwierdzi, że to faktycznie jacyś zbójcy grasują, bo ich obowiązuje treść art. 9 wspomnianej ustawy, który stanowi, że funkcjonariusze SG w toku wykonywania czynności służbowych, mają obowiązek respektowania godności oraz przestrzegania wolności i praw człowieka i obywatela. A więc co to, to nie. To nie oni, bo tak mówi przepis.

I jeszcze kurz nie opadł po zadymie w okolicach Narewki, a już media doniosły o nowym wyczynie polskich wojaków, bo od początku wiadomo, że o dzielnych wojaków stojących na straży granic naszej ojczyzny, tym razem chodzi. Otóż zdarzyło się, że 16 listopada grupa umundurowanych i uzbrojonych żołnierzy Wojska Polskiego dokonała bezprawnego zatrzymania, przebywających poza strefą stanu wyjątkowego w miejscowości Wiejki koło sławnego już Michałowa, trzech dziennikarzy, którzy na tym terenie mieli prawo przebywać i wykonywać swoje dziennikarskie obowiązki. Polskie przepisy nie wymagają od dziennikarzy, aby nosili jakieś szczególnie wyróżniające ich uniformy, ani też ozdabiali swe odzienie dziennikarskimi identyfikatorami, które tylko w określonych prawem okolicznościach muszą okazać na żądanie uprawnionym funkcjonariuszom.

W strefie nie objętej stanem wyjątkowym jacykolwiek żołnierze takich żądań nie mają prawa stawiać. Niestety w obecnej Polsce wszystko się niektórym całkowicie pomieszało, przez co obywatele coraz częściej narażani są na niebezpieczeństwo uszczerbku na zdrowiu, a nawet i utraty życia. A tak być nie może, bo we własnym państwie każdy obywatel ma prawo robić to, czego mu przepisy nie zabraniają, albo co mu te przepisy nakazują i nie może mu jakiś niedouczony trep grozić bronią, naruszać jego wolność osobistą, grzebać w osobistych bądź służbowych rzeczach, naruszając m.in. tajemnicę dziennikarską. Do zdarzenia na konferencji prasowej (oglądałem) odniósł się Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych gen. broni Tomasz Piątkowski, który w mojej prywatnej ocenie opowiadał straszne banialuki niegodne honoru oficera Wojska Polskiego. Bajdurzył więc o jakichś podejrzanych typach w białych maskach na twarzy i ciemnych kurtkach, a na dodatek jeden z nich – o zgrozo - miał czarną brodę, no i żaden z nich nie miał jakichkolwiek oznaczeń, ale za to posiadali „jakiś sprzęt optyczny”. Jak widać dla pana generała i jego podwładnych, każdy obywatel w maseczce antywirusowej i z aparatem fotograficznym, brodaty, a na dodatek w ciemnej kurtce, to niechybnie groźny terrorysta albo przynajmniej „ruski” szpieg, którego można potraktować jak przysłowiową szmatę. Na i jeszcze tenże generał raczył oświadczyć, że jeżeli „ (...)ktoś w tej chwili mówi, że został poturbowany, że został pobity, absolutnie do niczego takiego nie doszło. Nikt nikogo nie uderzył, nikt nikomu nie ubliżał, nikt nikogo nie szarpał. Tak wyglądała sytuacja i jest to udowodnione przez żołnierzy, których meldunki otrzymałem i z notatki policyjnej, która to policja tam dojechała wezwana przez naszych żołnierzy (…)”.

Jednakże pecha okrutnego ma, bo dziennikarze rozmowy z wojakami nagrali i dzięki temu każdy, kto je usłyszał, może sobie wyrobić własne zdanie na temat prawdomówności i nienachalnego intelektu owego wysokiego stopnia oficera formacji, na sztandarach której widnieją słowa mówiące między innymi o honorze, nie wspominając Boga, który za kłamstwo dziateczki swe rózgami karać karze. Bo na nagraniu słychać niezwyczajne wulgarny język szwejów oraz chamskie odnoszenie się do NIELEGALNIE zatrzymanych dziennikarzy, przebywających – powtórzę – poza strefą objętą stanem wyjątkowym. Żołnierze ci w mojej ocenie dopuścili się nie tylko przestępstwa naruszenia nietykalności cielesnej, nielegalnego pozbawienia wolności, naruszenia godności osobistej i naruszenia tajemnicy dziennikarskiej, a także nielegalnego przeszukania rzeczy i samochodu, ale też splamienia polskiego munduru, który dla rządzących hurra-patriotów ma ponoć wielkie znaczenie. Niestety osobnicy w polskich mundurach, którzy dopuścili się wyżej wskazanych czynów naruszających przepisy karne, nie poniosą żadnej odpowiedzialności służbowej, albowiem najwyższy ich przełożony (mówiąc po wojskowemu najczystszej krwi „cywil banda”) pochwalił ich zachowanie i jak sam powiedział, „nagrodził” ich swym poparciem i słowami uznania. Zgroza.

Wprawdzie dziennikarze zapowiedzieli podjęcie stosownych kroków prawnych, ale tak jak wyżej wskazałem, nie wróżę im powodzenia, ponieważ przybyli na miejsce policjanci, mimo wyraźnego zgłoszenia takiego żądania, nie podjęli próby ustalenia tożsamości napastników, ograniczając się do poinformowania o możliwości złożenia w tej sprawie zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa. A bez podania personaliów napastników, skargi ich i tak trafią „na Berdyczów”, czyli najważniejszy obecnie w Polsce urząd.

PS. Pragnę na wszelki wypadek zaznaczyć, że według Słownika Państwowego Wydawnictwa Naukowego określenie „trep” to środowiskowa nazwa żołnierza zawodowego. Również Wikisłownik podaje, że jest to slangowe określenie takiegoż wojaka. A więc nic obraźliwego.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

I znów ilość wydarzeń, a jedno ważniejsze od drugiego. Mam więc mam mętlik w głowie i trudno mi jest wybrać temat, na którym mógłbym się skoncentrować. Chciałbym kontynuować temat „świdnickich wirusów”, co zapowiadałem w ostatnim felietonie na ten temat, ale klawiatura aż się z ochoty grzeje, aby choć na chwilę powrócić do politycznych wydarzeń ostatnich dni. A jest co komentować, bo to i filozofia, polityka, prawo do godnego życia i do życia w ogóle, aborcja, liberalizm, kultura osobista, wielkie rocznice, no i bezpieczeństwo naszych granic w kontrze do podstawowych zasad humanitaryzmu. Nie jestem wszystkich tych tematów zamieścić w krótkim felietonie, więc ograniczę się do tego ostatniego, zwłaszcza że i ten w sposób oczywisty dotyczy określonych formacji mundurowych, a konkretnie Straży Granicznej, Wojska Polskiego, Policji i czegoś, co jest niby wojskiem, ale tak naprawdę to „cywil banda” ubrana w mundury i wyposażona w bardzo dobrej jakości broń palną. Inne formacje mundurowe tylko im zazdroszczą jakości giwer, w jakie ich wyposażono.

To o czym chcę napisać nie jest jakąkolwiek próbą naruszenia tzw. godności mundury (mój galowy policyjny do tej pory wisi w szafie), a jedynie próbą zwrócenia uwagi na pewne zdarzenia, których istnieniu nikt nie zaprzeczył, a które same w sobie są nadzwyczaj niebezpiecznie, a w zasadzie niesamowicie groźne.

Zastrzeżenie to podnoszę z uwagi na to, że np. Prokuratura Okręgowa w Warszawie 8 listopada 2021 r. wszczęła dochodzenie w sprawie znieważenia przez Barbarę Kurdej-Szatan (znaną aktorkę filmową i teatralną) funkcjonariuszy Straży Granicznej wykonujących czynności służbowe na granicy polsko-białoruskiej. Otóż zbulwersowana tym, co zobaczyła przy granicy z Białorusią, zareagowała bardzo emocjonalnie i użyła w stosunku do funkcjonariuszy SG słów uznawanych za obelżywe, które zresztą szybko z Netu wycofała i przeprosiła za ich opublikowanie. Przy okazji napomknę tylko, że jeżeli dochodzenie to faktycznie dotyczy znieważenia funkcjonariuszy, to moim zdaniem B.K-Sz. nie musi się obawiać, ponieważ zgodnie z obowiązującym prawem formacji znieważyć nie można i być może chodzi tu o zniesławienie. Ale ja opieram się na treści komunikatu dla prasy, przedstawionego 9 listopada przez rzeczniczkę Prokuratury Okręgowej w Warszawie Aleksandrę Skrzyniarz, która zapewne jako fachowiec od prawa karnego znieważenie (art.226 k.k.) od zniesławienia (art.212 k.k.) odróżnić potrafi. Ale ad rem, jak mawiali starożytni Rzymianie.

Niesamowicie zbulwersowały mnie ostanie informacje medialne (z listopada b.r.), z których wynika, że w okolicach strefy objętej stanem wyjątkowym, dzieją się historie, jakby wycięte z durnowatych amerykańskich kryminałów, w których szeryf-kretyn z lubością podkreśla, że w jego mieście (hrabstwie) to on stanowi (i jednocześnie egzekwuje) prawo, a obywatel konstytucję i wszelakie prawa (stanowe czy federalne) może wykorzystać w najbliższym wychodku.

Chodzi mi o informację (z 09.11.br.) przekazaną prasie przez grupę medyków-specjalistów, zwaną Medycy na granicy, dotyczącą zdarzenia, z przebiegu którego wynika, że umundurowani w polskie mundury i uzbrojeni w broń palną osobnicy (dwaj mężczyzn i kobieta), poruszających się oliwkowym volkswagenem, którego numery rejestracyjne zaczynały się od „UA” (oznaczenie pojazdów Wojska Polskiego) spuścili powietrze z opon ambulansu medycznego, jakim Medycy się poruszali. Miało to miejsce w czasie, kiedy grupa tychże medyków przebywała w lesie na akcji ratunkowej. MON zaprzeczyło, aby „żołnierze Wojska Polskiego mieli cokolwiek wspólnego z uszkodzeniem samochodu Medycy na granicy. Żołnierze, zarówno żołnierze wojsk operacyjnych, jak i Wojsk Obrony Terytorialnej z dużym poświęceniem bronią bezpieczeństwa naszej granicy, za co należy im się wdzięczność i szacunek, i obecnie mają dużo poważniejsze sprawy od dementowania fake newsów w przestrzeni medialnej”.

Nie mam podstaw, aby MON-owi nie wierzyć, ale ponieważ zdarzenie potwierdziła Policja, nie mam podstaw, aby nie wierzyć Medykom na granicy, a więc nie pozostaje mi nic innego, tylko przyjąć, że w okolicy terenów objętych stanem wyjątkowym, najeżonym tysiącami funkcjonariuszy mundurowych i wojska, bezkarnie grasuje jakaś banda uzbrojonych bandytów, którzy przebrani w polskie mundury, dopuszczają się czynów haniebnych, przy okazji narażając na szwank honor polskiego żołnierza, tak bardzo przez władze chronionego. Ale to nie wszystko, albowiem doktor Jakub Sieczko (koordynator inicjatywy Medyków na granicy) poinformował, że w nocy z 13 na 14 listopada nieznani sprawcy siekierami uszkodzili samochody należące do grupy Medyków na granicy, która od początku kryzysu świadczy pomoc medyczną migrantom. W prywatnych samochodach lekarzy przebito opony, potłuczono szyby oraz zniszczono karoserię, a sami lekarze zaczynają się obawiać, że celem kolejnego ataku staną się oni sami. No i na koniec informacja, którą podała Gazeta Wyborcza, Dziennik Trybuna i stacja TVN24 (mam wiec prawo sądzić, że jest prawdziwa), dotycząca zdarzenia, jakie poza strefą objętą stanem wyjątkowym, miało miejsce 5 listopada na parkingu przy lesie koło miejscowości Narewka. Z relacji kilku osób wynika, że zostali napadnięci przez grupę nieumundurowanych ale uzbrojonych mężczyzn, którzy powalili ich na ziemię i mierzyli do nich z broni palnej.

Napadnięci (podając swoje imiona i nazwiska) opowiadali, że ci zamaskowani mówili, że są z "jakiejś tajnej grupy i nie będą się legitymować". Mężczyźni ci mieli na twarzach maski, a na nich UŚMIECHAJĄCE SIĘ TRUPIE CZASZKI. Natomiast rzeczniczka podlaskiego oddziału Straży Granicznej stwierdziła, że "te osoby są po to, żeby w sposób niejawny obserwować teren i wspierać funkcjonariuszy, którzy działają w terenie". Jak dodała, funkcjonariusze wzięli mieszkańców za przemytników, a po tym, jak okazał się, że są obywatelami Polski, zostali wylegitymowani.

Kto zatem spuścił powietrze z kół ambulansu medycznego i zniszczył prywatne samochody wspomnianych lekarzy? Czy pytanie to mogę uznać za retoryczne? Za retoryczne uznaję też pytanie, dlaczego na pograniczu polsko-białoruskim wprowadzono stan wyjątkowy, który w głównej mierze został skierowany przeciwko dziennikarzom, których na to pogranicze władza BOI SIĘ wpuścić. Także retoryczny charakter ma pytanie, dlaczego prezes Jarosław polecił uchwalenie przez pisowską większość ustawy naruszającej konstytucję, która wyraźnie wskazuje kiedy i jak długo stan wyjątkowy może trwać. A także, że nie można go wprowadzać zwykłymi ustawami, ponieważ jest to kuglowanie prawem polskim i międzynarodowym. A chodzi, przypomnę, o dziennikarzy, których bezpośrednie relacje takie bezprzykładne naruszanie przez funkcjonariuszy i żołnierzy obowiązującego prawa, mogliby z miejsca pokazywać i piętnować. Stan wyjątkowy (i jego planowany surogat) ma bowiem pokazać niesamowitą troskę prezesa Jarosława o bezpieczeństwo naszych granic i obywateli RP, przez co napędzać mu „słupki poparcia”, które zaczęły wykazywać tendencję zniżkową. I wszystko jasne … is fecit, cui prodest.

Załączniki:
Adres URL:
Dostęp do URL (https://wiadomosci.onet.pl/bialystok/bialystok-trzy-osoby-zatrzymane-po-zniszczeniu-samochodow-medykow/zj6cb0t?utm_medium=push&utm_source=browser&utm_campaign=push_push_go&utm_site=wiadomosci&utm_push_id=61962380735208b0718f774b)zj6cb0t
Napisz komentarz (3 Komentarze)

   Rota przysięgi składanej przez policjanta to dla niektórych bardzo ważna chwila i bardzo ważna, nie tylko osobista, deklaracja. Dla innych to tylko słowa, które po wypowiedzeniu, z miejsca ulecą gdzieś w niebyt. To bardzo smutna, ale niestety bardzo prawdziwa konstatacja.

* * *

Każdy policjant, zanim zostanie przyjęty do służby, składa uroczyste ślubowanie w treści którego znajduje się też deklaracja, że będzie pilnie przestrzegać prawa i dyscypliny służbowej, strzec honoru, godności i dobrego imienia służby oraz przestrzegać zasad etyki zawodowej. A zasady tejże etyki określone są w zarządzeniu nr 805 Komendanta Głównego Policji z 31 grudnia 2003 r. Rota przysięgi dla policjanta to coś w rodzaju drogowskazu, jakim się powinien w swej służbie kierować i pełnić ją nie tylko dlatego, by na chleb z masłem i szynką dla siebie i rodziny zarobić, ponieważ winien pełnić ją przede wszystkim dla dobra i bezpieczeństwa obywateli i państwa, chroniąc ustanowiony Konstytucją RP porządek prawny. A każdy kto uważa inaczej, winien poszukać sobie innej roboty, niezależnie od tego jaką w Policji pełni funkcję. I od razu podkreślę, że im funkcja wyższa, tym większa powinna być odpowiedzialność i to, co zwykłemu policjantowi może być niekiedy wybaczone, nie można wybaczyć tym, którzy pełnią różne wysokie policyjne funkcje.

Piszę o tym dlatego, że czuję się mocno zobowiązany wobec tych wszystkich wałbrzyskich funkcjonariuszy, którzy szukając pomocy w wyrugowaniu zła, jakie według nich rozpanoszyło się w wałbrzyskiej KMP, zwrócili się też o pomoc do mnie i redakcji tygodnika DB2010. Myślę, że w jakimś, chociażby nawet niewielkim zakresie, pomocy tej możemy udzielić, informując czytelników z czym i z kim zmuszeni są walczyć wałbrzyscy funkcjonariusze. Zdaję sobie przy tym sprawę, że nie wszystkim wałbrzyskim stróżom prawa się to podoba, ponieważ docierają do mnie takie pojedyncze sygnały. Jednakże ważniejszą jest opinia zawarta w datowanym na 27.04.2021 r. zawiadomieniu o popełnieniu przestępstwa, skierowanym przez policjantów do Prokuratury Okręgowej w Świdnicy: Otóż piszą oni, że:

„(...)W chwili obecnej sprawa została nagłośniona w wałbrzyskim tygodniku DB2010. 15-tysięczny nakład tygodnika, internetowy dostęp do niego oraz komunikator WhatsApp pozwolił, aby już w chwili obecnej duża część ze 170-tysięcznej aglomeracji wałbrzyskiej zapoznała się z problematyką. (…) Przechodząc do sedna naszego zawiadomienia chcemy podkreślić, że pisma skierowane w dniu 25.03.2021 r. do KGP oraz KWP nie przyniosły prawie żadnego efektu. (…) Napisaliśmy, że prawie nie było efektu, ponieważ w dniu 16.03.2021 r. Wydział Kontroli KWP we Wrocławiu przeprowadził w tej sprawie kontrolę w komendzie w Wałbrzychu. My uważamy, że kontrolę bardziej spowodowała publikacja w tygodniku DB2010 i na stronie Pana Janusza Bartkiewicza niż nasze pismo, ale tak czy inaczej kontrola stała się faktem.(…)”.

Już pisałem o tym, że Prokuratura Rejonowa w Świdnicy na podstawie anonimowego zawiadomienia (z 25.03.2021) wszczęła w czerwcu 2021 r. śledztwo, obejmujące sześć wątków, w tym dwa dotyczące zmuszania funkcjonariuszy do służby w okresie pandemii, w warunkach narażających zdrowie i życie ich samych, a także członków ich rodzin oraz obywateli Wałbrzycha, jak również stosowania przez tych samych przełożonych niedozwolonego mobbingu. Okazuje się jednak, że nad śledztwem tym zaczynają się powoli zbierać „czarne chmury”, czyli zauważone przez skarżących się funkcjonariuszy niebezpieczeństwo umorzenia śledztwa i zamiecenia całej sprawy pod przysłowiowy dywan. Wiem o tym, ponieważ dysponuję kopią skierowanej 16 października br. do Prokuratora Okręgowego skargi na czynności podejmowane przez prokuratora rejonowego w Świdnicy, w postępowaniu prowadzonym pod sygn. akt PR 3 Ds.165.2021, wraz z wnioskiem o objęcie tej sprawy nadzorem Prokuratury Okręgowej.

Skarżący informują Prokuraturę Okręgową, że docierają do nich informacje wskazujące na to, że śledztwo to zostanie w grudniu umorzone z uwagi na kończący się okres statystyczny. Jest to znany mi od dawna zwyczaj (nie tylko prokuratury), aby niewykryte śledztwa umarzać, by nie podnosić statystyki spraw niewykrytych w danym roku sprawozdawczym. W piśmie policjanci zwracają uwagę na kilka faktów, dających im podstawę do wyrażenia tak sformułowanej obawy, których nie będę wszystkich tu opisywał, zatrzymując się na tych najistotniejszych. Pierwszy dotyczy połączenia w jednym śledztwie wątków dotyczących mobbingu i wątków „covidowych”, co powoduje, że objęte nimi osoby podejrzane w jednym wątku, są świadkami w innych, a to daje podstawę do podejrzenia, że już w momencie wszczęcia śledztwa prokurator z góry zakładał, że nikomu nie przedstawi zarzutu. I to we wszystkich wątkach tego śledztwa.

Ponadto policjanci wskazują, że pokrzywdzeni mobbingiem przesłuchiwani są przez prokuratora na terenie KMP, przez co obawiają się mówić cokolwiek przeciwko swym przełożonym (co bardzo dziwi prokuratora), a z drugiej strony bardzo obszerne zeznania składają funkcjonariusze, którzy nigdy nie byli podwładnymi tego, który wobec innych stosował brutalny mobbing. Efekt tak uzyskanych dowodów na pewno dla nikogo nie będzie zaskoczeniem. Ponadto prokurator absolutnie nie bierze pod uwagę przyczyny niechęci pokrzywdzonych do składania obciążających zeznań, która wynika z faktu bardzo bliskich kontaktów tego przełożonego z funkcjonariuszami Biura Spraw Wewnętrznych. Genezę tych bliskich kontaktów opiszę w jednym z kolejnych felietonów, poświęconych tej sprawie. Innym zarzutem autorów tego pisma jest to, że prokurator bardzo ślimaczy się z przeprowadzeniem dowodów, które oni przeprowadziliby w dwa dni. Jest to dziwne tym bardziej dlatego, że źródła tychże dowodów podali prokuraturze na przysłowiowym talerzu. I na koniec wisienka na torcie.

Świadek – były prominentny funkcjonariusz KMP w Wałbrzychu – przez dwa miesiące nie otrzymał wezwania na przesłuchanie, ale zamiast tego otrzymał od prokuratora pismo z zapytaniem, o której godzinie 7-8 miesięcy miał kontakt z jednym z zarażonych koronawirusem funkcjonariuszy KMP, tak jakby prokurator nie wiedział, że pisemna odpowiedź nie ma żadnej mocy procesowej. No i w pytaniu chodziło przede wszystkim o konkretną datę i godzinę tego spotkania (zarażony policjant wykonywał czynności w jednym z wałbrzyskich urzędów), czego tenże kandydat na świadka nie koniecznie musi pamiętać. Policjanci podejrzewają, że właśnie o to chodzi, bo gdyby się w pisemnej odpowiedzi pomylił, to wówczas prokurator mógłby odstąpić od jego formalnego przesłuchania z uwagi na to, że jest niewiarygodny. A przecież chodziło o to, że mógłby on potwierdzić, że w określonym nawet tylko z grubsza czasie, zarażony funkcjonariuszy na terenie urzędu wykonywał zlecone mu przez przełożonych obowiązki służbowe.

Na zakończenie słów kilka na temat genezy dobrych kontaktów z funkcjonariuszami BSW KGP jednego z objętych zawiadomieniem. Otóż jestem przekonany, że zarazki choroby toczącej wałbrzyską komendę, zostały zostały zaimplantowane ze Świdnicy, kiedy na kierownicze (wysokie) stanowiska zaczęli być przenoszeni funkcjonariusze z tamtejszej Komendy Powiatowej, niekiedy „zatrzymując się” na krótki czas w innych nieodległych od Wałbrzycha komendach i komisariatach. Nazwaliśmy je z kolegami „świdnickimi wirusami”. Jestem w legalnym (co pragnę wyraźnie podkreślić) posiadaniu, wraz z kilkoma byłymi (emerytowanymi) wysokimi oficerami policji ze Świdnicy, wielu ciekawych dokumentów i informacji dotyczących podobnej choroby toczącej tamtejszą komendę, w czasach, kiedy pracowali tam, przeniesieni później do Wałbrzycha, podopieczni jednego z „bohaterów” moich kilku wcześniejszych felietonów publikowanych na łamach DB2010. Na wszelki wypadek informuję, że dokumenty te, chociaż całkowicie legalne, znajdują się w depozycie kilku zaufanych byłych funkcjonariuszy, niekoniecznie z terenu województwa dolnośląskiego.

Napisz komentarz (4 Komentarze)

   Zgodnie z zapowiedzią z ubiegłego tygodnia pozwalam sobie na skomentowanie odpowiedzi Oficera Prasowego KMP podkom. Marcina Świeżego, udzielonej mi 29 września br., która zapewne mocno usatysfakcjonowała jego przełożonych, a sądzę, że i sam jest z niej wielce zadowolony, ale mnie niestety pogrążyła w smutku. A smutno mi się stało z tego powodu, że zostałem potraktowany jak nachalny ignorant, co to da się zwieść byle rzuconym mu słowem. Otóż nie, Panie Rzeczniku. Być może nie wie Pan, ale jestem nie tylko upierdliwym reporterem tygodnika DB2010, ale też emerytowanym wyższym oficerem Policji, który w tej robocie przysłowiowe zęby zjadł i – co w tej sprawie ma niebagatelne znaczenie – prawnikiem z wykształcenia, które uzyskałem w czasach, kiedy prawo się studiowało, a nie zliczało się tylko egzaminacyjne testy.

Aby jednak Czytelnik mógł się dokładnie zorientować w czym rzecz, zaprezentuję postawione pytania, z których pierwsze dotyczyło opisywanych w tygodniku DB2010 w (nr 14/525 i 15/526) przypadków wysyłania do służby lub nakazywania podejmowania innych działań służbowych, w sytuacjach zagrażających im zarażeniem się koronawirusem. Zapytałem też, czy prawdą jest, że wobec przełożonych tych funkcjonariuszy zostały wszczęte postępowania dyscyplinarne, ale po uznaniu ich winnych, Komendant Miejski odstąpił od ich ukarania i okazało się, że sytuacja taka miała miejsce.

I ta odpowiedź od razu utwierdziła mnie w przekonaniu, iż skarżący się, i proszący o pomoc wszystkich, którzy pomocy mogą udzielić, policjanci, mają słuszne pretensje i żal o to, że traktowani są jak pańszczyźniani chłopi na folwarku. Aby słowa moje nie były gołosłowne, przywołam więc pewne przepisy z Ustawy o Policji, które regulują wszystkie sprawy związane z postępowaniem dyscyplinarnym. Otóż zgodnie z art. 135j tej ustawy przełożony dyscyplinarny (tu Komendant Miejski) może po uznaniu winy funkcjonariusza, odstąpić od wymierzenia kary, ale pod pewnym bardzo istotnym warunkiem, że stopień szkodliwości dla służby nie jest znaczny, a właściwości i warunki osobiste policjanta oraz dotychczasowy przebieg służby uzasadniają przypuszczenie, że pomimo odstąpienia od ukarania będzie on przestrzegał dyscypliny służbowej oraz zasad etyki zawodowej.

Czyli Komendant Miejski Policji uznał, że narażenie zdrowia (i życia) wielu funkcjonariuszy, ich rodzin i bliżej nieokreślonej liczby mieszkańców Wałbrzycha, a także komplikacje w grafikach pełnionej służby (zwolnienia chorobowe, kwarantanny), to tylko taki mały pikuś. I już nie tylko wałbrzyscy policjanci, ale i ja, wiem dokładnie w którym miejscu ma ich Pan Komendant. Tym bardziej, że owi policjanci, a dzięki niektórym z nich i ja, wiemy, że warunki osobiste tego przełożonego oraz dotychczasowy przebieg służby i przestrzeganie etyki zawodowej są tego rodzaju, iż każdy inny szeregowy policjant z miejsca wyłapał by pajdę z najwyższej półki, nie wspominając o innych konsekwencjach prawnych. Wiadomo jednak, że w sprawie „covidowej” toczy się w Prokuraturze Okręgowej postępowanie i ciekawi mnie jak w przypadku uznania winy tegoż przełożonego, prokuratura potraktuje samego komendanta, który prawdopodobnie dopuścił się czynu określonego w kodeksie karnym jako przestępstwo niedopełnienia obowiązków służbowych.

Kolejne dwa pytania dotyczyły bandyckiego napadu z użyciem niebezpiecznego narzędzia, jaki miał miejsce około godziny trzeciej w nocy na terenie Podzamcza, niedaleko zresztą Komisariatu I i dziwnej co najmniej zmianie kwalifikacji tego czynu, na lekki uszczerbek na zdrowiu, co mnie jako prawnikowi i byłemu policjantowi kryminalnemu wydaje się po prostu jawną kpiną z prawa i z pokrzywdzonego tym czynem człowieka. Pisałem o tym dosyć szczegółowo w DB 2010 nr 35 z 23 września („O kuchnia Olek”), dlatego z wielkim zaciekawieniem czekałem na odpowiedź Oficera Prasowego KMP. No i doczekałem się, ale zamiast rzeczowej informacji, Pan Rzecznik potraktował mnie zwykłym„ble ble ble”, z którego praktycznie nic nie wynika, poza tym, że Pan Rzecznik uważa mnie za wspomnianego na wstępie ignoranta.

Otóż szanowny Panie Rzeczniku, musi Pan wiedzieć, że gdybym chciał się dowiedzieć jakie są procedury obowiązujące dyżurnego oficera jednostki, to bez trudu znalazłbym wszelkie niezbędne przepisy tego dotyczące w Internecie, więc pańskie obszerne informacje o obowiązujących procedurach są dla mnie – proszę się nie obrażać – naprawdę tylko śmiesznie i zgoła dziecinne.

Ale już śmiesznym nie jest to, że dopuszcza się Pan podawania – w odpowiedzi na zapytanie prasowe – nieprawdy, przy czym użyty przeze mnie zwrot, jest w tym przypadku wielkim eufemizmem. Muszę więc Pana poinformować, że z osobą napadniętą rozmawiałem kilka razy i doskonale wiem, że po zszyciu mu w szpitalu odniesionej rany, został dowieziony do Komisariatu I i tam przesłuchany przez policjantów, którzy w protokole przyjęcia zawiadomienia o przestępstwie i w protokole przesłuchania w charakterze świadka (pokrzywdzonego), ów czyn przestępczy zakwalifikowali jako tzw. rozbój z dwójką, czyli napad rabunkowy z użyciem niebezpiecznego narzędzia. I to na podstawie tych dokumentów procesowych dyżurny Komisariatu I przesłał stosowny meldunek oficerowi dyżurnemu Komendy Wojewódzkiej.

Taki sam meldunek został też wysłany do oficera dyżurnego KWP przez dyżurnego Komisariatu II, po tym jak kilka dni wcześniej, tak samo opisany mężczyzna i również używający noża do tapet (przez kierownico KMP zwanego urządzeniem do regulacji długości tapety), dokonał napadu rabunkowego na kobietę, która nad ranem ul. Gdyńską wracała z pracy. I też tym nożem zranił ją w rękę, co na Komisariacie II zakwalifikowano jako czyn określony w art. 280 § 2 k.k.

W moim przekonaniu ta (z KP II) właśnie kwalifikacja spowodował, że ktoś z KMP nakazał post factum zmianę kwalifikacji przyjętej na KP I, aby poprawić statystykę kryminalną Komendy Miejskiej, bo niewykryte napady z użyciem niebezpiecznego narzędzia, w KWP są niemile widziane. Tylko, że taka kreatywna statystyka to przestępstwo, i czy aby nie dlatego sprawą tą zainteresował się wrocławski odział Biura Spraw Wewnętrznych KGP, który niedawno nagle nawiedził wałbrzyską komendę i sprawdzał, to co opisałem? Bo jakoś mi się nie chce wierzyć, aby panowie z BSW zostali przekonani, że to Komendant Komisariatu I miał uprawnienia do zmiany kwalifikacji, co ewentualnie można uczynić po przeprowadzeniu podstawowych czynności procesowych, ale nie na podstawie „widzi mi się” Komendanta. Obojętnie czy Komisariatu, czy Komendy Miejskiej. Opowieści o tym, że zmiana kwalifikacji na art.157 §1 kk w żaden sposób nie wpłynie na proces wykrywczy są po prostu głupie, bo tak samo przyjęcie art. 280 §2 na proces ten wpływu żadnego również mieć nie powinno.

Tak więc jedyną logiczną przyczyną zmiany kwalifikacji, była chęć poprawienia statystki, o czym już wspomniałem. No i na koniec muszę Pana Rzecznika trochę podszkolić, aby wiedział (i przekazał swoim przełożonym), że kiedy ktoś chce komuś odebrać jakąś rzecz i aby swój zamiar zrealizować, używa (grozi użyciem) jakiegokolwiek niebezpiecznego narzędzia, to wcale nie musi rzeczy tej nawet ręką dotknąć. I jeżeli napadnięty od razu ucieknie i swojej własności nie odda, to i tak mamy zdarzenie z art.280 §2, tylko że poprzedzone art. 13 § 1 kk, czyli usiłowaniem dokonania takiego napadu. A rozbój ma się do lekkiego uszkodzenia ciała tak samo, jak odpowiedź Pana Rzecznika do rzetelnie udzielonej informacji.

PS

Od dłuższego czasu wałbrzyscy policjanci alarmują, kogo mogą i gdzie tylko mogą, o tym, co dzieje się w KMP w Wałbrzychu. A dzieje się bardzo źle, dlatego też alarmujące pisma wysyłają do KWP i KGP oraz do Prokuratury, z nadzieją, ktoś wreszcie poważnie się zabierze, aby policyjną wałbrzyską stajnię Augiasza wreszcie wyczyścić. Informują również i mnie, mając świadomość, że DB2010 czyta co najmniej kilkanaście tysięcy mieszkańców (nie tylko) Wałbrzycha, przez co być może tych wszystkich nieprawidłowości nie da się bezkarnie zamieść pod dywan. I dlatego też do problemów zgłaszanych przez policjantów będziemy jeszcze wielokrotnie powracać.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)