Zapraszam do lektury mojego felietonu opublikowanego na łamach tygodnika DB 2010 z 29.03.2018 r., wyrażającego moje stanowisko i moje poglądy w sprawie dotyczącej problemów związanych z aborcją.

Zamiast zwyczajowego komentarza odautorskiego, wrzucam wypowiedź red. Elizy Michalik, lwicy telewizji SUPERSTACJA, zamieszczoną na jej profilu na Facebooku.


Od siebie dodam, że smutno mi się zrobiło, iż redakcja tygodnika DB2010 odcięła się od wyrażonego przeze mnie poglądu, ale ze względów oczywistych przyjmuję to z pokora i nie będę komentował. Przede wszystkim, iż w demokratycznym państwie (nawet typu pisowskiego) każdy ma (jeszcze) prawo do posiadania własnych poglądów.

Pociesza mnie świadomość, że moje stanowisko w tej sprawie - zgodnie z wszelkimi badaniami sondażowymi - popiera przeważająca część polskiego społeczeństwa.

Napisz komentarz (14 Komentarzy)

 Nie może być tak, że człowiek mówi, iż został pobity przez funkcjonariuszy policji w sytuacji kiedy  zastosowanie środków przymusu bezpośredniego nie miało absolutnie prawnego ani faktycznego uzasadnienia, a prokuratura czyni wszystko, aby sprawców pobicia uchronić przed oskarżeniem i sądem. Więc, aby do postępowania sądowego nie dopuścić, odmawia wszczęcia śledztwa, a wszczęta umarza, przy czym – co stało się normą – wszczyna dochodzenie przeciwko skarżącemu się, zarzucając mu naruszenie nietykalności cielesnej policjanta. Najczęściej tego, który według skarżącego dopuścił się pobicia. Dysponuje informacjami (pochodzącymi również z Prokuratury Okręgowej) wskazującymi, że takich zgłoszeń o pobicie w ciągu ostatnich kilku lat było kilkadziesiąt, ale praktycznie wszystkie spotkał ten sam los, czyli odmowa wszczęcia albo umorzenie wszczętego śledztwa. Wygląda na to, że obywatele tak bardzo nie lubią policjantów, że donoszą na nich fałszywie, co przez prokuratorów zostaje natychmiast wychwycone, przez co niecne zamiary zgłaszających zostają uśmierzone w zarodku. Zastanawiam się przeto, dlaczego w takich przypadkach żaden z prokuratorów nie zdobył się na wytoczenie procesu z powodu składania fałszywych zeznań, bo przecieżprzestępstwo przeciwko dobru wymiaru sprawiedliwości jest przestępstwem o charakterze publicznoskargowym. Odpowiedź jest nadzwyczaj prosta. Nie czynią tak, ponieważ w toku postępowania sądowego może okazać się, że skarżący wcale nie składał fałszywych zeznań, a więc mówił prawdę. Wniosek: lepiej więc nie ryzykować i udawać, że pomówienie i złożenie fałszywych zeznań, miało jedynie charakter prywatnej pogaduszki obywatela z prokuratorem. Pytanie tylko, czy tak być powinno?

Nie jest moim zamiarem wyliczać wszystkie znane mi tego rodzaju przypadki, bo jest ich zbyt dużo i na temat niektórych pisałem w DB 2010 i na mojej stronie internetowej, co zresztą spowodowało, że przez wielu obecnych i byłych funkcjonariuszy zostałem uznany za osobę kalającą własne gniazdo. Wspomnieć jednak muszę, że tylko w promilach procentu można liczyć te, które skończyły się aktem oskarżenia i tylko w jednym z nich zapadł wyrok skazujący. Toczy się jeszcze jedno postępowanie w sprawie pobicia Jacka Doleżała z Lichenia, a także w sprawie policjantów, którzy prawdopodobnie półprzytomnego bezdomnego wywieźli za miasto (moim zdaniem, aby mu tęgie manto spuścić) i tam wrzucili go z radiowozu, ponieważ dyżurny skierował ich do jakiejś interwencji. W wyniku tej „akcji”, a raczej szkolenie młodszego kolegi w służbie, ten bezbronny człowiek zmarł z wychłodzenia organizmu.

W sprawie śmiertelnego pobicia Piotra Czyża prokuratura zareagowała odmiennie (wszak miała do czynienia ze śmiercią człowieka) i po przeprowadzeniu nadzwyczaj rzetelnego śledztwa, skierowała do sądu akt oskarżenia. O losach tego procesu pisałem na łamach DB 2010 wielokrotnie, a w dzisiejszym wydaniu piszę o ostatnim akcie postępowania sądowego, zakończonego uniewinnieniem funkcjonariuszy, mimo że sąd uznał iż Piotr Gruca został na komisariacie pobity, a na pewno nie pobiło go trzech funkcjonariuszy przebywających w pomieszczeniu dyżurnego. Według sądu nie pobiło go też dwóch pozostałych, którzy go zatrzymali, a następnie zajmowali się nim w czasie gdy przebywał na komisariacie. Czyli co? Piotr Gruca będąc w komisariacie pobił się sam?

Sąd w swoim wyjątkowo krótkim uzasadnieniu trwającym niewiele więcej niż 8 minut, przywołał zasadę rozstrzygania na korzyść oskarżonych wszelkich nie dających się usunąć wątpliwości. Do tych wątpliwości, których nie był w stanie usunąć, zaliczył DOMYSŁY I PRZYPUSZCZENIA obrońców, że Piotr Gruca po wyjściu z komisariatu mógł kogoś spotkać, wypić z nim litr wódki na twarz, a następnie być przez niego pobitym. Rzecz w tym, że na taką ewentualność nie przedstawiono nie tylko jakiegokolwiek dowodu, ale chociażby jakiejś marnej poszlaki, czyli dowodu pośredniego. Jedyną poszlaką wynikającą z procesu był fakt, że w krwi i moczu denata wykryto stężenie alkoholu wskazujące, że wypił wspomnianego litra na twarz. Było tego 7 promili. NO i co z tego? Czy człowiek ze złamanym żebrem i pękniętą śledzioną, który jest w stanie chodzić i rozmawiać przez telefon, nie może wypić litra wódki? Chociażby nawet duszkiem? Dla uśmierzenia bólu, złości i rozżalenia? Może, ale to nie jest żadną choćby tylko poszlaką, wykluczająca fakt, – STWIERDZONY PRZEZ SĄD APELACYJNY – że do pobicia doszło na terenie komisariatu. Ale, co warto wspomnieć, niektórzy biegli nie wykluczyli, ze stwierdzenie tak wysokiego stężenia alkoholu mogło być skutkiem błędów przy pobraniu i zabezpieczeniu próbek do badań specjalistycznych. A więc i w tym przypadku są nie dające się usunąć wątpliwości, których już sąd jakoś nie brał pod uwagę. Zaiste, dziwna logika i konsekwencja w rozumowaniu.

Powoływanie się na tego rodzaju wątpliwości, od czasu procesu w sprawie zabójstwa wałbrzyskiego antykwariusza (marzec 2000 rok), zawsze mnie trochę śmieszą, ponieważ wiem, że reguła ta jest niesamowicie wykorzystywana przez sędziów. Od sądów rejonowych, po ten najwyższy. Zawsze dla poparcia miłej sądom w danym momencie tezy i zawsze wtedy, kiedy dla obrony takiej tezy brak jakichkolwiek dowodów. O sprawie antykwariusza wspomniałem dlatego, że jest to klasyczny przykład takiego wykorzystywania zasady in dubio pro reo. W sprawie tej nawet nie ustalono trzeciego sprawcy i nie ustalono, kto faktycznie pociągał za spust, ale sąd nie miał wątpliwości, aby za to zabójstwo skazać na 25 lat dwóch chłopaków, przeciw którym nie przedstawiono ŻADNEGO DOWODU wskazującego na ich winę. I W TYM PRZYPADKU ZASADA IN DUBIO PRO REO ZOSTAŁA WYRZUCONA DO ŚMIETNIKA i jakoś nikomu to nie przeszkadzało.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Rządząca Polską Pisowska Pada Ocalenia Narodowego (PRON-2018) stara się napisać naszą historię od nowa. A jednym z jej elementów jest to, że Polakom antysemityzm nie jest w ogóle znany, bo tak naprawdę to każdy Polak z mlekiem matki wysysa powszechny nad Wisłą internacjonalizm, który przecież stoi w jawnej ideologicznej sprzeczności z nacjonalizmem. Więc każdy kto wspomina o antysemityzmie z czasów II RP jest zwykłym kłamcą i dzięki nowelizacji o IPN, będzie mógł być na 3 lata posadzony za kratkami. Będzie miał czas aby zmądrzeć.

PRON może mieć jednak z tym problemy. Swoboda w uchwalaniu praw mających obowiązywać w IV RP bardzo się nie spodobała blondgrzywemu lwu znad Potomacu, więc na razie tylko gniewnie zamruczał, że nie życzy sobie, aby ważne polskie ustawy pisane były bez konsultacji z amerykańską ambasadą w Warszawie. Myślę, że szef PRON-2018 ruki pa szwam opuści i z tej ustawy, intelektualnego wykwitu jednego z wiceministrów sprawiedliwości cichcem się wycofa. Więc o polskim antysemityzmie przed i po 1939 roku będzie można pisać, oby tylko trzymając się faktów. Pozwolę sobie na kilka słów osobistego komentarza w tej sprawie, albowiem mija właśnie 50 lat od wydarzeń, które PRON-2018 określa jako antysemickie, chociaż polskiemu antysemityzmowi tak stanowczo zaprzecza, że wiezieniem karać mu się zamarzyło, myślących o tym inaczej, niż on sam nakazuje.

Rozpoczęta w marcu 1968 antyżydowska kampania w Polsce nie miała charakteru antysemickiego, ponieważ – o czym dziś już prawie nikt nie wspomina – była skierowana nie przeciwko polskim Żydom, ale polskim syjonistom. Żona I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki była Żydówką i nikt jej z Polski nie wyrzucał, ani nie wyrzucił. Pomimo tak nagłośnionego przebiegu tej kampanii, w Polsce nadal pozostało, co najmniej, kilkanaście tysięcy Żydów, których wkład w polską kulturę i naukę, zarówno przed 1968, jak i po nim, był niebagatelny. Kampania to miała więc charakter polityczny, a nie narodowościowy. Co nie oznacza, że w trakcie jej trwania różni mali a podli ludzie nie wykorzystali jej dla swoich małych podłych interesików. Pamiętać jednak należy, że w tamtych czasach PZPR nie była monolitem, lecz partią podzieloną na co najmniej dwa, zwalczające się nawzajem (jak dziś PO i PiS) frakcje. I w 1968 roku przeważyła frakcja tzw. „Partyzantów” stworzona przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Mieczysława Moczara i wiceministra w MON Grzegorza Korczyńskiego. Obydwoje byli w opozycji wobec frakcji W. Gomułki, której narzucili (czasowo) swą wolę, rozpoczynając akcję skierowaną przeciw polskim Żydom, uznanym za syjonistów.

Pamiętać trzeba, że 5 czerwca 1967 roku rozpoczęła się izraelska agresja na Egipt, znana do dziś jakowojna sześciodniowa”. W istocie było to już trzecia wojna izraelsko-arabska, licząc od 14 maja 1948 roku. W ich wyniku zamieszkujący tam od tysiącleci naród Palestyński, został przez Żydów z Izraela pozbawiony swej suwerenności, ziemi i praw obywatelskich. Nie dziwota, że z okupantem żydowskim walkę prowadzi do dnia dzisiejszego. W tamtym czasie, z uwagi na to, że Związek Radziecki wspierał narodowowyzwoleńcze dążenia Arabów, polskie stosunki z Izraelem były praktycznie zamrożone. Zwłaszcza, że Izrael nie ukrywał swych bliskich związków z Zachodem i NATO. Wtedy to właśnie mocno wybrzmiała głoszona przez Izrael syjonistyczna doktryna podwójnej lojalności, według której ludność pochodzenia żydowskiego, niezależnie od tego jakiego kraju obywatelami była, winna zachować przede wszystkim lojalność wobec państwa Izrael.

O tym się dzisiaj zapomina, ale ja tamte czasy pamiętam bardzo dobrze, zwłaszcza, że niedługo po tym, bo w 1972 roku pisałem na Wydziale Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, pracę magisterską zatytułowaną „Syjonistyczna doktryna państwa i narodu”. Pracę tę pisałem pod czujnym okiem dr hab. Karola Jońcy. Mój promotor wystawił mi dokument, na podstawie którego miałem dostęp do tak zwanych prohibitów, czyli tych pozycji wydawniczych (sprzed 1939 i po 1939) dotyczących syjonizmu, antysemityzmu i stosunków polsko-żydowskich, które władze PRL uznały za zbyt groźne dla zwykłego obywatela.

Niestety, wielu polskich Żydów, w czasie kiedy Polska potępiła izraelską agresje na Egipt, doktrynę o podwójnej lojalności przyjęło jako własną, przez co z powodu tej agresji wyrażali – niekiedy publicznie – swą nieskrywaną radość. Pamiętam przyjaciela mojego ojca płk Sznajdera, z którym ojciec przeszedł razem od Lenino do Berlina, w którym kilka dni po kapitulacji III Rzeszy pomógł mu fortelem godnym Zagłoby, wyrwać z rąk radzieckiego lekarza wojskowego, jego żonę. Była ona – polska obywatelka pochodzenia żydowskiego - lekarzem cywilnym zatrudnionym w jednym z polowych lazaretów wojskowych Armii Czerwonej i ówże pułkownik nie chciał jej zwolnić, bo mu się bardzo spodobała jako materiał na frontową kochankę.

Otóż ów płk. Sznajder wysławił się tym, że publicznie izraelską agresje pochwalał, aż pewnego razu podczas jakiejś wojskowej uroczystości w ówczesnym Okręgowym Klubie Oficerskim „OKO” na ul. Pretficza we Wrocławiu, wzniósł głośno toast za zdrowie i pomyślność naszych bohaterów na froncie izraelsko- arabskim. Chodziło o to, że najbardziej we znaki Egipcjanom dała się dywizja pancerna, w skład której wchodził pułk noszący imię Karola Chodkiewicza, ze znakiem rozpoznawczym na czołgowych wieżyczkach w postaci polskich husarskich skrzydeł. Wówczas procent oficerów armii izraelskiej pochodzących z Polski i w polskim wojsku wyszkolonych, był bardzo wysoki. I to właśnie ich płk. Sznajder miał na uwadze. Wyleciał za to z wojska i dostał wilczy bilet, ale nie dlatego, że był Żydem - bo nikomu to nie przeszkadzało – ale właśnie dlatego, że jako polski obywatel i oficer polskiego wojska wyraził swą lojalność wobec państwa Izrael. Tak to wówczas wyglądało.

Pamiętam swojego sąsiada z akademika pochodzącego z Katowic, który na wiosnę 1969 roku, wraz z całą swą żydowska rodziną, wyjechał z Polski. Wyjechali tam na fali tej kampanii, ale nie do Izraela – co deklarowali we wniosku złożonym polskim władzom - tylko do Holandii. Wyjechali, bo chcieli z Polski po prostu wyjechać na Zachód i swe żydowskie pochodzenie wykorzystali do granic możliwości. Pisał do nas później bardzo rozczarowany, że Zachód jest piękny, ale nie dla nich, bo mieszkają na barce w Amsterdamie i żądnych specjalnych przywilejów nie dostali. A co najważniejsze, nie znając języka nie mógł kontynuować prawniczych studiów, które w Polsce tak sobie cenił. Nie znał języka i nie miał na to pieniędzy. Nie mógł wrócić, bo wyjeżdżając zrzekł się polskiego obywatelstwa. Pamiętam to bardzo dobrze, bo tych listów tych przyszło chyba z pięć, a czytaliśmy je w naszym pokoju numer 505 w akademiku „Ul” przy ul. Komuny Paryskiej we Wrocławiu.

Takie właśnie obrazy najbardziej mi z tamtego okresu w głowie zapadły.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Narozrabiali podwładni Prezesa Zarządu Partii Rządzącej (PZPR) ostatnio tak okropnie, że chyba mu ciśnienie niebotycznie skoczyło, co przecież zdrowiu zaszkodzić może okrutnie. Bo taki na ten przykład nowy premier Morawiecki, który miał pokazać, że rządzący Polską politycy PiS, nie tylko w obcych językach biegle gadają, to jeszcze zachować się potrafią, przez co dobre wrażenie czynić będę, nabijając Prezesowi w Europie i USA punkty dodatnie, których on łaknie jak kania dżdżu. A tu masz babo zakalec.

Nie dosyć, że taki Jaki wysmażył ustawę (poprawkę do ustawy o IPN), którą niemożebnie wnerwiła naszych dotychczasowych sojuszników i ponoć odwiecznych przyjaciół w Brukseli, Waszyngtonie, Tel Awiwie i w Kijowie, to jeszcze jego nominant kwiaty na grobie zdrajców i hitlerowskich kolaborantów składa i hołd im oddaje. Czyni tak, jakby naprawdę nie wiedział (a ponoć historykiem jest), że ci kolaboranci z Świętokrzyskiej Brygady NSZ z lubością wszelkich żydków – jak mawiać lubili – na drugi świat wysyłali. Kochali tak robić i w ten sposób kończyli to, czego Eichmann pospołu z Goebbelsem skończyć nie zdołał, bo z okupowanej Polski pogonili ich żołnierze Armii Czerwonej i I oraz II Armii Wojska Polskiego idącego na Berlin z syberyjskiej tajgi i od Lenino.

Polityka niczym się praktycznie nie różni od ponoć najstarszego zawodu świata, a garstka uczciwych i rozumnych sprzeciwić się temu na razie nie jest w stanie, albowiem nec Herkules, contr plures, co dla nieznających łaciny rustykalnie przetłumaczę - I Herkules dupa, kiedy ludzi kupa.

Napisz komentarz (6 Komentarzy)

Po ogłoszeniu wyroku zasiadająca w ławach dla publiczności grupka wałbrzyskich działaczy „Solidarności” opuściła salę z okrzykami "Hańba dla sądu" i "Hańba dla Polski" i udała się do urzędującej prezeski tego sądu, aby zaprotestować, a faktycznie donieść na skład orzekający, że wydał orzeczenie nie po ich myśli. Postąpili tak, ponieważ dla nich prawem jest tylko to, co oni samo za prawo uznają, a sprawiedliwości stałoby się zadość, gdyby sądy wszystkich myślących inaczej niż oni, skazały na śmierć przez rozerwanie końmi lub łamaniem kołem. I dlatego nie interesowało ich dlaczego sąd wydał taki, a nie inny wyrok. I chociaż nikt z nich nie pozostał na sali, to będący wśród nich przewodniczący wałbrzyskiej „Solidarności” i jednocześnie radny miejski Cezary Kuriata, wyrok sądu skomentował następująco: „Dla tych ludzi, wyrok ten pokazuje, że wciąż żyją w tamtym okresie. Ci ludzie mają świadomość, że system sprawiedliwości zupełnie się nie zmienił. Należałoby im pokazać, że wyrządzone im krzywdy były efektem tamtego systemu. Trzeba było im pokazać, że m to wiemy. Tu potrzebny był jakikolwiek wyrok. Sąd mógł zasądzić zakaz oglądania telewizora, ale żeby zapadł wyrok skazujący, bo to że jest winny nie powinno budzić żadnych wątpliwości.” (za Doba.pl).

Myślę, że przewodniczący Kuriata, (absolwent szkoły zawodowej), nie powinien się w sprawach dotyczących zasad funkcjonowania i stosowania prawa publicznie wypowiadać i pouczać sędziów, co to znaczy sprawiedliwość i prawo, które na pewno jest czymś diametralnie innym niż prawo i sprawiedliwość tak jak to on je pojmuje. Niech się raczej zajmie tym, na czym się zna i przestanie uważać siebie za alfę i omegę w każdej sprawie publicznej, bo sam siebie ośmiesza nad wyraz.

Odnosząc się natomiast do ustnego uzasadnienia wyroku i uznając jego rację, nie mogę jednak nie zwrócić uwagi na bardzo istotny fakt związany z datą wprowadzenia stanu wojennego. Otóż ogłoszono go o północy, czyli 13 grudnia, chociaż uchwalenie dekretu nastąpiło praktycznie dopiero około godziny 02:30, ponieważ obrady Rady Państwa trwały od godziny 01:00 do 02:30. Jest to bardzo ważne z uwagi na to, że w uchwalonym dekrecie zawarty jest art.61, który wyraźnie stanowi, że dekret wchodzi w życie z dniem ogłoszenie jednakże z mocą obowiązującą od dnia uchwalenia. Jeżeli zatem decyzje o internowaniu L. Lamparski podpisywał 13 grudnia 1981 roku, to nie można mu zarzucić, że działał bez podstawy prawnej i podpisane decyzje były nielegalne. Ponadto, nawet jeżeli na drukach decyzji o internowaniu nie została podana pełna podstawa prawna (wskazanie miejsca i daty publikacji aktu prawnego), to zgodnie z wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego z 25 sierpnia 2011 r. (sygn. I OSK 1769/10), decyzja, która nie zawiera podstawy prawnej, bądź określa ją ogólnikowo, czy błędnie, nie jest jednak decyzją wydaną bez podstawy prawnej. Taka decyzja jest dotknięta tylko wadą formy z powodu naruszenia art. 107 § 1 k.p.a. Podstawa prawna bowiem realnie istnieje, ale nie ma o niej prawidłowej informacji w wydanej decyzji.

Tak więc, jak by na to nie spoglądać, to i tak nie można dopatrzeć się naruszenia prawa. Wątpię jednak, aby C. Kuriata to co tu napisałem był w stanie zrozumieć. Zresztą nie tylko on, bo mu podobnych (mentalnie i intelektualnie) jest w Wałbrzychu i w całej RP na pęczki.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (Niewinny - DB2010-15.02.2018.png)DB 2010 z 15.12.2018
Napisz komentarz (4 Komentarze)

Procesu wytoczonego gen. Leszkowi Lamparskiemu nie śledziłem we wszystkich jego odsłonach. Pojawiłem się – tak jak sam generał – na pierwszej rozprawie, aby usłyszeć, co zarzuca mu ipeenowski prokurator, no i chciałem usłyszeć, co na to wszystko do powiedzenia ma sam L. Lamparski, od którego wiedziałem, że na pierwszym posiedzeniu sądu będzie obecny. O jego przebiegu już pisałem, więc nie będę się powtarzał. Przestałem chodzić na kolejne posiedzenia, albowiem wyznaczane były dla przesłuchania świadków oskarżenie, czyli tak zwanych pokrzywdzonych, a moim zdaniem nie mogli oni wnieść do sprawy nic dla niej istotnego, a więc ich przesłuchiwanie (kilkadziesiąt osób) to moim zdaniem taka celowa prokuratorska hucpa, której sąd nie dał odporu, chociaż mógł, aby oszczędzić sobie czasu, który mógłby byś spożytkowany na rozpatrzenie wielu innych i na pewno bardziej istotnych spraw.

No bo co mogli w tej sprawie ci świadkowie zeznać? To, że zostali zatrzymani, a następnie wręczono im decyzje o internowaniu i rozwieziono po różnych ośrodkach? Przecież to dla udowodnienia rzekomej winy L. Lamparskiego, jako ówczesnego Komendanta Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych, nie miało najmniejszego znaczenia. Przesłuchiwanie rzekomych świadków czynu L. Lamparskiego, miało w zamyśle prokuratury z IPN – o czym jestem absolutnie przekonany - być elementem psychicznego nacisku na skład sędziowski, któremu w ten sposób prokuratura zamierzał przedstawić ogrom krzywd wyrządzonych tym ludziom.

A przecież L. Lamparski temu, że decyzje o internowaniu podpisywał absolutnie nie zaprzeczał, ale tez nie poczuwał się do winy popełnienia zbrodni przeciwko ludzkości, ani tez naruszenie przepisów obowiązującego w PRL prawa, zwłaszcza Konstytucji Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. W tym wręcz idiotycznym zarzucie prokuratury z IPN pobrzmiewa rechot Historii, który słyszalny jest dla każdego, kto wie, iż IPN twierdzi, iż konstytucja ta została napisana w Moskwie przez Stalina. Jeżeli tak, to L. Lamparski powinien zostać przez IPN przedstawiony do odznaczenia jako ktoś, kto tej stalinowskiej konstytucji nie szanował.

Prokuratura przedstawiła aż tylu świadków bo liczyła na to, że wyleją oni morze żalu do oskarżonego i tu się bardzo przeliczyła, albowiem poza jednym jedynym byłym internowanym, pozostali składający zeznania nie mieli do Generała żadnych osobistych pretensji. Wyrażali swój zal, że zostali internowani chociaż nic złego nie uczynili, a ich jednym celem było tylko i wyłącznie poprawienie sytuacji ekonomicznej i społecznej swoich współtowarzyszy pracy. Nie walczyli o żadną demokrację, nie walczyli o zmianę ustroju.

Faktem jest, że jakaś grupa tych internowanych trafiła do ośrodka w Kamiennej Górze, który był w fatalnym stanie technicznym, przez co internowani musieli znosić wiele niedogodności fizycznych i psychicznych. Jeden ze świadków stwierdził nawet, ze warunki te były gorsze od tego, co było w niemieckim obozie koncentracyjnym w Gross Rosen, co można by uznać za stwierdzenie haniebne, gdyby nie to, że było ono wyrazem takiej samej głupoty, jaką charakteryzują się ci, którzy „po krzakach i lasach” wielbią imię Hitlera i ojczyzny naszej ukochanej, Polski”.

Tego rodzaju zarzuty podnoszone przez prokuratora z IPN, jak również oskarżycielkę posiłkową niejaką Kwiatkowską-Wyrwisz, miały się do rzekomej winy L. Lamparskiego, jak wół do karety, bo to nie on odpowiadał (bo nie decydował o tym) za to kto na listy internowanych został wpisany, ale także o tym, kto do jakiego ośrodka został skierowany i jak był tam traktowany.

No cóż, czekam na wyrok sądu i powiem szczerze, że miło wspanialej mowy obrończej mecenasa J. Świteńkiego, mimo całej jego argumentacji prawnej i historycznej, wcale spokojny o wyrok nie jestem, bo dobrze wiem, że spokojny być nie mogę. Nie w tej Polsce.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)