Zalecam dziś szczególnie, zapoznanie się z reakcją na paszkwil niejakiego Langera z Wałbrzycha, na który w dzisiejszym numerze DB 2010 odpowiadają, zaatakowani w prostacki i jednocześnie niesamowicie kretyński sposób, autorzy felietonów tego tygodnika, czyli Andrzej Basiński (str. 4), Stanisław Michalik (str. 5), no i moja skromna osoba (str.6). Każdy z nas pisał to, co mu na sercu leży i nie kontaktując się wzajemnie ze sobą, a jednak nasze odpowiedzi wyraźnie się uzupełniają i pokazują prawdziwa twarz tego "solidarnościowego" potworka.

Nie wiem, czy ów potworek "uszczęśliwia " panów Andrzeja i Stanisława swoimi różnymi elaboratami na swój temat, ale do mnie różne śmieszne (dla mnie oczywiście) historyjki na Messengerze wypisuje. Stąd wiem, jak straszne katusze w komuszej Polsce cierpiał i jak wielkim bohaterstwem się odznaczał. nawet nie ośmielam się je porównywać do czasów, w których mój Ojciec ze swoim bratem, oraz moja mama ze swoją siostrą, a także Dziadek, naprzeciw hitlerowskim żołdakom szli pod gradem kul i artyleryjskich pocisków. Zresztą moi rodzice i ich rodzeństwo, wg rzeczonego Langera, to bolszewickie sługusy, bo szyli wałczyć o wolną Polskę z niewłaściwego dla Langera kierunku. Dobrze chociaż, że dziadek Franciszek (przedwojenny policjant) szedł do Polski przez Tobruk i Monte Casino, chociaż niepotrzebnie zatrzymał się aż do swej śmierci w Londynie. Dobrze chociaż, że dziadek Piotr (uczestnik bitwy o Warszawę w 1920 roku i przedwojenny policjant) był członkiem AK, którego po trzech latach spędzonych na szkoleniu nowej milicyjnej kadry, wylali w 1948 roku ze służby tacy, jak wspomniany Langer. Wylali go tylko dlatego, że przed wojną był policjantem burżuazyjnej Polski, a w czasie wojny należał do AK.

Dziś Langer z całą swoją pisowską zgrają wskoczyli w buty stalinowskich politruków i oprawców, stosując sprawdzone przez nich metody. I przyznać należy, że buty te pasują jak ulał, jakby były szyte na specjalny obstalunek. Dlatego też cieszy się strasznie, iż za sprawą I sekretarza z Nowogrodzkiej, czyli prezesa Polski Prawdziwych Polaków Patriotów i Katolików (PPPPiK), PRL wraca szybkimi krokami, aczkolwiek, celowo chyba, nie wspomina Langer, że chodzi o najgorszy dla Polaków okres, kiedy Polską bezpośrednio rządził satrapa z Moskwy, czyli Polska sprzed 1953 roku. Problem w tym, że ówże Langer z powodu niedostatku wiedzy, nie ma o tym pojęcia i różne ordynarne pierdoły wypisuje.

Niech mi więc rzeczony absolwent zawodówki swoim bohaterstwem oczy nie świeci, bo za to co czynił, wywózka na Sybir (jak całej rodzinę ze strony mojego Ojca i Mamy) mu nie groziła, jak też nie groziła mu śmierć, bo na przeciw kulom, jak wspomniani już moi rodzice, ich rodzeństwo i ojcowie, iść nie musiał. Faktem jest, że był dwa razy zatrzymywany i siedział w ówczesnym milicyjnym areszcie na Mazowieckiej, czy też w AS w Świdnicy, fakt jest, że dwa razy stanął przed sądem, ale nawet jak go skazali na 6 m-cy więzienia, to i tak szybciutko był z haźla wypuszczany.1

Posadzili go to fakt ale musiał mieć przecież świadomość tego, że za łamanie prawa idzie się do pierdla. Tak jest na całym świecie i nawet w III i IV RP też się to stosuje. Ma coś na ten temat do powiedzenia lider prokomunistycznej partii ZMIANA, który już chyba dwukrotnie dłużej niż Langer w pierdlu siedzi, a jeszcze mu aktu oskarżenia nie przedstawiono.

Ja też w marcu 1968 i grudniu 1970 roku latałem po mieście z wymalowaną na plecach tarczą strzelecką, na której jako ślady po przestrzelinach powypisywałem stosowne artykuły Konstytucji PRL, którą wtedy, tak jak dziś PiS, nikt się też nie liczył. I również parę razy pałą przez plecy oberwałem. Pierwszy raz w 1965 roku za to, że nie dałem się milicjantom, którzy na ulicy chcieli mi włosy ogolić, bo nie podobała się im imperialistyczna moda na długowłosych. Ostatni raz w 1974 roku, kiedy zwróciłem (niepotrzebnie zresztą) dwóm milicjantom uwagę, że nie mają podstaw mnie legitymować, a ja nie mam obowiązku noszenia przy sobie dowodu osobistego. I tych swoich "wybryków" przeciw prawu za żadne bohaterstwo nie uważam, aczkolwiek do dziś twierdzę, że za każdym razem słuszność była po mojej stronie.

Powstańcy styczniowi z 1863 roku i ich rodziny, którym carat za karę majątki skonfiskował, po odzyskaniu w 1918 roku niepodległości nie występowali o ich zwrot, ani też o odszkodowanie za to, że przez rosyjskiego zaborcę skazywani byli na śmierć, więzieni, zsyłani na Sybir i ogołacani z majątków. Bo to byli prawdziwi patriocie, w odróżnieniu od tchy Prawdziwych Polaków Patriotów i Katolików z III i IV R. Ale absolwent zawodówki Langer, cierpiący na chroniczny deficyt wiedzy, nie ma o tym bladego pojęcia i dlatego te swoje różne brednie wypisuje.

1. 19.12.1983 zatrzymany, 21.12.1983 aresztowany, przetrzymywany w WUSW w Wałbrzychu, następnie w AŚ w Świdnicy, w sierpniu 1984 zwolniony na mocy amnestii, śledztwo umorzono; 3.09. 1985 ponownie aresztowany, przetrzymywany w WUSW w Wałbrzychu, następnie w AŚ w Świdnicy, 24.12.1985 sądzony przez Sąd Rejonowy w Wałbrzychu, zwolniony, 3.01.1986 ponownie aresztowany, przetrzymywany w AŚ w Świdnicy, 27.02.1986 skazany wyrokiem Sądu Rejonowego w Wałbrzychu na 6 mies. więzienia, na początku marca 1986 zwolniony.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-32-354-z-31.08.2017-r.pdf)DB 2010 z 31.08.2017
Napisz komentarz (3 Komentarze)

W moim felietonie w DB 2010 zatytułowanym "Deficyt rozumu" pomyliłem imiona i z Adama zrobiłem Andrzeja. Musze więc przyznać, że faktycznie Adam w Encyklopedii Solidarności ma swoją notkę biograficzną, co nie zmienia faktu, że w studio telewizyjnym TV Polsat News, rzeczy haniebne opowiadał i jeszcze się tym swoim barbarzyństwem chlubił. Tyle gwoli sprostowania.

* * *

Ludzie pokroju Adama Borowskiego i jego odpowiednika w Wałbrzychu, (osobiście mi nieznanego) Jerzego Langera, to osobniki, którym nienawiść wyżarła zdolność do logicznego, a zatem też racjonalnego myślenia, a tak zwana "kombatancka przeszłość" w ich wyobrażeniu, przydaje im nimb nieomylności prawd przez nich głoszonych, które traktują jako prawdy objawione. Wywodzą z tego wniosek, że te ich prawdy winny być tak samo traktowane przez wszystkich innych. Tym samym odbierają innym prawo do głoszenia swoich prawd, do prezentowania ich własnego punktu widzenia oraz do krytyki tego,co ci nieomylni za prawdę uważają. Borowski i Langer głoszą bez wstydu, że tym wszystkim, którzy kiedykolwiek "splamili się" jakimkolwiek dobrowolnym kontaktem z tak zwaną "komuną" należy odebrać, lub przynajmniej znacznie ograniczyć prawa obywatelskie, czyli inaczej mówiąc, należy ustanowić prawo wzorowane na hitlerowskich Ustawach Norymberskich, odbierających wszelkie prawa obywatelskie i prawa człowieka Żydom. Jak to się skończyło nie muszę chyba nikomu przypominać. Pisząc te słowa, przyszło mi na myśl, czy ci dwaj wymienieni "pogromcy komunizmu", w ogóle mają pojęcie, czym były ustawy norymberskie, kto i kiedy ją ustanowił i w życie wprowadził. Sądząc po tym, co mówił Borowski i po tym, co pisze do mnie Langer, moje wątpliwości są bardzo uzasadnione.

* * *

Zdając sobie sprawę, że ludziom pokroju Borowskiego i Langera nic już nie pomoże i na wieki pozostaną zasklepieni w swej skorupie ignorancji i nienawiści, przytoczę tylko kilka faktów, świadczących, że nic nie jest wyłącznie białe lub czarne, bo rozumny człowiek jest w stanie dostrzec też różne odmiany lub odcienie tych kolorów.

Prof. Adam Strzembosz

Wszyscy znają go, jako aktywnego w czasach PRL działacza solidarnościowej opozycji w polskim sądownictwie, który sam się określał i określa nadal, jako zdecydowany antykomunista. W sierpniu 2017 roku powiedział: "Ja też orzekałem przed 1989 roku. A przyszedłem do sądu na aplikację w 1956 roku. Czy to znaczy, że jestem  komunistycznym złogiem ? Wtedy, te ponad 60 lat temu, do sądu przyszła cała fala ludzi bezpartyjnych, pochodzenia inteligenckiego, których rodzice byli w AK." - cytuję za Dziennikiem Gazeta Prawna.

Czy słowa nestora polskiego sądownictwa, sędziego, profesora nauk prawnych, wiceministra sprawiedliwości (1989–1990), pierwszego prezesa Sądu Najwyższego i przewodniczącego Trybunału Stanu (1990–1998), kawalera Orderu Orła Białego, skłonią Borowskiego lub Langera do jakichkolwiek refleksji. Myślę, że nie, bo On dla nich jest tylko postkomunistycznym złogiem, albowiem śmiał mieć inne zdanie, niż całą pisowska zgraja w sprawie polskiej demokracji i wartości konstytucyjnych.

* * *

Ludzie pokroju Borowskiego i Langera na dźwięk słów o powstaniu warszawskim, doznają prawie mistycznych uniesień, czegoś na wzór smoleńskiego omamienia. A kiedy śpiewają sztandarową pieśń powstańczą 'Warszawskie dzieci", to podejrzewam, że w pewnym miejscu poniżej oczu robi im się mokro. Jest tak, bo nie mają pojęcia - o czym jestem absolutnie przekonany - kim był autor tej patriotycznej pieśni, której melodia i słowa faktycznie wywołują mrowienie wzdłuż kręgosłupa.

A autorem jest Stanisław Ryszard Dobrowolski - oficer Armii Krajowej i warszawski powstaniec. Po wyzwoleniu Warszawy w styczniu 1945 roku wstąpił do Wojska Polskiego i został oficerem politycznym oraz korespondentem wojennym. Po wojnie był zdeklarowanym, czynnym i twórczym zwolennikiem Polski Ludowej, członkiem PZPR, podpułkownikiem Wojska Polskiego, zwanego popularnie Ludowym. Polskę Ludową wspierał do końca swych dni, nie tylko wierszem, bo był poetą, słowem pisanym, ale też mówionym. Na przykład potępiał prowodyrów tzw. radomskich wydarzeń z czerwca 1975 roku, bo uznawał, że wydarzenia te były dla kraju szkodliwe. Gdyby dożył dnia dzisiejszego to jego emerytura zostałaby jak nic zagrabiona przez pisowskich oprawców wdów i sierot po oficerach MSW. A może, jak w przypadku 95-letniego powstańca, byłego lekarza ze szpitala MSW, łaskawy jak sam Chrystus minister Błaszczak, wypowiedziałby słowa: powstańcom warszawskim zabierać nie można. Wszak dobre i łaskawe to panisko, bo przecież pisiory to pany, jak niedawno przypomniał to Sir Number One. A może byłoby tak, że ten warszawski bohater zostałby uznany za komunistycznego złóg i wredną mordę, która winna odżywiać się odpadami ze śmietnika, bo jego poglądy i życiowe wybory, dla takich jak Borowski i Langer, kwalifikują go do fizycznej eliminacji.

* * *

Zachęcam też do przeczytania tekstu Jerzego Langera pod kuriozalnym tytułem: "Spadkobiercom PRL-u bojącym się jego powrotu" oraz odpowiedzi red. Roberta Radczaka, zatytułowanej Rozbrat. Mój komentarz do tych żałosnych wywodów za tydzień. 

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

17 sierpnia o godzinie 11.00 na szczycie Narożnika, pod pamiątkową tablicą ufundowaną w 1997 roku przez władze ówczesnej Akademii Rolniczej (dziś Uniwersytet Przyrodniczy), odbyła się smutna uroczystość, zorganizowana przez władze tej uczelni, poświęcona pamięci zamordowanych w tym miejscu, 20 lat temu, Anny Kembrowskiej i Roberta Odżgi, studentów tej uczelni.

Na ten symboliczny "Marsz Pamięci" przybyli wraz z grupą ówczesnych studentów, koleżanek Anny i Roberta,  rektor Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, Tadeusz Trziszka, prorektor Józef Sowiński, dziekan kształtowania środowiska Bernard Kątny, dziekan wydziału przyrodniczo-technologicznego Katarzyna Szopka i Edyta Łuczycka. Obecni byli też przedstawiciele dyrekcji Parku Narodowego i jego pracownicy. Po wygłoszonych przez uczestników marszu wspomnieniach o Annie i Robercie, dziekan Katarzyna szopka odczytała list prof. Koteckiego, ówczesnego dziekana wydziału ochrony środowiska, który w tym miejscu 20 lat temu żegnał Anne i Roberta i z inicjatywy którego ufundowano tablicę.

Byłem obecny na tej uroczystości, uwieczniając ją kilkoma fotografiami i nagraniem jej fragmentów, którymi chciałbym pamięć o Annie i Robercie szczególnie podkreślić. Wyrażam też nadzieję, że uda się wreszcie ustalić, kto i dlaczego ich zamordował, bo aczkolwiek nie udało mi się tego (wraz z moimi kolegami) uczynić, to zrobię wszystko, aby współczesnym policjantom w tej sprawie pomóc, na tyle, na ile będzie to możliwe.

17 SIERPIEŃ 2017 - MARSZ PAMIĘCI - nagranie video.

 

Napisz komentarz (3 Komentarze)

1 sierpnia oglądałem w TVN 24 program Justyny Pochanke, w którym udział wzięło trzech warszawskich powstańców, w tym jedna powstańczyni (cóż za okropne słowo w III RP feministki wymyśliły). Jeden z nich był profesorem, drugi lekarzem, a pani powstańczyni była emerytowaną nauczycielką. Ludzie ci po zakończeniu wojny nie poszli do lasu, ale zgodnie z rozkazem ostatniego komendanta AK, podjęli trud odbudowy Polski. Pani nauczyła historii, panowie pokończyli studia, habilitowani się i to wszystko miało miejsce w Polsce Ludowej. Jak więc mam te ich życiorysy odnieść do głoszonej przez prawicę tezy, że prawdziwi polscy patrioci podjęli z sowieckim okupantem walkę zbrojną, a ci, którzy tego nie czynili, to zwykli kolaboranci. To jedno.

Historia tych ludzi zadaje też kłam kolejnej tezie, że po II wojnie żołnierze AK, a już zwłaszcza powstańcy z Warszawy, byli przez komunę gnębieni i okrutnie terroryzowali oraz poniżani na wszelkie sposoby. Jeden z tych powstańców opowiadał, że na początku lat 50-tych dostał skierowanie do Wojska Polskiego, ale jakiś burak bezpieki lub informacji zablokował mi możliwość służby w tym wojsku - w charakterze lekarza - uzasadniając to złośliwym stwierdzeniem, że zapewne nie chciało mu się do AL tylko do AK. Odpowiedział mu wtedy, że jak wstępował do konspiracji w 1941 (Związek walki Zbrojnej), to Armia Ludowa jeszcze nie istniała. I za te słowa włos mu z głowy nie spadł, chociaż dziś się opowiada przerażające historie o losie tych powstańców. Tysiące żołnierzy AK, w tym setki powstańców warszawskich walczyło później z Niemcami w szeregach II Armii Wojska POlskiego, która swój szlak bojowy zakończyła pod Budziszynem.

Jeden z tych powstańców (profesor) bardzo emocjonalnie zaprotestował przeciw twierdzeniu, że PiS przejęło Polskę w ruinie, zaczął opowiadać o tym, jak dziś Warszawa jest piękna, a jest tak, bo została odbudowana ze straszliwych ruin i on sam brał udział w jej odbudowie. Można się jedynie było domyśleć, że mówił o odbudowie prowadzonej w latach istnienia PRL. Bo to wtedy miasto się z ruin podniosło i to dzięki tzw. dekretowi Bieruta. O czym dziś coraz mniej ludzi wie lub chce pamiętać.

A tak przy okazji powstania to chciałbym zwrócić uwagę, że autorów stanu wojennego, który uratował Polskę przed niechybną agresją ze strony Związku Radzieckiego, postawiono przed sądem jako zwykłych pospolitych kryminalistów. A autorów Powstania Warszawskiego, którzy wydali na męczeńską śmierć 200 tys. warszawiaków, w tym 33 tys. dzieci, czci się dzisiaj jako bohaterów. Jeden wielki chichot Historii.

* * *

Wszędzie podkreśla się że pierwszego sierpnia mieszkańcy Warszawy, władze państwa, a także mieszkańcy innych miast w Polsce, oddali hołd bohaterom. W Warszawie było to pod pomnikiem Powstańców Warszawy i na kopcu Powstania Warszawskiego a więc hołd oddawano bohaterom z Armii Krajowej. Według mnie jest to policzek w twarz tym, którzy nie walczyli z bronią w ręku, ale cierpieli i ginęli dlatego, że jakiś kretyn podjął decyzję o wybuchu w sytuacji kiedy powstanie nie miało żadnych szanse na powodzenie. Jestem głęboko przeciwny obchodzeniu tej rocznicy w takiej formułę, bo powinna ona być obchodzona pod hasłem Pamięci Ofiar Powstania Warszawskiego.

 

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   Ponoć w pisiarni robi się gorąco, bo niektórym zaczynają puszczać nerwy z uwagi na rzekomą samowolkę Andrzeja Dudy. Widać, że niezbyt dobrze znają swego wodza, ponieważ nie odczytują sygnałów, jakie swym zachowaniem wysyła. Byc może wysyła je do bardziej kumatych, chcąc, aby pisiarskie masy tumult czyniły, bo im bardziej tupią i pokrzykują, tym bardziej Dudzie u niepisiorów poparcie wzrasta. A o to przecież chodziło, aby jego postać zbuntowanemu suwerenowi ocieplić. Gdyby nie to, protest spacerowiczów i ubeckich wdów mógłby się zamienić w zamieszki, co mogłoby władze narodowych socjalistów (bo PiS taką właśnie dla mnie jest partią) pogonić het poprzez doprowadzenie do nowych wyborów parlamentarnych. A do tych prezes jeszcze nie jest gotowy. Nie jest też całkiem gotowy do wyborów samorządowych i dlatego prezydent Duda otrzymał zadanie, że ma szybko niby własny projekt przedstawić, aby już bezpiecznie – czyli przed zakusami UE – przez sejm, senat i ewentualnie przez biuro zwane Trybunałem Konstytucyjnym, przeprowadzić.

Ponoć W Komisji Europejskiej znaleźli klucz na problemy z poparciem prezesa Jarosława ze strony Orbana z Węgier. Głos Orbana będzie się liczył, kiedy dojdzie do głosowanie w sprawie sankcji dla Polski. Jeżeli Orban będzie się stawił i chciałby być dla prezesa tarczą, to KE wytoczy działa równocześnie wobec Polski i Węgier, a wtedy Węgry z głosowania zostaną wyłączone, bo i one mają mocno za pazurami jeżeli chodzi o naruszanie norm demokratycznych UE. I rozwieje się złoty sen Jarosława, że mu UE może na kant warkocza wskoczyć.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (A. DB 2010 nr 28 27.07.2017.png)DB 2010 nr 28 z 20.07.2017
Napisz komentarz (2 Komentarze)

  Zaczynają dziać się w kraju straszne rzeczy. Polak przeciw Polakowi staje jako zatwardziały wróg i już niewiele brakuje, aby się krew bratnia polała. A wszystko to, za przyczyną jednego człowieka, którego chora nienawiść do tych, których uznał za morderców swego brata, zaszczepiła się w umysłach ludu prostego, zwanego przez onego nienawistnika, suwerenem. Ludzie niskiego wzrostu (drzewiej starożytni Polacy mawiali, że wzrostu NIKCZEMNEGO) wielokrotnie - jak uczy nas Historia (oczywiście nie wszystkich) podpalali świat, czego efektem były śmierć tysięcy (milionów) i pobojowiska. Nie wierzycie? To posłuchajcie: Napoleon - 169 cm, Lenin 164 cm, Stalin - 162 cm, Hitler - 165 cm, Goebbels - 167 cm, Mussolini - 160 cm. A panujący w IV RP Jarosław Kaczyński liczy sobie całe 167 cm, czyli dokładnie tyle ile liczył Joseph Goebbels.

A jeżeli jestem już przy ministrze propagandy III Rzeszy Niemieckiej, to warto przypomnieć jego słowa skierowane 24 lipca 1934 roku do niemieckich sędziów. Są one bardzo znamienne, a w odniesieniu do tego, co się w Polsce pod rządami prezesa Jarosława dzieje, niesamowicie groźne:

"Silne państwo musi mieć możliwość usuwania ze stanowisk nienadających się urzędników. Koncepcja nieusuwalności sędziów zrodziła się w obecnym świecie intelektualistów, w świecie wrogim narodowi niemieckiemu."

Prawda, że brzmi to bardzo znajomo, zwłaszcza w kontekście słów Kornela Morawieckiego, mówiącego o tym, że prawo narodu jest ważniejsze niż prawo stanowione. Brzmi to bardzo znajomo w kontekście licznych wystąpień ludzi prezesa, bajdurzących o sędziowskiej kaście, który krzywdzi suwerena, przez co trzeba ją zastąpić nową kastą, czyli antyinteligencką kastą pisowskich niedouków i posłusznych janczarów.

Smutną prawdą jest niestety fakt, że w Polsce zarówno znajomość prawa, jak i jego poszanowanie, są nikłe. Znacznej części naszego społeczeństwa są obce również reguły demokracji, wolności obywatelskich i cywilizowanych swobód. Dlatego z taką łatwością mógł prezes przeprowadzić zniszczenie podstawowego filaru ochrony Konstytucji jakim winien być Trybunał Konstytucyjny, a obecnie przypuścić atak na podstawową regułę demokratycznego ustroju, czyli zasadę trójpodziału władzy. Na szczęście pojawiają się symptomy, że również znaczna część społeczeństwa budzi się z letargu. I niech ich sen skończy się jak najszybciej.

Światem rządzi suma przypadków, na co słusznie zwrócił uwagę, na przykład Tomasz Jastrun, konstatując:

" Gdyby nie błąd pilota, Lech Kaczyński przegrałby wybory prezydenckie, a PiS nie wygrałby wyborów parlamentarnych. Tak zagapienie się jednego człowieka sprowadziło na Polskę narodowe nieszczęście. Wpływ przypadku na historię zdaje się (być) niedoceniony."

Zastanawiam się ilu ludzi skrycie modli się o jakiś kolejny przypadek, który odwróciłby bieg historii i sprawdził na Polskę czas spokoju, a przede wszystkim nieodwracalnie ugruntował zasadę, że wygranie wyborów parlamentarnych nie oznacza jednocześnie zgody na nieuprawnione wywracanie systemu państwa i woluntarystyczne antykonstytucyjne rządy.

CHROŃMY NASZE PODSTAWOWE PRAWA, NIECH WRESZCIE ZAPANUJE SPOKÓJ.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (Niech nastanie spokój.png)DB 2010 nr 27 z 20.07.2017
Napisz komentarz (1 Komentarz)