Wysyłając w ubiegłym do Redakcji tygodniu tekst felietonu, nie spodziewałem się, że rzeczywistość okaże się bardziej brutalna niż to mogłem zakładać. Niestety, mój wrodzony optymizm spowodował, że zapomniałem o starym polskim przysłowiu, aby nie chwalić dnia przed zachodem słońca, bo już na drugi dzień z samego rano usłyszałem warkot kosiarek i gdy wyszedłem na balkon, ujrzałem czterech panów ze swymi „wspaniałymi maszynami”, którzy z wielką dokładnością dewastowali trawiasto-kwietny dywanik pod moim (i nie tylko) balkonem, znajdujący się na obszarze będącym własnością mojej Wspólnoty Mieszkaniowej. Czyli na terenie jak najbardziej prywatnym.

Ponieważ było już w zasadzie „po ptokach” machnąłem ręką, ale następnego dnia obudził mnie warkot pił, dobiegający spod mojego okna wychodzącego na ulicę Forteczną. Spojrzałem przez nie i zobaczyłem dwóch innych panów, jak dewastują nasz prywatny trawnik, który na dodatek ogrodzony jest żywopłotem, tak, że jego granice są wyraźnie zaznaczone. Nie zdzierżyłem i wdałem się z nimi w rozmowę, w efekcie czego dowiedziałem się, że dostali takie polecenie ze swojej firmy (ma podpisaną umowę z moją Wspólnotą, ale nie obejmuje ona koszenia traw), ponieważ dzwonią lokatorzy i skarżą się, że im zbyt wybujała roślinność przeszkadza. Zwróciłem więc uwagę na to, że w przypadku tego bloku (a przynajmniej 8 z 9-ciu bram) żadni lokatorzy nie mieszkają, ponieważ w budynku tym prawie 100% mieszkań to mieszkania prywatne, a więc zamieszkują je ich właściciele, będący jednocześnie współwłaścicielami działek na których poszczególne wspólnoty (czyli segmenty budynku) są postawione.

Zastanawiam się więc, kto do pana prezesa tejże firmy z ulicy Św. Józefa zadzwonił, czy się przedstawił i podał na podstawie jakich uprawnień zadecydował o zleceniu wykaszania traw, kiedy – jak się rzekło – firma owa takiej usługi w zawartej w umowie nie ma. Rozmawiałem z naszą Administratorką i dowiedziałem się, że zlecenia takiego nie wydawała. Zresztą z uwagi na treść umowy uczynić tego nie mogła. Przewodnicząca naszego Zarządu Wspólnoty od lat już tu nie mieszka, a więc wątpię, aby to ona dzwoniła, a zresztą gdyby chciała zadecydować o koszeniu, to na pewno zwróciłaby się do wspomnianej Administratorki. Pozostali członkowie zarządu wspólnoty nie mają takich uprawnień i na pewno, gdyby im się wysoka trawa na naszych trawnikach nie podobała, załatwiliby to poprzez wspomnianą Administratorkę Wspólnoty. Na jakiej więc podstawie zarządzający wspomnianą firmą wydali polecenie, aby kosić prywatne trawniki wbrew woli ich właścicieli, bo gdyby taka wola była, to zapis o takim zakresie prac na rzecz Wspólnoty, znalazłby się w treści umowy. Sytuacja taka powtarza się, co najmniej od dwóch lat i w 2020 roku rozmawiałem z panią odpowiedzialną m.in. za wykaszanie traw na Podzamczu i dowiedziałem się, że place-trawniki znajdujące się w rejonie pomiędzy ulicami Forteczną a Senatorską należą do Gminy Wałbrzych i decyzja o wykoszeniu na tym obszarze musiała zapaść w Urzędzie Miasta. Przyznam, że dalej tego już nie sprawdzałem, ponieważ rozmawiałem z osobą pełniącą funkcję kierowniczą, a więc uznałem, że kompetentną.

No i masz. W ubiegłotygodniowym felietonie „Człowiek to brzmi dumnie” pochwaliłem pana prezydenta Szełemeja za jego głoszone proekologiczne przekonania i podejmowane działania, a tu taka siurpryza, bo nie tylko wokół ulicy Fortecznej, ale i na innych terenach należących zapewne do miasta a także Spółdzielni „Podzamcze” rozszalały się spalinowe kosiarki, które aż do późnego południa zakłócały spokój mieszkańcom okolicznych bloków. Jeżeli na terenach miejskich na Podzamczu od kilku dni warczą spalinowe kosy, to podejrzewając, że warczą również w innych dzielnicach miasta, zajrzałem do Internetu. I oto na stronie internetowej portalu walbrzych.nasze miasto, pod datę 11 czerwca br. w artykule Red. Adrianny Szurman „Kierowcy z Wałbrzycha skarżą się, że wysoka trawa zasłania widoczność. Urząd miasta: kosimy tam, gdzie trzeba”, czytam wypowiedź Edwarda Szewczyka z Urzędu Miasta, z której wynika, że:

"od trzech dni na Podzamczu wykaszane są pasy trawy, która przeszkadza przy skrzyżowaniach i przy wyjazdach na główne drogi. Należy podkreślić, że na pozostałych terenach miejskich trawa nie będzie koszona, bo od dwóch lat miasto prowadzi taką właśnie politykę. Chodzi o małą retencję. Skoszona trawa nie zatrzymuje wody w glebie, wysoka już tak.” I dalej: Tymczasem ryk kosiarek słychać na trawnikach wokół placów zabaw i na innych częściach terenów zielonych Podzamcza. To kosi Spółdzielnia Mieszkaniowa. - My z reguły kosiliśmy trzy razy w sezonie. W tym roku także zaczynamy późno i może skosimy dwa razy. Nie robimy tego tam, gdzie nie trzeba, na przykład na terenach inwestycyjnych. Ale wokół budynków tniemy. Jedno takie koszenie naszych terenów na Podzamczu kosztuje 40 000 zł - mówi nam Tadeusz Choczaj, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Podzamcze. - Zauważyłem, że miasto też kosi przy drogach, tam na Basztowej na przykład.”

To pytam się uprzejmie, kto kosi pod moimi oknami na ul. Fortecznej? Miasto czy Spółdzielnia i dlaczego w miejscach, które nie zagrażają bezpieczeństwu w ruchu drogowym kosi się na potęgę. A Ziemia – przypominam – woła o pomoc. Ale nie tylko, bo też odpowiada pięknym za nadobne. Szalejące w Europie, Ameryce, Azji czy Australii pożary lasów, huraganowe wiatry niszczące nie tylko ludzki dobytek, ale też zabijające ludzi, tak samo jak coraz częstsze budzące grozę powodzie.

Ale furda tam, po nas choćby potop. Ludzie po prostu nie zdają sobie sprawy, że początek wszystkich tych nieszczęść ma też w bezmyślnym wykaszaniu traw, co powoduje obniżanie się poziomu wód gruntowych, stepowienia środowiska, niszczenia życia biologicznego, które dla człowieka jest tak samo ważne jak woda i powietrze.

Dodajmy do tego powszechne szaleństwo tzw. betonozy, które dotyczy też i włodarzy miasta, jak również zarządów wałbrzyskich spółdzielni mieszkaniowych i niestety również zarządów licznych wspólnot mieszkaniowych. Ludzie opamiętajcie się, bo czas najwyższy. Jestem przerażony, że tak wielu nie zdaje sobie z tego sprawy, czego przykładem niech będzie kolejny fragment z wyżej wspomnianego artykułu:

Problem dostrzegają nie tylko nasi czytelnicy. Nietrudno znaleźć w internecie wpisy wkurzonych mieszkańców. Post na ten temat zamieścił m. in. Jerzy Syzdek, były wiceszef wałbrzyskiej policji. "Wychodząc z bramy ściana trawy, za budynkiem podobnie. Jeżeli to ma być efekt łąki, to proponuję decydentom we własnych ogródkach eksperymentować. Radni z Podzamcza, czy wy tego nie widzicie. Acha już dawno po wyborach" – napisał.”

Zastanawiam się więc, czy to on dzwonił do firmy koszącej pod moimi oknami i balkonem, a jeżeli nawet tak, to on jest członkiem innej niż moja Wspólnoty. Niezależnie od tego, korzystając z okazji, wołam „Jurek, opamiętaj się”.

                                                                                                                                                                                     Wałbrzych, 5 sierpnia 2021

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Po powrocie (na początku lipca) z pocovidowej rehabilitacji, przeczytałem gdzieś wypowiedź prezydenta Wałbrzycha Romana Szełemeja o przyjętym przez władze miasta kursie proekologicznym, który miedzy innymi wyraża się w tym, że na terenach miejskich zaprzestano bezmyślnego (to moja opinia) ciągłego koszenia trawy rosnącej na terenach znajdujących się pod zarządem władz miasta. I faktycznie efekty tej „nowej polityki” dostrzegam m. in. na pasach zieleni rozdzielających dwupasmowe jezdnie, gdzie wykoszono tylko te odcinki, które utrudniały widoczność kierującym pojazdami, a więc tylko tam gdzie wysoka trawa przeszkadza przy skrzyżowaniach i przy wyjazdach na główne drogi. Zauważyłem też, że w koszach znajdujących się przy chodnikach Al. Podwale i ul. Wieniawskiego, zamieniono plastikowe worki metalowymi pojemnikami, które można wyjąć i po opróżnieniu ponownie umieścić w koszu na śmiecie.

Ucieszyłem się bardzo, ponieważ właśnie o tym pisałem na łamach DB2010 w ubiegłym roku (i o ile dobrze pamiętam, również w 2019), apelowałem, aby zaprzestać bezmyślnego koszenia wszelkich miejskich trawników i skwerów, a walcząc z zalewem plastikowego badziewia, nie powiększać go o te czarne plastikowe worki umieszczane w metalowych koszach. Obecnie czekam jeszcze, aby Urząd Miejski zarządził zakaz koszenie trawników i zielonych placów na terenie Podzamcza, bo znów postąpiono tak na początku lata, przy okazji kosząc na „moim kawałku podłogi”, czyli trawnikach znajdujący się na kawałkach gruntu należących do mojej Wspólnoty Mieszkaniowej, mimo że czyniąca to firma „CEROMA”, akurat koszenia „naszych” trawników w zawartej z nią umowie nie ma.

Kiedy rozmawiałem z kosiarzami, którzy już od godziny siódmej rano hałasowali swymi spalinowymi (chyba) kosiarkami, dowiedziałem się od nich, że takie dostali zlecenie od swoich przełożonych. Otóż sprawdziłem treść umowy, zawartej z tą firmą przez moją Wspólnotę Mieszkaniową i stwierdziłem, że usługi polegającej na koszeniu trawy tam nie ma. A więc pracownicy tejże firmy wykosili nam trawę za tzw. frico, kosząc je przy okazji dewastowania terenów zielonych należących do Gminy Wałbrzych. Apeluję więc do Pana Prezydenta Miasta, aby dopilnował, by nie niszczyć tych miejsc miejskiej „małej retencji”, bo one nie tylko zatrzymują w gruncie wodę, ale stanowią również tereny bujnego życia owadów i innych niezwykle pożytecznych żyjątek, dla których bezmyślne koszenie jest po prostu ich eksterminacją. Zabijanie tych stworzeń jest – chociaż wielu nie zdaje sobie z tego sprawy – stopniowym zabijaniem życia na Ziemi.

A Ziemia się broni przed tą niesamowitą głupotą ludzi ją zamieszkujących, co coraz częściej może każdy zobaczyć. Ulewne deszcze zalewające ulice i podwórka, piwnice, domy, garaże i zabudowania gospodarcze, a także zabierające ludzkie życie, stają się już straszliwą normą, co odczuwamy już na własnej skórze, albowiem susze, potopy i gradobicia, huragany i coraz groźniejsze pożary, atakują nas z coraz bardziej zajadle i regularnie. Każdy chyba widział w telewizji lub Internecie co działo się w Niemczech, Belgii, Holandii, gdzie nawet niewielkie cieki wodne zamieniały się nagle w rozszalały żywił, niszczący wszystko, co na swej drodze napotkał, zabijając też wielu ludzi, a więc przedstawicieli gatunku, który jako jedyny do tego się przyczynił. A Ziemia się broni jak potrafi, a co potrafi, możemy się już sami przekonać spoglądając na szalejące pożary w Grecji i Turcji. Na huraganowe wichury i katastroficzne deszcze w niektórych regionach Polski.

Myślę, że my dorośli jeszcze jakoś to przetrwamy, ale nie mam już tej pewności, że przetrwają to dzisiejsi najmłodsi mieszkańcy Ziemi, a już na pewno nasze wnuki i prawnuki, którym obecnie fundujemy ten okropny Armagedon. Lecz mimo wszystko jest jeszcze czas, aby nieuchronne już zniszczenia jakoś ograniczyć i życie na Ziemi ratować. Czas już ku temu najwyższy.

Dlatego też apeluję do miejskich włodarzy, aby podjęli „heroiczną” ale konieczną decyzję i demontażu wszystkich zabetonowanych lub wyłożonych kostką brukową miejsc, wszędzie tam, gdzie ten przysłowiowy „beton” absolutnie nie jest potrzebny. Przecież w coraz bardziej upalne dni (efekt cieplarniany) beton ten mocno się nagrzewa, co powoduje znaczny wzrost temperatury powietrza, naruszając w ten sposób odwieczne cykle przyrody, czego efektem są powstające coraz częściej trąby powietrzne i huragany, jak również lejące się z nieba potoki wody. A jeżeli chodzi o wodę, ten niezbędny dla życia element przyrody, to ta nieszczęsna „betonoza” powoduje, iż woda nie wsiąka w grunt, tylko spływa do miejskiej kanalizacji, a to czego nie jest w stanie kanalizacja ta przyjąć, zalewa nasze ulice, domy, itp. itd.

Czy naprawdę ten nieszczęsny beton jest ładniejszy i zdrowszy niż zielona trawa, krzewy i drzewa? Czy wałbrzyski Rynek, Plac Magistracki i inne podobne miejsca nie mogą być oazą zieleni, a więc trawników, kwietnych rabat, drzew i krzewów rozdzielonych alejkami, przy których stoją liczne ławeczki, służące do odpoczynku, chwili wytchnienia? Czy naprawdę w rządzących miastem taka wizja wywołuje dreszcze obrzydzenia? Wiem, że taka zmiana oblicza miasta dużo kosztuje, ale musimy mieć na uwadze przyszłość i w to w nią inwestować teraz, kiedy jeszcze nie jest za późno. Pieniądze na tego rodzaju działania ratunkowe w unijnym budżecie są zagwarantowane, a Polska to przecież Unia i to, że rządzący myślą inaczej, faktu tego nie zmienia. Dlatego apeluję do Pana Prezydenta, aby w programie rewitalizacji miasta, przewidział też rewitalizację miejskiej przyrody. I to jak najszybciej i jak najskuteczniej.

Niszczymy Ziemię po kawałku, jakby nie zdając sobie z tego sprawy. Ekscytujemy się prywatnymi lotami w Kosmos i nieodległą już „kosmiczną turystyką”, nie zdając sobie sprawy, jaką to niesamowitą groźbę na nas samych sprowadza. Przecież latając na granicy stratosfery niszczymy chroniącą Ziemię warstwę ozonu, którego brak zabije wszelkie życie na Ziemi. Nieliczni, ci najbogatsi, schowają się w wielopoziomowych podziemnych schronach, gwarantujących im doczekanie lepszych czasów. Ale niebogata reszta zostanie pozostawiona na łaskę losu i niechybnie pożegna się z życiem, tak jak wszystko to, co na powierzchni Ziemi pozostanie.

I nie jest to jakieś katastroficzne science fiction, tylko realna groźba, która się spełni, jeżeli już teraz nie zaczniemy o tym bardzo poważnie myśleć i jej przeciwdziałać. A zacznijmy od zaprzestania niszczenia zieleni. Pamiętajmy, że życie na Ziemi istnieje od kilku miliardów lat, a tak zwana rozumna istota (Homo Sapiens) pojawiła się na niej dwa i pół miliona lat temu i tylko przez kilka ostatnich dziesięcioleci swego bezmyślnego działania, doprowadziła do tego, co obecnie się dzieje. I jak tak dalej pójdzie, to jedynym śladem naszej obecności pozostaną betonowo-ołowiowe podziemne bunkry, przechowujące atomowe pręty, będące wytworem funkcjonowania coraz liczniejszych atomowych elektrowni. Śmieci, których czas rozpadu obliczony jest na 100 tysięcy lat, a więc okres, w którym zniknie nawet Wielka Pacyficzna Plama Śmieci, czyli gigantyczne skupisko śmieci i plastikowych odpadów dryfujących po wodach Oceanu Spokojnego. Naukowcy szacują, że "śmieciowa wyspa" może ważyć nawet 120 tys. ton i mieć powierzchnię pięciokrotnie większą od Polski, a każdego roku powiększa się o kolejne 6 mln ton plastikowego świństwa.

A za to wszystko odpowiadamy MY, istoty, które kiedyś zeszły z drzewa, rozpaliły samodzielnie ogień i wynalazły maczugę, rozpoczynając swą niszczycielską działalność, aby następnie, w swym bezgranicznym zadufaniu oznajmić, że „Człowiek, to brzmi dumnie”. Czyżby?

                                                                                                                                                                                                                      Wałbrzych, 29 lipca 2021

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

    17 marca 2021 roku, Sąd Najwyższy oddalił Wniosek pełnomocnika procesowego Wojciecha Pyłki, w sprawie wznowienia postępowania karnego, zakończonego prawomocnym wyrokiem Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu z 31 sierpnia 2010 roku. Stało się tak ponieważ przez małe niedopatrzenie w treści wniosku został użyty zwrot, że „ujawniły się nowe środki dowodowe, które nie były znane w postępowaniu przygotowawczym oraz na rozprawach przed sądami I i II instancji”. I to te jedne zdanie Sąd Najwyższy skwapliwie wykorzystał, co zaważyło na treści sentencji jego postanowienia oddalającego Wniosek o wznowienie.

Czy w istocie Sąd Najwyższy miał rację? Bo ja – mimo, że jestem tylko prostym magistrem prawa – mam wielkie wątpliwości, które tu wyłuszczę.

Niestety, z formalnego punktu widzenia wszystko niby gra i panowie sędziowie na pewno bardzo zadowoleni z trafności swego rozstrzygnięcie, udali się do domu, a być może wcześniej gdzieś na kawkę, aby raz jeszcze napawać się swą sądową mądrością. A mnie to postanowienie po prostu zmroziło, ale z góry uprzedzam, że z powodów oczywistych w tym co piszę, niektóre istotne prawne problemy są siłą rzeczy pominięte. Zwracam tylko uwagę na oczywiste fakty.

Z problematyką wznowienia prawomocnie zakończonego postępowania sądowego po raz pierwszy spotkałem się na II roku studiów prawniczych, kiedy zaczął obowiązywać (od 01.01.1970) kodeks postępowania karnego z 1969 roku, którego opracowaniem kierowała prof. dr Maria Lipczyńska. Nota bene Pani Profesor zwolniła mnie z ustnego egzaminu z Logiki (którą wykładała) z uwagi na to, że egzamin pisemny zaliczyłem u niej na ocenę bardzo dobrą, a takich jak ja, na moim roku, było tylko kilka osób.

W kodeksie postępowania karnego z 1969 roku sprawę tę normował art. 474 § 1 pkt 2 lit. a, który do nowego kodeksy postępowania z 1997 roku został inkorporowany jako art. 540 k.p.k.Niestety, sejmowi „specjaliści od mieszania w prawie” we wrześniu 2017 roku pomajstrowali przy obowiązujących przepisach, efektem czego od 1 lipca 2015 roku art. 540 § 1 pkt 2 lit. a obowiązuje w nowej treści, którą uchwalono poprzez usuniecie z niego zwrotu „nie znane wcześniej sądowi” i tę w sumie mało istotną różnicę w brzmieniu przepisu Sąd Najwyższy skwapliwie wykorzystał, aby wniosek o wznowienie postępowania skutecznie uwalić.

Aby było łatwiej (dla niezorientowanych) zrozumieć w czym leży problem, przytoczę treść wspomnianych wyżej przepisów w zakresie dotyczącym ujawnionych „nowych faktów lub dowodów”. I tak w kodeksie z 1997 przepis ten miał brzmienie:

Art. 540. § 1. Postępowanie sądowe zakończone prawomocnym orzeczeniem wznawia się, jeżeli:

2) po wydaniu orzeczenia ujawnią się nowe fakty lub dowody nieznane wcześniej sądowi, wskazujące na to, że:

a) skazany nie popełnił czynu (...),

Natomiast w 2015 roku treść przepisu wyglądała następująco:

Art. 540. § 1. Postępowanie sądowe zakończone prawomocnym orzeczeniem wznawia się, jeżeli:

2) po wydaniu orzeczenia ujawnią się nowe fakty lub dowody wskazujące na to, że:

a) skazany nie popełnił czynu (…),

I co z tego porównania wynika? Ano to, że przepis ten w obu wariantach wymaga spełnienia tego samego warunku, a mianowicie tego, aby PO TYM kiedy wyrok się uprawomocnił, pojawiły się nowe fakty lub dowody, wskazujące na niewinność skazanego. Pamiętać należy, że zgodnie z art. 2 § 1 przepisy k.p.k. mają na celu takie ukształtowanie postępowania karnego, aby sprawca przestępstwa został wykryty i pociągnięty do odpowiedzialności karnej, a osoba niewinna nie poniosła tej odpowiedzialności. A więc każdy sędzia winien wykorzystywać każdą sytuację (zgodnie z przepisami), aby wymóg taki spełnić, czy to w czasie orzekania, czy już po uprawomocnieniu się wyroku, kiedy pojawią się nowe fakty lub dowody, które są w stanie podważyć słuszność wydanego i prawomocnego wyroku.

Aby zrozumieć tok mojego myślenia, trzeba wiedzieć, że w orzeczeniach Sądu Najwyższego stwierdza się wprost, iż podstawą wznowienia mogą być znane już sądowi źródła dowodowe, co między innymi wskazane jest w w postanowieniu Izby Karnej Sądu Najwyższego III KO 32/02 z 12 października 2004 r.:, stwierdzającym, że „Podstawę wznowienia postępowania mogą stanowić zarówno nowe fakty wynikające ze znanych uprzednio źródeł dowodowych, jak też ujawnienie się nowych, nieznanych sądowi dowodów o nowych faktach.” Podobne stanowisko wyrażone jest też w postanowieniu Sąd Najwyższego z dnia 20 maja 2005 r. (IV KO 38/04), w którym sąd stwierdza, że "nowy dowód" w rozumieniu art. 540 § 1 pkt 2 k.p.k., „to nowy środek dowodowy, niezależnie od tego, czy pochodzi ze znanego, czy też nieznanego źródła dowodowego”. Podobne stanowisko sąd ten wyraża w postanowieniu z 21 czerwca 2005 r. (sygn. akt IV KO 70/04) stwierdzając, że „podstawę wznowienia mogą stanowić nowe fakty wynikające ze znanych poprzednio źródeł dowodowych.

A czym jest to źródło dowodowe, spyta ktoś nie znający się na prawnych zawiłościach. Śpieszę wyjaśnić w sposób najprostszy jak potrafię, że źródłem dowodowym jest wszystko to, z czego pochodzą konkretne informacje, czyli środki dowodowe. W przypadku procesu Wojciecha Pyłki, takim źródłem dowodowym jest więc biling połączeń wykonanych w styczniu 2008 roku z numeru telefonicznego przypisanego (na podstawie zawartej umowy) do Janusza Laskowskiego, a środkiem dowodowym jest treści tego dokumentu, wskazująca m.in., że 24,25 i 30 stycznia telefon Janusza Laskowskiego był czynny i prowadzono z niego korespondencję SMS. I co najważniejsze, to właśnie ta informacja nie była przedmiotem jakiejkolwiek procesowej analizy, albowiem prokuratura tego środka dowodowego w akcie oskarżenia nie wskazała, uniemożliwiając tym samym sądowi jej przeprowadzenie.

Powołując się na prawnicze piśmiennictwo, przytoczę stanowisko, według którego w art. 540 § 1 pkt 2 lit. a k.p.k. chodzi o takie „nowe fakty i dowody, które ujawniły się dopiero po prawomocnym zakończeniu postępowania, co uniemożliwiało ich zgłoszenie przed wydaniem prawomocnego orzeczenia(...).1Przytaczam je, ponieważ w uzasadnieniu postanowienia Sądu Najwyższego oddalającego wniosek obrońcy Wojtka Pyłki, zawarty jest następujący akapit: „za nowe fakty lub dowody mogące stanowić podstawę wznowienia, mogą być uznane takie fakty lub dowody, które były uprzednio nie znane nie tylko sądowi, ale również stronie.” Problem jest w tym, że w innym postanowieniu z 07.07.2016 (sygn. akt V KO 43/16) Sąd Najwyższy stwierdza, że „W piśmiennictwie wskazuje się, że wskutek usunięcia z dniem 1 lipca 2015 r. z art. 540 § 1 pkt 2 zwrotu "nie znane przedtem sądowi", nowe fakty lub dowody mogące stanowić podstawę wznowienia, mogą być uprzednio nieznane, nie tylko sądowi, ale również stronie.”

Zwracam uwagę na słowa ”mogą być uprzednio nieznane”, z czego wynika, że jeżeli byłyby nawet znane, nie powinno to stanowić żadnej przeszkody procesowej. Tym bardziej, że jak wspomniałem, akurat w tym przypadku źródło dowodowe (biling połączeń) było faktycznie znane i sądom jak i oskarżonemu i jego obrońcy, ale już środek dowodowy (daty połączeń SMS) obydwu stronom procesowym i sądowi znany nie był. Nie mam żadnych wątpliwości, że było to spowodowane przyjęciem przez prokuraturę godziny 02:02 w nocy 24 stycznia, jako wyznacznika czasowego, po którym nastąpił zgon Laskowskiego, co spowodowało, że nikt już nie analizował dalszych połączeń. Tym bardziej, że funkcjonariusz analizujący to źródło dowodowe (bilingi) stwierdził w notatce (jest w materiale dowodowym sprawy), że po tej godzinie zarejestrowały się tylko połączenia wchodzące, co spowodowało zapełnienie skrzynki poczty głosowej.Jestem przekonany, że to właśnie było praprzyczyną faktu, iż nikt już się nie interesował – łącznie z sądem – co zawierały pozycje tego bilingu, zarejestrowane po godzinie 02:02.

Gdyby brać poważnie zastrzeżenie poczynione przez Sąd Najwyższy w tej sprawie, to trzeba by przyjąć, że idiotami są zarówno Wojciech Pyłka i jego obrońca, którzy mając wiedzę o powyższym, nie podnieśli od razu wielkiego w tej sprawie rabanu. Przecież fakt tych połączeń SMS miał – powinien mieć – dla obrony zasadnicze znaczenie. Więc jeżeli tego nie podnosili, to znaczy, ze nie wiedzieli. Tak samo jak sądy I i II instancji, które zobowiązane są ustawowo do rozstrzygania jedynie na podstawie prawdziwych ustaleń faktycznych oraz badania i uwzględniania okoliczności przemawiające zarówno na korzyść, jak i na niekorzyść oskarżonego. Tym samym w wielce niesympatycznej sytuacji znalazłby się też obydwa sądy, które tych jakże istotnych okoliczności nie wzięły pod uwagę. A na to, że nie wzięły, wskazuje uzasadnienie uzasadnienie obydwu wyroków, w których, w tej materii, sądy milczą jak głazy.

Kluczową rolę w sprawie tej odgrywa stanowisko, że niby nie można przyjąć wniosku o wznowienie postępowania, ponieważ zgodnie z nowelizacją z 2013 roku, nowe fakty lub dowody nie mogą być znane przed uprawomocnieniem się wyroku. Tymczasem, co może każdy sprawdzić, zapoznając się z treścią znowelizowanego art. 540 k.p.k., takiego wymogu przepis ten nie zawiera, ale gdyby ustawodawca chciał, aby taki warunek obowiązywał, to by go w treści przepisu umieścił. Jeżeli więc takiego warunku nie zamieścił, to oznacza, że wystarczająca przesłanką jest to, iz nowe fakty i dowody pojawiły się po wydaniu prawomocnego orzeczenia. I basta.

Niepodważalnym moim zdaniem dowodem na to, że to ja mam rację, jest dokonana tym samym aktem nowelizacja art. 427 k.p.k., w którym zmieniono też brzmienie jego paragrafu trzeciego. Przed nowelizacją brzmiał następująco: „Odwołujący się może również wskazać nowe fakty lub dowody”. Nadana nowelizacją jego nowa treść wygląda następująco: „Odwołujący się może również wskazać nowe fakty lub dowody, jeżeli nie mógł powołać ich w postępowaniu przed sądem pierwszej instancji.”

Powtórzę więc raz jeszcze, że w postępowaniu procesowym najważniejszym winna być dosłowna treść przepisu, ponieważ rożne jego interpretacje – a w doktrynie zawsze na tym tle istnieje spór prawników – tylko tą treść wypaczają i powodują, że praktycznie takie same zdarzenie są różnie przez różne sądy osądzane. Dziej się tak, że w polskim prawie nie funkcjonuje zasada precedensu, a więc hulaj dusza piekła nie ma. I tylko oddani pod sądowy osąd na tym cierpią. Niestety zbyt często.

1. Znowelizowany Kodeks postępowania karnego w pracy prokuratora i sędziego; Barbara Augustyniak, Dariusz Świecki, Małgorzata Wąsek-Wiaderek, pod redakcją Dariusza Świeckiego: Postępowanie odwoławcze, nadzwyczajne środki zaskarżenia, postępowanie po uprawomocnieniu się wyroku i postępowanie w sprawach karnych ze stosunków międzynarodowych (Krajowa szkoła sądownictwa i prokuratury kraków 2015)

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   Obiecałem, zanim mnie koronawirs dopadł, że powrócę raz jeszcze dp sprawy Wojtka Pyłki, aby odnieść się do postanowienia Sądu Najwyższego w sprawie złożonego wniosku o wznowienie prawomocnie zakończonego postępowania. CVID-da mam już za sobą, a więc spełniam obietnicą.

17 marca 2021 roku, Sąd Najwyższy oddalił wniosek pełnomocnika procesowego Wojciecha Pyłki w sprawie wznowienia postępowania karnego zakończonego prawomocnym wyrokiem Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu z 31 sierpnia 2010 roku. Tak więc jedna z ostatnich szans na to, aby móc sprawiedliwie ocenić materiał dowodowy zebrany w sprawie zabójstwa Janusza Laskowskiego (nazwisko zmienione) padła niczym barykada broniona resztami sił jej załogi. Stało się tak dlatego ponieważ przez małe niedopatrzenie w treści wniosku został użyty zwrot, że „ujawniły się nowe środki dowodowe, które nie były znane w postępowaniu przygotowawczym oraz na rozprawach przed sądami I i II instancji”. Tymczasem na podstawie nowelizacji kodeksu postępowania karnego z dniem 1 lipca 2015 roku art. 540§ 1 pkt 2 lit. a k.p.k. uległ zmianie poprzez usuniecie z niego zwrotu „nie znane wcześniej sądowi”, co zostało zastąpione warunkiem, że aby wznowienie było możliwe, to po wydaniu orzeczenia muszą ujawnić się nowe fakty lub dowody, wskazujące na to, że skazany nie popełnił zarzucanego mu czynu. I tę w sumie mało istotną różnicę w brzmieniu przepisu, Sąd Najwyższy skwapliwie wykorzystał, aby wniosek o wznowienie postępowania oddalić.

Uważam, że różnica w brzmieniu przepisu jest mało istotna z tego powodu, że opiera się tylko i wyłącznie na dosyć pokrętnej grze słów, użytych do opisu sytuacji mogącej stanowić podstawę do wznowienia. Wszak ujawnienie (wg starego brzmienia przepisu) nowych faktów lub dowodów nie znanych przedtem sądowi a wskazujących na to, że skazany nie popełnił czynu, jest przecież tym samym (wg nowego przepisu) ujawnieniem się po wydaniu orzeczenia nowych faktów i dowodów na to, że skazany czynu nie popełnił. Czyli zwykłe masło maślane, bardziej uczenie brzmiące jako idem per idem, czyli to samo przez to samo.

Jednakże jest pewna różnica, polegająca na tym, że nowe brzmienie pozwoliło uczonym w prawie mędrcom wywieść, że o tych nowe faktach lub dowodach musiał także nie mieć wiedzy skazany i jego obrońca. W literalnym brzmieniu nowego przepisu ten wymóg nie występuje, ale gdyby autorzy poprawki chcieli, aby taki warunek obowiązywał, to by go w treści przepisu umieścili. Czyli Sąd Najwyższy argumentując odrzucenie wniosku o wznowienie, nie oparł się na przepisie prawa, tylko na jego interpretacji, a te mogą być różne. I te interpretacje są zmorą prawa, które winno być proste i czytelne dla każdego, nawet zwykłego zjadacza chleba.

Niestety, z formalnego punktu widzenia wszystko niby gra i panowie sędziowie na pewno bardzo zadowoleni z trafności swego rozstrzygnięcie, udali się do domu, a być może wcześniej gdzieś na kawkę, aby raz jeszcze napawać się swą sądową mądrością. A mnie to postanowienie po prostu zmroziło i zaraz powiem dlaczego. Z góry jednak uprzedzam, że jest to tylko felieton, w treści którego zamieszczam swoje przemyślenia w formie niezmiernie skrótowej. Po tej krótkiej ale niezbędnej uwadze wracam do ad rem, stawiając pytanie, którego widocznie nie postawili sobie panowie sędziowie: w jaki sposób Wojciech Pyłka mógł dopuścić się zabójstwa Janusza Laskowskiego, kiedy wszystko wskazuje na to (a we wniosku zostało do dokładnie wykazane), że 24,25 i 30 stycznia (a więc jeszcze 6 dni po dacie ustalonej w śledztwie i procesie zabójstwa) korzystał ze swojego telefonu, prowadząc z dwiema nie ustalonymi osobami, korespondencję w formie wiadomości tekstowych (SMS)?

Przecież wszyscy interpretatorzy prawa zgodnie podnoszą, że wznowienie na podstawie art. 540 § 1 pkt 2 lit. a, jest możliwe tylko wtedy, gdy nowe fakty lub dowody wiarygodnie podważają prawdziwość ustaleń faktycznych dokonanych w prawomocnie zakończonym postępowaniu prawomocnie, jeżeli zachodzi wysokie prawdopodobieństwo, że po wznowieniu postępowania zapadnie orzeczenie odmienne od orzeczenia poprzedniego. Przy tym te nowe fakty lub dowody nie muszą mieć takiej wartości, aby jednoznacznie wykazywały bezpodstawność dotychczasowego rozstrzygnięcia sprawy, natomiast powinny taki stan rzeczy uprawdopodobnić.

A przywołanych we wniosku o wznowienie faktów nie podważyła nawet Prokuratura Krajowa, która wniosła o przeprowadzenie czynności sprawdzających mających na celu doprowadzenie do ustalenia i przesłuchania osób na okoliczność połączeń SMS (w tym zapewne i ich treści) w czasie, „w którym Janusz L. już nie żył”. Dla mnie jako dla kryminalnego praktyka jest oczywistym, że takiego sprawdzenia można dokonać tylko w warunkach wznowionego postępowania przed sądem I (albo II) instancji. W końcowej części stanowiska Prokuratury Krajowej podkreślono, że „Konieczność dokonania tych ustaleń jawi się w szczególności w związku z tym, że czas zgonu Janusza L. ustalono z powołaniem się na ostatnie połączenie telefoniczne z jego telefonu, z kolei czas jego zgonu ma istotne znaczenie dla oceny wyjaśnień i zeznań złożonych w tej sprawie.”. Jednakże w uzasadnieniu swego postanowienia Sąd Najwyższy (obłudnie) stwierdza, że „w ramach postępowania o wznowienie nie jest dopuszczalna kontrola poprawności ustaleń faktycznych dokonanych przez sądy orzekające oraz ponowne badanie wiarygodności dowodów, które przyjęto za ich podstawę”.

Przysłowiowy nóż mi się w kieszeni za każdym razem otwiera, kiedy słowa te czytam, bo przecież podstawą wniosku jest fakt, że wskazane w nim dowody (środki dowodowe) w ogóle przez żaden sąd nie były badane, czego niepodważalnym dowodem jest np. notatka policjanta, w której informuje, że analizę dowodowych billingów zakończył na godzinie 02:02 w nocy 24 stycznia. A ponadto w treści złożonego wniosku o wznowienie jak byk stoi stwierdzenie, że: „niniejszy Wniosek (…) w żadnym zakresie nie kwestionuje przyjętych przez Sądy I i II instancji ustaleń faktycznych, dokonanych w wyniku swobodnej oceny dowodów, zgodnie z art. 7 kodeksu postępowania karnego.” Powtórzę, że chodzi o te ustalenia, które były przez sąd dokonane.

I teraz pytanie retoryczne jak najbardziej: czy w nocy z 23 na 24 stycznia Wojciech Pyłka mógł powiesić Janusza Laskowskiego, jeżeli okazuje się, że po czasie domniemanego zabójstwa korzystał on z telefonu? Denat korzystał z telefonu ...

No cóż, nie od dziś wiadomo, że istnieje coś takiego jak prawda sądowa, która z prawdą obiektywną ma tyle wspólnego, co pies z kotem. Ale dzięki tej „sądowej prawdzie” w więzieniach gniją setki osób skazanych prawomocnie za coś, czego absolutnie nie popełnili. I to postanowienie SN (razem z wyrokami sądu I i II instancji), oparte na „prawdzie sądowej” rażąco narusza moim zdaniem podstawowe uregulowania prawne zawarte w kodeksie postępowania karnego. Stanowią one, że organy wymiaru sprawiedliwości muszą gwarantować, iż to sprawca, a nie osoba niewinna zostanie ukarany (art.2 § 1 pkt 2 k.p.k), a podstawą wszelkich rozstrzygnięć powinny stanowić prawdziwe ustalenia faktyczne (art.2 § 2 k.p.k) oraz, że w postępowaniu należy brać pod uwagę wszystkie okoliczności sprawy (art.4 k.p.k.).

Myślę, że płodząc to postanowienie mędrcy w togach zdawali sobie sprawę z tego, że w zasadzie krzywdzą człowieka, którego wymiar sprawiedliwości posadził na 25 lat za kratami i dlatego udzielili mu w łaskawości swej porady prawniczej, aby „z powodów wskazanych we wniosku o wznowienie”, rozważył wniesienie w tej sprawie kasacji nadzwyczajnej. A więc informują tym samym, że istnieją ważne powody, aby wystąpić o uchylenie tego kuriozalnego wyroku sądów i i II instancji. Gdzie mam takich sędziów i sądy nie napiszę.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Oburzenie wielkie podniosło się na prawicy z powodu takiego, że Czarzasty śmiał w prywatnej rozmowie powiedzieć do wicemarszałek Senatu Gabrieli Morawskiej-Staneckiej, że ją ponoć „odstrzeli” za to, iż łazi po redakcjach i język przeciw Lewicy strzępi. Wszyscy nagle zapłonęli świętym oburzeniem (zwłaszcza media wspierające PO), w tym spora grupa osób publicznych oficjalnie uznających się za przedstawicieli Lewicy i wspólnymi siłami raz jeszcze pokazali Lewicę, jako formację składającą się z chamów i prostaków, którzy o niczym innym nie marzą, jak tyko o tym, aby z PiS-em stworzyć koalicję i dorwać się do władzy. Strasznie fałszywa to nuta.

Po pierwsze, telefoniczna rozmowa między Czarzastym a panią Morawską-Stanecką miała charakter prywatny i na światło dzienne została przez nią wywleczona, kiedy użaliła się nad swoim losem na łamach „Gazety Wyborczej”, którą widać uznaje za gazetę, dbającą przede wszystkim o dobrostan całej polskiej lewicy. Dlatego więc, zamiast postawić sprawę na forum własnego klubu parlamentarnego, poszła wypłakać się do Adama Michnika, który jak wiadomo wielkim fanem Lewicy, a zwłaszcza SLD, nie jest.

Z Włodzimierzem Czarzastym nie znam się i rozmawiałem z nim tylko jeden raz w życiu i była to również rozmowa telefoniczna. Prosiłem go o pomoc w organizowanym przeze mnie i kilku kolegów spotkaniu z politykami i ważnymi osobami publicznymi, w sprawie bandyckiej ustawy PiS (wcześniej PO,PSL i PiS), która pozbawiła mundurowych funkcjonariuszy III RP należnych im emerytur i rent, za to tylko, że mieli chociażby jedynie fragmentaryczny okres służby w strukturach Służby Bezpieczeństwa PRL. Funkcjonariuszy, którzy po pozytywnej weryfikacji, zostali ponownie przyjęci do służby dla III RP i jej obywateli. Dlatego wiem, w jaki sposób W. Czarzasty rozmawia przez telefon i to nawet z niezeznaną sobie osobą, o której jednak wiedział, że „serce ma po lewej stronie”.

Być może ta ideowa więź powoduje, że w przypadku takich rozmów odrzuca wszelkie „burżuazyjne konwenanse”. Zresztą nie tylko on, na co dowodnie wskazują tzw. taśmy z tajemnie nagranymi rozmowami wielu znanych polityków prawicy (PO, PiS, PSL), których rynsztokowy język aż tak nie oburzył nieprzychylnych Lewicy wszelkich prawicowych mediów, wśród których prym wodzi amerykańska stacja telewizyjna TVN, a zwłaszcza redakcja programów publicystycznych TVN24. Stacja, która bez przerwy zarzuca telewizji rządowej (właściwie to telewizji pisowskiej) manipulacyjny charakter jej przekazu i publicystyki. No cóż, przyganiał kocioł garnkowi. Żadnego oburzenia nie wywołał więc język manifestującej przeciw rządzącym przez wiele dni młodzieży, a masowo wykrzykiwane i wyśpiewywane wulgaryzmy, były aż do znudzenia w tejże telewizji, bez tzw. wypikania, emitowane jako słuszny głos sprzeciwu. Chyba wszyscy pamiętają główne hasło tamtych dni (z którym się zgadzam), prezentowane też w postaci ośmiu gwiazdek.

I wszyscy nagle zapomnieli o tym, że istnieje art. 141 kodeksu wykroczeń, który zakazuje używania w przestrzeni publicznej nieprzyzwoitych ogłoszeń, napisów, rysunków i słów. A ileż to nasłuchałem się o tym, że prawa muszą przestrzegać wszyscy, że dla jego łamania nie ma żadnego wytłumaczenia, że kto nie szanuje prawa, ten nie szanuje własnego państwa i jego obywateli. Wygląda na to, że znów wg Platformy Lewicy można mniej i dlatego z tak wielką zajadłością ludzie i media reprezentujący lub wspierający jej środowisko, rzuciły się na Czarzastego, który zapewne używając skrótu myślowego, oznajmił pani wicemarszałek senatu, że ją „odstrzeli” za to, że „łazi po mediach”, co oczywiście odnosiło się do tych nieprzychylnych Lewicy redakcji prasowych i telewizyjnych.

Ja mu się nie dziwię, albowiem pani ta, formalnie należąca do klubu parlamentarnego Lewicy, przez SLD wystawiona jako kandydatka do senatu i mająca Lewicę w tymże organie reprezentować, w wiadomych redakcjach psy na Lewicę wiesza, czego np. dowodem może być jej rozmowa z 4 maja w radiowej stacji RMF FM. Wynikało z niej, że ona z Lewicą nie ma praktycznie nic wspólnego, bo stanowi „jedność z marszałkiem Grodzkim i kolegami z Platformy Obywatelskiej”. Nie ma też nic wspólnego ze stanowiskiem Lewicy w sprawie unijnego Funduszu Odbudowy, która na ten temat prowadziła z PiS ważne rozmowy (a na tym przecież polityka polega), w efekcie czego poparła w sejmie ratyfikację tego Funduszu. Lewica postąpiła tak, ponieważ Polska nie mogła się wyrzec olbrzymiego finansowego wsparcia, jakie UE zaproponowała swoim członkom.

Wygląda na to, że gdyby owa pani była w sejmie, to głosowałaby razem z PO za od odrzuceniem tych unijnych pieniędzy (przypomnę, że chodzi o setki miliardów zł.), albowiem wstrzymanie się od głosu, jest de facto głosowaniem przeciwko. Nie sądzę, aby senat – gdzie w zasadzie rządzi PO - przyjętą głosami PiS, Porozumienia, PSL i SLD ustawę odrzucił. Tym samym Platforma ustawi się jako koalicjantka Prawa i Sprawiedliwości, o co wielkie pretensje miała do Lewicy, obrzucając ją najgorszymi epitetami, w tym haniebnymi słowami Radosława Sikorskiego, przyrównujące to sejmowe wydarzenie do Paktu Ribbentrop – Mołotow.

Nie dziwię się więc, że w prywatnej rozmowie Włodzimierza Czarzastego po prostu poniosło i użył tego „nieszczęśliwego” określenia, w istocie rzeczy lapidarnie informując, w niezbyt co prawda wyszukany sposób, że za to latanie po „wrogich” mediach (krytykowanie Lewicy) może spotkać się z zdecydowaną reakcją władz tego ugrupowania. Tym bardziej, że narracja Platformy udzieliła się zbyt wielu członkom i zwolennikom Lewicy oraz osobom zawsze z lewicą kojarzonych, tak jak np. Leszkowi Millerowi, który z osobistych, a więc politycznie niskich pobudek, wykorzystuje każdą możliwość (w TVN24 i nie tylko), aby Czarzastemu i Nowej Lewicy dołożyć. Dla mnie L. Miller, którego zawsze broniłem, stał się postacią odrażającą (tak jak Aleksandra Jakubowska, czy Magdalena Ogórek), która kosztem Lewicy chce załatwić swoje osobiste porachunki.

W sprawie tej Lewica wydała oświadczenie, że nie akceptuje żadnych form przemocy. Zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej, i że są to zachowania sprzeczne z jej wartościami. Hola hola drodzy lewicowcy, czyście się za bardzo nie zapędzili? O jakiej przemocy prawicie? Czy naprawdę myślicie, że wasz szef i kolega chce naprawdę ową panią senator zastrzelić? Naprawdę nie przyszło wam do głowy, że to określenie dotyczy tak prozaicznej sprawy, jak partyjne zdyscyplinowanie? Sami dajecie się prawicy ustawić na strzelnicy, aby to ona właśnie was mogła odstrzelić. Oczywiście w sensie politycznym. Przestańcie być polityczną dzieciarnią, bo jak całkowicie SLD zdeprecjonujecie w oczach wyborców, po przyszłych wyborach w sejmie nawet zapach po was nie zostanie.

Na pewno zaraz ktoś, w ślad za „Wyborczą” i TVN24, odezwie się, że jednak była to rozmowa z kobietą, wobec czego powinna mieć charakter dżentelmeński. Być może, ale nie koniecznie, albowiem polska lewica jest programowo feministyczna, a więc mężczyzn i kobiety traktuje jednako. Nie mogą się zatem miłe panie z Lewicy, jak i z środowisk tzw. demokratycznej opozycji, domagać jakichkolwiek szczególnych praw dla kobiet, bo tym samym zaprzeczają hasłom, które tak pompatycznie same głoszą. A o faktycznej równości pomiędzy paniami i panami niech świadczą bluzgi, jakie z nadobnych usteczek padają, kiedy panie są przekonane, że nikt ich nie słyszy, albo, że wymieniają się różnymi opinaniami tylko w swoim gronie. Przypomnę więc, że W. Czarzasty w rozmowie z Gabrielą Morawską - Stanecką słów bluźnierczych nie używał. Tak jak i Marek Dyduch, który rozmawiając w TVN24 z posłanką prawicy Barbarą Nowacką, użył określenia, że trajkoce. No cóż, powiedział prawdę, owe trajkotanie (nie ma w tym słowie niczego obraźliwego) jest jej jakby „znakiem rozpoznawczym”, o czym może przekonać się każdy, kto ogląda programy publicystyczne z jej udziałem. O co więc ten cały zgiełk? Ja wiem. Chodzi o to, aby Lewicę w oczach Polaków zgonić w możliwie największym stopniu.

PS.

Za tydzień przedstawię swoje rozważania, dotyczącego braku odpowiedzialności i poczucia honoru polskich polityków, którzy według NIK w czasie sprawowania władzy dopuścili się przestępstw i nie uważają za stosowne, aby się honorowo podać do dymisji.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Zgodnie z zapowiedzią z ubiegłego tygodnia, powracam do sprawy poruszonej w mailu od wałbrzyskich policjantów, informujących o – ich zdaniem - rażących nieprawidłowościach w postępowaniu kierownictwa Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu, związanych z przypadkami zarażenia funkcjonariuszy koronawirusem SARS-CoV2 oraz groźnymi konsekwencjami nie tylko dla nich, ale także dla ich rodzin oraz wałbrzyszan, z którymi siłą rzeczy w trakcie pełnienia służby muszą się kontaktować.

Tak jak zapowiadałem, zwróciłem się do rzeczników prasowych Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu i Komendy Głównej Policji w Warszawie z pytaniem, czy potwierdzają, że do ich jednostek faktycznie wpłynęło anonimowe pismo wałbrzyskich policjantów, w którym zwracają uwagę na wymienione wyżej nieprawidłowości. Wcześniej z prośbą o komentarz do opublikowanego w Tygodniku DB 2010 mojego tekstu, do Rzecznika Prasowego Komendanta KMP zwrócił się redaktor naczelny tygodnika Robert Radczak. Do tej pory odpowiedzi udzielili jedynie rzecznicy z KMP i KGP, więc odniosę się do ich treści, albowiem są one bardzo symptomatyczne.

Rzecznik KMP w swojej odpowiedzi w ogóle się do poruszonego w Tygodniku DB 2010 problemu nie odniósł, uznając, że wystarczy informacja, iż w KMP przestrzegane są wszelkie niezbędne procedury wskazane w „Decyzji nr 163/2020 Komendanta Wojewódzkiego Policji we Wrocławiu z dnia 19 czerwca 2020 roku”. O tym, co zostało w tygodniku przedstawione, ani jednego słowa. I nie ma się czemu dziwić, bo przecież trudno sobie wyobrazić, aby opisaną sytuację potwierdził. Inaczej wygląda sprawa z odpowiedzią rzecznika KGP, którego poprosiłem jedynie o potwierdzenie (tak jak rzecznika z KWP), czy do Komendanta Głównego (i Wojewódzkiego) faktycznie takie anonimowe pismo policjantów wpłynęło. O nic więcej nie prosiłem. W odpowiedzi uzyskałem informację, że „w sprawach odnoszących się do anonimów nie udzielamy komentarza. W sprawie ewentualnych czynności kontrolnych we wskazanej jednostce proszę kontaktować się z Zespołem Prasowym KWP w Wrocławiu”. A ja przecież o żaden komentarz nie prosiłem, tylko o potwierdzenie lub zaprzeczenie faktu wpłynięcia wspomnianego pisma.

Wobec braku konkretów, muszę zadowolić siebie i Czytelników interpretacją tego, co w odpowiedzi tej się znalazło. Tak więc z zadowoleniem muszę stwierdzić, że brak zaprzeczenia jest potwierdzeniem, co wynika z podstawowych zasad logiki. Zatem piszący do mnie policjanci nie kłamali. Natomiast, jeżeli rzecznik odsyła mnie po szczegółową informację o „ewentualnych działaniach kontrolnych” do KWP, to oznacza nic innego, jak zlecenie tej jednostce sprawdzenia prawdziwości informacji przedstawionych w liście policjantów. Wprawdzie – jak podkreśla rzecznik KGP – treść anonimów nie jest komentowana, to jednak zgodnie z policyjną sztuką, każdy anonim musi być traktowany jako źródło informacji, a więc musi być dokładnie sprawdzony, a w przypadku potwierdzenia się zawartych w nim informacji, musi być podstawą do wszczęcia stosownych czynności wyjaśniających. Czas więc najwyższy poinformować Czytelników, co takiego wałbrzyscy policjanci napisali.

Z uwagi na szczupłość miejsca, ograniczę się jedynie do najważniejszych i najbardziej drastycznych fragmentów tego pisma: 

(…)17.03.2021 r. funkcjonariusz Wydziału Kryminalnego Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu otrzymał pozytywny wynik testu na koronawirusa. Od tego czasu w/w przebywa w izolacji. Niestety kilka dni wcześniej pełnił służbę z wieloma Policjantami, a szczególnie z Mariuszem Z. (w oryginale pełne nazwisko). Była to wielogodzinna służba w bardzo bliskim kontakcie.(…) Niestety mimo bezpośredniego kontaktu z osobą o potwierdzonym zakażeniu ani Mariusz Z. ani inny funkcjonariusz Wydziału Kryminalnego nie został skierowany na obowiązkową kwarantannę. Mariuszowi Z. zasugerowano aby wziął wolne z nadgodzin. Kiedy oświadczył, że powinien być objęty kwarantanną, a nie wykorzystywać wypracowane nadgodziny kazano mu napisać oświadczenie, że czuje się dobrze i przychodzić do pracy. Trudno w to uwierzyć, ale osoba, która powinna być objęta kwarantanną otrzymała polecenie napisania oświadczenia o stanie zdrowia i przychodzenia do pracy. Następnie Mariusz Z. został skierowany na test w kierunku koronawirusa i w dniu 19.03.2021 r. taki test przeprowadzono. Niestety nadal musiał przychodzić do pracy. W międzyczasie np. brał udział w realizacji sprawy wspólnie z funkcjonariuszami CBŚP i Wydziału Kryminalnego KWP we Wrocławiu oraz pilnował zatrzymanego, pełnił służbę z kilkoma funkcjonariuszami oraz odwiedził kilka urzędów m. in. wałbrzyski monitoring w Urzędzie Miasta. (...) 23.03.2021 r. Mariusz Z. otrzymał pozytywny wynika testu na koronawirusa. Przypominamy, że 23.03.2021r. to dzień kiedy Mariusz Z. powinien być objęty kwarantanną. Powinien ale nie wg „głównego epidemiologa” Zastępcy Naczelnika Wydziału Kryminalnego KMP w Wałbrzychu Rafała K. Rafał K. to nowy Zastępca Naczelnika z kilkuletnim stażem pracy w Policji, bez wiedzy, doświadczenia i jakichkolwiek umiejętności.(...). Ten cyniczny młodzieniec za nic ma życie i zdrowie swoich podwładnych bowiem najważniejsza jest kariera. Rafał K. stwierdził, że nie jest możliwe zarażenie się od innego funkcjonariusza kiedy nosi się maseczkę. (…) Rafał K. sam ocenia zagrożenie epidemiologiczne i dopuszcza Policjantów do służby na podstawie ich oświadczenia o stanie zdrowia. (…) Po naradzie ze swoimi pryncypałami tj. Mariuszem K. i Krzysztofem L. postanowiono, że jednak może należy izolować Policjantów. Jednak broń Boże żadna kwarantanna tylko wolne za nadgodziny (jeden lub dwa dni) bo kto będzie wystawiał mandaty za brak maseczek. Jednak sytuacja w Wydziale Kryminalnym zaczęła się rozwijać ponieważ dwóch kolejnych Policjantów nie czekając na opinię w/w „epidemiologów” dokonało samoizolacji. Jeden z nich Damian K. w dniu 20.03.2021 r. miał objawy przypominające Covid, a 2 dni później takie same objawy mieli jego żona i syn. (…) Żona otrzymała pozytywny wynik testu na koronawirusa. Panowie L., K. i K. zaczęli panikować ponieważ Policjanci coraz głośniej mówili, że to co się dzieje w komendzie to skandal. Postanowiono wysłać na wolne m.in. Łukasza R.. Podstawą do tego miała być jego notatka, że miał kontakt z osoba zarażoną. R. napisał w notatce zgodnie z prawdą, że miał kontakt z Mariuszem Z. Taka treść była jednak nie do przyjęcia. Przecież (Mariusz Z. – dop. JB) Z. już tydzień wcześniej powinien być na kwarantannie, a oni kazali mu chodzić do pracy. R. otrzymał polecenie pominięcia nazwiska Z. Ponadto na sobotę i niedzielę planowana jest akcja poszukiwany, a Pan K. już zapowiedział, że nie przyjmie żadnej notatki jeśli nie będzie rozpytanych przynajmniej kilku sąsiadów. W czasach zarazy mamy odwiedzić kilkaset mieszkań ponieważ wyniki są ważniejsze niż życie i zdrowie. (...). Dzisiaj Pan L. ogłosił, że kwarantanna tylko dla objawowych Policjantów, a w innym wypadku 1 lub 2 dni wolnego. Skierowanie na test lub kontakt z osobą zakażoną wg L. nie jest podstawą do objęcia kwarantanną. (…) Taka sytuacja nigdy nie miałaby miejsca gdyby nie zatuszowano wydarzeń mających miejsce podczas pierwszej fali na przełomie kwietnia i maja 2020 r. W Komisariacie Policji I w Wałbrzychu kilku funkcjonariuszy miało objawy, które mogły świadczyć, że chorują na Covid. Ówczesny Komendant Komisariatu Adam B. stwierdził jednak, że to zwykłe przeziębienie, a pozostali Policjanci panikują i ulegli histerii medialnej. Kilku Policjantów ( np. Łukasz S.) z uwagi, że w rodzinie mają osoby starsze pisało raporty do Komendanta Miejskiego Policji w Wałbrzychu jednak kazano im chodzić do służby, przesłuchiwać świadków, obsługiwać wydarzenia na mieście. (...) Przeziębienia okazały się Covidem, a takich „przeziębionych” było kilkunastu. Rodzina jednego z Policjantów nie wytrzymała i w obawie o swoje zdrowie złożyła skargę. Podczas następnej odprawy (prawdopodobnie pod naciskiem KWP we Wrocławiu ) Panowie S.,L. i K. oświadczyli, że postępowania Komendanta Komisariatu I Policji w Wałbrzychu było skandaliczne i przyczyniło się do tak dużej ilości zakażonych Policjantów. (…) W efekcie skargi zdecydowano poddać testom na koronawirusa wszystkich funkcjonariuszy Komisariatu Policji I w Wałbrzychu, a po wykonanych testach kazano wszystkim wracać do służby. Policjanci polecenie musieli wykonać a po kilku dnia okazało się, że trze z nich tj. Wiktor S., Damian G. i Paweł P. mają pozytywny wynik. (...) Prosimy również o poinformowanie Wydziału Kryminalnego KWP we Wrocławiu, CBŚP, Służby Więziennej oraz Urzędu Miasta w Wałbrzychu o konieczności podjęcia działań z uwagi na bezpośredni kontakt z osobą o potwierdzonym zakażeniu ( Mariusz Z.)”.

To tylko tyle (w dużym skrócie) i aż tyle.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)