Po ogłoszeniu wyroku zasiadająca w ławach dla publiczności grupka wałbrzyskich działaczy „Solidarności” opuściła salę z okrzykami "Hańba dla sądu" i "Hańba dla Polski" i udała się do urzędującej prezeski tego sądu, aby zaprotestować, a faktycznie donieść na skład orzekający, że wydał orzeczenie nie po ich myśli. Postąpili tak, ponieważ dla nich prawem jest tylko to, co oni samo za prawo uznają, a sprawiedliwości stałoby się zadość, gdyby sądy wszystkich myślących inaczej niż oni, skazały na śmierć przez rozerwanie końmi lub łamaniem kołem. I dlatego nie interesowało ich dlaczego sąd wydał taki, a nie inny wyrok. I chociaż nikt z nich nie pozostał na sali, to będący wśród nich przewodniczący wałbrzyskiej „Solidarności” i jednocześnie radny miejski Cezary Kuriata, wyrok sądu skomentował następująco: „Dla tych ludzi, wyrok ten pokazuje, że wciąż żyją w tamtym okresie. Ci ludzie mają świadomość, że system sprawiedliwości zupełnie się nie zmienił. Należałoby im pokazać, że wyrządzone im krzywdy były efektem tamtego systemu. Trzeba było im pokazać, że m to wiemy. Tu potrzebny był jakikolwiek wyrok. Sąd mógł zasądzić zakaz oglądania telewizora, ale żeby zapadł wyrok skazujący, bo to że jest winny nie powinno budzić żadnych wątpliwości.” (za Doba.pl).

Myślę, że przewodniczący Kuriata, (absolwent szkoły zawodowej), nie powinien się w sprawach dotyczących zasad funkcjonowania i stosowania prawa publicznie wypowiadać i pouczać sędziów, co to znaczy sprawiedliwość i prawo, które na pewno jest czymś diametralnie innym niż prawo i sprawiedliwość tak jak to on je pojmuje. Niech się raczej zajmie tym, na czym się zna i przestanie uważać siebie za alfę i omegę w każdej sprawie publicznej, bo sam siebie ośmiesza nad wyraz.

Odnosząc się natomiast do ustnego uzasadnienia wyroku i uznając jego rację, nie mogę jednak nie zwrócić uwagi na bardzo istotny fakt związany z datą wprowadzenia stanu wojennego. Otóż ogłoszono go o północy, czyli 13 grudnia, chociaż uchwalenie dekretu nastąpiło praktycznie dopiero około godziny 02:30, ponieważ obrady Rady Państwa trwały od godziny 01:00 do 02:30. Jest to bardzo ważne z uwagi na to, że w uchwalonym dekrecie zawarty jest art.61, który wyraźnie stanowi, że dekret wchodzi w życie z dniem ogłoszenie jednakże z mocą obowiązującą od dnia uchwalenia. Jeżeli zatem decyzje o internowaniu L. Lamparski podpisywał 13 grudnia 1981 roku, to nie można mu zarzucić, że działał bez podstawy prawnej i podpisane decyzje były nielegalne. Ponadto, nawet jeżeli na drukach decyzji o internowaniu nie została podana pełna podstawa prawna (wskazanie miejsca i daty publikacji aktu prawnego), to zgodnie z wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego z 25 sierpnia 2011 r. (sygn. I OSK 1769/10), decyzja, która nie zawiera podstawy prawnej, bądź określa ją ogólnikowo, czy błędnie, nie jest jednak decyzją wydaną bez podstawy prawnej. Taka decyzja jest dotknięta tylko wadą formy z powodu naruszenia art. 107 § 1 k.p.a. Podstawa prawna bowiem realnie istnieje, ale nie ma o niej prawidłowej informacji w wydanej decyzji.

Tak więc, jak by na to nie spoglądać, to i tak nie można dopatrzeć się naruszenia prawa. Wątpię jednak, aby C. Kuriata to co tu napisałem był w stanie zrozumieć. Zresztą nie tylko on, bo mu podobnych (mentalnie i intelektualnie) jest w Wałbrzychu i w całej RP na pęczki.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (Niewinny - DB2010-15.02.2018.png)DB 2010 z 15.12.2018
Napisz komentarz (4 Komentarze)

Procesu wytoczonego gen. Leszkowi Lamparskiemu nie śledziłem we wszystkich jego odsłonach. Pojawiłem się – tak jak sam generał – na pierwszej rozprawie, aby usłyszeć, co zarzuca mu ipeenowski prokurator, no i chciałem usłyszeć, co na to wszystko do powiedzenia ma sam L. Lamparski, od którego wiedziałem, że na pierwszym posiedzeniu sądu będzie obecny. O jego przebiegu już pisałem, więc nie będę się powtarzał. Przestałem chodzić na kolejne posiedzenia, albowiem wyznaczane były dla przesłuchania świadków oskarżenie, czyli tak zwanych pokrzywdzonych, a moim zdaniem nie mogli oni wnieść do sprawy nic dla niej istotnego, a więc ich przesłuchiwanie (kilkadziesiąt osób) to moim zdaniem taka celowa prokuratorska hucpa, której sąd nie dał odporu, chociaż mógł, aby oszczędzić sobie czasu, który mógłby byś spożytkowany na rozpatrzenie wielu innych i na pewno bardziej istotnych spraw.

No bo co mogli w tej sprawie ci świadkowie zeznać? To, że zostali zatrzymani, a następnie wręczono im decyzje o internowaniu i rozwieziono po różnych ośrodkach? Przecież to dla udowodnienia rzekomej winy L. Lamparskiego, jako ówczesnego Komendanta Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych, nie miało najmniejszego znaczenia. Przesłuchiwanie rzekomych świadków czynu L. Lamparskiego, miało w zamyśle prokuratury z IPN – o czym jestem absolutnie przekonany - być elementem psychicznego nacisku na skład sędziowski, któremu w ten sposób prokuratura zamierzał przedstawić ogrom krzywd wyrządzonych tym ludziom.

A przecież L. Lamparski temu, że decyzje o internowaniu podpisywał absolutnie nie zaprzeczał, ale tez nie poczuwał się do winy popełnienia zbrodni przeciwko ludzkości, ani tez naruszenie przepisów obowiązującego w PRL prawa, zwłaszcza Konstytucji Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. W tym wręcz idiotycznym zarzucie prokuratury z IPN pobrzmiewa rechot Historii, który słyszalny jest dla każdego, kto wie, iż IPN twierdzi, iż konstytucja ta została napisana w Moskwie przez Stalina. Jeżeli tak, to L. Lamparski powinien zostać przez IPN przedstawiony do odznaczenia jako ktoś, kto tej stalinowskiej konstytucji nie szanował.

Prokuratura przedstawiła aż tylu świadków bo liczyła na to, że wyleją oni morze żalu do oskarżonego i tu się bardzo przeliczyła, albowiem poza jednym jedynym byłym internowanym, pozostali składający zeznania nie mieli do Generała żadnych osobistych pretensji. Wyrażali swój zal, że zostali internowani chociaż nic złego nie uczynili, a ich jednym celem było tylko i wyłącznie poprawienie sytuacji ekonomicznej i społecznej swoich współtowarzyszy pracy. Nie walczyli o żadną demokrację, nie walczyli o zmianę ustroju.

Faktem jest, że jakaś grupa tych internowanych trafiła do ośrodka w Kamiennej Górze, który był w fatalnym stanie technicznym, przez co internowani musieli znosić wiele niedogodności fizycznych i psychicznych. Jeden ze świadków stwierdził nawet, ze warunki te były gorsze od tego, co było w niemieckim obozie koncentracyjnym w Gross Rosen, co można by uznać za stwierdzenie haniebne, gdyby nie to, że było ono wyrazem takiej samej głupoty, jaką charakteryzują się ci, którzy „po krzakach i lasach” wielbią imię Hitlera i ojczyzny naszej ukochanej, Polski”.

Tego rodzaju zarzuty podnoszone przez prokuratora z IPN, jak również oskarżycielkę posiłkową niejaką Kwiatkowską-Wyrwisz, miały się do rzekomej winy L. Lamparskiego, jak wół do karety, bo to nie on odpowiadał (bo nie decydował o tym) za to kto na listy internowanych został wpisany, ale także o tym, kto do jakiego ośrodka został skierowany i jak był tam traktowany.

No cóż, czekam na wyrok sądu i powiem szczerze, że miło wspanialej mowy obrończej mecenasa J. Świteńkiego, mimo całej jego argumentacji prawnej i historycznej, wcale spokojny o wyrok nie jestem, bo dobrze wiem, że spokojny być nie mogę. Nie w tej Polsce.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   Zmienił się szef MSWiA, co rodzi we mnie raczej ambiwalentne odczucia, bo z jednej strony odszedł nieprzesadnie lotny minister, powszechnie budzący niechęć nie tylko wśród PiS, ale też w sporej części policjantów. Zwłaszcza policyjnych związków zawodowych. Z drugiej zaś, na czele resortu stanął człowiek, który gwarantuje, że bardzo szybko wielu zacznie za ministrem Błaszczakiem (zwanym „Płaszczakiem”) tęsknić. Joachim Brudziński ps. Jojo to osoba, z której śmiać się jest niebezpiecznie, bo to bezwzględny bardzo pamiętliwy cynik, przy czym w odróżnieniu od swego partyjnego poprzednika niebezpiecznie inteligentny i błyskotliwy. Nie sądzę, aby za jego rządów bezpieczniej mogli czuć się obywatele, którzy z jakichś najprzedziwniejszych powodów wpadną w ręce policjantów. Obym się mylił, ale odnoszę wrażenie, że teraz ciche przyzwolenie, poprzez twardą obronę każdego funkcjonariusza, na bezprawne i brutalne stosowanie przemocy, znacznie wzrośnie.

W felietonie „Prawda sądowych sal” piszę o przypadku Dawida Łukomskiego z Kwidzynia (przy okazji wspominając sprawę śmiertelnego pobicia Piotra Grucy i wywiezionego za miasto bezdomnego, który zmarł z wychłodzenia) pokazanego w ostatnim programie „Państwo w Państwie” TV Polsat. Sprawa ta, a zwłaszcza zapadły w niej wyrok oraz zachowanie się goszczącego w studio sędziego i b. wysokiego funkcjonariusza KGP, jest dobitnym przykładem „częstochowskiej obrony” policjantów, którzy mieli zachciankę spuścić manto obywatelowi. Ze zdziwieniem słuchałem tego, co w tym studio miał do powiedzenia prawnik w osobie sędziego, który zdawałoby się z racji swej profesji musi być obiektywny i rzeczowy, dochowując wiary kodeksowej zasadzie wyrażonej w art. 7 kpk, z którego wynika, ze sędziowie winni rozumowanie swe opierać na zasadach prawidłowego rozumowania oraz wskazań wiedzy i doświadczenia życiowego. To, co w studio zaprezentował sobą pan sędzia wołało o pomstę do nieba. Szkoda, że ani prowadzący program p. Przemek talko, ani pani senator Lidia Staroń, ani dziennikarka przygotowująca materiał, ani też sam pokrzywdzony i jego matka, nie wiedzieli o czymś takim, jak „zamykający się łańcuch poszlak wskazujących na fakt główny”. Szkoda, ponieważ pan sędzia udawał (bo nie wierzę, że o tym nigdy nie słyszał), że o tym zapomniał. Piszę o tym w felietonie, więc tu tylko kilka uwag, które się w tekście felietonu nie zmieściły.

Otóż oskarżeni policjanci odmówili złożenia wyjaśnień, co jest dosyć charakterystyczne dla tych funkcjonariuszy, kiedy stają w obliczu Temidy w takiej właśnie roli. Rozumiem taką postawę, bo jest to element taktyki prawa do obrony, ponieważ gdyby się zgodzili składać wyjaśnienia, musieliby się sami obciążyć, wyjaśniając z jakich powodów nie dowieźli zatrzymanego do komisariatu w Kwidzyniu. A ponadto jeżeli go wypuścili, to z jakich powodów go zatrzymali, gdzie go wypuścili i dlaczego nie powiadomili o tym oficera dyżurnego? Pan sędzia, który tak obficie sypał jak z rękawa przykładami, ani przez moment o takich pytaniach nie pomyślał, a tym bardziej o znalezieniu na nie logicznej odpowiedzi. Nie wspominam już o K. Hajdasie, który udawał, że o takim czymś, jak informowanie dyżurnego o efektach interwencji, nie ma pojęcia. A może się mylę i on faktycznie o tym nie wie? A przecież ta właśnie okoliczność (brak informacji o zatrzymaniu i jego powodach) stanowiło clou całej tej sprawy, bo świadczyło o bezprawności postępowania tych policjantów. Ale nad tym nie pochylił się żaden sędzia i sąd mógł z głupia frant stwierdzić, ze jest brak dostatecznych dowodów, co rodzi jego wątpliwości.

A poszlaki zamykające się w logiczny łańcuch, wysoki sądzie, to gdzie? W czarnych czeluściach waszych siedzeń? Wszystko na to wskazuje.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (01. DB 2010-11.01.207.png)DB 2010 z 11.01.2018 str. 6
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Wiele osób, ale najczęściej wywodzących się z pisowskiego środowiska, zarzuca mi, w mniej lub bardziej kamuflowany sposób, że mam wiele na sumieniu, a najdobitniejszym tego dowodem jest fakt, że przed 1990 roku byłem funkcjonariuszem MO. Tak jakby już samo bycie milicjantem było niewybaczalną zbrodnią. Dlatego kilku durniów (obojga zresztą płci) bez przerwy to podnosi, a niektórym z nich słowo „policjant” nawet przez gardło przejść nie może, więc nieustannie posługują się określeniem „były milicjant”. A ja w Policji służyłem dłużej niż w Milicji i nieustająco w tym samym wydziale kryminalnym Komendy Wojewódzkiej w Wałbrzychu, a następnie we Wrocławiu (2000-2003), z krótkim (czerwiec 1999 – czerwiec 2000) epizodem w Wydziale Ochronny Świadka Koronnego CBŚ KGP w Warszawie. Tak więc całe moje milicyjno/policyjne życie dotyczyło walki z bandytyzmem i ze sprawami politycznymi nie miałem, najmniejszego kontaktu. Policja kryminalne istnieje w każdym państwie i zawsze tak jest, że z policją polityczną (również istniejącą w każdym państwie) ma z reguły na pieńku. I myśmy również mieli. I to z różnych powodów, o których teraz nie ma najmniejszego sensu pisać. Faktem jest, że w czasie kiedy byłem funkcjonariuszem MO zdarzało się (pisze o Wałbrzychu i województwie wałbrzyskim), że milicjanci nie szczędzili pałek wobec zatrzymywanych osób, a niekiedy i pięści szły w ruch, ale nie miało to nagminnego- tak jak obecnie – charakteru. Osobiści znam tylko jeden przypadek, kiedy zatrzymana osoba (było to w ówczesnym RUSW na ul. Kilińskiego) w trakcie czynności prowadzonych przez funk. Wydziały kryminalnego (a być może z dochodzeniówki) poczuła się słabo i zmarła. Po tym fakcie wyszło na jaw, że jeden z biorących udział w przesłuchaniu osobę tę kilkakrotnie uderzył, lecz jak wykazała sekcja zwłok nie miało to związku z przyczyną zgonu. Dochodziły do mnie słuchy, że najczęściej biją na komisariacie I i V (widać, że ta przestępcza tradycja się utrzymała), ale sam osobiście nigdy się z takim czymś nie zetknąłem.

W mojej obecności zdarzył się tylko jeden przypadek pobicia zatrzymanego, ale zdawałem sobie, że był to swego rodzaju egzamin przed przyjęciem mnie w grono członków sekcji zabójstw. Zdarzenie to miało miejsce d chyba trzecim dniu mojej służby i nie bardzo wiedziałem co mam zrobić i jak się zachować, ale na szczęście zaraz po tym jak delikwenta zabrano na dołek, dowiedziałam się, że egzamin zdałem, a pobity był wielkim sukinsynem z Kłodzka, albowiem z tzw. mojką napadał na staruszki, rabując im (poprzez cięcie przez dłoń) niesione przez nie torebki. Koledzy poinformowali mnie wówczas, że służba w sekcji zabójstw jest bardzo ciężka i stresująca i oni musieli wiedzieć, jak ja zareaguję kiedy znajdę się w sytuacji ekstremalnej. Egzamin zdałem, chociaż człowieka tego nie dotknąłem nawet palcem , ale w pewnym momencie, kiedy chciał się rzucić w stronę okna, podstawiłem mu nogę i kiedy upadł koło mnie, przytrzymałem go na podłodze. Zraz po tym przedstawienie się skończyło, bo zareagowałem tak, jak powinienem. A im chodziło tylko o to, aby sprawdzić, czy się nadaję. Przez następne lata NIGDY nie zdarzyło się, aby w naszym wydziale ktokolwiek został pobity, co nie oznacza, iż nie używaliśmy siły fizycznej podczas różnego rodzaju zasadzek i zatrzymań. Było tego wiele, bo taki jest los funkcjonariusza z kryminalnego.

Kiedy po 1990 roku powstałą Policja, a ja niedługo później zostałem z-cą naczelnika i następnie naczelnikiem wydziału kryminalnego KWP, zawsze ostrzegałem nowo przyjętych do wydziału, że u nas się ludzi nie bije i aby o tym pamiętali. Dobrze o tym zapewne pamiętają wszyscy ci, których po zatrzymaniu wsadziliśmy na dołek (do czasu zlikwidowania w KWP aresztu) i co jakiś czas braliśmy „na gór”, aby prowadzić długie (niekiedy bardzo ciekawe, niekiedy stresujące) rozmowy. Nigdy też nie zdarzyło się, aby w mojej obecności w jakiejkolwiek jednostce policyjnej (a wcześniej milicyjnej) na terenie dawnego województwa wałbrzyskiego kogoś pobito po zatrzymaniu, albo podczas przesłuchania. Zawsze byłem wrogiem bicia osób zatrzymanych, niezależnie od tego jakiego dopuścili się przestępstwa i niezależnie od tego, że niekiedy ręka naprawdę bardzo świerzbiła.

I tylko raz byłem pośrednim uczestnikiem takiego zdarzenia, a miało to miejsce w Komendzie Powiatowej Świdnicy w latach 2001–2002 - już dokładnie nie pamiętam. Pojechałem tam w jakieś sprawie służbowej razem z Andrzejem K. i Alkiem B., z którymi zajmowałem się sprawą zabójstwa studentów na górze Narożnik w Parku Narodowym Góry Stołowe (17.08.1997). Siedzieliśmy w pokoju naczelnika wydziału kryminalnego, kiedy oficer dyżurny poinformował, że na dole są jacyś Cyganie, którzy chcę ze mną rozmawiać. Okazało się, że był to Kazimierz S., będący czymś w rodzaju cygańskiego wójta w Świebodzicach (miałem wśród nich bardzo dobrą opinię i myślę, że posłuch nawet), który przyszedł z żoną (albo matką) jakiegoś świebodzickiego Cygana, zatrzymanego przez świdnickich kryminalnych. Chodziło o to, że Kazimierz S. z tą kobietą (jak zwykle) twierdzili, że zatrzymany jest niewinny i prosili mnie, aby go wypuścić. Rozmowę prowadziliśmy we troje w jednym z udostępnionych mi pokojów, w którym z powodu upałów było otwarte na oścież okno. Kazimierz S. najbardziej obawiał się, że zatrzymany zostanie pobity i zaraz po tym, kiedy dałem mu słowo, że się tak nie stanie, na ulicy rozległ się wielki krzyk cygańskich kobiet zebranych pod komendą, do których dotarła informacja, że podczas rozmowy zatrzymany został przez policjantów zmasakrowany. Byłem niesamowicie wściekły i z miejsca udałem się do tego pokoju, aby sprawę wyjaśnić. Zastałem w nim Andrzeja i Alka, dwóch lub trzech miejscowych, oraz dwóch policjantów z wydziału kryminalnego KWP we Wrocławiu. Okazało się, że w trakcie najnormalniejszej rozmowy z zatrzymanym do pokoju weszło tych dwóch kolegów z Wrocławia, z którymi zresztą umówieni byliśmy na jakieś wspólne działanie. Jeden z nich widząc siedzącego na krzesełku Cygana, zaraz po wejściu z miejsca strzelił go z pięści w oko, tak pechowo, że rozciął mu bardzo głęboko łuk brwiowy. Stało się to w momencie, kiedy chłopaki ze Świdnicy już się praktycznie z tym Cyganem dogadali i mieli zakończyć sprawę, a następnie odkonwojować go do Aresztu Śledczego na ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu. Zrobiło się wielkie halo, a chłopaka trzeba było zwieźć do chirurga, aby mu ten obficie krwawiący łuk brwiowy zaszył. Zanim przywieziono go z powrotem ustalono, że tego Cygana to my mamy dostarczyć do AS, a po drodze jakoś się z nim dogadać, aby mnie wnosił skargi o pobicie. Osobiście p;rosił mnie o to ówczesny naczelnik wydziału kryminalnego KWP we Wrocławiu, czyli wówczas mój przełożony. Załadowaliśmy zatem chłopaka do naszego „cywilnego” poloneza i ruszyliśmy do tego aresztu. Nie bardzo wiedziałem jak się do tematu zabrać, bo miałem świadomość, że ten policjant z Wrocławia (do dziś pamiętam, kto to był) dopuścił się najzwyklejszego na świecie przestępstwa z powodów rasistowskich, co mi się naprawdę bardzo nie podobało. Alek siedział na przodzie obok Andrzeja, a ja z tym Cyganem z tyłu. On mnie oczywiście dobrze znał, bo znali mnie wszyscy Cyganie ze Świebodzic i Ziębic dlatego, że swego czasu prowadziłem negocjacje ze skinami z tych miast, aby doprowadzić do zaprzestania wojny cygańsko-skinhedzkiej, co mi się zresztą udało i byłem dosyć popularny w ich środowisku. Kazałem mu opowiedzieć, co i jak się stało, a następnie spytałam się, czy będzie składał skargę. Wówczas on, ku mojemu i kolegów zdumieniu, oświadczył, że nikogo nie będzie skarżył i niczego nie będzie zeznawał, że on po prostu spadł ze schodów i ten łuk sobie rozbił o poręcz, kiedy schodził po schodach ze skutymi rękami. Na pytanie dlaczego tak chce postąpić, odpowiedział, że boi się późniejszej zemsty ze strony tych wrocławskich policjantów i che mieć święty spokój. Zawieźliśmy do na Kleczki i z przygodami (o czym kiedyś jeszcze napiszę) oddaliśmy go Straży Więziennej. Następnie poinformowałem naczelnika, że Cygan nie będzie się skarżył, ale oczywiście nie przekazałem powodów jakie mi wyłuszczył. Tak więc wszyscy byli przekonani, że to my (nasza trójka) tak na niego wpłynęła, a myśmy nie uważali za konieczne, by ich z błędu wyprowadzać.

Historia ta przypomniała mi się w kontekście ostatniego (dobrze by było, aby faktycznie ostatniego) procesu o pobicie, który relacjonuję w DB 2010 z 30 listopada br. (załącznik).

Napisz komentarz (8 Komentarzy)

Bardzo serdecznie przepraszam wszystkich moich Czytelników za interpunkcyjne błędy, jakich dopuściłem się w felietonie „Ta okropna Polska Ludowa” (patrz załącznik) w nr DB 2010 z 5.10.br. Chciałbym wyjaśnić, że nie jest to skutek mojego nieuctwa, jeno nieuwagi przy ostatecznej redakcji tekstu, kiedy to różne jego fragmenty – metoda „skopiuj wklej” - zmieniały swoje miejsce. A ponieważ bardzo się śpieszyłem, aby wysłać go do redakcji w wymaganym terminie, to ostateczny efekt tego macie Państwo przed oczami. Jeszcze raz, czerwony na twarzy ze wstydu, serdecznie przepraszam.

* * *

Nie tak dawno temu prezes Jarosław, kiedy już się wdrapał po drabince na podest dla niego przygotowany, rzucił z wielkimi na twarzy w głosie emocjami, ze nadszedł czas, aby od jakiegokolwiek wpływu na życie polityczne i społeczne w Polsce, odsunąć dzieci i wnuków (a zapewne i prawnuków) tych, którzy się prezesowi z tak zwana „komuną” kojarzą. A zdolności do kojarzenia prezes ma niesamowite. Warto zatem trochę poszperać i pewne fakty prezesowi przypomnieć, a w zasadzie nie jemu, tylko tym, którzy z taką emfazą pomysłowi prezesa przytaknęli. I nie będę to odwoływał się do przykładu dzieci prokuratora PRL Wassermana, sędziego PRL Kryże, czy chociażby sławetnego już prokuratora stanu wojennego, członka egzekutywy KZ PZPR Piotrowicza, nie wspominając a agencie SB krypt. Wolfgang, czy całej rzeszy prominentnych aktywistów PiS byłych członków PZPR albo dzieci takich różnych prominentnych aktywistów tej partii. Kto mieczem wojuje od miecza ginie, panie prezesie Jarosławie, a więc jeżeli pan lustruje, to i pana zlustrować każdy ma prawo. Wystarczy w wyszukiwarce Google wpisać hasło: Wilhelm ŚWIĄTKOWSKI i rozpocząć podróż po ukrywanych zakamarkach historii rodu Kaczyńskich. Uprzedzam, że rzecz to dla ciekawskich ale wytrwałych.

Dla zachęty podaję jeden tylko link:

http://ligaswiata.pinger.pl/m/11913047

Napisz komentarz (6 Komentarzy)

Coraz niechętnej przychodzi mi pisanie o wałbrzyskich policjantach, bo chciałbym wreszcie coś o nich pozytywnego napisać, a tu nijak się na to nie zanosi. Na pewno jakieś sukcesy w swej pracy osiągają, ale nie są to widać sukcesy zasługujące na pierwsze strony gazet i główne wydania mediów informacyjnych. Coś tam sobie dłubią, bo muszą ponieważ za nic pieniędzy brać nie mogą. Zresztą jest może tak, ze to nowy rzecznik prasowy KMP nie potrafi odpowiednio „sprzedać” tego, co jego koledzy zdołali osiągnąć. W ogóle w mediach ogólnokrajowych informacji o złych nawykach policjantów (i policjantek) jest tak dużo, że powstaje wrażenie, iż jest to formacja coraz bardziej patologiczna. A przecież tak nie jest, bo w Policji służy znakomita ilość ludzi uczciwych i starających się wykonywać swe obowiązki w taki sposób, aby realizować główne cele Policji, bez narażania na uszczerbek jej dobrego imienia. Cóż z tego, kiedy ton nadają typy, które nigdy nie powinni znaleźć się w policyjnych szeregach, bo to ich obecność i „wyniki” tak bardzo negatywnie rzutują na społeczny odbiór tej formacji.

Takim właśnie złogiem, jest w mojej ocenie ten facet, który uczynił wszystko, aby p. Barbarze Sz. życie obrzydzić. Mam nadzieję, że w zamian otrzyma to samo z nawiązką. Czego mu serdecznie życzę.

Natomiast podczas spotkania z gen. Leszkiem Lamparskim, przypomniałem mu historię, jaka wydarzyła się w czasach, kiedy najważniejszymi osobami w Wałbrzychu i województwie wałbrzyskim byli sekretarze Komitetu Wojewódzkiego PZPR (ul. Zamkowa). Któregoś dnia milicjant ze stanu KW MO w Wałbrzychu (chyba z Ruchu drogowego) zatrzymał w okolicy KWK „Thorez” samochód, którego kierowcę poddał dosyć ścisłej kontroli. Coś mu tam się nie zgadzało i zatrzymał prowadzącemu dowód rejestracyjny i ukarał mandatem. Kierowca trochę się awanturował powołując się na funkcję swojej żony, która wtedy byłą II Sekretarze KW PZPR w Wałbrzychu (nazwisko znane). Niestety, funkcjonariusz MO był typem człowieka, dla którego wszyscy ludzie byli równi wobec prawa i pozostał nieugięty. Bardzo szybko zrobił się w tej sprawie spory dym, a nad głowa milicjanta zaczęły się zbierać czarne chmury. Stało się tak dlatego, że towarzyszka II sekretarz zażądała od Komendanta Wojewódzkiego MO (czyli Leszka Lamparskiego) przykładnego ukarania funkcjonariusza za … i w tym miejscu jakieś tam partyjne ble ble ble. Komendant Lamparski – takie były czasy – był mocno uzależniony od partyjnych (PZPR) bonzów, identycznie jak to się i dziś dzieje (PiS) i jakoś musiał zareagować. Nie chciał człowieka zwalniać, bo sam uważał, że milicjant postąpił słusznie, ale też nie mógł pozostawić go w Wydziale Ruchu Drogowego, bo aby się partyjnym aktywistom w oczy nie rzucał. Przeniósł go więc czasowo do milicyjnego aresztu, obiecując mu, że kiedy się tylko uspokoi, to przywróci go na dawne miejsce.

Niestety wydarzenia tego gen. Lamparski nie pamiętał, co poświadczać tylko może tego, że był (i jest nadal) bardzo skromnym człowiekiem,bo opisana przeze mnie historia miała faktycznie miejsce.

Być może bohater mojej anegdoty jeszcze żyje i może nawiąże ze mną kontakt. Chętnie zapoznam Czytelników DB 2010 z jego historią służby, łącznie ze szczegółami tego epizodu.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)