Lud prosty, a poczciwy, cieszy się niezmiernie, że oto sprawiedliwy Ojciec Narodu Jarosław Mądry, wreszcie "ubekom", jako oprawcom i ciemiężycielom, emerytury i renty odebrał, o czym na różnych konwentyklach gdakała niejaka Kempa, powtarzając słowo w słowa to, co wcześniej jej szefowa z siebie raczyła wydalić. Suweren się cieszy, albowiem nie zdaje sobie sprawy, że w ten sposób utrwala nową "demokratyczną" zasadę, wedle której żadna grupa zawodowa w Polsce nie może być pewna, że w przyszłości przyznane emerytury nie zostaną nagle drastycznie obniżone lub zgoła zabrane w całości.

Na razie dotyczy funkcjonariuszy MSW, w tym emerytowanych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa oraz policjantów, którzy swe kariery zawodowe rozpoczynali właśnie w strukturach SB. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że mało to kogo obchodzi, bo Polacy zatracili gdzieś nie tylko poczucie przyzwoitości, ale także poczucie solidarności, które tak wspaniale rozwijało się w czasach PRL.

Nawet niektórzy policjanci, którzy swą służbę rozpoczęli dopiero w III RP, uważają, że odbieranie emerytur to słuszna decyzja. Ciekaw jestem kiedy w ich świadomości zakiełkuje myśl, że w przyszłości ktoś inny - powołując się na ten właśnie precedens - również i im będzie chciał emerytury odebrać. Powodów specjalnie nie będzie musiał szukać, bo wystarczy, że powoła się na służbę opresyjnemu państwu, którego władze łamały podstawowe zasady konstytucji, naruszając zasadę trójpodziału władzy, stosowanie represji, ograniczanie swobód obywatelskich (itp, itd), działając tym samym na szkodę państwa i obywateli.

Sprawdzony wzór i przetarta ścieżka już istnieje, w postaci zarzutu współdziałania w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze zbrojnym (OTK Macierewicza) mającej na celu popełnienie przestępstwa (nieposzanowanie Konstytucji RP). Jeżeli ktoś nie wierzy w taką możliwość, to niech sobie przypomni, jaki zarzut postawiono pierwszemu prezydentowi III RP Wojciechowi Jaruzelskiemu, oraz jednemu z współtwórców Okrągłego Stołu, gen. Czesławowi Kiszczakowi.

My się na POPiS-owe represje nie zgadzamy i dlatego powołujemy Komitety Protestacyjne.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-18-340-z-11.05.2017-r.pdf)DB 2010 z 11.05.2017 str. 4
Napisz komentarz (3 Komentarze)

Na zaproszenie pani Redaktor Beaty Świerzewskiej udałem się do stolicy (30 maja), aby wziąć udział w programie Telewizji Polsat "Państwo w państwie". (Kliknij zaznaczone) To chyba już mój 6 występ w tym programie. Ma on przewagę nad innymi programami interwencyjnymi, że transmitowany jest na żywo, a wiec nikt nie jest w stanie ingerować w wypowiedzi jego uczestników. Szkoda tylko, że zawsze materia jest bardziej obszerną niż czasu na nią przewidziane, tak więc niektóre problemu można w zasadzie tylko zamarkować, a o innych - również istotnych - nawet wspomnieć nie można. Z braku czasu. W tym ostatnim programie zabrakło czasu, aby udowodnić - nie tylko panu sędziemu ze Stowarzyszenia Sędziów "Iustitia" - że wyrok sądu apelacyjnego w Łodzi wcale tak spójny nie jest i opiera się na tak wielu nieprawdziwych przesłankach, że logika jego wywodu dziurawa jest jak ser szwajcarski. Najbardziej żałuję, że nie udało mi się np. wykazać istotny błąd w logice sędziowskiej opierającej się (w tym przypadku) nie na swobodnej ale na dowolnej ocenie materiału dowodowego.

* * *

Kiedy tylko usłyszałem co będzie prezentowane w programie, a zwłaszcza kiedy zapoznałem się z naprawdę imponującą ilością stron akt procesowych, od razu stanęły mi w pamięci moje ustalenia dotyczące, głośnej swego czasu, sprawy zabójstwa wałbrzyskiego antykwariusza. Zarówno w tamtej sprawie, jak i obecnie (pomijam dziesiątki innych, które znam osobiście) najbardziej przerażała mnie zaskakująca logika sądów, dla których nie prawda rzeczywista, a prawda sądowa, czyli oparta na tym, co sąd wyczyta z akt i jak sobie to zinterpretuje, jest najważniejsza i niepodważalna. W oparciu o te moje smutne doświadczenia, ukułem teorię "psa łańcuchowego", opartą na obserwacji, ze zarówno policja, jak i prokuratura oraz sądy, bardzo mocno przywiązują się do pierwszej wersji, jaka w sprawie zostanie przyjętą. Trudno, bardzo trudno, później ich od niej oderwać. Drugą konstatacją z tego wynikającą, jest moje twierdzenie, które już od kilku lat prezentuję (i jestem w stanie udowodnić), że w Polsce nie prawo, a jego interpretacja obowiązuje.

* * *

W kontekście tego, co napisałem, bardzo spodobało mi się stwierdzenia byłego Prokuratora Krajowego i Ministra Spraw Wewnętrznych z czasów pierwszej IV RP Jarosława Kaczyńskiego. Ówczesny minister, dzisiejszy mecenas Janusz Kaczmarek, opisując sposoby działania prokuratorów wspomnianego Jarosława, powiedział: "Ja skończyłem wydział prawa, a mam wrażenie, że niektórzy kończyli wydziały prawa i sprawiedliwości. To jest ta różnica." No właśnie. I mnie się to teraz bez przerwy po głowie plącze, kiedy słyszę, widzę lub czytam, co dzisiejsi prokuratorzy i sędziowie potrafią z prawem wyczyniać.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-17-339-z-04.05.2017-r.pdf)DB 2010 z 04.05.2017 str. 4
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Martwię się trochę, że zaczynam być strasznie monotematyczny i ciągle tylko o tej policji piszę. Ale z drugiej strony, to raczej nie moja wina, tylko tejże policji, a w zasadzie pewnej grupie policjantów, którzy bez przerwy temat do napisania mi podsuwają. Muszę przyznać, że mam w zanadrzu kilka spraw wartych opisania, ale zastanawiam się, czy nie zrobić sobie przerwy. Z drugiej strony nie chcę sprawić zawodu tym, którzy tematy tego rodzaju mi podsuwają i liczą bardzo na to, że je opublikuję.

Na przykład obiecałem moim kolegom - emerytom ze Świdnicy, iż opublikuję historię licznych nieprawidłowości, jakie przez lata trapiły świdnickich funkcjonariuszy, którzy bezradnie musieli przyglądać się, co wyprawiali ich przełożeni, będący w głębokim przekonali, że im wolno i nikt im nie podskoczy. W ubiegłym roku, spełniając ich prośbę, sprowadziłem do Świdnicy ekipę telewizyjną programu "Magazyn Ekspres Reporterów", a konkretnie wielokrotnie nagradzanego za telewizyjne reportaże Pawła Kaźmierczaka. Wówczas przed kamerami wystąpiło parę osób, którzy nie ukrywając swej tożsamości, otwarcie mówili o tym czego byli świadkami, a takie w czym zmuszeni byli brać udział. Niestety, ten bardzo "mocny materiał" na dzień przed emisją został, w wyniku interwencji wysokiej duchownej osoby ze Świdnicy, zdjęty z anteny. Na szczęście Paweł udostępnił mi całe nagranie (23 minuty), a obecnie mam jego przyzwolenie, aby z tego, co nagrał dowolnie skorzystać. Zresztą w nagraniu tym również wystąpiłem. W roli komentatora wydarzeń, które opowiadali moi koledzy.

Ponieważ reportaż nie był wyemitowany, razem z jednym z kolegów (były wysoki oficer CBŚ) o tych wszystkich bezeceństwach ówczesnego kierownictwa, powiadomiliśmy ministra Błaszczaka, wysyłając do niego podpisany przez nas list z konkretnymi informacjami i naszymi, jako byłych oficerów Policji, komentarzami i opiniami. Mówiąc szczerze nie bardzo liczyłem na jakikolwiek efekt, ale po pewnym czasie zostaliśmy wezwani do Prokuratury Okręgowej w Zielonej Gorze, które w efekcie odmówiła wszczęcia postępowania. Było to we wrześniu 2016. Machnęliśmy wtedy na te sprawy rękę, uznając, że głową muru nie przebijemy. Okazało się, że jednak nie mieliśmy racji. W lutym br. otrzymaliśmy powiadomienie, że Prokurator Okręgowy w Zielonej Gorze podjął decyzje i wydał postanowienie o powrocie do tej sprawy, co w rezultacie doprowadziło do wszczęcia śledztwa. Już pierwsze osoby otrzymują wezwania na przesłuchania do Poznania, ponieważ śledztwo zostało zlecone do przeprowadzenia przez poznańską placówkę Biura Spraw Wewnętrznych KGP.

Muszę przyznać, że nagłe i niespodziewane odejście na emeryturę wałbrzyskiego komendanta miejskiego, wcale mnie nie zaskoczyło, bo pismo z Prokuratury Okręgowej w Zielonej Gorze, dotarło do mnie jakieś 10 dni przed tą decyzją komendanta. Prokuratura zawiadomiła nas o wszczęciu śledztwa dotyczącego dwóch ówczesnych oficerów z Komendy Powiatowej Policji w Świdnicy, o których była mowa w naszym pasmie skierowanym do ministra Błaszczaka. A ja z kolegą doskonale wiemy, kim byli bohaterowi tego pisma.

Tak więc, jeżeli redaktor naczelny DB 2010 nie pogoni mnie wreszcie z tymi "police long stories", to jeszcze kilka spraw będę musiał opisać, bo nigdy nie miałem zamiaru iść za radami byłego prezydenta Lecha Wałęsy i tłuc kolejne termometry. I mam tylko nadzieję, że moich czytelników nimi nie zanudzę. Ale na wszelki wypadek z Wałbrzycha przeniosę się do Świdnicy. Oczywiście chodzi o temat, a nie moją przeprowadzkę.

A w sprawie śmierci wałbrzyskiego bezdomnego, a konkretnie o tym, czego się oficjalnie nie dowiecie, przeczytać możecie w moim felietonie w DB 2010 z 13 kwietnia 2017 nr 14 str.4. Jest też tekst o tym jak wałbrzyscy funkcjonariusze WRD KMP namierzają tych, którzy na drogach łamią prawo. Pytanie, czy w łamaniu prawa są osamotnieni - patrz załącznik.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-14-336-z-13.04.2017-r.pdf)DB 2010 nr 14 z 13.04.2017
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   Od dawna policjanci zajmujący się najgroźniejszymi rodzajami przestępczości wiedzą, że w zasadzie skończyła się era porwań za okupem, wymuszeń haraczów, czy napadami na TIR-y wiozące różne towary. Przestępcom się to po prostu już nie opłaca, bo świat się zmienia, więc i metody dojścia do łatwych, ale wielkich, pieniędzy też musiały ulec zmianie. Teraz przestępcza elita zarabia na wyłudzeniach podatku VAT, handlu narkotykami, czy prowadzeniem sieci kasyn i agencji towarzyskich. Tam są wielkie pieniądze, a odpowiedzialność relatywnie mniejsza niż w przypadku bandyckich napadów z bronią. Siłą rzeczy ten mniej elitarny świat przestępczy składa się z reguły z intelektualnego badziewia, które dokonuje w dalszym ciągu prostackich skoków, napadów, a także pospolitych oszustw i wyłudzeń.

Do takiej właśnie grupy należał (należy) frajer, który 23 marca usiłował naciągnąć mnie na ograny niesamowicie numer "na policjanta". Jakim prostakiem być trzeba, aby sądzić, że ktoś się jeszcze da nabrać, zwłaszcza, że trzy próby z 22 marca skończyły się fiaskiem. Oczywiście jeżeli wierzyć pani oficer prasowej KMP w Wałbrzychu, która opowiada o trzech usiłowaniach.

Rozmawiając z tym frajerem z trudnością powstrzymywałem się, aby się w głos nie roześmiać i pokazać mu, że za głupi jest, aby się brać za taką mistyfikację. Bardzo to prymitywne było, a wyglądało mniej więcej tak:

- Nazywam się Andzrej Dąbrowski z komendy na Mazowieckiej 2. Wie pan gdzie jest taka komenda?

- Oczywiście, wiem.

- No to my wiemy, że jeden pracownik banku i kobieta z drugiego banku mają skan pańskiego dowodu i znają pański numer konta i będą chcieli podjąć z niego większą kwotę pieniędzy i dlatego dzwonię do pana, bo musimy działać. Czy pan mnie rozumie?

- A z jakiego banku - zapytałem celowo, aby frajera trochę zdekoncentrować, bo na 100% nie miał pojęcia w którym banku mam otwarte konta.

- O tym później - potrzebował chwili czasu, aby się nie zdekonspirować. Ale to była moja pierwsza celowa wrzutka, chociaż czyniłem to ostrożnie, aby go nie spłoszyć - Teraz podam panu mój numer identyfikacyjny. Mój numer identyfikacyjny jest 204482 - poinformował mnie bardzo niegramatycznie.

- Czy pan mnie rozumie? - zadał mi to pytanie już chyba z 4 lub 5 raz.

Dlaczego się pan mnie wciąż pyta, czy rozumiem, przecież chyba nie jestem dzieckiem - trochę mnie zaczął irytować.

Po tej uwadze, znów na chwilę się zapowietrzył, ale dosyć szybko się opanował.

- Pytam się, bo to jest ważne, bo musimy razem z panem działać.

- Rozumiem - odpowiedziałem, chociaż to jego wyjaśnienie było po prostu idiotyczne, ale aby nie spłoszyć frajera, rozmowę ciągnęłam dalej.

- Teraz ja się rozłączę, a kiedy usłysz pan dźwięk rozłączenia, niech wybierze pan numer 997 i tam się zgłosi pogotowie i niech pan poda moje nazwisko i ten numer identyfikacyjny, aby policja sprawdziła czy taki ktoś pracuje. Jak sprawdzi to przekieruje rozmowę na mnie. Czy mnie pan rozumie?

Całą te rozmowę nagrywałem na dyktafon od momentu kiedy powiedział, że chodzi o przekręt z moja kasą, jaki mi grozi. Bo wtedy już wiedziałem z kim mam do czynienia. Kiedy usłyszałem dźwięk świadczący niby, że rozmówca się wyłączył, również się rozłączyłem. Wiedziałem, że nie odpuści i zadzwoni, a wtedy ja się wytłumaczę, że z nerwów coś mi się pokręciło i wyłączyłem się odruchowo.

Po chwili dzwonek telefonu potwierdził moje przekonanie, że zadzwoni, ale nie odbierałem, bo już rozmawiałem z "komórki" z oficerem dyżurnym KMP. Ten fragment opisuje w felietonie "Mój ci on, czy nie mój" (załącznik - DB2010).

Kiedy wreszcie odebrałem telefon odezwała się jakaś panienka:

- Pogotowie dyżurne policji, słucham.

- Jak to pani słucha, kiedy to pani do mnie zadzwoniła. Czy pani nie wie, po co do mnie dzwoni - zapytałem się, aby grać na czasie, być dać prawdziwym policjantom możliwość podjęcia działań.

- Pogotowie dyżurne policji, słucham - powtórzyła, nie wiedząc zapewne jak ma zareagować, bo wyłączając się popsułem im przygotowany scenariusz.

- No to, czego pani ode mnie chce - dalej się drażniłem, ale nie mogłem przeciągać struny, więc po chwili udałem, że się nagle domyśliłem, iż chodzi o policjanta o nazwisku Andrzej Dąbrowski. Podałem te dane, aby sprawdziła, czy to jest faktycznie funkcjonariusz. Już po kilku sekundach potwierdziła mi, że jest.

- Tak, to jest policjant.

- A z jakiego wydziału ? - wypaliłem niespodziewanie.

W słuchawce zapadła cisza, ale po sekundzie usłyszałem cichy głos: powiedz mu, że to jest policjant i ma się go słuchać. Oczywiście, panienka zaraz mi to powtórzyła, a ja już nie dociekałem o to, jaki wydział Andrzej Dąbrowski reprezentuje.

Kiedy już mnie z nim niby połączyła, gra rozpoczęła się ponownie. Frajer ponownie uraczył mnie opowiastką o planowanej przestępczej akcji i czym to może mi grozić.

- Ma pan w swoim domu trzy telefony stacjonarne ...

- Trzy telefony stacjonarne - zdziwiłem się - nie nie mam.

- Nie ma pan? - teraz to on był zaskoczony - no, widzi pan, jest pan na podsłuchu - zakończył głupkowato i bez sensu.

- A czy do pana ktoś w ostatnim czasie dzwonił z banku?

- Nie, nie dzwonił.

- To oni mają pana na podsłuchu - stwierdził i zaczął coś tam mi tłumaczyć. Wykorzystując to odszedłem na bok i zapytałem się cicho dyżurnego, czy słyszy i gdy potwierdził, uspokojony podszedłem znów do leżącego na biurku przy komputerze telefonu stacjonarnego.

- Wie pan, myśmy ustalili, że ma pan w domu większą gotówkę i musimy ją szybko zabezpieczyć - frajer zaczynał przechodzić do konkretów, a ja zastanawiałem się, jak sprawę rozegrać, bo wiedziałem, że jeżeli potwierdzę, że mam większa kasę, to on lub oni pojawia się u mnie błyskawiczne. Wprawdzie położenie na glebę jednego czy dwóch frajerów nie było dla mnie jakąś nowością, ale musiałem mieć czas, aby moją "tetetkę" wyciągnąć z pancernej skrytki i załadować magazynek. Jednakże szybko zrozumiałem, że tym stwierdzeniem frajer otworzył mi możliwość takiego poprowadzenia tej gry, które da możliwość policjantom dojechania na miejsce i zrobienia zasadzki.

- Jaką gotówkę? Mam w mieszkaniu może ze 100 zł. Nie trzymam pieniędzy w domu - odpowiedziałem.

- Nie ma pan pieniędzy?

- Mam, ale w banku przecież - chciałem tak poprowadzić rozmowę, aby mu zaproponować, że polecę do bankomatu i tyle ile się da wyciągnę, aby chociaż tyle uratować. Miałem mu zamiar powiedzieć, że mam limit na 5000 zł dziennie i na pewno by się na taka kasę połakomił.

W tym momencie odezwał się dyżurny z KMP, informując mnie, że już wysyła grupę, a mnie o mało szlag nie trafił, bo zdałem sobie sprawę, że frajer mógł to usłyszeć, albowiem zapomniałem wyłączy w telefonie komórkowym tryb głośnego mówienia.

- Hm ... no to my przyjedziemy i tę stówkę też zabezpieczymy.

- Dobrze, ale ...

- To po coś pan dzwonił na policję. Mówiłem panu, aby pan nie dzwonił. Oni teraz panu podeślą fałszywych policjantów i będziesz miał pan teraz kłopoty.

- Jak to dzwoniłem? Dzwoniłem do pana przecież - starałem się jeszcze ratować sytuację, ale wiedziałem, że frajer już tylko zaczyna ze mną pogrywać, bo jego głos stawał się coraz bardziej agresywny - to z kim ja rozmawiam do cholery - udawałem, że zaczynam się denerwować.

- Po coś dzwonił na tych fałszywych ....

Doszedłem do wniosku, że ta rozmowa nie ma już żadnego sensu, bo frajer na pewno usłyszał informacje od dyżurnego.

- A wiesz frajerze do kogo zadzwoniłeś? Bo nawet tego nie sprawdziłeś. A zadzwoniłeś do policjanta - tu wrzuciłem mu sporą dawkę bluzgu, bo mnie nerwy poniosły. On odwdzięczył mi się podobną wiązanką, więc zakończyłem rozmowę.

Oczywiście, to co powyżej, to tylko próba odtworzenie tej rozmowy z pamięci, bo faktycznie zawierała ona kilka innych wątków i trwała dosyć długo, ponieważ starałem się ją przeciągać na tyle, na ile się da.

Reszta historii w felietonie w DB 2010.

 

Napisz komentarz (2 Komentarze)

Wątpliwości moje coraz bardziej rodzą ujawnione mi fragmenty wiedzy, dotyczące tajemniczej śmierci wałbrzyskiego bezdomnego, którego zwłoki znajdowały się w kompleksie leśnym przy ul. Świerkowej w Wałbrzychu. Piszę o tym zdarzeniu w felietonie "Kolejny trup z policją w tle", który można przeczytać w całości w numerze 12 tygodnika DB 2010 z 30 marca 2017 ( załącznik).

Wprawdzie z informacji przekazanej mi przez rzecznika prasowego Prokuratury Okręgowej w Świdnicy wyłania się obraz śmierci człowieka, która nastąpiła bez ingerencji osób trzecich, to jednak to, co przekazał mi mój policyjny informator, a także wiedza jaką nabyłem przez lata zajmowania się rozwiązywaniem tajemnicy nagłych zgonów, każe mi bardzo wątpi w tą optymistyczną wersję śledczą, przyjętą przez prokuraturę. W tekście opublikowanym w DB 2010 zamieściłem tylko pewne wątki związane z moimi wątpliwościami, co do faktycznego przebiegu zdarzenia, jak i co do faktycznych zamiarów funkcjonariuszy, którzy z tym bezdomnym mieli do czynienia. O wszystkim tym napiszę o wiele więcej w kolejnym wydaniu tygodnika, albowiem moje wątpliwości są tego rodzaju, że nie powinienem o nich milczeć.

Ciekawi mnie też, czy rodzina zmarłego wystąpi w roli oskarżyciela posiłkowego i w razie konieczności te moje wątpliwości w procesie podniesie.

Napisz komentarz (4 Komentarze)

Moja "apelacja" to tylko taki specyficzny felieton,  więc na użytek tego odautorskiego komentarza podzielę się taką oto refleksją, że wrzucenie do beczki z piołunem jednej landrynki, gorzkiego smaku piołunu nie poprawi. A taką landrynką było warunkowe umorzenie postępowania, na co nawet sam Roman dał się nabrać i udzielając prasie wywiadów, opowiadał, że jest z wyroku zadowolony. On sobie po prostu nie zdaje do końca sprawy, co się stało. A stało się, że został uznany za winnego składania gróźb karalnych, czyli czynu do którego się nie dopuścił.

Tymczasem według mnie - czemu już dałem wyraz na łamach DB 2100 w ubiegłym roku - była to najzwyklejsza hucpa polityczna w wykonaniu radnych PiS i dziś muśże przyznać, że skuteczna.

Twierdzę tak, bo z Mirkiem Bartolikiem nie jeden raz browarek w "Stodole" (obecnie "Pub") obalałem i na różne tematy sobie szczerze rozmawialiśmy. Jestem więc przekonany, że Mirek w życiu tych Romanowych enuncjacji za jakąkolwiek groźbę nie przyjął, tym bardziej, że i z nim browara kosztował i jaki Roman jest, dobrze wie. Po prostu trafiła się im okazja, więc ją wykorzystali.

Nie sądzę, aby np. Mirek brał poważnie i dosłownie słowa owego Kuriaty (kiedyś o nim było dosyć głośno w sprawie nieciekawych wydarzeń w jednym z wałbrzyskich Domów dziecka), że i on się boi i bać się będzie, dopóki w Polsce żyć będzie chociażby jeden lewak. Oczywiście on za lewaka uważa Romana , a zapewne i mnie, chociaż Mirek wie, że ani Roman, ani ja, ani żaden inny "lewak" z maczetą, czy chociażby ze scyzorykiem, po mieście lata i na prawdziwych Polaków z PiS czyha.

Jeżeli już ktoś miałby się bać, to właśnie ci, których taki Kuriata i mu podobni za "lewaków" uważa i których z przyjemnością po pyskach by lał, a gdyby było wolno, to ziściłoby się zapewne jego marzenie, że " na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści". Oczywiście nikomu chyba nie muśże wyjaśniać, ze z braku komunistów, dla Prawdziwych Polaków rodem z PiS ich role pełnia demokraci i liberałowie z wszelkich antypisowskich opcji politycznych.

Osobiście uważam, że proces ten można było w I instancji wygrać, gdyby został poprowadzony pod kątem, jaki prezentuję w mojej "apelacji". Niestety, podczas procesu obrona za wszelką cenę chciała jedynie wykazać, że tzw. pokrzywdzeni, twórczości Olgi Tokarczuk nie znają i nie mają zielonego pojęcia o literaturze. A tu przecież nie o to chodziło, co zresztą sam sąd podkreślił w orzeczeniu, że rozprawa nie dotyczyła wolności słowa.

Tekst "apelacji" w załączniku na str. 4

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-11-333-z-23.03.2017-r-1.pdf)DB 2010 z 23.03.2017 str. 4
Napisz komentarz (0 Komentarzy)