W czasach kiedy u steru III RP zawiadywali politycy Platformy Obywatelskiej, czyli bracia krwi drużyny Jarosława Wielkiego, wielokrotnie pisałem, że praktycznie nie ma takiej dziedziny życia społecznego, gospodarczego i politycznego, gdzie po naciśnięciu nie zaczynał wypływać - przepraszam za słownictwo - zwykły gnój. Zdawało mi się, że gorzej już być nie może, ale czas pokazał, że mam po prostu słabą wyobraźnię, albowiem nie byłem w stanie wyobrazić sobie tego, co z Polską, z polskim społeczeństwem wyczyniać mogą współcześni polscy hunwejbini. Coraz trudniej jest to wszystko ogarnąć, więc ograniczę się do stwierdzenia (Ameryki zresztą nie odkrywam), że Polska, jako państwo młodej demokracji, jest totalnie dewastowana i wszystko wskazuje na to, że powoli zmierzamy w stronę rozwiązań, jakie w naszym kraju rozpanoszyły się w latach 1947-1954. Czysty bolszewizm w wydaniu Prawdziwych Patriotów i Jeszcze Bardziej Prawdziwych Polaków. Przykładów tego stanu rzeczy jest multum, ale ja ograniczę się jedynie do jednego, a mianowicie, że Jarosław Plskęzbaw, rękami Ziobro, za wszelką cenę  chce wprowadzić model - rodem z przełomu lat 40 i 50-tych - kiedy sądy były przedłużeniem władzy państwowej. Ale nie ma to absolutnie nic wspólnego z demokracją, którą PiS powoli ale skutecznie rozmontowuje.

Oczywiście lud prosty, a ciemny, czyli suweren, ma to w dupie, bo jemu wystarczy, aby micha była w miarę pełna, więc nawet się nie stara dociekać, o co w tym wszystkim chodzi. Dopiero po jakimś czasie, kiedy pojedynczy suweren, czyli przysłowiowy Kowalski, stanie bezradny przed murem i na dodatek z ręką w nocniku, bo państwo będzie mogło robić z nim wszystko, co mu się tylko zechce, zacznie biadolić i rozglądać się na boki za kimś, kto zechce się za nim ująć. A wtedy ... i tu odwołam się do Martina Niemöllera, który w niemieckim obozie koncentracyjnym w Dachau (w 1942 r.) napisał:

Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem.
  Nie byłem przecież socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

Słowa te coraz częściej przychodzą mi na myśl od czasu, kiedy zaangażowałem się w akcję pomocy dla byłych funkcjonariuszy Policji - zacząłem nazywać ich FUNKCJONARIUSZAMI WYKLĘTYMI - których IV RP zbójeckim prawem i w zbójecki sposób zaczyna grabić z wypracowanych przez nich, dzięki ciężkiej dla państwa służbie, z ich słusznie nabytych emerytur i rent. To właśnie oni, policjanci ze stażem w Służbie Bezpieczeństwa z czasów PRL, poszli na pierwszy ogień i społeczeństwo niezbyt się tym przejmuje, bo przecież społeczeństwo owymi "wyklętymi" nie jest. Następni w kolejce czekają wojskowi, a ustawa przeciw nim szykowana jest - wg wszelkich sygnałów na niebie i ziemi - jeszcze bardziej represyjna niż ta dotycząca funkcjonariuszy wyklętych. Później pójdą następni, kolejnymi falami zgarniającymi, etap po etapie, wszystkich tych, którzy w czasach PRL nie tylko państwu temu służyli, ale też i pracowali (w każdej dziedzinie) ponieważ swą uczciwą pracą, państwu temu służyli. A wszyscy ci, którzy w PRL żyli uczciwie i zgodnie z obowiązującym prawem, to według dzisiejszych polskich hunwejbinów tylko kolaboranci sowieckiego okupanta, smagającego kolczatym kańczugiem, przez ponad pół wieku, zniewolonych Prawdziwie Prawdziwych Patriotów i Polaków. Tak więc po za tymi bolszewickimi represjami pozostanie, i spać spokojnie będzie, tylko przysłowiowa kurwa i złodziej. I zaręczam, że nie ten złodziej, o którym jeden z czołowych hunwejbinów, wraz Słońcem Polskich Prawdziwych Patriotów i Polaków, wykrzykiwał na wiecu w Warszawie. Wszystko wskazuje na to, że nasz kraj coraz bardziej ogarnia jakaś zaraźliwa schizofrenia paranoidalna.

Warto może się więc obudzić i nie czekać, aż o szóstej rano przyjdą i zaczną pięściami w drzwi łomotać.Wszystko to, co napisałem,tylko pozornie nie ma większego związku z treścią mojego felietonu z DB 2010 zamieszczonego w załączniku.

PS. Polecam też szczególnie tekst Jana Kołodziejczyka na str. 4 - WARTO PRZECZYTAĆ.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-24-346-z-29.06.2017-r.pdf)DB 2010 z 29.06.2017 str.6
Napisz komentarz (2 Komentarze)

Postanowiłem, wzorem generała Leszka Lamparskiego, że nie będę śledził dalszego przebiegu jego procesu, w tym sensie, że nie będę przysłuchiwał się zeznaniom składanym przez świadków, czyli rzekomo pokrzywdzonych przez generała faktem, iż podpisał on decyzje o internowaniu osób, które według ówczesnych legalnych władz stanowiły zagrożenie dla istniejącego porządku prawnego, a zwłaszcza tego, jaki został nakreślony ustawodawstwem stanu wojennego. Jestem przekonany, że w sprawie podpisania przez generała tychże decyzji, owi świadkowie nie będą mieli nic do powiedzenia, a więc ich zeznania będą odnosić się do zdarzeń, z którymi generał Lamparski nie miał żadnego osobistego związku.

Bo to w jaki sposób byli oni traktowani przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa nie ma dla tej sprawy (z uwagi na treść oskarżenia), żadnego znaczenia dowodowego. Tym bardziej, że nie mogło ono być aż tak bardzo uciążliwe, biorąc pod uwagę fakt, że jak do tej pory tylko trzem funkcjonariuszom SB postawiono zarzuty karne. Widać pozostali swym postępowaniem przepisów prawa nie łamali i nie dopuszczali się przestępstw na szkodę obywateli uznanych za "wrogów ustroju".

Dziwię się więc, że sąd w ogóle zdecydował się na tego typu proces, bo przecież rzekome przestępstwo generała ma charakter typowo urzędniczy i za dowody powinny wystarczyć dokumenty, czyli Dziennik Ustaw z publikacją Dekretu o stanie wojennym, oraz 92 decyzje o internowaniu. Oczywiście obrońca generała na pewno przedstawi inne dokumenty, wskazujące na to, że do przestępstwa nie doszło i zadaniem sądu powinno być wydanie orzeczenia w oparciu o tego typu dowody w sprawie. Pójdę jednak na ostatni dzień procesu, aby wysłuchać mów końcowych oskarżycieli i obrońcy, no i oczywiście na ogłoszenie wyroku.

A tak w ogóle to jakimiś szyderczym chichotem historii jest fakt, że środowisko, którego najbardziej prominentni funkcjonariusze państwa i aparatu politycznego w sposób permanentny, czynem ciągłym, łamią wszelkie podstawowe zasady konstytucji III RP, łzy krokodyle leje, że niby władze PRL złamały zasady ówcześnie obowiązującej konstytucji. Aktu ponoć napisanego w Moskwie z polecenia i pod redakcją samego Józefa Wissarionowicza Stalina, a więc aktu, którego prawdziwi patrioci nie powinni absolutnie - według dzisiejszych Prawdziwie Prawdziwych Polaków - szanować.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-23-345-z-22.06.2017-r.pdf)DB 2010 z 22.06.2017 str. 4
Napisz komentarz (2 Komentarze)

Zrobieni w bambuko ... używam liczby mnogiej, bo jestem w 100% przekonany, ze podobnych przypadków opisanych w moim felietonie o takim tytule (patrz załącznik) jest wiele, a nawet bardzo wiele. Ukrywanie wydarzeń o charakterze przestępczym ma na celu poprawienie statystyki i jest stare, jak stara jest policyjna statystyka. Rzecz w tym, ze takie działanie ma charakter przestępczy. I dlatego w najbliższym czasie, kiedy tylko znajdę chwile wolnego czasu, wystąpię z odpowiednim zapytaniem, czy prokuratura zamierza w tej sprawie wszcząć stosowne działania, czy też oczekuje na moje zawiadomienie o przestępstwie.

Przy okazji takiego potraktowania mojej osoby, przypomniała mi się historia sprzed wielu lat, której bohaterem był obecny taksówkarz w stopniu nadinspektora policji, czyli używając popularnego określenia - generał. Otóż taksówkarz ów, kiedy pełnił funkcję komendanta jednego z wałbrzyskich komisariatów, tak bardzo pragnął być lepszym od innych, że nakazał swoim podwładnym działania mające na celu nie tylko zmniejszenie liczby wykazywanych przestępstw, ale także zwiększenie stopnia ich wykrywalności (tzw. dynamika przestępczości i dynamika wykrywalności). Polegało to na tym, że np. w przypadku zaistnienia jednego rodzaju wielu kradzieży w tym samym czasie i w tym samym rejonie, podwładni dzisiejszego"złotówy", rejestrowali je pod jednym numerem statystycznym (tzw. stp), co powodowało, iż zamiast 5 kradzieży samochodów w ciągu jednej nicy na obszarze działania "jego" komisariatu", w rejestrze wykazywano jedno i wszczynano jedno postępowanie. Następnie, kiedy udało się ustalić sprawcę jednej tylko kradzieży, prowadzone śledztwo zamykano, jako zakończone sukcesem, a wiec wykrywalność rosła znakomicie. Innym skutecznym sposobem, było takie prowadzenie rozmowy z osobą pokrzywdzona przestępstwem, że rezygnowała ona ze złożenia oficjalnego zawiadomienia, albo zmuszaniem jednego zatrzymanego menela do przyznania się do iluś tam włamań do kiosków czy piwnic, co w tamtych czasach było nagminne.

Nasz złotówa" zbierał pochwały i nagrody, aż wreszcie ktoś nie wytrzymał i go zakapował, co spowodowało wszczęcie prokuratorskiego śledztwa. Zakończyło się ono umorzeniem z powodu niskiej ponoć szkodliwości społecznej, co było efektem szczególnie bliskich kontaktów z prowadzącą sprawę panią prokurator. Na dobre jej te kontakty nie wyszły, bo kiedy sama znalazła się w potrzebie (ciężka choroba) to dzielny pan komendant wypiął się na nią z całym swoim naturalnym wdziękiem.

Wspominam o tym tym dlatego, że i ja stałem się ofiarą różnych cudów nad statystyką. Zresztą, jak wspomniałem na wstępie, wiem na pewno, że nie tylko ja.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-22-344-z-08.06.2017-r.pdf)DB 2010 z 08.06.2017 str. 4
Napisz komentarz (3 Komentarze)

Po ukazaniu się wczorajszego numeru DB 2010, Jerzy Langer przysłał mi na Messengerze taki oto tekst:

"W pierwszym odruchu po przeczytaniu wypocin w nowym DB miałem ochotę podjąć polemikę. Ale szybko zrezygnowałem. Godność nie pozwala mi się tłumaczyć z własnego życiorysu przed b. milicjantem, zakompleksionym "wykształciuchem", tęskniącym za PRL-em i nienawidzącym RP. Ograniczę się tylko do kilku uwag. Trzeba być bardzo ograniczonym żeby nie widzieć różnicy pomiędzy narzuconym, obcym nam kulturowo systemem politycznym, a wolną wolą Narodu (UE, NATO). Po drugie: owszem "S" doprowadziła do upadku PRL-u, ale zaliczanie liberałów z Balcerowiczem na czele do "S" to kretynizm. Warto też zauważyć, że pachołki Moskwy, przejęły władzę już w 1993 r. To wówczas podjęto decyzję o postawieniu w stan likwidacji wałbrzyskich kopalń, a chichotem historii był fakt, że komuchy wprowadzały nas do NATO i UE. Ale pan tego i tak nie przyjmie do wiadomości, a tym bardziej gdy pisze to jakiś robol. Na zakończenie mogę tylko powiedzieć, że w moim życiorysie nie ma nic czego mógłbym się wstydzić. "

Jak widać dzielnie trzyma swój przyrodzony poziom intelektualny, co pozwala mi zrozumieć, dlaczego Jerzy Langer nie jest w stanie zrozumieć czegokolwiek. I nawet jeżeli mu się odwidzi i jakiś tekst (podobny do powyższego) do redakcji przyśle, to nie zamierzam w jakikolwiek sposób mu odpowiedzieć. Po prostu uważam, że nadzwyczaj mądry i uczciwy "stary antykomuch od zawsze" Stefan "Kisiel" Kisielewski miał całkowitą rację twierdząc, że polemika z głupstwem nobilituje je bez potrzeby.

Tylko wyjątkowy głupiec nie jest w stanie zrozumieć, że pisząc o polskiej suwerenności, nie rozróżniałem jej na tą nam narzuconą i tą, jaką sami sobie wybraliśmy, bo moim zamiarem było wykazać Jerzemu Langerowi, że całkowita suwerenność w otoczeniu mocarstw wystawia ją na wielki szwank i dlatego lepiej poświęcić jej kawałek, aby w takim otoczeniu zapewnić sobie bezpieczeństwo, bo wszystko zależy od otaczającej nas rzeczywistości. Mądrzy zrozumieli i dlatego spotkałem się z licznymi wyrazami podziękowania za napisany tekst. Mądry inaczej zdobył się na kilka swych przemyśleń, które aż skrzą się intelektualnymi perełkami, takimi jak: "pachołki Moskwy, przejęły władzę już w 1993 r. To wówczas podjęto decyzję o postawieniu w stan likwidacji wałbrzyskich kopalń" - wygląda na to, że tymi pachołkami Moskwy byli członkowie, a przede wszystkim działacze "Solidarności", zwłaszcza w Wałbrzychu. No to kim byłeś pan, panie Langer, kiedy od 1994 roku byleś pan przewodniczącym Krajowej Komisji Wyborczej „S”, a w latach 1995-1998 członkiem Prezydium Komitetu Krajowego "Solidarności", a ponadto od 1998 z-cą przewodniczącego tegoż organu. Pytam się zupełnie niepotrzebnie, bo wiem, że Jerzy Langer i tak sensu pytania nie zrozumie.

Rzeczony Langer pusząc się, co niemiara, pisze: "Godność nie pozwala mi się tłumaczyć z własnego życiorysu przed b. milicjantem, zakompleksionym "wykształciuchem", tęskniącym za PRL-em i nienawidzącym RP." - z czego wynika, iż określenie "milicjant" uważa on za inwektywę, a posiadanie gruntownego wyższego wykształcenia za przymiot, który w oczach takich intelektualnych tuzów jak on sam, jest czymś, czego należy się wstydzić. No cóż, gdyby głupota umiała fruwać, to Jerzy Langer, niby jaskółka, na wałbrzyskim niebie, latałby od rana do późnej nocy.

Nie zamierza Langer tłumaczyć się ze swego życiorysu, bo nie ma w nim nic czego mógłby się wstydzić. No pewnie ... zapewne identycznie rozumowali towarzysze Ilicza Lenina, kiedy obalili Rząd Tymczasowy w 1918 roku.

Bredzi Langer, że tęsknię za PRL i nienawidzę RP - a ja faktycznie tęsknię za państwem, w którym nie głupota i mityczne zasługi będą się liczyć, tylko przymioty intelektu i zwykła ludzka przyzwoitość, czego rzeczonemu Langerowi widać całkowicie brakuje.

Nie obchodzi mnie to, co Langer robił w latach 80-tych XX, ale ja w tych czasach za bandytami się uganiałem (tak samo jak po 1989 roku) narażając swoje zdrowie i życie (bo strzelano do mnie), żeby Langerowi, jego rodzinie i całemu społeczeństwu bandyci i pomniejsi kryminaliści nie zagrażali. I teraz taki ktoś ma czelność mi ubliżać. Bo to, co do mnie napisał, za ubliżanie uważam.

No cóż panie Jerzy Langer, głupota nie boli, dlatego trudno samemu ją u siebie zdiagnozować.

 PS.

Co do Balcerowicza i "Solidarności", to widać, że Jerzy Langer nie ma zielonego pojęcia, iż Balcerowicz nie będąc formalnie członkiem "Solidarności" późną wiosną 1981 r. został jednym z konsultantów Sieci Organizacji Zakładowych NSZZ "Solidarność" Wiodących Zakładów Pracy (na ich prośbę). I to byłoby na tyle panie Lenger.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-21-343-z-01.06.2017-r.pdf)DB 2010 z 01.06.2017 str.8
Napisz komentarz (3 Komentarze)

Czytam w Onecie, że we Wrocławiu wszczęto postępowania w sprawie zwolnienia pięciu funkcjonariuszy policji w związku ze śmiercią Igora Stachowiaka. Szósty policjant zwolnił się na własną prośbę w ubiegłym roku. Zwolniony też został (25.05.br.) zastępca komendanta komisariatu Wrocław-Stare Miasto, który w chwili przesłuchania Igora Stachowiaka przebywał na komisariacie i nie podjął żadnych działań. Wszczęto też postępowanie dyscyplinarne przeciwko byłemu komendantowi i zastępcy komendanta wrocławskiej policji (byłemu komendantowi powiatowemu policji w Świdnicy) w związku z niedopełnieniem obowiązków przy śledztwie. Wszczęto również postępowanie przeciwko oficerowi prowadzącemu postępowanie dyscyplinarne przeciwko policjantom, ponieważ w ocenie nowego komendanta wojewódzkiego, było ono nierzetelne.

I bardzo dobrze, że takie decyzje zapadają, szkoda tylko, że spóźnione o rok. Ale, jak powiadają, lepiej późno, niż wcale.

Zwracam jednak uwagę na to, że wszystkim przełożonym policjantów, którym zarzuca się rażące przekroczenie uprawnień w związku ze stosowaniem przepisów o przymusie bezpośrednim, rażącym łamaniem obowiązującego prawa zakazującego stosowania przemocy w celu uzyskania informacji, zeznań itp, a także używania przemocy wobec osób zatrzymanych, powinno się wszczynać postępowanie karne z art. 231 kodeksu karnego, w przypadku, kiedy nie zarządza wszczęcia postępowania dyscyplinarnego. Bo z reguły panowie komendanci (przełożeni) w takich przypadkach wnioski obywateli o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego, kierują do prokuratury z wnioskiem o włączenie do akt sprawy. A przepis ustawy o Policji nakazuje im wszczynanie postępowań niezależnie od postępowań karnych.

Śmierć Igora Stachowiaka tylko dlatego stała się punktem zwrotnym (albo dopiero może się stać) dlatego, iż ujawnione zostały nagrania o treści tak porażającej, że sprawy już się pod dywan nie zamiecie. Ale przecież to nie jest jakieś incydentalne (jak się wyrazić raczył komendant główny policji) zdarzenie, bo do nadużyć tego (lub podobnego) rodzaju dochodzi dziennie co najmniej kilkaset razy. |Owszem, dziennie policjanci interweniują około 15 tysięcy razy, ale te kilkaset przypadków oznacza, ze dziennie tyle osób zostaje przez policjantów skrzywdzonych. W większym lub mniejszym stopniu. A przecież policjant jest od tego, aby obywatela chronić, a nie aby mu krzywdę czynić.

Ktoś powie, że nadmiernie się czepiam, a sam (jak mi to niektórzy zarzucają), sam będąc milicjantem, a później policjantem, biłem zatrzymanych, a nawet ponoć się nad nimi znęcałem. Otóż z czystym sumieniem oświadczam, że NIGDY nie zdarzyło mi się użyć przemocy wobec osoby, która znalazła się pod moja "opieką" jako osoba zatrzymana. A miałem do czynienia z ludźmi, którzy dopuszczali się wielu odrażających czynów. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że w moim "macierzystym" wydziale kryminalnym, najpierw KW MO, a później KWP w Wałbrzychu, NIGDY nie doszło do pobicia kogokolwiek. Jeżeli ktoś śmie twierdzić inaczej, to po prostu najzwyczajniej w świecie łże.

Mógłby o tym zaświadczyć bardzo swego czasu znany i groźny wrocławski przestępca ps. Pstrąg (współsprawca zabójstwa chyba w 1985 roku żony dzierżoniowskiego konesera sztuki), który przed wrocławskim sądem stanął w mojej obronie,kiedy jego wspólnik od tego zabójstwa, pomówił mnie przed sądem, ze do zabójstwa się przyznał, ponieważ był niby przeze mnie pobity. To wówczas "Pstrąg" oświadczył, że zna chyba każdą komendę wojewódzką w Polsce, ale tylko w Wałbrzychu traktowany był jak człowiek. Mógłby potwierdzić to zabójca Katarzyny Gurlit w Świdnicy, który w latach 90-tych, podczas procesu o dwa zabójstwa (które udało mi się mu udowodnić|), wcześniejszą opinię "Pstrąga" powtórzył. Mogliby to potwierdzić wszyscy inni przestępcy, którzy przez nasz wydział "przechodzili" i którzy zapewne dobrze pamiętają jak byli traktowani. I dlatego ani ja, ani nikt z moich dawnych kolegów i podwładnych z wydziału, z chwilą przejścia na emeryturę, nie musieliśmy się obawiać jakiejkolwiek zemsty ze strony tych osób. Nawet obecnie zdarza mi się niektórych z nich spotkać i nawet sobie małe wspominki urządzamy.

Niekiedy odnoszę wrażenie, że dzisiejsi policjanci przechodzą jakiś tajemniczy proces zdziczenia. Oczywiście nie wszyscy, ale o tych, których ten proces dotknął jest najgłośniej, przez co tym, którzy są uczciwymi ludźmi, bardzo szkodzi.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-20-342-z-25.05.2017-r.pdf)DB 2010 z 25.05.2017 str. 8
Napisz komentarz (9 Komentarzy)

Niestety, ale "policyjne tematy" ścigają mnie prawie każdego tygodnia. Co sobie postanowię, że trochę odpuszczę i zajmę się jakimś innym problemem, a jest ich wkoło całe tabuny, to życie, a w zasadzie sami policjanci, naprowadza mnie na "policyjne koleiny". Tak stało się i tym razem, bo tak naprawdę chciałem napisać o najnowszych wydarzeniach w kraju, które wskazują coraz bardziej wyraźnie, że nadprezes IV RP zmierza wraz z podległą mu i służalczo wierna (ponoć coraz mniej) ekipą w stronę totalitaryzmu, a więc w okres jaki Polska przeżyła w latach 1948 - 1953. Wtedy funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej, a szczególnie Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego byli szczególnie brutalni, bo tak im nakazywało państwo, które też rozpościerało nad nimi dosyć szczelny parasol ochronny. Dosyć mocno uległo to zmianie po roku 1956, ale pozostałości tej nieoficjalnie sankcjonowanej brutalności przetrwały do końca lat 80-tych XX wieku. Kiedy do władzy doszli tzw. prawdziwi demokraci, czyli ludzie, których wypromowała zwycięska "Solidarność", zdawało się, że przemoc w organach ścigania odeszła w zapomnienie. Niestety, tylko zdawało się, bo tak naprawdę funkcjonariusze policji lali z wielką ochotą, aż "kości trzeszczały", a niekiedy nawet pękały jak zapałki. Niestety, zdarzały się też przypadki, że z ochoty tej wynikała i śmierć ludzka, co starano się (i stara się w dalszym ciągu) za wszelką cenę usprawiedliwiać okolicznościami nie mającymi związku z policyjnym działaniem.

Potwierdzeniem tezy, jaką postawiłem, niech będzie stwierdzenie Władysława Frasyniuka, zawarte w jednym z telewizyjnych wywiadów, że jeżeli chodzi o brutalność i chęć do bicia obywateli, to funkcjonariusze MO z czasów PRL, u obecnych policjantów mogliby jedynie terminować. A Frasyniuk wie co mówi i ma do tego niepodważalne prawo, bo w tamtych czasach był bardzo częstym "gościem" w milicyjnych aresztach.

Przykładem takiej bezmyślnej brutalności jest opisywany w felietonie (patrz załącznik) przypadek młodego mieszkańca Lublina, który miał tego pecha, że wziął do potrzymania przez chwilę torebkę swojej dziewczyny.

Za każdym razem zastanawiam się, czym kierują się ci funkcjonariusze (wszyscy już przyjęci do Policji po 1990 roku), ze nie ważne dla nich jest los tych, nad którymi się z taką zapalczywością i ochotą znęcają, ale także los ich samych oraz ich rodzin.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-19-341-z-18.05.2017-r.pdf)DB 2010 z 18.05.2017 str. 8
Napisz komentarz (5 Komentarzy)