Równo 90 lat upływa od zamachu majowego, dokonanego przez Józefa Piłsudskiego, który przy użyciu części wojska, z poparciem Polskiej Partii Socjalistycznej oraz Polskiej Partii Komunistycznej, obalił demokratycznie wybrany rząd Rzeczpospolitej Polski. W wyniku walk, które trwały od 12 do 15 maja 1926 roku, na ulicach całej Warszawy zginęło, co najmniej, 379 osób (w tym ponad połowa to osoby cywilne - najmłodsza ofiara miała 12 lat)), a ponad 1000 odniosło rany. Najbardziej zażarte boje toczyły się (przy użyciu artylerii i czołgów) przede wszystkim w Al. Jerozolimskich i w Al. Ujazdowskich, w okolicy Belwederu. Wielu oficerów, nie mogących znieść hańby podniesienia ręki na polski rząd i polską konstytucję, popełniło honorowe samobójstwo … w tamtych czasach przysięga i honor miały jeszcze olbrzymie znaczenie.

Po przejęciu władzy, piłsudczycy rozpoczęli czystki, a zwłaszcza czystki w wojsku. Usunięto z niego 30 generałów i ponad 500 oficerów, z których wielu postawiono zarzuty kryminalne, w tym generałom Tadeuszowi Rozwadowskiemu, Włodzimierzowi Zagórskiemu, Juliuszowi Malczewskiemu i Bolesławowi Jaźwinskiemu. Generał Zagórski zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach w 1927 roku i wszystko wskazuje na to, że został on bestialsko zamordowany przez wiernych Piłsudskiemu oficerów, którzy eskortowali go do Warszawy po zwolnienia z więzienia. Ze służby wyrzucony został również bohater I wojny światowej i wojny z bolszewikami w 1920 roku, gen. Stanisław Haller.

W wyniku zamachu dyktatorska pozycja Piłsudskiego została umocniona, ale społeczeństwo nie uzyskało z tego tytułu jakiejkolwiek poprawy swej sytuacji i żadna z zapowiedzianych reform nie została wprowadzona w życie. Za to szybko zbudowano pierwszy na ziemiach polskich obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej, gdzie z satysfakcją wielką, nad uwięzionymi (bez wyroku sadowego) przeciwnikami Piłsudskiego, znęcał się płk. Wacław Kostek-Biernacki, komendant tego obozu.

O Józefie Piłsudskim piszę też w moim felietonie, w dzisiejszym wydaniu tygodnika DB2010 (str. 8). Zachęcam też do przeczytania kilku moich refleksji z wczorajszej rozprawy w Sądzie Okręgowym w Świdnicy, w sprawie rozpoznania apelacji funkcjonariuszy z I KP, skazanych w I instancji, za brutalne pobicie na terenie komisariatu Pawła R. (str. 3).

PS. Proponuję również lekturę mojego felietonu (zapomniałem zamieścić go tu wcześniej) z DB2010 z 05.05.2016 str. 2 - Drzewa absurdu.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Trudno się pisze o prawdziwych wydarzeniach, kiedy wkoło, od ćwierćwiecza, zwycięska (po 1989 roku) prawica, zatruwa umysły młodych Polaków, a tym starszym sączy jad nieprawdy i nienawiści do tych, którzy o prawdę starają się upomnieć. Później taki jeden z drugim polityk, dziennikarz, literat czy inny chwalca bohaterskich czynów tych, którzy niby od 1944 do 1989 roku z bronią w ręku walczyli o Wolna i Demokratyczną Polskę, strasznie się dziwuje, że w takim Białymstoku neofaszyści wylegają chmarami na ulice miasta i nawet w kościele ksiądz faszysta płomienną chwalbę na ich część wygłasza.

I nie zdaje sobie sprawy, taki jeden z drugim dureń, że to właśnie efekt gloryfikacji haniebnych czynów owych „żołnierzy”, którzy walcząc z „komuną”, mordowali niewinnych ludzi. Dzieci, kobiety, starców, a także mężczyzn, których jedyną winą było tylko to, że nie chcieli walczyć, jeno po prostu zacząć normalnie żyć. Albo tylko dlatego, że byli innej narodowości lub wyznania.

Żadna zbrodnia nie ma jakiegokolwiek wytłumaczenia … ale nie w katolickiej i pseudodemokratycznej Polsce, zwanej III i IV Rzeczpospolitą. W tej Polsce najbardziej ohydna zbrodnia znajduje usprawiedliwienie i traktowana jest jako czyn wyjątkowo bohaterski, jeżeli jej ofiarami byli (BĘDĄ ???) ludzie mający odmienne niż prawicowe poglądy, inna wiarę (lub w ogóle niewierzący), lub inną narodowość. Taką mentalność, taka etykę, prezentują ludzie prawicy, poczynając od Lecha Wałęsy, poprzez Lecha Kaczyńskiego, Bronisława Komorowskiego i Andrzeja Dudę, którzy jako byli i obecni przedstawiciele wszystkich (ponoć) obywateli Rzeczpospolitej uważają, że innych (m.in. takiego jak ja) można po prostu zastrzelić jak psa pod płotem.

Sorry … zapędziłem się. W obecnych czasach zastrzelenie pod płotem psa, jest karalne i grozi sprawcy odsiadką. Ciekawe co sobie myślą rodziny pomordowanych przez dzisiejszych „bohaterów”. Bo tego, co myślę osobiście nie napiszę, albowiem Mama uczyła mnie, abym publicznie słów wulgarnych i obelżywy wobec innych osób nie używał.

 Tak grzebano szczątki bohatera w dniu 24.04.2016 - zastanawiam się, jak pochowano w dniu 24.06.1944 jego ofiary - kobiety, dzieci, staruszki i nieliczni dorośli mężczyźni. Foto. Gazeta Wyborcza z d 25.04.2016

I na to chciałem zwrócić uwagę swym felietonem w dzisiejszym numerze DB2010 (w załączniku – str. 6)

 

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-17-289-z-28.04.2016-r.pdf)DB2010 z 28.04.2016 str. 6
Napisz komentarz (2 Komentarze)

Z jednej strony minister Błaszczak – to ten od MSWiA – opowiada o trudach policyjnej służby i konieczności wprowadzenia odpowiadającego tej służbie poziomowi wynagrodzenia, a z drugiej strony, jego rządowy kolega wszystkim funkcjonariuszom pokazuje fucka, nie zawracając sobie głowy tzw. opinią publiczną, a już zwłaszcza tym, co o tym sądzą byli i obecni policjanci. Chodzi o działacza Ruchu Narodowego, Marcina Falkowskiego, który został skazany prawomocnym wyrokiem ( wyrok sądu apelacyjnego z dnia 05.01.2016) na 6 miesięcy pozbawienia wolności za skopanie funkcjonariusza Policji wykonującego swoje obowiązki służbowe.

W sprawie tej Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro zdecydował, że Marcin Falkowski na razie nie pójdzie do więzienia i skorzystał z przysługujących mu uprawnień zapisanych w znowelizowanym ponownie kodeksie postępowania karnego. Wykorzystując te uprawnienia, zdecydował z urzędu o wstrzymaniu wykonania kary do czasu zbadania zasadności złożenia wniosku o ułaskawienie przez prezydenta. W tym celu wystąpił do właściwego sądu o przekazanie akt sprawy, o czym obywateli poinformowało Ministerstwo Sprawiedliwości w przesłanym w poniedziałek do PAP komunikacie. Jak myślicie? Jaka będzie decyzja najważniejszego (tylko nominalnie) urzędnika państwowego? Wiem, wiem, że to pytanie to niesamowita łatwizna ...

Narodowcy się cieszą, a ty policjanci przed narodowcem czapkę z głowy zdejm, a kiedy ci nakopie, to jeszcze mu podziękuj. Jeżeli tego nie uczynisz, to kto wie, może ci jeszcze żeby wybić i zażądać odszkodowania za ból w pięści, którą ci szczękę pogruchotał.

Chociaż z drugiej strony zastanawiam się, czy to nie przypadkiem kara boska, za kopanie obywateli przez licznych panów w mundurach. Ich także - tych kopiących - państwo chroni wszelkimi siłami, a więc może Opatrzność dała pierwszy znak, że coś z tym nareszcie trzeba zrobić?

 Po tej niewesołej refleksji zapraszam do lektury mojego felietonu (str.2) w DB2010 Z 21.04.2016)

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-16-288-z-21.04.2016-r.pdf)DB2010 z 21.04.2016 str. 2
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Przykładów tego, z jaką bezpretensjonalną prostotą prezes Jarosław rozgrywa swój mecz z Platformą Obywatelską i Nowoczesną, budzi mój podziw, mimo, że do prezesa Jarosława i całej jego formacji politycznej odczuwam coraz większą niechęć. I dzieje się tak, chociaż jednocześnie podobają mi się niektóre pociągnięcia prezesa, albowiem wprowadza powoli w życie prawa, w jakich ja w młodości byłem wychowywany i do których uczono mnie szacunku. Już coraz częściej, co bardziej zorientowani ludzie, zaczynają zauważać, że Polska PiS, to PRL bis. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie te odrażające postaci, które z otchłani PiS co rusz się wyłaniają. Doszło do tego, że kiedy w telewizorach zobaczę ich mordki – kurna, jak one wszystkie do siebie podobne wyrazem – to albo kanał natychmiast zmieniam, albo głos wyłączam, aby tego słowotoku, tego niesamowitego bełkotu, który w ustach każdego z osobna brzmi jednako, jakby odtwarzany był z jakiejś płyty CD.

Nie chce mi się już nawet na ten temat pisać, więc tylko zachęcam do przeczytania mojego felietonu z dzisiejszego nr DB2010, Pokersachy prezesa na stronie 4. Zresztą poświęconego prezesowi Jarosławowi.

Na koniec dodam, że bardziej wolę sprawiedliwość i prawo, niż Prawo i Sprawiedliwość. I myślę, że chyba nie ja tylko.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-15-287-z-14.04.2016-r.pdf)DB2010 z 14.04.2016 str. 4
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

PiS idzie jak burza, nie zwraca uwagi na jakiekolwiek pohukiwania opozycji, która zdaje sobie sprawę, że żadnymi realnymi możliwościami, by zatrzymać PiS w drodze do pełni władzy, władzy autorytarnej, nie dysponuje. Prezes Jarosław zadufany w swe możliwości i zawsze mięknie stanowisko UE wobec jakiegokolwiek problemu, w nosie ma to, o czym mówi Komisja Wenecka, Rada Europy, czy wreszcie Parlament UE. Spogląda na Orbana i utrzymuje pogodę ducha, ponieważ Orban zrobił co, chciał i tylko leciutko ustępując, wprowadził na Węgrzech rządy silnej ręki. I co może dziwić, większości Węgrów to się akurat podoba.

Wiele z tego, co prezes Jarosław w Polsce wprowadza bardzo mi się podoba, bo sam od lat na takie właśnie rozwiązania oczekiwałem. Problem więc – w mojej ocenie - nie leży po stronie uchwalania nowych praw, bo problem jest w ludziach, których prezes Jarosław stawia na czele organów, które nowe (i stare) prawa mają wprowadzać w życie. A tu już wieje grozą. Prezesowi po prostu brak ludzi mogących sprostać demokratycznym wyzwaniom, albowiem do PiS trafiają bardzo specyficzne jednostki. I co ciekawe, wszyscy oni mówią i myślą, jakby wyszli spod jednej sztancy. A to, co mówią i czynią, powoduje, iż coraz więcej Polaków zastanawia się, czym się to wszystko skończy i czy nie będziemy mieli znów czegoś w rodzaju PRL-bis., czyli państwa, które będzie zawsze lepiej wiedziało od nas, co dla nas jest najlepsze.

Cała nadzieja w tym, że w UE nie lobią ludzi, którzy polityków tzw. zachodu uważają za prostaków i durniów. Im głośnie będzie wyrażał się minister Waszczykowski, im minister Ziobro więcej listów i połajanek do UE będzie kierował, tym większa szansa, że wreszcie tak mocno im na odciski nadepną, że UE zastosuje to, co prezesowi na razie tylko po nocach się śni, jako senna mara. Bo na pewno w skrytości ducha prezes Jarosław myśli o tym, co zrobić, kiedy UE zakręci Polsce kurek z kasą. Bo wtedy cały plan prezesa runie jak domek z kart, bo na dodatek lud się oburzy i na ulice wyjdzie, by bardzo mocno dymić.

I wtedy, kiedy prezes Jarosław już tylko pilotem do telewizora rządzić będzie, zostaną po nim dobre rozwiązana i wystarczy tylko postawić na odpowiedni ludzi. Tyle, że jeżeli do władzy znów dorwie się Platforma, to będzie jeszcze gorzej. Ale zdaje się, że chyba dzielić się będzie, co lewicy tylko na dobrze wyjdzie. Bo Platforma to prawica z krwi i kości i nigdy ufać jej nie należy bo prawy do lewo, tylko w piosence Kayah sympatycznie brzmi …

A powyższy tekst tylko pozornie nie ma wiele wspólnego z treścią mojego felietonu w wczorajszym numerze DB2010 na stronie 4.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-14-286-z-07.04.2016-r2.pdf)DB 2010 Z 07.04.2016 str. 4
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Posiedziałem trochę w czytelni biblioteki „Pod Atlantami” i poszperałem w rocznikach "Trybuny Wałbrzyskiej" poczynając od 1980 roku i przez 3 dni przejrzałem raczej gruntownie lata 1980 – 1986. Ponieważ zacząłem od 1986 roku, więc dopiero wczoraj natrafiłem na artykuł red. Zbigniewa Mosingiewicza w numerze 31 z 24-30.07.1984 roku zatytułowany „Niebezpieczne zabawy. Miała być sensacja ...”. Okazało się, że się pomyliłem, co do daty tego zamachu terrorystycznego, dlatego niniejszym prostuję. Miał on miejsce w dniu 31 marca 1984 roku. A więc 32 lata temu.

Po przeczytaniu tegoż artykułu stwierdziłem – któryż to już raz – że ludzka pamięć jest jednak zawodna, bo okazało się, iż ustaleni przez nas sprawcy nie byli uczniami i mieli już po 19 lat, a ładunek podłożyli bezpośrednio pod stającą na parkingu oznakowaną „nyskę”. Wybuch nastąpił w kilka minut po tym, jak obok zatrzymała się inna milicyjna „nyska”, z której wysiedli milicjanci wracający ze służby patrolowej. Pojazd ten na szczęście odjechał zaraz do innych zadań, tak że zniszczeniu uległ tylko jeden samochód. To tyle, jeżeli chodzi o nieścisłości, jakie podałem w moim felietonie.

Ale przy okazji zorientowałem się, że i red. Z. Mosingiewicz nie napisał całej prawdy. Prawdopodobnie została mu ona przekazana z pominięciem kilku istotnych szczegółów, z uwagi na to, że nie do pomyślenia było, aby polska robotnicza młodzież, w socjalistycznej ojczyźnie, dokonała zamachu terrorystycznego i to jeszcze na przedstawicielki władzy. Pamiętam bardzo dokładnie nasze pierwsze z nimi rozmowy, w których ujawnili motywy swego postępowania. I wyraźnie opowiadali, że była to „zemsta” za to, iż swego czasu na wałbrzyskim Rynku dostali solidne pałowanie, kiedy się tam całkiem przypadkowo znaleźli, a trwała tam akurat jakaś solidarnościowa zadyma. Być może szybko ich uświadomiono, że taka motywacja będzie dla nich niekorzystna, bo sąd oceniać to będzie jako akt terroru, więc chyba lepiej dla nich, aby mówili, iż uczynili ten fajerwerk z głupoty, po to tylko, aby wywołać sensację. A może tylko tak ich motywację przekazano Z. Mosingiewiczowi. Z powodów cenzuralnych oczywiście.

Faktycznie ustalenie tych chłopaków dokonaliśmy z „Dziadkiem” we dwójkę, albowiem Franko bez przerwy miał coś innego do załatwienia. No i zapomniałem dodać, że mieliśmy do naszej dyspozycji służbową czarną „wołgę”, którą „powoził” Leszek W., którego nie traktowaliśmy jako jedynie kierowcę, ale pełnoprawnego członka grupy. Tak więc i on miał swój istotny udział w wykryciu sprawców, pomijając fakt, że to właśnie on znalazł owe części bomby i mechanizmu zegarowego, czyli po prostu budzika, którego użyli sprawcy i który stał się tą nitką, jaka nas do kłębka doprowadziła.

Przez chyba 3 tygodnie wygarnęliśmy z rożnych górniczych domów niesamowite ilości materiałów wybuchowych, co jak się okazało było efektem tego, że górnicy stosowali go jako nawóz w swoich ogródkach. Autentyczne. I wynosili go z kopalni, chociaż był to materiał szczególnie reglamentowany. Odnaleźliśmy też sporą ilość zapalników i przewodów strzelniczych, a także jakieś kradzione opony i części samochodowe. Zajmując się prześwietlaniem sporej grupy ludzi, zdobyliśmy mocne materiały zdrady małżeńskiej pewnej pani, ale doszliśmy do wniosku, że nie ujawnimy to jej mężowi górnikowi, bo nas bardzo niesympatycznie potraktował. Autentyczne.

Któregoś dnia weszliśmy na przeszukanie do jakiegoś domku pod Wałbrzychem i piwnicy znaleźliśmy nie tylko sporo materiału wybuchowego, ale również i fanty pochodzące z kradzieży. Okazało się, że kilkadziesiąt minut przed nami byli tam funkcjonariusz z SB (grupy powołanej do wyjaśnienia tej sprawy) i nic nie znaleźli. Nie dało się ukryć tego obciachu, bo oni zdążyli już złożyć swemu szefostwu relację, a tu my wjeżdżamy z całym tym majdanem i zatrzymanym.

Po zakończeniu tej sprawy zostaliśmy zaproszeni (tzn. nasz z-ca mjr. Jerzy G, kpt. Jerzy Konarzewski ps. Dziadek, kpt. Franek Korbal ps. Franko, por. Janusz Bartkiewicz ps. Gulka i st. sierż. Leszek W. ps. Mały) przez majora Józefa K., naczelnika ówczesnego Wydziału III SB w Wałbrzychu na „imprezkę” do restauracji w milicyjnej bursie przy ul. Kościuszki w Szczawnie Zdroju. Nikogo „od siebie” nie zaprosił, bo jak się wyraził, a co ja słyszałem osobiście, nieroby mają wziąć się za robotę. Autentyczne.

Mieliśmy niezły ubaw, bo mjr. Jerzy G., nie pijał w ogóle alkoholu, a tu nie wypadało mu nie pić, no i trochę „pociągnął”, co na drugi dzień bardzo odchorował. Imprezę finansował mjr. Józef K, a właściwie to już ppłk., albowiem za wykrycie sprawców zamachu terrorystycznego, awansował na wyższy stopień oficerski. Nasz „zastępca” otrzymał talon na „malucha”, a nam przyznano nagrody finansowe w wysokości tak żenującej, że nawet nie wypada wspominać. Tak bywało wtedy i zapewne tak bywa obecnie, że do roboty byliśmy my, a do poważnych nagród, szefostwo. Stare dzieje ….

Napisz komentarz (0 Komentarzy)