Zastanawiam się coraz częściej, jaka tragedia musi się jeszcze wydarzyć, aby obudzić wałbrzyszan, aby nimi wstrząsnąć tak silnie, że wreszcie odważą się głos publicznie zabrać i zaprotestować przeciw pełzającej, ale faktycznej, przemocy serwowanej przez stróżów prawa. Piszą do mnie rożni ludzie, ale w większości są to jacyś prymitywni troglodyci, którzy poza inwektywami nie mają NIC, ale to kompletnie NIC do powiedzenia. Natomiast ci nieliczni, którzy wyrażają mi swoje wsparcie, zdają sobie sprawę z tego, że faktycznie znajdujemy się w mniejszości.

Jest tak z tego powodu, że ludzie się czegoś obawiają, czy też dlatego, że tolerują tak brutalne działania Policji?

Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, albowiem kiedy czytam np. komentarze pod artykułami dot. tej przemocy, a zawieszonymi na stronach np. portalu walbrzyszek.com – to pełno tam wpisów potępiających Policję w czambuł. Często słusznie, a często zupełnie nie. Ale w zasadzie na tym się kończy, a życie płynie swym utartym nurtem.

Bandyci w mundurach – to taki eufemizm na określenie tych, którzy z prawa i obywatela kpiny sobie jawne czynią – mają się dobrze, bo nad ich bezpieczeństwem czuwają liczne polskie instytucje. Instytucje, które z założenia mają stać na straży prawa.

Piszę o tym w DB2010 – tekst w załączniku

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

  Zaroiło się od wpisów bandy opluskiwaczy, dotyczących sprawy pedofila Henryka Z., albowiem różne gnomy, pod wodzą osobnika z niezdefiniowanymi problemami psychicznymi, paskudzą mi stronę, którą prowadzę z myślą, iż z gronem ludzi kulturalnych i inteligentnych, będę mógł podyskutować. Trochę się zawiodłem, bo prym wodzą różne prymitywy, które mi w „szkodę włażą” paskudząc, jak we własnym chlewiku. Zamiast jakieś merytorycznej dyskusji, mam bez przerwy do czynienia z głośnym kwikiem znanym mi z czasów, kiedy do jednego znajomego (a właściwie do jego córki) na wieś jeździłem.

Wprawdzie mamy demokrację i każdy ma prawo mówić i pisać, co mu się rzewnie podoba, ale niech robi to u siebie. Ja na to nie pozwolę. Bo jak stwierdził przewodnik kwiczącego stada, jest to MÓJ FOLWARK. Wygląda na to, że RÓWNIEŻ ZWIERZĘCY (zdaje się, że kwicząca trzódka aluzji tej nie kupi), ale jeżeli już, to ja wolę jakieś zacniejsze stadko, niż to z kręconymi ogonkami.

Nawet się nie spodziewałem, że sprawa pedofila Henryka Z. obróci się przeciwko mnie i wygląda na to, iż durniów mamy jakby ździebko więcej i są oni bardziej aktywni niż inni. Więc tym, którzy za durniów się nie uważają dedykuję mój felieton (fakt, dosyć osobisty) w dzisiejszym wydaniu DB2010 - w załączniku poniżej.

Natomiast tym, którzy lubią kryminały (te prawdziwe, nie wydumane) zachęcam do zajrzenia na zakładkę Kryminalia, gdzie opisuję całą sprawę związaną z zabójstwem Marty Sz. w Dzierżoniowie.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

  W dniu dzisiejszym, o godz.13:30 w wałbrzyskim sądzie rejonowym odbędzie się rozprawa dotycząca zażalenia M. Zaborowskiego na umorzenie przez Prokuraturę Rejonową w Świdnicy śledztwa w sprawie pobicia go przez policjantów z I Komisariatu Policji w Wałbrzychu. Mam nadzieję, że sąd ten uwzględni wcześniejsze własne ustalenia, z których jednoznacznie wynika, iż M. Zaborowski został jednak przez policjantów pobity i to w trakcie wykonywania czynności procesowych.

M. Zaborowski twierdzi, że zastosowana wobec niego siła fizyczna miała na celu zmuszenie go do przyznania się do kradzieży złomu na szkodę firmy Tauron S.A. Na ten właśnie fakt, powołuje się m.in. pani prokurator rejonowy ze Świdnicy, co jak następnie się okazało, akurat prawdą nie było i nie jest. Policjanci z V KP w Wałbrzychu, prowadzący tę sprawę z wielkimi oporami musieli wreszcie przyjąć do świadomości, że nie jest on sprawca kradzieży, mimo, że w zgromadzonym materiale dowodowym wykazywali, że to właśnie on dokonał tej kradzieży. Przeprowadzili nawet – udokumentowaną fotograficznie – wizję lokalną, w czasie której M. Zaborowski wskazywał rzekomo na miejsca, w których owej kradzieży dokonał. M. Zaborowski twierdzi, że odbywało się to w ten sposób, iż wieźli go w jakieś miejsce i kazali ręką na coś tam wskazywać, a następnie robili mu fotki w takiej pozycji. Fotografie te stanowiły załączniki do materiały z wizji lokalnej wykazującej, że podejrzany wskazuje miejsca, w których dokonał kradzieży.

Niestety, wskazani przez M. Zaborowskiego świadkowie obalili policyjną tezę, więc panom policjantom nie pozostało nic innego, jak zmienić treść zarzutu ( i twierdzić obecnie, ze wprawdzie kradzieży nie dokonał, ale jako paser zbył skradzione przedmioty. Jestem przekonany, ze i z tego będą musieli się wycofać, ponieważ z dowodów kupna-sprzedaży jaki nic wynika, że rzeczy sprzedane stanowiły wyposażenie likwidowanego przez jego ojca sklepu i stanowiły ich własność. Natomiast z zeznań pracowników punktu skupu wynika, ze sprzedaży przedmiotów będących własnością firmy Tauron dokonał mężczyzna w wieku ponad 40 lat, gdy tymczasem M. Zaborowski ma dwadzieścia kilka.

Mnie zastanawia jedno. Jeżeli policjanci twierdzą obecnie, że M. Zaborowski nie dokonał kradzieży, to w jaki sposób uzyskali oni materiał dowodowy, na którym ponoć wskazuje on miejsca, gdzie kradzieży miał dokonać? Myślę, że takie pytanie powinn9o zostać postawione w czasie dzisiejszej rozprawy.

I aczkolwiek dowody na pobicie są niepodważalne, to w III RP tak się dzieje, iż sprawiedliwość własnymi ścieżkami kroczy i nigdy nie wiadomo, gdzie one zaprowadzą.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

  Kolejny już raz Patryk Rynkiewicz spotkał się z odmową sądu w kwestii przedterminowego zwolnienia z odbywania kary. Przypomnę, że został skazany na 25 lat z ograniczeniem możliwości wyjścia na przepustki i warunkowego zwolnienia przez 20 lat od dnia skazania. Po wielu latach samotnej walki z całym aparatem ścigania i wymiaru sprawiedliwości (nic tym momencie nie przesadzam) udało mi się doprowadzić do tego, że sąd apelacyjny we Wrocławiu (w 2011 r. a więc 10 lat po wyroku) musiał wreszcie zauważyć, iż sprawców było trzech, a tylko dwóch postawiono przed sądem. Czyli nie wiadomo, który z nich strzelał do antykwariusza.

Dobrze, że chociaż to sąd raczył zauważyć, albowiem opaska na oczach Temidy powodowała, że nie dostrzegł, iż świadek anonimowy łże jak najęty i w świetle zeznań (chociażby tylko) innych świadków anonimowych w ogóle go w okolicy antykwariatu, w czasie kiedy dokonano zabójstwa, nie było. Pojawił się tam kiedy zwłoki antykwariusza zostały już wyniesione i zabrane przez „czarne pogotowie”.

Ponieważ Temida jest również głucha, tak więc sędziowie, którzy w tej sprawie orzekali, nie usłyszeli tych wszystkich sprzeczności wypowiadanych przez kolejnych świadków anonimowych.

Tak więc Patryk został skazany tylko dlatego, że był kumplem Radka, a Radek dlatego, że anonim podkochiwał się w jego dziewczynie. Ślepota i głuchota Temidy była w tym przypadku czynnikiem decydującym.

Z tej przypadłości Temidy najbardziej cieszą się prawdziwi sprawcy, którzy już swoje wyroki (za inne przestępstwa) odsiedzieli i teraz zapewne z wielką ciekawością obserwują, jak sprawa się rozwija. Są zapewne bardzo spokojni, bo wiedzą, że całe zastępy policjantów, prokuratorów i sędziów nie zezwolą, aby ktokolwiek był w stanie za zabójstwo antykwariusza przed oblicze sądu ich zaciągnąć.

A co na to sam Anonim nr 1 - może się zdobędzie na odrobinę odwagi cywilnej. Nic mu przecież już nie grozi, więc przynajmniej w lustro bez obrzydzenia będzie mógł spoglądać. Bo chcę wierzyć, że ma w sobie jeszcze tyle przyzwoitości, iż wspomnienie tamtych wydarzeń obrzydzeniem go jednak napawa.

Poniżej (załącznik) mój felieton w tej sprawie zamieszczony w dzisiejszym wydaniu DB2010

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

33 rocznica wprowadzenia stanu wojennego już jutro i znów wszystkie media od rana do wieczora zalewać nas będę masą nieprawdziwych informacji, dziesiątkami mitów opartych na wspomnieniach tych, którzy w dniu 13 grudnia zostali dotknięci tzw. komunistyczną represją. Oczywiście za bajki – ponownie – uznane zostanie wszystko to, co wskazywać będzie, że gdyby nie stan wojenny, to otaczający nas zewsząd „przyjaciele”  udzieliliby Polsce bratniej pomocy. Jak ona wyglądała mogli się przekonać Węgrzy w 1956 roku i Czesi w 1968, z tą różnicą, że w Polsce na pewno doszłoby do krwawych walk. Z dostępnych źródeł historycznych jasno wynika, że już w listopadzie 1981 roku gen. Jaruzelski zarządził zmianę dyslokacji jednostek liniowych i wyprowadził je na zapasowe punkty dowodzenia. Jednym słowem wyprowadził żołnierzy wraz z całym uzbrojeniem z koszar. Manewr taki zabezpieczał nas od „czechosłowackiego scenariusza” z 1968, kiedy to wojska „bratnich krajów”, ale przede wszystkim z ZSRR, czeskich żołnierzy, jak czapkami, przykryli w koszarach.  

Manewr ten jasno sugerował, że w momencie wejścia „towarzyszy” polskie wojsko zachowa pełną zdolność bojową i będzie gotowe stawić im opór. Innego tłumaczenia dla tak przeprowadzonego manewru nie ma, albowiem każde inne jest po prostu bez sensu. Generał Jaruzelski zdawał sobie doskonale sprawę z nastrojów, jakie panowały w szeregach armii, a były one takie same jak sporej części polskich obywateli. Armia była z poboru i służyli w niej synowie tych strajkujących i tych, którzy te strajki popierali. Gdyby więc gen. Jaruzelski w akcji tłumienia „solidarnościowej rewolucji” chciał militarnie współpracować z ZSRR, to wojska właśnie w koszarach by pozostawił, z zamkniętymi magazynami broni, które błyskawicznie zajęłyby oddziały radzieckich komandosów.

13 grudnia, w swym telewizyjnym wystąpienie gen. Jaruzelski zwracając się do wszystkich Polaków, ale przede wszystkim do decydentów z „Solidarności”, wręcz błagał : „ Zwracam się do Was wszystkich jako żołnierz, który dobrze pamięta okrucieństwo wojny. Niechaj w tym umęczonym, kraju, który zaznał już tyle klęsk, tyle cierpień, nie popłynie ani jedna kropla polskiej krwi. Powstrzymajmy wspólnym wysiłkiem widmo wojny domowej.”

Apel ten nie został wysłuchany i część (zresztą bardzo niewielka) robotników posłuchała swoich przywódców i ich doradców z „Solidarności”podejmując akcje strajkowe. Takie, jak np. w kop. „Wujek” w Katowicach. Piszę o tym w tekście „ Inne spojrzenie na stan wojenny”” z tygodniku DB2010 nr 47/2014 z 11.12.2014 – załącznik). Poza tymi nielicznymi przypadkami w całym kraju panował spokój, a najbardziej krewki aktyw „Solidarności” został „zwinięty” w ciągu kilku godzin. Bez żadnych incydentów.

Dzisiejsi mitomani opowiadają o tym, jak stawali naprzeciw czołgów, które władza wysłała przeciw własnemu narodowi. I nie zastanawia się taki jeden z drugim, że te brednie można łatwo sprawdzić, albowiem nigdzie nie doszło do takiego przypadku, aby naprzeciw Polakom w okresie stanu wojennego wyjechały czołgi. Nawet w kop. Wujek czołg posłużył jedynie do zrobienia wyrwy w murze otaczającym teren kopalni. Żaden czołg nie oddał jednego chociażby strzału. Owszem, pojawiły się one na ulicach w ramach tzw. demonstracji siły, która polegała na tym, że najpierw przejechały ulicami największych polskich miast, aby następnie zająć pozycje w kilku newralgicznych punktach. I wokół nich rozpalono koksowniki (kosze na śmieci, w których palił się węgiel), a mieszkańcy okolicznych domów przynosili zmarzniętym żołnierzom ciepłą strawę i gorącą herbatę. Czy tak wygląda okupacja własnego narodu?

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Pełny tekst tej rozmowy, jak i mój komentarz do niej, znajduje się w zakładce AD REM.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)