Zgodnie z zapowiedzią z ubiegłego tygodnia („Tragifarsy odsłona pierwsza” DB2010 nr36/2021) kontynuuję temat dotyczący tego, co dzieje się na białoruskim odcinku naszej granicy, objętym strefą stanu wyjątkowego, który kilka dni temu został przedłużony na kolejne 60 dni. Od razu zwracam uwagę na bardzo charakterystyczną zmianę w tłumaczeniu powodów, dla których zarówno ogłoszenie, jak i przedłużenie stanu wyjątkowego było i jest warunkiem niezbędnym i koniecznym. W pierwszej wersji stan wyjątkowy miał zabezpieczyć nas przed grożącą nam inwazją ze strony nie tyle Białorusi, co całej rosyjskiej potęgi, kierowanej przez ponoć krwiożerczego prezydenta Putina. Oczywiście powód ten nie został oficjalnie podany, ale wynikał wprost z licznych publicznych wypowiedzi bojącego się igły strzykawki prezydenta Dudy, premia IV RP uznanego przez sąd za kłamcę oraz samego ich szefa, wicepremiera ds. bezpieczeństwa (a jakże) narodowego. Namacalnym dowodem tego zagrożenia były zorganizowane (przy naszych granicach) wielkie rosyjsko-białoruskie manewry wojenne, w których miało brać udział 200 tys. sołdatów. Faktycznie, groza naród polski mogła ogarnąć, zważywszy, że IV RP pod bronią ma niecałe 100 tys. wojaków, z których znaczna część całe swoje wojskowe życie spędza za mniejszymi lub większymi biurkami, a kontakt z bronią palną miała dosyć dawno i to w bardzo ograniczonym zakresie.

Oczywiście nie biorę tu pod uwagę dzielnych wiarusów z oddziałów Obrony Terytorialnej Kraju, którymi sprawną ręką zarządza mistrz wojskowej taktyki i strategii, niejaki Macierewicz.,Człowiek, który się Ruskim nie kłania, chociaż ponoć różnie to zawżdy bywało, o czym w książce „Macierewicz i jego tajemnice” napisał Tomasz Piątek, który ujawnił w niej liczne powiązania tego pana z putinowską Rosją. Opis tych powiązań tak mocno Macierewicza zbulwersował, że złożył na niego zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa do departamentu d/s wojskowych Prokuratury, zarzucając mu "publiczne znieważanie lub poniżanie konstytucyjnego organu RP" oraz "stosowanie przemocy lub groźby wobec funkcjonariusza publicznego w celu podjęcia lub zaniechania czynności służbowych". I tak szybko je je złożył, tak samo w szybkich abcugach je wycofał i … zapadła cisza. Taka sama, jak ta, która zapadła po tym, kiedy się te wielkie manewry (powtarzane cyklicznie od wielu lat) skończyły i 2500 rosyjskich żołnierzy i 50 żołnierzy z Kazachstanu (bo tylu tylko ich tam ćwiczyło), z Białorusi wróciło do swych koszar i „ruskim zagrożeniu” nikt już nie wspominał, aby się na śmieszność nie wystawiać.

W związku z tym w obiegu publicznym funkcjonuje tłumaczenie, że stan wyjątkowy wprowadzono po to, aby uniemożliwić nieprzychylnym rządowi dziennikarzom, szwendanie się w pobliżu granicy (sam to kilka razy z ust pisowskich dygnitarzy słyszałem), którzy swą obecnością zagrażają istotnym czynnościom taktyczno-operacyjnym, prowadzonym przez funkcjonariuszy Straży Granicznej, a także przez policyjne i wojskowe „szwadrony”, które ściągnięto z terenu nieomal całej Polski. Rzecz w tym, że nikt z tych pisowskich dygnitarze nie był i nie jest w stanie powiedzieć, na czym owe „taktyczne i operacyjne czynności” mają polegać, a mnie się po prostu wydaje, że chodzi po prostu o pilnowanie szczelności polskiej granicy. Czyli dokładnie to samo, co pogranicznicy czynili do czasu wprowadzenia stanu wyjątkowego.

Po co więc ta prymitywna ściema z użyciem wojennego języka? Odpowiedź przyniosło samo życie w momencie, kiedy cały świat miał okazję zobaczyć to, co szczelnym kordonem mundurowych miało być skutecznie zasłonięte. Prawdziwy obraz tego, co miało być utajnione, pokazały zdjęcia i nagrania filmowe z ośrodka dla uchodźców w miejscowości Michałowo, która stała się już w świecie sława w takim samym stopniu, jak Kiejkuty, gdzie w tajnym ośrodku MSWiA poddawano torturom, zabronionym nie tylko przez polskie prawo, bezprawnie przetrzymywanych obywateli państw muzułmańskich. Tak samo jak „Kiejkuty”, hasło „dzieci z Michałowa” na lata pozostanie symbolem tego, co się nigdy w cywilizowanym świecie – zwłaszcza po tragedii II wojny światowej – stać nie powinno.

Kiedy oglądałem to w telewizji, bez przerwy miałem w oczach widok uzbrojonych w pistolety maszynowe niemieckich wachmanów, wyłapujących żydowskie dzieci, które wybierały się poza mury getta po żywność. I nie uważam, aby to porównanie było zbyt drastyczne, dlatego, że takie fotografie, przedstawiające muzułmańskich maluchów pilnowanych przez uzbrojonych w broń maszynową polskich żołnierzy, obiegły cały świat i zapewne w milionach głów takie samo skojarzenie wywołały.

Kto nie wierzy, niech odszuka w Internecie zdjęcie „małego Dawidka” idącego ulica pod eskortą uzbrojonych po zęby esesmanów i porówna małe dzieci pilnowane przez osobników w polskich mundurach, uzbrojonych w broń maszynową. Jednym słowem niewyobrażalna hańba. Inaczej tego określić nie jestem w stanie.

Pytanie, co się stało z dziećmi z Michałowa, do tej pory nie znalazło prawdziwej odpowiedzi. Rzeczniczka Straży Granicznej, jak mantrę, kłamliwie powtarza, że grupa migrantów z tymi dziećmi (w wieku od kilkunastu miesięcy) została odstawiona do linii granicznej, co jest oczywistym eufemistycznym określeniem lasów tam rosnących, gdzie ludzi tych pozostawiono na pastwę losu i zimna. I pani ta zapewne po służbie, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, udała się do domu, gdzie być może przytuliła do siebie jakieś małe dziecko, bez żadnej refleksji, że jeszcze nie tak dano, inne przerażone dziecko pozostawiła gdzieś w przygranicznych lasach, narażając je nie tylko na utratę zdrowia, ale być może i na utratę życia.

Głęboko w mej ateistycznej pamięci zapadły słowa siostry Małgorzaty Chmielewskiej, że pomiędzy rozumem a sercem nie ma i nie powinno być sprzeczności, a to, co się na polsko-białoruskiej granicy dziej, jest cyniczną demoralizacją sumień. A ja dodam od siebie, że jest to brutalnym gwałtem na istocie człowieczeństwa. I to wszystko miało być osłonięte szczelnym kordonem, aby się Polacy nie dowiedzieli, co przed nimi zechciał ukryć wicepremier ds. bezpieczeństwa narodowego i jego podwładni w osobach prezydenta i premiera IV RP. Nie udało się i już wiemy i nie zapomnimy.

Przeraża mnie jednak myśl, że świadomość tego okrucieństwa nie do wszystkich jednak dociera, czego namacalnym dowodem są wypowiedzi wielu przedstawicieli prostego ludu, który wciąż wymienionych zbawicieli narodu popiera, zapominając, że wszyscy ludzie pochodzą z tego samego adamowego żebra. Ja natomiast, uznając, że wszyscy mamy tego samego przodka, który kiedyś zszedł z drzewa na ziemię, powoli zaczynam wierzyć, że oto jestem świadkiem procesu odwrotnego. Procesu, w efekcie którego powoli na mentalne drzewa powracamy, stając się coraz bardziej prymitywnymi osobnikami, dbającymi tylko o to, aby nikt obcy z naszych gałęzi „bananów” nam nie podkradał. I na koniec chciałbym bardzo wyraźnie zaakcentować, że jestem zdeklarowanym zwolennikiem ochrony naszych i unijnych granic, co jednakże nie pozbawia mnie poczucia przyzwoitości i współczucia dla naprawdę potrzebujących. Kiedyś – przecież nie tak dano – sami tego od innych oczekiwaliśmy i się nie zawiedliśmy. Tylko, że pamięć mamy niesamowicie krótką, ponieważ stała się ona już tylko narodową. I jakoś nikt nie chce pamiętać, że chaos na Bliskim Wschodzie wywołany został przez amerykańską agresję na kraje muzułmańskie, w okupacji których brali też udział i nasi polscy żołnierze. A to do czegoś nas, mimo wszystko, zobowiązuje.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (Daniej i dziś.jpg)Kiedyś - Obecnie
Napisz komentarz (2 Komentarze)

Tak jak się spodziewałem, kierownictwo wałbrzyskiej KMP wyniosłym milczeniem zareagowało na moje felietony poświęcone temu, co w tej instytucji, publicznej przecież, się dzieje. W sumie to jestem z tego zadowolony, bo gdybym nie opisywał prawdy, to reakcja powinna być natychmiastowa, więc mam podstawy do stwierdzenia, że milczenie jest potwierdzeniem. To, że kierownictwo milczy, nie oznacza, że tak samo postępują ich aktualni lub byli podwładni, którzy niekiedy są lub byli traktowani jak poddani. Mogę śmiało tak twierdzić, ponieważ nadal dopływają do mnie różne informacje, potwierdzające taki stan rzeczy. Ponieważ czekam na efekty prowadzonego w Prokuraturze Okręgowej dochodzenia, na razie zawieszam komentowanie skrywanych w KMP wydarzeń, dotyczących zwyczajów panujących wśród kadry kierowniczej (oczywiście, nie całej) tej jednostki. Podejrzewam jednak, że nic się nie zmieni, ponieważ pracujący tam funkcjonariusze będą zaciskać zęby i milczeć, aby się nikomu nie narazić i roboty nie stracić, co rozumiem z uwagi na to, że rządzący rzucili nowe „pincet plus” dla policjantów w postaci takiej podwyżki (na rękę, czyli netto), o czym dowiedziałem się z mediów. I słusznie, bo ta podwyżka, cytując klasyka (klasyczkę?) „im się po prostu należała”, chociaż w obecnie panującej sytuacji politycznej, wygląda mi to na zwyczajną próbę kupienia sobie przychylności funkcjonariuszy, którym od wielu lat o podwyżkach uposażenia kazano zapomnieć.

Rządzący czują, że nadchodzą gorące czasy i chcą mieć pewność, że funkcjonariusze staną za nimi murem, tak jak uboga część społeczeństwa, wyznająca zasadę, „uni dajo”. Ano „dajo”, tylko że może się okazać, iż „zażądajo” od nich zbyt wiele.

W przestrzeni publicznej pojawia się coraz więcej rozrzuconych to tu to tam kropek, które jednak dosyć łatwo połączyć jedną linią, pozwalającą mi domniemywać prawdziwe intencje rządzącej partii politycznej, a na pewno jej bardzo ścisłego, bo jednoosobowego, kierownictwa. Przedstawię tu kierunek moi domniemań, opierając się na faktach, o których ostatnio w przestrzeni medialnej głośno. Na pierwszy ogień idzie oczywiście wprowadzenie jednego ze stanów nadzwyczajnych, na co się nie zdecydowano w czasie szalejącej pandemii, chociaż istniejąca sytuacja epidemiologiczna tego jak najbardziej wymagała. Można też było skorzystać z art. 31 ust. 3 konstytucji i wprowadzić pewne ustawowe zakazy lub nakazy, które zmuszałyby ludzi do określonego zachowania, na przykład w zakresie obowiązku noszenia tzw. maseczek. Wówczas policjanci nie łamaliby prawa nakładając mandaty za ich brak, ponieważ, jak się słusznie okazuje, sądy masowo takie mandaty (i inne dotyczące np. wolności zgromadzeń) uchylają, ponieważ ministerialnymi zarządzeniami nie można łamać konstytucyjnych praw i wolności obywatelskich, o czym mowa w ust. 1 i 2 wspomnianego art. 31.

I gdyby się tak stało, to nikt nie byłby narażany na złapanie koronawirusa od różnych - przepraszam za ostrość wyrażenia – prymitywnych buraków, wchodzących do publicznych lokali bez tej osłony na twarzy. I nic takim prostakom zrobić nie można, bo ustawowego obowiązku jak nie było tak nie ma. Tak samo jak nie ma lekarstwa na chamstwo i głupotę, z jaką się np. spotkałem ostatnio na stacji paliw Orlenu przy ul. Wieniawskiego, gdzie jeden z takich buraków za zwróconą mu uwagę (i jego żonie) o konieczności noszenia maseczki na terenie tego obiektu, zapytał „Jebnąć cię” , a kiedy wyraziłem zgodę, zagroził mi doniesieniem „na Policję”, że się zachowuję agresywnie. I nawet zrobił mi zdjęcie, chociaż ja na twarzy maseczkę miałem. Ot buraczana inteligencja. Zresztą, aby mu ułatwić to doniesienie i identyfikację mojej osoby, maseczkę na chwilę z twarzy zdjąłem.

Ale ad rem.

Wprowadzenie stanu nadzwyczajnego w przygranicznym z Białorusią pasie nie miało żadnego faktycznego uzasadnienia, bo jeżeli nawet Straż Graniczna nie dawała sobie rady z falą imigrantów zwożonych nad granicę przez reżim Łukaszenki, to wystarczyłoby nad tę granicę skierować duże siły wojskowe, aby ją uszczelnić, nawet bez potrzeby stawiania niebezpiecznych dla ludzi i zwierząt kolczastych zasieków. Jednak stan wyjątkowy wprowadzono, a ilość nielegalnych przekroczeń rośnie lawinowo, o czym donoszą same władze, a także niemieckie media, które informują ilu takich imigrantów, którzy przekroczyli biołorusko-polską granicę, ujawnia się w Niemczech, prosząc o międzynarodową opiekę. I Niemcy ich do Polski (chociaż mogliby) nie deportują, tylko tą opieką otaczają i umieszczają w specjalnych ośrodkach i nikt z nich tam z głodu, zimna i wycieńczenia nie umiera.

Muszę tu od razu zaznaczyć, że jestem absolutnie za tym, aby polskich granic przed takim imigranckim zalewem chronić, ale też jestem absolutnie za tym, aby przy tej okazji nie naruszać obowiązującego w Polsce międzynarodowego prawa, bo kiedy takim nieszczęśnikom uda się granicę przekroczyć, to nie wolno ich zwozić ponownie nad granice i wypychać ich na białoruską stronę. Wspomniane prawo (liczne konwencje i pakty) tego zabraniają, a ostatnio Straż Graniczna cynicznie się do tego przyznaje, ponieważ opiera się na niezgodnym z konstytucją zarządzeniem ministra Wąsika. Ponadto w sejmie leży projekt ustawy na takie zachowanie zezwalający. To będzie kolejny atut dla Komisji Europejskiej uzasadniający konieczność wstrzymania miliardów euro dopłat z europejskiego Funduszu Odbudowy, przy zastosowaniu klauzuli „pieniądze za praworządność”.

Wprowadzenie stanu wyjątkowego w pasie przygranicznym ma faktycznie jeden zasadniczy cel, który nawet dla ślepego i głuchego jest widoczny i słyszalny. Chodzi o to, aby do tej strefy przygranicznej nie dopuścić dziennikarzy, którzy mogliby relacjonować, co się tam dzieje i co rządzący tam wyprawiają. Bo poza dziennikarzami nie dopuszcza się tam też pomocy medycznej, prawnej, Caritasu, PCK itp., co jest jaskrawym jawnym i niesamowicie cynicznym naruszeniem wszelkich obowiązujących Polskę konwencji międzynarodowych. Po co więc rządzącym taka niebezpieczna gra?

Jestem przekonany, iż jest to testowanie zachowań społecznych w reakcji na wprowadzenie stanu wyjątkowego, na wypadek niepomyślnych dla prezesa wszystkich prezesów, a zbliżających się nieuchronnie wyborów parlamentarnych. Dlatego w sejmie leży już projekt zmiany regulaminu sejmowego, dotyczący trybu i zasad przedłużenia stanu wyjątkowego, gwarantujący rządzącym bezpieczną większość w postaci nawet jednego tylko głosu. Bez debaty i wniosków o odroczenie, czy zamkniecie posiedzenia.

Aby stworzyć odpowiednią atmosferę społeczną, minister Kamiński Mariusz zdecydował się już kolejny raz na złamanie prawa i podczas sławetnej a niedawnej konferencji, ujawnił tajne informacje operacyjne, prezentując przy okazji zdjęcia o charakterze pornograficznym, jakie w efekcie działań operacyjnych uzyskano z aparatów fotograficznych uchodźców. Jest to złamanie prawa, bo aby tak można było postąpić, przeciwko tym ludziom musiałyby toczyć się indywidualne sprawy karne, a na kopiowanie „zasobów” telefonów komórkowych musiałoby być wydane indywidualne postanowienia prokuratury. A takich postępowań nie ma i nie ma takich postanowień. Minister Kamiński i Wąsik mogą się jednak czuć bezpiecznie, bo już raz prezydent Duda, z chęci „ulżenia sądom”, tych panów ułaskawił, przyznając tym samym, że dopuścili się zarzucanych im przestępstw, za które zresztą zostali skazani prawomocnymi wyrokami. No cóż, wiadomo od dawna, że historia lubi się powtarzać, tyle jeno, że już w postaci tragifarsy. Tragifarsy bardzo dla Polaków i Polski niebezpiecznej. Temat ten dokończę w następnym tygodniu.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

Wygląda na to, że temat aktualnej kondycji wałbrzyskiej policji zajmie mi trochę czasu, co zapewne wywoła wzmożone emocjonalne napięcie tutejszych policyjnych decydentów i niektórych innych, obecnych oraz byłych funkcjonariuszach, ale jak mniemam (a mam ku temu podstawy), w zdecydowanej większości z nich wywoła uczucie satysfakcji, że ktoś wreszcie opowie historie, które się w tej formacji nigdy dziać się nie powinny. Wszystko co piszę i jeszcze napiszę, opiera się na informacjach, jakie docierają do mnie od byłych i aktualnych funkcjonariuszy, którzy z wielu różnych powodów – aczkolwiek nie zawsze dla mnie zrozumiałych – wolą pozostawać anonimowi, co oczywiście nie powoduje, że przez to są dla mnie niewiarygodni.

Po publikacji w ubiegłym tygodniu felietonu „Wałbrzyski folwark policyjny”, skontaktowało się ze mną dwóch byłych już funkcjonariuszy, którzy nie byli w stanie znosić dłużej roli pomiotła przełożonych i tego, co oni w „firmie” wyprawiają, przez co zdecydowali się na odejście, chociaż mogli jeszcze skutecznie służyć obywatelom przez wiele lat. I nie był to kontakt anonimowy, bo spotkaliśmy się osobiście i sporo czasu przegadaliśmy, co pozwoliło mi utwierdzić się w przekonaniu, że policjanci piszący do mnie nie mijali się z prawdą. Zresztą pisali nie tylko do mnie, ale też – w takiej samej formie – powiadomili Prokuraturę Rejonową w Wałbrzychu, która z uwagi na zrozumiałe kontakty z ważnymi funkcjonariuszami z miejscowej komendy, przekazała sprawę do Prokuratury Okręgowej w Świdnicy, gdzie wszczęto stosowne dochodzenie, obejmujące tematy poruszone przeze mnie w wspomnianym wyżej felietonie. Muszę się przyznać, że początkowo byłem zdumiony tym faktem, ponieważ znałem treść anonimowego zawiadomienia, które owi policjanci mieli zamiar wysłać, więc przekazałem im swoją opinię, że zawiadomienie w takiej formie może nie zostać przez organa ścigania przyjęte. Przekazując tę opinię, kierowałem się wiedzą, że spośród różnorodnych informacji o popełnieniu przestępstwa, kodeks postępowania karnego wyraźnie wymienia jedynie zawiadomienie o przestępstwie i w świetle jego przepisów, anonimu nie można uznać za takie zawiadomienie.

Nie byłem i nie jestem prokuratorem, wobec czego nie znałem treści obowiązującego obecnie „Regulaminu wewnętrznego urzędowania powszechnych jednostek organizacyjnych prokuratury”, który w paragrafie 121 stanowi, że na podstawie anonimu dopuszczalne jest wszczęcie dochodzenia lub śledztwa, jednakże dopiero po uprzednim sprawdzeniu przytoczonych w nim okoliczności, a w razie niepotwierdzenia podanych w nim informacji, treści anonimowego zawiadomienia pozostawia się bez nadania biegu. Tak więc sam fakt wszczęcia śledztwa (obejmującego 6 wątków, w tym dwa dotyczące spraw „covidowych”) dowodzi, że anonimowe informacje zostały przez prokuraturę, w dozwolonym dla niej sposobie, wstępnie sprawdzone.

Cieszy mnie to, ale zawsze pamiętam, powtarzaną mi przez moich rodziców maksymę, abym nie chwalił dnia przed zachodem Słońca, poczekam więc do czasu postawienia zarzutów osobom objętym tym śledztwem. No bo jeżeli prokuratura wstępnie potwierdziła prawdziwość anonimowych informacji, to chyba nie po to, aby następnie śledztwo umorzyć, bo byłoby to dosyć dziwne wydarzenie, mogące rodzić różne jakieś skojarzenia. Tak więc poczekajmy na „zachód Słońca”.

W felietonie „Wałbrzyski folwark policyjny” przywołałem jedno zdanie z maila, jaki otrzymałem od funkcjonariuszy z wałbrzyskiego garnizonu: „Podczas służby kazał fałszować dokumentację, nie przyjmować zgłoszeń o przestępstwach gdzie sprawca jest nieznany, a takie zgłoszenia ewidencjonowane były w oddzielnym zeszycie, nigdzie nie zarejestrowanym i dopiero kiedy przypadkiem ustalono sprawcę, kontaktowano się z osobą zgłaszającą, dzięki temu miał (…) najlepszą wykrywalność w Polsce”. Nie mam wątpliwości, że takie postępowanie jest czynem karalnym na podstawie art. 56 ust. 1 ustawy z 29.06.1995 r. o statystyce publicznej, zagrożonym karą grzywny, ograniczenia wolności albo karą pozbawienia wolności do lat dwóch.

Z czymś takim osobiście zetknąłem się chyba w połowie lat 90-tych, kiedy ówczesny komendant jednego z wałbrzyskich komisariatów zbierał na odprawach służbowych ciągłe pochwały od komendanta wojewódzkiego, który owego komendanta stawiał innym za przykład, chwaląc go za to, iż kierowana przez niego jednostka osiąga stały spadek dynamiki przestępstw kryminalnych przy znacznym wzroście ich wykrywalności. Bomba wybuchła, kiedy „wkurzony” komendant jednego z komisariatów, w wiadomy dla siebie (i dla mnie) sposób, odkrył na czym polega sukces owego „bohatera” komendanckich pochwał. Otóż miał on własny sposób osiągania takich wyników, „ochrzczony” później przez wałbrzyskich policjantów patentem z nazwą jednego z miesięcy.

Pomysł polegał na tym, że np. wszystkie przypadki kradzieży samochodów (co wówczas było naszą zmorą) dokonanych jednej nocy na terenie objętym działaniem „jego” komisariatu, kazał rejestrować pod jedną liczbą tzw. RSD (rejestr spraw dochodzeniowych) jako jedno przestępstwo o charakterze ciągłym. Było to bardzo korzystne, bo statystyczna liczba przestępstw nie rosła, a po wykryciu sprawców jednej z kradzieży, dochodzenie zostało zamykane jako wykryte i statystyczny procent wykrywalności szybował pod niebiosa. Sprawa się rypła, prokuratura wszczęła dochodzenie, które następnie jedna z wyjątkowo sprzyjających mu prokuratorek umorzyła z powodu niskiej szkodliwości czynu. Było tajemnicą poliszynela, dlaczego tak postąpiła, ale nie ma co wracać do starych spraw, kiedy szykują się nowe.

Otóż w nocy z 12 na 13 września 2021 r., w niezbyt odległym od I komisariatu miejscu na wałbrzyskim Podzamczu, doszło do napadu z użyciem niebezpiecznego narzędzia (najprawdopodobniej był to ostry nóż tapicerski), w czasie którego sprawca, chcąc „zdobyć” telefon komórkowy napadniętego, nożem tym zadał mu cios w okolicę piersi. Napadnięty, wobec realnego zagrożenia życia i zdrowia, podjął obronę, w efekcie czego został poważnie raniony w lewe przedramię, co wymagało interwencji chirurgicznej w postaci zszycia rany ciętej. Po zgłoszeniu napadu, policjanci (prawdopodobnie z Komisariatu I) podjęli szybką interwencję, ale napastnika nie udało się zlokalizować i ująć. Napadnięty mieszkaniec Wałbrzycha został jeszcze nocą przesłuchany i przyjęto od niego zawiadomienie o rozboju, który miał miejsce na jego osobie (art. 280 § 2 k.k.), co w zasadzie należało faktycznie uznać za usiłowanie (art. 13 kk) przestępstwa tego rodzaju.

Usiłowanie jest jednak ścigane tak samo jak dokonanie przestępstwa, a więc zdarzenie to statystycznie należało przypisać do I kategorii przestępstw, a więc tych najgroźniejszych. I – według mojego informatora - zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Otóż na drugi dzień, na podstawie polecenia płynącego z Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu, miało dojść do zmiany kwalifikacji czynu z art. 280 § 2 k.k. na dwa różne czyny określone w art. 157 § 2 k.k. i 119 § 1 kodeksu wykroczeń. Czyli lekkie uszkodzenie ciała w celu dokonania kradzieży telefonu o wartości poniżej 500 zł. I już groźne przestępstwo usiłowania rozboju, ktoś dbający o statystyczne wyniki całej KMP, ma z głowy. Aby zdarzenie to wyglądało mniej niebezpiecznie, to użyte narzędzie zostało określone jako „przyrząd do regulacji długości tapety”. Prawda, że brzmi to bardziej przyjaźnie? O kuchnia olek! Jakiż to kucharczyk w tejże kuchni gotuje, panowie (i panie) policjanci?!

Ciąg dalszy nastąpi.

P.S. Do zamknięcia tego wydania Tygodnika DB 2010, Oficer Prasowy KMP nie udzielił mi odpowiedzi na pytania zadane w powyższym temacie.

 

Napisz komentarz (5 Komentarzy)

 To, co obecnie wyrabia się w mojej firmie, jeży włosy na głowie i woła o pomstę do nieba. Piszę „w „mojej”, bo chociaż jestem na emeryturze, to nadal jestem oficerem policji z tym, że już w stanie spoczynku. I jako emerytowany funkcjonariusz tej formacji roszczę sobie prawo do wypowiadania się na jej temat. A mam tyle do opowiedzenia, że obawiam się, iż nawet wołowej skóry nie starczy.

Zacznę od tego, że kilka dni temu kupiłem książkę autorstwa Norberta Kościeszy, emerytowanego - jak ja - policjanta w stopniu inspektora (pułkownika), zatytułowaną „Folwark komendanta. Kulisy działania patologicznych systemów w polskiej policji oczami byłego funkcjonariusza”. Kościeszę oficjalnie wydalono z policji za mówienie głośno o tym, w jakich warunkach pracują funkcjonariusze. W swoich książkach (napisał jeszcze „Psy Prewencji”) obnaża patologie trawiące polską policję i rozprawia się z panującymi w niej układami. Stał się przez to „wrogiem publicznym numer jeden” dla policyjnych decydentów, chociaż nie tylko dla nich. Zacytuję fragment notki wydawcy: „Kościesza w bezpardonowy sposób ukazuje policyjną codzienność, zanurzoną w oparach alkoholu, której granice wyznaczają nazwiska, znajomości i układy. Pokazuje skandaliczne warunki pracy, nieprawidłowości zamiatane pod dywan, rozproszenie odpowiedzialności. Przemoc psychiczną i zastraszanie. Chamstwo i seksizm. Wszystko po to, aby przerwać milczenie o patologicznym przykładzie, który płynie z góry i walczyć o godne warunki pracy kolegów, którzy nadal tkwią w samym środku firmy”.

Tak się dziwnie złożyło, że - zanim pojechałem do księgarni Empik w Szczawnie, dotarła do mnie prośba grupy policjantów z Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu (to już drugi przypadek), którzy zwrócili się o pomoc w nagłośnieniu „patologii panoszącej się wśród kierownictwa wałbrzyskiej komendy”. Uprzedzając fakty, od razu informuję, że nie zwróciłem się do rzecznika wałbrzyskiej policji o komentarz, albowiem na 100% zam treść odpowiedzi, jaką bym uzyskał. Mam jednak nadzieję, że tym razem doczekamy się (tzn. ja i redakcja) reakcji komendanta miejskiego, który na mój poprzedni felieton dotyczący tego, co się w tej jednostce wyprawia, zareagował wyniosłym milczeniem. I milczy nadal, chociaż rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu potwierdził, że anonimowa skarga o tej patologii do komendanta wojewódzkiego wpłynęła. I co? Ano nic... Bo przecież to anonim i dlatego jego miejsce jest w koszu – tak zapewne myśli komendant wojewódzki, jego rzecznik i wszyscy inni, którzy winni się tym zająć. A ja, jako stary operacyjny wyjadacz, doskonale wiem, że każdy anonim jest tzw. źródłem wiedzy operacyjnej, na podstawie której stosowne komórki (np. Biuro Spraw Wewnętrznych) winny wszcząć stosowne postępowanie. Minęło już wiele miesięcy i nie usłyszałem, aby ktokolwiek z szeroko pojętego kierownictwa wałbrzyskiej policji poniósł jakąkolwiek karę – chociażby dyscyplinarną jedynie. Dlatego tym razem - oprócz tego felietonu - zamierzam podjąć inne kroki (na razie o nich nie będę informował jakie), które - być może - pozwolą „wałbrzyski folwark policyjny” skutecznie zlikwidować. Liczę na to, że w świetle skandalicznych wydarzeń, które w ostatnim czasie miały miejsce na terenie dolnośląskiego garnizonu policji, mój dzisiejszy felieton nie zostanie znów wyniośle przemilczany, a odpowiednie władze zajmą się tym, co się w wałbrzyskiej komendzie dzieje. Bo nie tylko wyjątkowo niski poziom wyszkolenia policjantów i niewiedza w zakresie stosowania prawa (które policjant znać musi), ale także - a może przede wszystkim – wielka frustracja powoduje to, iż policjanci zamiast ratować ludziom zdrowie i życie, coraz częściej im je odbierają. Celowo to uogólniam, bo zdaję sobie przecież sprawę, że w szeregach policji służy olbrzymia armia naprawdę uczciwych funkcjonariuszy, zmuszanych przez swych przełożonych do niegodnych zachowań, co codziennie widać na ulicach polskich miast. Zwłaszcza tych dużych, gdzie obywatele mają odwagę zbiorowo protestować. Chamskie i bezprawne zachowanie różnych przełożonych rodzi frustrację, której skutkiem jest agresja, niekiedy wyładowywana właśnie na obywatelach. A brak reakcji najwyższych czynników powoduje, że bezkarność rozzuchwala. Przecież w normalnym państwie, po takich tragicznych ekscesach, taki komendant wojewódzki czy miejski z miejsca wyleciałby ze stanowiska na zbity pysk, ale w państwie PiS może się spodziewać ochrony wyższych czynników, które nawet rękę przykładają do zamiecenia sprawy pod dywan. Pytam: jak długo jeszcze?!

Wracając do spraw wałbrzyskich policjantów, to opisane mi zachowania różnych decydentów z tej komendy, wpisują się dokładnie w historie opisywane przez insp. Kościeszę. Zacytuję tu tylko kilka tylko zdań, skierowanych do mnie przez grupkę wałbrzyskich funkcjonariuszy. Zaznaczam z miejsca, że są bulwersujące ponad miarę. Oczywiście znam nazwiska tychże zadufanych w sobie pseudo oficerów, prezentujących intelektualny poziom poganiaczy bydła, chociaż obawiam się, że być może takim porównaniem poganiaczy bydła obrażam.

Otóż jeden z bohaterów przekazanej mi informacji z lubością opowiada, że „i tak jemu chu… zrobią, bo ma układy w Komendzie Wojewódzkiej we Wrocławiu”.

Albo o innym: „Podczas służby kazał fałszować dokumentację, nie przyjmować zgłoszeń o przestępstwach gdzie sprawca jest nieznany, a takie zgłoszenia ewidencjonowane były w oddzielnym zeszycie, nigdzie nie zarejestrowanym i dopiero kiedy przypadkiem ustalono sprawcę, kontaktowano się z osobą zgłaszającą, dzięki temu miał (...) najlepszą wykrywalność w Polsce. Osobom, które myślały inaczej, z byle błahego powodu wszczynał postępowania dyscyplinarne i oto w ten sposób wiele osób zmuszonych zostało do odejścia z Policji lub przeniesienia do innej jednostki. Człowiek ten szydził z policjantów, śmiał się im w oczy, traktował ich jak świnie i tak też obrażał nas. Zmuszał do zostawania po godzinach pracy, często zmieniał bez powodu służby, aby uprzykrzyć życie, dawał na realizację zadania 5 minut. (…) Ciągłe ośmieszanie i wyzywanie. Zresztą człowiek ten ma poważny problem ze sobą i nigdy nie powinien mieć dostępu do broni (…). Oprócz policjantów (...) szydził również z wałbrzyskich prokuratorów czy też przełożonych z komendy miejskiej, że to ciule, cwele i jełopy, że on ma największą wiedzę, a inni to nieuki i debile. (…) Zachowanie tej osoby o skłonnościach psychopatycznych, powoduje, że około 80 osób chce w najbliższym okresie odejść (...) z Policji. Nie jest odosobnionym przypadkiem (...), że każe im w 2 minuty opracować coś, czego nie da się opracować w dwa dni, (...) kazał jednemu (...) pilnie przyjechać z domu 40 km, aby przecinki postawić w notatce, mówią o nim dwuminutowiec, innym razem ściągał do pracy po nocce (...) w bardzo pilnej sprawie a jak (...) przyjechał to powiedział mu, że książkę źle odłożył. (...) Twierdzi, że ma układy w KWP w MSWiA i nikt nic jemu nie zrobi (…) Tylko osoby które odeszły z tej firmy mogą coś zeznać, bo czynni funkcjonariusze są zastraszeni.(…)”.

Ciekawi mnie, jak na ten felieton zareaguje Komendant Miejski Policji w Wałbrzychu, ale raczej czarno to widzę, ponieważ nie chce mi się wierzyć, że takie informacje dotarły do mnie, a Pan Komendant nic o tym nie wie. Albo wie, ale toleruje. Może więc osoby, które już z „tej firmy” odeszły, skontaktują się ze mną, bo na pewno razem uda się nam zrobić więcej. Zwłaszcza, że policyjne związki zawodowe są, a jakby ich nie było.

Napisz komentarz (3 Komentarze)

Amerykanie po 20 latach okupacji Afganistanu, w której udział brała również Polska, podwinęli ogon pod siebie i tak jak przed laty wiali z Wietnamu, tak i teraz uciekli z tego nieprzyjaznego dla zachodnich demokracji kraju. Niektórzy się obruszą na stwierdzenie o okupacji, ponieważ celem wojskowych „misji” – jak eufemicznie okupację tę zwykło się nazywać – miało być krzewienie demokracji na zachodni wzór. No cóż, jakoś do mnie nie przemawia zaprezentowany światu sposób tego krzewienia przy pomocy karabinów, czołgów i potężnego lotnictwa bojowego. Demokrację winno się szerzyć za pomocą oświaty i nauki oraz prezentowania osiągnięć demokratycznej kultury, co oczywiste musi rodzić olbrzymie trudności w kraju takim jak Afganistan. Ale trudności są po to, aby je przełamywać. Okupacja zawsze będzie budzić odruchy obronne, o czym my Polacy wiemy doskonale, a chęć wygonienia okupanta jest tym silniejsza, jeżeli reprezentuje on diametralnie obcą kulturę i religijne wyznanie.

Bez obrazy obywateli Afganistanu trzeba jednak powiedzieć, że terytorium te zamieszkują górskie plemiona, które mentalnością społeczną i religijną tkwią w głębokim średniowieczu, licząc europejską miarą. Walczący z agresorem talibowie, tak jak i terroryści spod znaku Al Kaidy, mają jasno wyznaczony cel, jakim jest zwycięstwo islamu w całym świecie. Brzmi to jakoś znajomo, ponieważ pod hasłem podobnego zwycięstwa chrześcijaństwa, kilkaset lat temu mordowano okrutnie i skutecznie setki tysięcy ludzi, uznanych przez Kościół za pogan i barbarzyńców. W tym również wyznawców proroka Mahometa. Islam jest młodszy od chrześcijaństwa o ponad 500 lat, a więc różnica w kulturowej i religijnej ewolucji społecznej jest znaczna, co widoczne jest na każdym kroku. I głównie w tej różnicy tkwi problem w krzewieniu tam demokratycznych zasad i obyczajów, które dla tych ludów są wrogie z uwagi na to, że podważają one istniejące od wieków obyczaje i zasady świata islamu określone w Koranie, świętej księdze tej religii.

Amerykanie najechali Afganistan, tak jak poprzednio Irak i Libię, ponieważ uznali, że kraje te są rozsadnikami terroryzmu, przez co całkowicie zburzyli istniejący tam porządek, zapewniający milionom ludzi bezpieczne życie, przy okazji zabijając setki tysięcy całkiem niewinnych cywilnych obywateli tych państw. Ale Afganistan to górzysta kraina przez wieki odcięta od świata i zamieszkana przez ludzi, których nikomu dotychczas nie udało się ujarzmić i tak też stało się obecnie, co spowodowało, że w 2020 roku prezydent Trump zdecydował się na wycofanie swych wojsk, a co w życie obecnie wprowadził prezydent Biden.

Stany Zjednoczone i wspierające ich kraje tzw. demokracji zachodniej, najechały Afganistan ścigając terrorystów, którzy 11 września 2001 roku dokonali zamachu na dwa nowojorskie wieżowce, zabijając przy tym 2973 amerykańskich obywateli. Afganistan najechali dlatego, że uznali, iż właśnie na terenie tego kraju znajdują się bazy Al Kaidy, która w tamtym czasie stała praktycznie za wszystkimi zamachami terrorystycznymi na świecie. Jednakże, jak czas pokazał, główna baza Osmy bin Ladena, duchowego przywódcy Al Kaidy, znajdowała się na terenie Pakistanu, a więc de facto państwa dla USA sojuszniczego. Nikt mi nie wmówi, że pakistański wywiad wojskowy o bazach Al Kaidy nie wiedział, ale USA nie odważyła się terytorium Pakistanu zaatakować, ponieważ państwo to dysponuje potężną zawodową armią wyposażaną w nuklearne głowice. Amerykański prezydent musiał jednak pokazać swym amerykańskim wyborcom, że sprawcom i inspiratorom zamachu nie odpuści, więc zażądał od władz Islamskiej Republiki Afganistanu wydania bin Ladena, oskarżając je o jego ochronę oraz organizację logistyki baz i obozów szkoleniowych Al Kaidy znajdujących się na ich terytorium. Ponieważ talibowie nie spełnili ultimatum prezydenta Georga Busha, 7 października 2001 roku rozpoczęła się inwazja na Afganistan, zakończona pod koniec kwietnia 2002 roku i od tego momentu rozpoczęła się okupacja, trwająca do dnia dzisiejszego, chociaż ograniczona już tylko do terenu lotniska w Kabulu. Przypomnę w tym miejscu, że samym Amerykanom wytropienie bin Ladena zajęło dokładnie 10 lat, albowiem jego zabójstwo, dokonane przez komandosów z Navy SEALs na terenie Pakistanu, miało miejsce 2 maja 2011 roku.

Piszę o zabójstwie, ponieważ Osamy bin Ladena nie skazał żaden amerykański sąd, ani też Międzynarodowy Trybunał Karny, a amerykański rajd na terytorium Pakistanu, odbył się bez wiedzy i zgody tego państwa. Bin Ladena zamordowano dwoma strzałami w głowę, na oczach jego żony i trzyletniego syna, przy okazji mordując też innego jego syna, a także osobistego kuriera i jego małżonkę. Był to klasyczny terrorystyczny zamach wykonany na rozkaz prezydenta USA, ponieważ prezydenci tego państwa roszczą sobie uprawnienia do wydawania rozkazów zabijania na całym świecie ludzi, którzy z różnych względów byli lub są dla USA niewygodni. Lista takich amerykańskich zamachów jest tak długa, że nawet nie będę się silił na jej przywołanie. Rozkaz zabicia bin Ladena wydał prezydent Bush, ale nie zważając na to, obecny prezydent USA Biden, nazwał prezydenta Rosji zabójcą, oskarżając go (bez żadnych dowodów) o osobiste zlecenia zgładzenia różnych swych przeciwników. Szkopuł w tym, że nikt nigdy nie przedstawił żadnych wiarygodnych na to dowodów, a opowiadanie o jego sprawstwie kierowniczym, opiera się jedynie na przypuszczeniach medialnych, tak ochoczo kolportowanych na całym świecie, a w Polsce ze szczególnym upodobaniem.

Opuszczający Afganistan prezydent Biden opuszcza jednocześnie tysiące Afgańczyków, którzy uwierzyli w demokrację i pomoc oraz opiekę demokratycznego (ponoć) świata, dzięki któremu w wielkich miastach ich ojczyzny powstały zręby demokratycznych struktur i obyczajów. I teraz zdecydowana większość z nich pozostanie na łasce talibów, którzy już zapowiedzieli wprowadzenie prawa szariatu i odebranie wszelkich praw kobietom, z których przez ostatnie 20 lat korzystały. I teraz na naszych oczach rozgrywa się ich tragedia, najbardziej widoczna na lotnisku w Kabulu, chronionym głównie przez amerykańskich żołnierzy, którzy 31 sierpnia będą się jednak musieli wycofać i odlecieć do swych amerykańskich baz w Europie i w innych częściach świata.

Na szczęście państwa uczestniczące w okupacji Afganistanu stanęły na wysokości zadania i robią co w ich siłach, aby wywieźć z stamtąd przynajmniej część tych, którzy wojska okupacyjne wspierali, udzielając im wszelkiej możliwej pomocy. Bo to tym ludziom i ich rodzinom grozi śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony fundamentalistów islamskich, powracających dzięki USA do realnej władzy, co spowoduje, że w Afganistanie zacznie się znów średniowieczne piekło, którego efektem będzie kolejna wielka fala imigracji tych, którzy w nim żyć nie chcę i nie mogą. Ale o tym napiszę w przyszłym tygodniu. Także i o tym, co się dzieje (lub działo) na polsko-białoruskiej granicy, gdzie od kilkunastu dni koczują afgańscy uchodźcy, którym obecne polskie władze odmawiają wszelkiej pomocy, w tym w postaci żywności, wody i opieki medycznej. Tam dzieje się nie tylko tragedia tych uchodźców, ponieważ tam rozgrywa się też tragedia dotycząca nas samych.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

   Swego czasu – zresztą nie tak dawno temu - obiecałem sobie, a zarazem czytelnikom DB 2010, że sprawami politycznymi nie będę się już zajmował, albowiem to co piszę, nie ma żadnego przełożenia na istniejącą rzeczywistość, a więc nie warto nadal po próżnicy „strzępić sobie język”. I nie słabość mojego charakteru, ale brutalna rzeczywistość skłania mnie, do odstąpienia od podjętej – może zbyt pochopnie – decyzji. Postanowiłem wrócić do roli politycznego komentatora (a takim się niekiedy czułem) po tym, jak we wtorek (10.08.br.) obejrzałem w TVN 24 bezpośrednią relację z posiedzenia sejmowej Komisji Regulaminowej, Spraw Poselskich i Immunitetowych, która w mojej ocenie była niczym innym jak zwykłą hucpą, drwiącą sobie z wszelkich zasad i praw uchwalonych przez Sejm RP, w tym także regulaminów rzeczonej komisji.

Poszło o to, że komisja ta miała zająć się wnioskiem o uchylenie immunitetu prezesowi NIK Marianowi Banasiowi, ale okazało się, że wniosek został złożony niezgodnie z ustawą o NIK, która stanowi, że może on być złożony jedynie przez Prokuratora Generalnego. Oczywiście prokurator ten (przypomnę, że chodzi o Zbigniewa Ziobro) ma prawo, stosownym zarządzeniem wydanym na piśmie, upoważnić swojego zastępcę, aby taki wniosek złożył w jego imieniu, ale to pisemne zarządzenie musi być dołączone do wniosku. I okazało się, że wniosek został złożony przez zastępcę Zbigniewa Ziobry, które jednak wymaganego pisemnego upoważnienia nie dołączył. I taki bubel przeszedł przez Biuro Analiz Sejmowych, na podstawie czego marszałek sejmu Witek, skierowała ten wniosek zastępcy Prokuratora Generalnego pod obrady sejmowej komisji. Marszałek Witek się nie dziwię, ponieważ być może znalazła jakąś przedwojenną książkę, w której stało jak byk, że w III RP pisowskie organa państwa nie muszą prawa przestrzegać, ponieważ o tym, co prawem jest, a co nie, orzeka prezes Jarosław. Ale zdawałoby się, że Biuro Analiz Sejmowych, do którego zadań należy przede wszystkim wsparcie swym doradztwem naukowym (sic!) procesu legislacyjnego, przedwojennych książek o funkcjonowaniu Sejmu III RP czytać nie musi, bo podstawą wszelkich jego analiz musi być wyłącznie obowiązujące tu i teraz prawo.

Tymczasem wywołany do tablicy przedstawiciel tego Biuro, bezczelnie oświadczył, że na temat legalności złożonego wniosku nie będzie się wypowiadał, ponieważ decyzję o skierowaniu go do komisji, podjęła właśnie marszałek Witek. W ten sposób ów pan publicznie pokazał, jak bardzo posłów opozycji i wszystkich obywateli III RP lekceważy, uznając ich za totalnych głupców, nie wiedzących o tym, iż marszałek Witek kierując wniosek do komisji, uczyniła to na podstawie prawnej analizy rzeczonego Biura. Czyżby zatem jakieś same głuptaki tam siedzieli i pensje z naszych podatków brali, czy też potulni, pozbawieni wszelkich zasad hunwejbini prezesa Jarosława? Stawiam na to drugie bez obawy, że mógłbym przegrać.

Mając takie „fachowe” wsparcie, przewodniczący tejże komisji – o zgrozo adwokat, a więc ktoś kto prawo winien mieć w małym palcu – robił wszystko, aby utrudnić posłom opozycji składanie wniosków formalnych o przełożenie posiedzenia komisji na inny termin, aby ten prawny bubel w postaci wniosku naprawić. Przecież – jak słusznie argumentowali – sporządzenie poprawnego wniosku Zbigniewowi Ziobro nie powinno sprawić większego problemu, ale pisowska większość w komisji wnioski formalne opozycji odrzucała. Najprzytomniej zachował się prezes Banaś, który stwierdził, że z uwagi an to, iż wniosek został złożony przez osobę nieuprawnioną, nie będzie brał udziały w czymś, co z mocy prawa nie powinno się w ogóle odbywać i posiedzenie komisji opuścił. Wraz z nim uczyniłem to samo, czyli wyłączyłem telewizor, uznając, że szkoda moich nerwów, aby dalej ten żałosny cyrk oglądać.

Wieczorem dowiedziałem się „z telewizora”, że bój w komisji trwał dosyć długo, czego rezultatem była jednak zmiana postawy posłów prezesa Jarosława i wniosek o uchylenie immunitetu prezesa NIK nie został poddany pod głosowanie, ale komisja postanowiła zwrócić się o akta sprawy i kontynuować debatę na kolejnym posiedzeniu. Czyli postanowiła obradować nad czymś, co z urzędu winno być zwrócone marszałek Witek i do czasu uzupełnienia wniosku, nie zawracać sobie nim głowy.

Mimo wszystko jakimś cudem zwyciężył, wprawdzie tylko połowiczny, zdrowy rozsądek i uniknęliśmy kolejnej kompromitacji, co mimo wszystkich targających mną wątpliwości, muszę przyjąć za pewien powiew optymizmu. Bo to, co się obecnie wyprawia, wywołuje ból głowy i nerwowo zaciskanie pięści. Chciałem napisać, że powoduje, iż się nóż w kieszeni otwiera, ale zdałem sobie sprawę z potencjalnego niebezpieczeństwa, jakie określeniem tym niechybnie mógłbym na siebie sprowadzić, bo jakiś usłużny siepacz prezesa Jarosława, zechciałby uznać to za pochwałę lub nawoływanie do terroryzmu. Groźba taka mogłaby nade mną zawisnąć, ponieważ rządząca nami polityczna sitwa, robi sobie z prawa cyrkową arenę pełną klaunów, przez co też w znacznej części obywateli utwierdza przekonanie, że prawo można mieć tam, gdzie zgodnie z powiedzeniem słońce nie zachodzi. Bo jeżeli rządzący Polską prezes Jarosław nakazuje lub zezwala swoim politycznym komilitonom na łamanie polskiej konstytucji i obowiązujących przepisów regulujących podstawowe zasady demokratycznego państwa prawa, zezwala na łamanie zawartych umów międzynarodowych, czy choćby lekceważenie przez swoich posłów przepisów ruchu drogowego, zakazujących przejścia przez jezdnię przy zapalonych czerwonych światłach, to niby dlaczego jego gorący zwolennicy mają uchwalane prawa szanować? Efektem tego mamy to, co mamy, a więc fizyczne ataki na osoby chcące się zaszczepić przeciw wirusowi COVID-19, ataki i podpalenia punktów prowadzących takie szczepienie, czy też - jak ostatnio w Lubinie – bezpośredni atak na Komisariat Policji i policjantów przy użyciu „koktajli Mołotowa”, czyli zapalonych butelek wypełnionych benzyną.

Zapewne ci młodzi ludzie atakujący polskich policjantów, wyobrażali sobie, że atakują jakiegoś okupanta, tak samo jak chłopcy i dziewczęta walczący w powstaniu warszawskim, co budzić musi już tylko przerażenie. Nie wiem, czy lubińscy policjanci, przekraczając granice interwencji, spowodowali śmierć człowieka, ale tak samo nie wiedzą tego ci, którzy zaatakowali z bronią w rękę lubiński komisariat. Od tego są jednak mimo wszystko sądy. Piszę o „broni w rękach”, bo „koktajl Mołotowa”, mimo swego prymitywizmu technicznego, to bardzo groźna broń, o czym się wielokrotnie dowiadywali żołnierze Hitlera w walczącej Warszawie.

Takie coraz bardziej groźne zachowania, rodzący się terroryzm nie tylko wśród młodych, są efektem totalnej ruiny państwa prawa, zaordynowanej nam przez prezesa Jarosława. Hasło „hulaj dusza, piekła nie ma” jest coraz bardziej powszechne, ponieważ przykład idzie z góry, bo ryba zaczęła już gnić od głowy. Staje się coraz bardziej niebezpiecznie, ponieważ państwo zaczęło coraz szybciej dryfować w kierunku politycznej, prawnej, ekonomiczno-społecznej i moralnej mielizny, więc do katastrofy coraz bliżej. Ale patrząc na powtarzające się wyniki sondaży wyborczych, cisną mi się na usta słowa „sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało”. Hulaj dusza, piekła nie ma … Oby do czasu.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)