Zastanawiałem się o czym napisać w swym odautorskim komentarzu do felietonu „Wyszło szydło z worka” z nr 39 tygodnika DB 2010 (w załączniku) i wyszło mi, że w zasadzie, to co miałem w tej materii do powiedzenia, napisałem w poniższym tekście. W jednej chwili zdałem sobie sprawę, że nie ma czego komentować, bo czasy mamy takie, ze w zasadzie można już tworzyć jeno same autoplagiaty. A takie pisanie jest nie tylko dla autora nużące, ale przede wszystkim dla czytelnika. Bo ile razy można pisać o tym samym? Ale po chwili zastanowienia, doszedłem do wniosku, że przecież staram się opisywać skrzeczącą rzeczywistość i nie moją winą jest, iż ona właśnie bez przerwy jawi się jako polityczny autoplagiat radosnej politycznej twórczości nadprezesa IV RP Jarosława. Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak zakasać rękawy i musnąć opuszkami palców ileś tam razy moją już nieco wysłużoną klawiaturę. Bo szydło z worka wyłazi każdego dnia.

* * *

No i nic mi do głowy nie przychodzi. Poprzestanę więc na tym ...

 

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-39-311-z-06.10.2016-r.pdf)DB2010 z 06.10.2016 str. 6
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

W felietonie „Myślę więc wątpię” (w załączniku) najwięcej miejsca poświęciłem problemom z funkcjonowaniem polskiej prokuratury, a więc dzisiejszy odautorski komentarz temu właśnie zagadnieniu poświecę. Wiadomo jest, że przez wiele lat (bez mała całe ćwierćwiecze) poświeciłem się walce z tymi, którzy z różnych powodów dopuszczali się łamania prawa, a w zasadzie z tymi, którzy dopuszczali się najcięższych zbrodni, takich jak napady z bronią w ręku, porwania, a przede wszystkim zabójstwa. Walcząc z tym przestępczym światem, w bardzo wielu przypadkach musiałem współpracować z rożnego rodzaju prokuratorami, którzy prowadzone śledztwa nadzorowali. Jednakże z uwagi na to, że zajmowałem się działaniami, które nie podlegały nadzorowi prokuratury (czynności operacyjne policji), moje kontakty z nimi miały bardzo równoprawny charakter, ale zawsze byłem świadkiem wielkiego ich profesjonalizmu, który było łatwiej mi ocenić, bo w odróżnieniu od moich kolegów, posiadałem dosyć gruntowne wykształcenie prawnicze, nabyte zanim wstąpiłem szeregi Policji (dawniej Milicji). Moje doświadczenie zawodowe, osiągane wyniki oraz zdolności prowadzenia skomplikowanych działań wykrywczych, spowodowały, że w 2002 roku Prokurator Okręgowy w Świdnicy Jerzy Kasiura zwrócił się do Komendanta Wojewódzkiego Policji we Wrocławiu, aby to właśnie mnie, przekazać do dalszego prowadzenia czynności zmierzające do ustalenia i zatrzymania domniemanego trzeciego sprawcy zabójstwa wałbrzyskiego antykwariusza, które miało miejsce w marcu 2000 roku. Do tego momentu z czynnościami wykrywczymi związanymi z tą sprawą nie miałem żadnego związku.

Zrobiłem swoje i nie tylko trzeciego, ale również dwóch pozostałych bandytów ustaliłem, co dla prokuratury stało się bardzo niewygodne. Niewygodne stało się dlatego, że w czasie kiedy przekazano mi sprawę, w świdnickim sądzie okręgowym toczył się już proces przeciwko dwóm małolatom, których oskarżono o dokonanie tego zabójstwa, nie przedstawiając żadnych (dosłownie) dowodów winy. Oparto się na bredniach jednego smarkacza i aby uniemożliwić obalenie dowodu z jego zeznań, nadano mu status świadka incognito, a oskarżenie oparto na „zamykającym się łańcuchu poszlak wskazujących (ponoć) na fakt główny.” Zaprawdę nie trzeba było być prokuratorem po prawniczych studiach i aplikacjach, aby po zapoznaniu się z treścią zeznań owego „anonima” wyrzucić je hurtem do kosza na śmieci, ale prokuratorzy różnego szczebla (z Prokuraturą Generalną/Krajową włącznie), jak i osoby w sędziowskich togach (nawet Sądu Najwyższego) nie byli w stanie, a później nie chcieli dostrzec jawnych i cynicznych kłamstw tegoż świadka, co wyłaziło w każdym zapisanym w protokole przesłuchań zdaniu. Łańcuch poszlak stworzono zaś w ten sposób, że na świadków (a jakże, incognito) powołano matkę, kolegę i koleżankę dziewczyny głównego oskarżonego.

Warto przy tym zwrócić uwagę, że ich zeznania nie dotyczyły w najmniejszym stopniu drugiego oskarżonego, a więc został on skazany tylko dlatego, że był przyjacielem pierwszego i feralnego dnia rozmawiał z nim (jak przez lata) przez telefon. Bo nawet okazanie go anonimowi dowodem być nie mogło, ponieważ w pierwszym, drugim i trzecim okazaniu, chłopaka tego nie rozpoznał (mimo że się doskonale prywatnie znali), a rozpoznał go dopiero na okazaniu w trakcie procesu. Widać żadnego znaczenia dla tychże prokuratorów i sędziów nie ma dyrektywa, że okazania można dokonać tylko raz, a rozpoznanie może być tylko w tzw. 100%. Ale główny problem polega na tym, że zarówno owi wszyscy prokuratorzy, jak i sędziowie nie byli w stanie, bądź nie chcieli zrozumieć, że zeznania pozostałych świadków anonimowych w żaden sposób nie zamykały tego domniemanego łańcucha poszlak, bo zamknąć nie były w stanie. Otóż ci świadkowie zeznali JEDYNIE, że anonim nr 1 coś im opowiadał. Nic więcej.

Gdyby zatem toczył się proces dotyczący tego, czy anonim ten mówił im coś, czy nie, to ich zeznania miałyby wartość dowodu. Ale nie w tym procesie, który dotyczył tego, czy oskarżeni dopuścili się zbrodni zabójstwa. W tej sprawie wspomniani prokuratorzy i sędziowie przyjęli następujący tok myślenia: jeżeli osoba A mówi, że widziała i rozmawiała z ufoludkiem, a osoby B, C i D, zeznają, że osoba A im o tym spotkaniu opowiadała, to sąd musi uznać, że ufoludki istnieją i osoba A miała z nimi osobisty kontakt. I na takim właśnie domniemaniu sąd I instancji i wszystkie następne również, tych dwóch chłopaków skazały tylko dlatego, że prokuratorzy nie przeprowadzili własnoręcznego śledztwa, a jedynie oparli się na tym, co im przynieśli policjanci, a następnie (dla sukcesu?) bronili tego, jak Jaruzelski socjalizmu. Gdyby znalazł się chociaż jeden prokurator ( a później sędzia), który potrafiłby oddzielić plewy od ziarna, który zmusiłby do pracy kilka swoich szarych komórek, to prawdziwi sprawcy dawno by siedzieli za kratami, a ci niczego winni chłopcy, nigdy by tam nie trafili. No i ponadto skazany zostałby i trzeci sprawca, którego podałem prokuraturze na tacy, ale ona nie chciała z tego skorzystać, bo zepsułoby to wymiarowi sprawiedliwości wielki sukces, jaki osiągnął skazując niewinnych małolatów.

* * *

Piszę o tym dlatego, że kontakty z organami ścigania i wymiarem sprawiedliwości, jakich miałem okazję doświadczyć (w 98%nie swoich) sprawach, spowodowały, że przestałem wierzyć w profesjonalizm dzisiejszy prokuratorów i sędziów. Kilka, czy kilkanaście chlubnych wyjątków, przekonania mojego nie zmieniają.

Dyrektor Biura Kadr Prokuratury Krajowej – Jarosław Hołda – w jednym z publicznych wystąpień stwierdził, że 60% szeregowych i 80% funkcyjnych prokuratorów jest uwikłanych w rożnego rodzaju „układy”. Nie wiem czy tak jest, ale wiem, że wśród nich zbyt wielu jest różnego rodzaju ignorantów i ludzi, którzy dopuszczają się jawnego łamania prawa, w czym im niesamowicie pomogły rządy Platformy Obywatelskiej. A przed odpowiedzialnością za takie czyny, chroni ich właśnie prokuratorski, niekonstytucyjny, immunitet, który czas najwyższy zlikwidować. I chociaż do Zbigniewa Ziobry mam bardzo, ale to bardzo, ograniczone zaufanie, to myślę, że czas najwyższy, aby nie tylko w prokuraturze, ale i wymiarze sprawiedliwości zrobić wielkie wietrzenie.

 Parę dni po odzyskaniu wolności - przed siedzibą Radia Wrocław w Wałbrzychu, przed nagraniem wywiadu

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-38-310-z-29.09.2016-r.pdf)DB2010 z 29.09.2016 str. 10
Napisz komentarz (15 Komentarzy)

Zamiast własnego odautorskiego komentarza pozwolę sobie przedstawić tu pewne zadziwiające zdarzenia, jakie miały ostano w Polsce miejsce. Dotyczy to oczywiście spraw związanych z PiS, albowiem treść mojego felietonu (w załączniku) tegoż PiS również dotyczy.

Biskup z Opola Andrzej Czaja:

„O ile PO deptało czy sprzedawało pewne wartości, to mam wrażenie, że teraz niektórzy ludzie z PiS-u depczą ludzką godność i w ogóle się nie liczą z tym, co człowiek myśli, jakie ma pragnienia, potrzeby i - przede wszystkim - jakie ma prawa. (…) Emocje eskalują. Niestety, nie jest tak, jak mówiono przed wyborami, że będzie się słuchać głosu ludu. Głosu ludu absolutnie nikt nie posłuchał. To jest duży dramat i problem. (…) Jeżeli nie zdystansujemy się do pewnych pociągnięć obecnie rządzących - tak jak robiliśmy to wcześniej - i jeśli nie będziemy pilnować elementarnej prawności i uczciwości, praw ludzkich, godności człowieka, to będą nas wiązać z PiS-em. Kiedyś przyjdzie inna władza i może to pójść w skrajnie inną stronę. A może pójść na zasadzie >odbicia<, jeśli tak dalej będzie. (…)”

Proboszcz parafii św. Andrzeja w Zabrzu, w odniesieniu do tablic parafialnych tego kościoła, w których działacze PiS rozwiesili plakaty zachęcające wiernych do pójścia na film „Smoleńsk” : „Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska.”

Doskonale wiem, że nawet dwie jaskółki wiosny nie uczynią, ale widać wyraźnie, że w polskim kościele nie tylko z Międlarami mamy do czynienia. Powoli nawet do świątyń zaczyna docierać rozsądek i świadomość tego, czemu Kościół ma służyć. Bo na pewno nie prawicowym politykom, albowiem Polacy mają różne poglądy polityczne, a zdecydowana ich większość do tegoż Kościoła, a nie PiS przynależy.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-37 22.09.2016.pdf)DB2010 nr 37 z 22.09.2016 str.6
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Absolutnie nie dziwi mnie to, że kiedy swoje niektóre przemyślenia przeleję na papier i opublikuję, z reguły już po kilku dniach odnajduje w prasie artykuły, które nadzwyczaj mocno korespondują z tym, co wcześniejszej napisałem. Nie dziwi mnie to, albowiem jest dowodem, że podobnie myślących jak ja jest znacznie więcej, a na pewno więcej niż wydaje się głupkom bredzącym swoje „cimoje boje1” o rządach zdrajców, drugiej okupacji Polski w latach 1944 – 1989, oraz innych horrendalnych bzdur będących widocznym efektem nie tylko braku tzw. kindersztuby, ale też prawicowego oszołomstwa politycznego i intelektualnego. Ale dosyć o tym.

Do mojego felietonu pt. Wróci Waldenburg?, zamieszczonego w DB 2010 z 14.08.br. (patrz załącznik), zamiast odautorskiego (jak zawsze) komentarza, przywołam fragment z artykułu Krzysztofa Pilawskiego zatytułowanego Okupacja umysłów z tygodnika Przegląd, nr 37 z 12-18.09.2016, którego lekturę akurat ukończyłem, a innym szczególnie polecam.

”(…) Skutki pięcioletniej okupacji hitlerowskiej na ziemiach polskich, śmierć ok. 5,5 mln Polaków i polskich Żydów, przytłaczają i przerażają. Jak można je zestawiać z okresem Polski Ludowej, w czasie którego liczba ludności wzrosła o 14 mln, zlikwidowano analfabetyzm, zbudowano tysiące nowych szkół, znacznie rozbudowano – w porównaniu z przedwojenną – sieć uczelni, instytucji naukowych, bibliotek, muzeów. Powszechnemu oświeceniu edukacyjnemu i kulturalnemu towarzyszyła elektryfikacja, zagospodarowanie odebranych Niemcom ziem zachodnich, uprzemysłowienie, nienotowany wcześniej ani potem rozwój miast. Milionom Polaków zapewniono warunki awansu społecznego, a kraj wydobyto z kilkusetletniego zacofania i nędzy. Porównanie PRL do okupacji hitlerowskiej znieważa zarówno ofiary okupacji, jak i te generacje, które miały udział w powojennej odbudowie z ruin i rozwoju kraju.

Uznanie PRL z okupację musiałoby pociągnąć za sobą zanegowanie „okupacyjnych” granic (wszak tzw. żołnierze wyklęci powtarzali: „Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa, druga mała ale silna i wrócimy znów do Wilna”), uchylenie w całości „okupacyjnego” prawa: ustaw, umów i traktatów międzynarodowych, wyroków sądów, decyzji administracyjnych, aktów notarialnych itp. Tymczasem nawet dekret PKWN o reformie rolnej z 1944 r. i ustawa o nacjonalizacji przemysłu z 1946 r., fundamenty, na których budowano PRL, mają wciąż status obowiązujących aktów prawnych. (…) Skoro obecne państwo wyrasta z okupacji, rodzi się pytanie o legalność rządów Prawa i Sprawiedliwości, które doszło do władzy na podstawie obecnej konstytucji oraz wynikających z niej ustaw.”

Nic dodać, nic ująć.

Powyższy fragment art. Krzysztofa Pilawskiego wskazuje, jak straszną pustkę muszą mieć w głowach ci wszyscy, którzy brednie o „drugiej okupacji” głoszą i nic to, że niektórzy z nich posiadają wyższe wykształcenie, a niekiedy nawet tytuły naukowe.

Z pradziejów

Łowiec w krzach czeczota iszcze,
Kneź w dworzyszczu wziął zydliszcze,
Siadł, zagędźbił na podkurek,
Zaraz kur wór wniósł chór dwórek.
Rozdźwierzyły się podwoje,
Pojedynczo, lub po dwoje
Wchodzą przaśni, kraśni woje
Ni gieroje, ni playboje,
Gwarząc swoje ćmoje-boje.

Grzmią pokrzyki "Sława, sława!"
I knehini Pipkosława
U przedproża-zaporoża
Kiej problem na ostrzu noża
Lub kiej na gondoli doża
Ta detyna boża stawa
Wywołując grzmiące brawa.
Iście to magnacka feta,
W sosie własnym wajdelota,
I filety z filareta
I kompoty z Wizygota
Tur w bratrurze,
Żubrze udźce,
Wszyscy nuże
Chap za sztućce,
Ale kneź przed tą zabawą
Chciał wystąpić z mową-trawą -

Już się podniósł,
Wsparł o blat się,
Kiwnął w przód się
Oraz w zad się,
I rzekł w średniowiecznej mowie:
- Mociumichmośćwaćpanowie!
Jako wieda ano spokąd,
Dadźbóg raciąż do nipokąd,
Brzęczyszczeje dyćka dziewierz,
Grzymidojda sierdząc nie wiesz!
Ady ino kićki dziopa
Cimcirymci Hryćka kopa?
Ady ino ćwiąka łajba,
Ano bździąg odbita szajba
Ano gwoździec! Uździec ano!

Tu owacją mu przerwano,
Na ramiona go porwano,
Udzielono mu poparcia
I zabrano się do żarcia.
Choć po prawdzie z całej mowy
Nikt nie pojął ni połowy,

Gdyż kneź mówił o tych rzeczach
Raczej w stylu średniowiecza,
Zasię młodsze pokolenie
Znało tylko odrodzenie,

Więc nie doszła ich kneziowa
Mądrość niedościgła...
- To skąd te brawa wpół słowa?
- Bo kolacja stygła!

 

1Andrzej Waligórski – Z pradziejów

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-36-308-z-14.09.2016-r.pdf)DB 2010 z 14.09.2016 - str. 6
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Tekst zamieszczony w nr DB 2010 z 1-go września br. nie jest relacją z jego przebiegu, bo nie z takim zamiarem jechałem do Sądu Okręgowego Świdnicy. Nie jestem sprawozdawca sądowym lecz felietonistą, a więc to co pisze stanowi wyraz mojego osobistego spojrzenia na sprawę, a więc nie zawsze zgodnego, z tym, co organa ścigania ustaliły, jak i z tym, co obrona (oskarżeni) przed sądem mówią. Ale zawsze zgodne z faktami, nad którymi sąd się pochyla, lub do których doszedłem sam przy pomocy mojego wścibskiego nosa. Plotkami i ewentualnymi pomówieniami nie zajmuję się, a więc nie będę ich przywoływał. Aczkolwiek niekiedy warto (co też niekiedy czynię) odwołać się do tego, co mówi tak zwana ulica, z zaznaczeniem, że głos ulicy nie może być żadnym dowodem. Ale jakąś wskazówką zawsze. Zwłaszcza dla organów ścigania.

* * *

Polskie przepisy procesowe nie wymagają od oskarżonego, aby to on wywiódł dowód swej niewinności, bo to na oskarżycielu ciąży taki prawny obowiązek. Oskarżony ma prawo do mówienia nieprawdy, ale pod warunkiem, że nie będzie tą nieprawdą pomawiał innych osób, bo wówczas może spotkać się z zarzutami karnymi. Może jednak zwyczajnie kłamać i jeżeli oskarżenie, jak i sąd, tego kłamstwa nie wychwycą, to kłamstwo owo staje się korzyścią dla oskarżonego. Zatem im mocniejsze dowody oskarżenia zostały zabezpieczone i zgromadzone, oraz im bardziej sprawny intelektualnie jest sąd i prokurator, tym szanse faktycznego sprawcy są mizerne. Tak samo zasada ta działa w drugą stronę, czyli wtedy, kiedy oskarżona jest osoba niewinna. Wtedy decydujące znaczenie dla oskarżonego ma intelektualna sprawność zarówno obrońcy, jak i sądu. Niestety, niekiedy na salach sądowych grozą wieje, także z braku tego istotnego przymiotu.

* * *

Oskarżony może też odmówić odpowiedzi na wszystkie, albo na poszczególne pytania, jakie są mu zadawane (art. 175. § 1 kodeksu postępowania karnego). Jednym słowem oskarżony ma prawo w ogóle milczeć, co jest prostą konsekwencją zasady „domniemania niewinności” wynikającą nie tylko z przepisów k.p.k., ale przede wszystkim z Konstytucji RP, która w art. 42 ust. 3 stanowi, że : „Każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu.” Dlatego też odmowa obu oskarżonych na udzielanie odpowiedzi na pytania zadane przez prokuratora i oskarżyciela posiłkowego, zdziwiła mnie tylko trochę. Piszę o tym w felietonie „Proces trwa” w DB 2010. Nie wiem, czy w śledztwie obydwaj ci policjanci również odmawiali udzielania odpowiedzi, a to oświadczenie przed sadem było tylko tego konsekwencją, czy było też zgoła inaczej. Mam wrażenie, że jednak w śledztwie odpowiedzi udzielali, o czym przekonuje mnie wielce zdziwiona mina prokuratora, kiedy takie oświadczenie (pierwsze) padło ze strony oskarżonego Pawła H. Odnoszę nieodparte wrażenie, ze ta odmowa jest efektem obrazy oskarżonych na oskarżyciela, po którym być może nie spodziewali się, że ich POLICJANTÓW PRZECIEŻ zaciągnie na ławę oskarżonych. Tylu przecież przed nimi lało zatrzymanych, a włos im z głowy nie spadł, bo prokuratura nie dostrzegała w tym żadnego przestępstwa. Na marginesie dodam, że zawsze w takich przypadkach dziwie się nadzwyczajnie, dlaczego tym, którzy składają powiadomienia o pobiciu, prokuratura nie stawia zarzutów o zawiadomieniu o przestępstwie, które nie miało miejsca. A powinno to być logiczna konsekwencja takiego oskarżenia.

* * *

Jeżeli oskarżony „obraził” się na prokuratora i nie chce odpowiadać na jego pytania, to prokurator ma zawsze prawo zwrócić się do sądu, aby to sąd zadał pytanie sformułowane przez niego. Jeżeli zatem oskarżony uważa się za niewianego, a więc nie ma niczego do ukrycia, na pytanie sądu powinien odpowiedzieć. Chyba, że ma coś do ukrycia. A co można przed sądem ukrywać? Ano, prawdę ! ! ! W filmie reżysera Pasikowskiego „Jack Strong”, amerykański opiekun zdrajcy Kuklińskiego, agent CIA David Forden mówi, że nie trzeba udzielać odpowiedzi, bo wystarcza same pytania. Otóż to. Dziwie się zatem, że prokurator nie skorzystał z takiej możliwości, bo zadając pytanie może je tak sformułować, że brak odpowiedzi, zgodnie z prawem logiki, musi zostać uznana za potwierdzenie. Podam najprostszy przykład. Pada pytanie: czy prawda jest, że oskarżony bił pokrzywdzonego? Proszę powiedzieć, tak, czy nie? Oskarżany nie odpowiada, tym samym potwierdza, ze jednak bił. Dlaczego? Po prostu, gdyby odpowiedział NIE, to odpowiedzią tą niczym by sobie nie zaszkodził, a więc nie ma żadnych przeciwwskazań do jej udzielenia. Odpowiedź TAK, byłaby przyznaniem się do winy i z tego powodu oskarżony milczy.

* * *

Przysłuchując się rozprawie (szkoda, że sala rozpraw jest tak fatalnie nagłośniona) usłyszałem coś, co każe mi podejrzewać, że w ogóle cała ta policyjna interwencja była jakaś szemrana. Tak jakby policjanci pojechali na swego rodzaju polowanie, by ustrzelić „jelenia” godnego skopania. Oskarżony Grzegorz K., będący przełożonym w stosunku do policjantów prewencji w tym komisariacie, mimo,iż jak sam twierdzi miał mnóstwo roboty papierkowej, pojechał (tak sam z siebie) z oskarżonym Pawłem, H w miasto, w celach prewencyjnych. Czyli nie było żadnego zgłoszenia o jakimkolwiek wykroczeniu. Kiedy zauważyli stojących w bramie mężczyzn postanowili, aby sprawdzić ich trzeźwość. I tu jest problem, bo bez wykroczenia badania trzeźwości policjanci NIE MAJĄ PRAWA PRZEPROWADZAĆ. Na komisariat zabrali tylko Piotra Grucę, który chyba też żadnego wykroczenia nie popełnił (polskie prawo nie zakazuje bycia na ulicy w stanie wskazującym), bo oskarżony Grzegorz K. dwukrotnie (bo chyba zdumiony sędzia nie wierzył w to co słyszy i pytanie powtórzył) oświadczył, że oni Piotra Gruce nie zatrzymali. Oni tylko zaprosili go na komisariat, aby sporządzić jakieś dokumenty. Sprawcę przestępstwa lub wykroczenia należy zatrzymać, osoby, która się takich czynów nie dopuściła, zapraszać do komisariatu nie należy, zwłaszcza kiedy jest LEGALNIE pod wpływem alkoholu, a stan ten, ani jemu, ani osobom trzecim, w niczym nie zagraża. Proces trwa.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 I znów mam problem z naszą policją, która jak się okazuje do przepisów prawa ma stosunek bardzo ambiwalentny, czyli stosuje je, mówiąc kolokwialnie, po uważaniu. I tak okazuje się, że na ten przykład polscy policjanci każdego dnia popełniają setki, a może i tysiące naruszeń prawa, a ma to miejsce wówczas, kiedy dokonywują tak zwanej prewencyjnej kontroli trzeźwości użytkowników dróg publicznych czyli kierowców. Z obowiązujących przepisów prawa wynika bez żadnych wątpliwości, że policjant nie ma prawa zażądać tzw. dmuchania w balonik, jeżeli obywatel wcześniej nie dopuścił się jakiegoś konkretnego wykroczenia związanego z ruchem drogowym. Policjant natomiast ma prawo żądania okazania przez obywatela dokumentów tożsamości, prawa jazdy, dowodu opłaty OC, nie podając przy tym żadnego uzasadnienia swego zadania. Takie ma prawo i basta.

* * *

Przeprowadzanie kontroli trzeźwości kierowców reguluje art. 129i ust. 4 ustawy Prawo o ruchu drogowym, ale, co w przepisie tym jest nadzwyczaj klarownie wskazane, w zakresie warunków stosowania badań trzeźwości, odsyła do przepisów ustawy o wychowaniu w trzeźwości (...). Niestety – dla panów policjantów – ustawa ta, również w sposób niesamowicie klarowny stanowi, że badania takie mogą zostać dokonane, jeżeli zachodzi podejrzenie, że przestępstwo lub wykroczenie zostało popełnione po spożyciu alkoholu (art. 47 ust. 1). A zatem, jeżeli kierowca POPEŁNIŁ CZYN, co powoduje, że obowiązujące przepisy nie przewidują tak zwanych prewencyjnych (rutynowych) rutynowych kontroli trzeźwości nie tylko kierowców, ale także i każdego obywatela. Nawet jak jest nawalony jak autobus w samo południe, ale swym zachowaniem nie narusza obowiązujących przepisów. Bo w Polsce spożywanie alkoholu i bycie w stanie po spożyciu w miejscu publicznym, nie jest (na razie) karane.

* * *

Obowiązujące (także policjantów) przepisy są brutalnie proste i łatwe do rozumienia: Ustawy o wychowaniu w trzeźwości (...)

Art. 47

1. Jeżeli zachodzi podejrzenie, że przestępstwo lub wykroczenie ZOSTAŁO POPEŁNIONE po spożyciu alkoholu, osoba podejrzana może być poddana badaniu koniecznemu do ustalenia zawartości alkoholu w organizmie, w szczególności zabiegowi pobrania krwi. Zabiegu pobrania krwi dokonuje fachowy pracownik służby zdrowia.

Ustawa prawo o ruchu drogowym

Art. 129i.

1. Badanie w celu ustalenia zawartości w organizmie alkoholu przeprowadza się przy użyciu urządzeń elektronicznych dokonujących pomiaru stężenia alkoholu w wydychanym powietrzu.

2. Przepisu ust. 1 nie stosuje się, jeżeli stan osoby PODLEGAJĄCEJ badaniu uniemożliwia jego przeprowadzenie urządzeniem elektronicznym lub osoba ta odmawia poddania się takiemu badaniu. W takim przypadku ustalenie zawartości w organizmie alkoholu następuje na podstawie badania krwi lub moczu.

3. Badanie w celu ustalenia zawartości w organizmie alkoholu może być przeprowadzone również w razie braku zgody kierującego, o czym należy go uprzedzić.

4. Warunki oraz sposób przeprowadzania badań, o których mowa w ust. 1 i 2, OKREŚLA ustawa z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi (Dz. U. z 2007 r. Nr 70, poz. 473, z późn. zm)

* * *

Oczywiście, osobiście jestem za prowadzeniem prewencyjnej kontroli trzeźwości, bo mimo wszystko pozwala ona wyeliminować nawalonego drivera z uczestnictwa w ruchu, a więc zwiększyć bezpieczeństwo innych ich użytkowników, ale … No właśnie o to „ale” chodzi”. Już starożytni Rzymianie wymyślili zasadę „dura lex sed lex”, co oznacza, że każde prawo, niezależnie od jego uciążliwości MUSI być przestrzegane. Także więc i policjanci, chociaż ciężko im na sercu będzie, muszą się do prawa zastosować i zrozumieć, że złamanie wyżej cytowanych przepisów może być dla nich bardzo uciążliwe,a nawet niebezpieczne, albowiem może zostać zastosowany wobec nich art. 132 k.k. mówiący o odpowiedzialności za przekroczenie uprawnień.

* * *

Mnie, jako obywatela szanującego prawo, mało raczej obchodzi, że posłowie przez swą gnuśność i głupotę, nie potrafią tego problemu załatwić ustawą (możliwość kontroli prewencyjnej), dlatego też mam prawo żądać od panów i pań policjantów, aby się do prawa stosowali, bo inaczej – niestety – mogą się mocno sparzyć. Tym bardziej, że sama Komenda Główna w piśmie 10 marca 2015 roku l.dz. ER 572/15/AK, skierowanym do naczelnika Wydziału ds. Postępowań Organów Ścigania Biura Rzecznika Praw Obywatelskich, przyznaje:

(…) w momencie wejścia w życie znowelizowanych przepisów ustawy Prawo o ruchu drogowym Policja w zasadzie utraciła możliwość stosowania procedur określonych w zarządzeniu nr 496 Komendanta Głównego z 25.05.2004 r., w sprawie badań na zawartość w organizmie alkoholu lub środka działającego podobnie do alkoholu (Dz. Urzędowy KGP, nr 9, poz. 40 z dnia 15.06.2004) (…) choć stosuje je nadal z powodu braku innych regulacji prawnych zawartych aktach powszechnie obowiązującego prawa.”

* * *

I tu jest pies pogrzebany. Policja uzurpuje sobie prawo do łamania prawa i nawet się tego nie wypiera. A mnie od razu staje przed oczami jeden prokurator z Dzierżoniowa i jeden sędzia z Wałbrzycha, którzy umorzyli postępowanie w sprawie wałbrzyskiego policjanta, który dopuścił się przestępstwa na moja szkodę, albowiem – jak zgodnie stwierdzili – wprawdzie policjant naruszył prawo, ale w jednostce tej (komisariat) jest to powszechnie praktykowane, wobec czego śledztwo podlega umorzeniu. AUTENTYCZNE - mam to na piśmie.

PS. Na temat wałbrzyskiej policji pisze w felietonie pt. Bujna wyobraźnia w nr 33/2016 tygodnika DB2010 (str. 10)- w załączniku.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-33-305-z-25.08.2016-r.pdf)DB 2010 z 25.08.2016 Str. 10
Napisz komentarz (1 Komentarz)