...Temat wyników wyborczych I tury to nadal temat bardzo gorący. Nagle wszyscy dostrzegają to, czego jakoś w kampanii (i oczywiście przed nią) dostrzec nie mogli. A może nawet nie chcieli. I spoza tej kakofonii rożnych uwag, opinii i wniosków, dla mnie najbardziej drastycznie wybrzmiał wniosek wyciągnięty z kampanii przez kandydata Bronisława Komorowskiego. Otóż ten jowialny jegomość, stwierdził, iż decyzję w sprawie referendum o JOW podjął dlatego, iż zdał sobie sprawę, że takiej ordynacji wyborczej żąda 20% wyborców.

Ludzie … gdybym miał możliwość spotkania się z owym kandydatem, to bym mu powiedział, stuknij się pan w  głowę. Przecież jeżeli o JOW upomina się 20%, a 80% na ten temat milczy, to oznacza, że owe 80% JOW -y ma w dupie. Przepraszam za ten brzydki wyraz, ale poziom rozumowania kandydata strasznie mnie wpienia. A najbardziej to, iż powstała sytuacja zmusza mnie, abym postąpił wbrew swoim przekonaniom i na tegoż jegomościa oddał swój głos w II turze.

Niech to szlag trafi.

Prezydent Platformy Obywatelskiej czyni nie tylko rzecz głupią, ale i śmieszną, a nawet go ośmieszającą, bo pokazuje Polakom, że jest zdolny do wszelkich wolt, aby tylko zapewnić sobie kolejne  5 lat spokojnego leniuchowania pod sławetnym żyrandolem. Nie mogę wyjść z podziwu, że prezydent państwa  będącego członkiem UE, mający przy sobie sztab najtęższych (ponoć) głów w kraju, nie zdaje sobie sprawy z bardzo prostego, wręcz prozaicznego, faktu, iż problem JOW, to problem Kukiza. Bo ci wszyscy głosujący na niego (no, powiedzmy, że zdecydowana ich większość) nie mają o JOW zielonego pojęcia, a na Kukiza zagłosowali z uwagi na jego nachalną „rewolucyjność”. To poparcie jest wyrazem buntu wybuchającego, co jakiś czas wśród młodego pokolenia, pozostawionego przez rządzących samym sobie. Buntu pokolenia bez perspektyw.

Wprowadzenie ordynacji większościowej (JOW) jego sytuacji absolutnie nie zmieni, albowiem zmienić to może jedynie zdecydowana zmiana polityki wewnętrznej państwa, czyli przestawienie jej na dbanie o dobro pracujących, a nie jedynie tych, którzy tę pracę kupują. Kupują i płacą nędzne grosze, bo ich celem – jedynym zresztą – jest uzyskiwanie jak największych zysków własnych. I to o nich najbardziej się wszyscy martwią. Nawet Magdalena Ogórek, niby lewicowa kandydatka SLD, w sowich nielicznych wystąpieniach publicznych, właśnie nad losem przedsiębiorców (czyli kapitalistów) najbardziej ręce załamywała. I została prze lewicowy elektorat wysłana na polityczny lewicowy śmietnik. I dlatego, kto jak kto, ale prezydent państwa winien mieć tego świadomość. Bo ci młodzi, buntujący się, to ludzie bez jakiejkolwiek wiedzy społecznej i ekonomicznej. Buntują się, bo jest im źle, a Kukiz tak fajnie mówi, że rządzących pogoni gdzie pieprz rośnie, bo to nie tylko zdrajcy, niszczyciele Polski, ale, i przede wszystkim złodzieje. I dla takich oto ludzi prezydent Komorowski chce, niż stad ni zowąd, w kilkanaście dni dokonać zmiany polskiej konstytucji. Najważniejszego polskiego aktu prawnego. Widać, że dla prezydenta to tylko zadrukowany świstek papieru.

Kto jak kto, ale to właśnie prezydent winien wyjaśnić tym młodym, iż wprowadzenie ordynacji większościowej (JOW), to totalne zabetonowanie sceny politycznej, czego efektem będzie brak w parlamencie przedstawicieli innych niż prawicowe środowisk społecznych. Powinien powiedzieć tym ludziom, że w takim systemie wyborczym największe szanse mają ci, którzy dysponują bardzo zasobnym portfelem i to właśnie bogaci będą tworzyć prawo. A oni o dobro biednych walczyć nie będą, bo to nie ich bajka. Cała historia ludzkości tego dowodzi.

Kolejną sprawą, to zakaz finansowania partii politycznych z budżetu. Już raz to przerabialiśmy, na samym początku tej fatalnej transformacji społecznej i gospodarczej. W pierwszych latach 90-tych XX wieku. Doprowadziło to do niesamowitej korupcji politycznej, wyrażającej się tym, że to najbogatsi (za pieniądze) kupowali w sejmie potrzebne dla nich ustawy. I dlatego od tego systemu odeszliśmy. I co? Mamy wrócić, aby korupcja była jeszcze większa, bo o portfele bardziej zasobne i apetyty również?

Chciałoby się powiedzieć, panie Bronisławie, pójdź pan, ja cię uczyć każę.  Myślę, że nie ma chyba takiej potrzeby, bo to tylko kolejna cyniczna zagrywka. Po wyborach prezydent PO o wszystkim zapomni, albowiem to będzie jego ostatniakadencja. 

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   Tak jak przewidywałem TAJNA BROŃ LESZKA MILLERA, czyli „wielka niespodzianka SLD” poległa z kretesem, dając upust całej prawicy politycznej i dziennikarskiej, do pastwienia się nad tym, co jeszcze po SLD pozostało. Przypomnę, że ja od samego początku twierdziłem, iż wystawienie Magdaleny Ogórek na kandydatkę, to dla SLD gwóźdź do trumny. I wyniki wyborów gwóźdź ten wbiły już do końca bardzo zdecydowanie. Trumna została zamknięta, a na jesieni odbędzie się pogrzeb tej formacji.

Ja sam oddałem na nią głos, mając świadomość, że jest to głos w zasadzie zmarnowany, ale nie chciałem być kimś w rodzaju szczura uciekającego z tonącego okrętu.

Po ogłoszeniu wyników Leszek Miller bardzo mocno krytykuje strategię Magdaleny Ogórek, żaląc się, że jedną z przyczyn słabego wyniku mogło być odcięcie się kandydatki od partii. A kiedy to, Leszku Millerze, kandydatka owa swoją lewicowość ogłaszała? Bo ja jakoś tego NIGDY nie słyszałem? Słyszałem za to i bez przerwy jej wielką troskę o ciężki los przedsiębiorców (zwanych onegdaj przez lewicę kapitalistami, czyli wyzyskiwaczami robotniczej pracy), opowieści o tym, jak to za czasów PRL kościół katolicki w Polsce był gnębiony, oraz, że to kościół ów przewodził w walce o dobro ojczyzny. Tak się jej ta lewicowość uszami wylewała, że spowodowało to, iż tzw. lewicowy elektorat zaczął ją mieć po dziurki w nosie. Widać to było również w postawie robotniczego – sorry za wyzwisko – pracowniczego OPZZ. A to mówi samo za siebie.

Ale L. Miller i cała partyjna wierchuszka (zwłaszcza ta centralna) ogłuchła i oślepła na to, o czym ludzie lewicy głośno mówili i na co wyraźnie wskazywali. Dziś, wzorem przywódców brytyjskiej socjaldemokracji (Labour Party) całe kierownictwo SLD powinno powiedzieć swoim zwolennikom, PRZEPRASZAMY i podać się do partyjnej dymisji.

Jednym słowem: Leszek, Ogórek, kiełbasa (wyborcza) i sznurek( wiadomo do czego).

Ja osobiście bardzo byłbym zadowolony, gdyby na czele SLD stanął Włodzimierz Czarzasty, który nie tylko, że mądrze mówi i myśli, ale także nie boi się mówić prawdy prosto w oczy. Dla mnie to taki „lewicowy Kukiz”, oczywiście nie intelektualnie, tylko w swej szczerości i bezpośredniości w kontaktach z ludźmi. SLD jeżeli ma jakieś szanse utrzymać się na powierzchni i z parlamentu nie wypaść, musi postawić na Czarzastego. Ja innej postaci z charyzmą w jej szeregach nie widzę. Ale osobiście wątpię, aby tak się stało, bo w partii tej nie jej los jest najważniejszy, lecz indywidualne interesy różnych grup i koterii. A ponadto i przede wszystkim polska lewica powinna się wreszcie dogadać, tak jak uczyniła to kiedyś pod patronatem śp. Aleksandra Małachowskiego, który ogłosił swój projekt (program) „drzewka oliwnego” głoszącego, iż nie ma wroga na lewicy. Czarzasty widzi mi się takim drugim Małachowskim. Ale i w to wątpię, ponieważ zdaję sobie sprawę, że na lewicy panuje chaos wywołany personalnymi rozgrywkami, kto kogo, nie ważne dlaczego. Używając terminologii pseudolewicowego Ryszarda Kalisza, na lewicy trwa „wojna agrarna” , czyli kto kogo do piachu.

Niesamowicie zaskakujący wynik Pawła Kukiza jeszcze raz pokazał, że Polacy są skłonni poprzeć nie tego co mądrze mówi, lecz tego, który mówi namiętnie chociaż bzdury. P. Kukiz nie przedstawił ŻADNEGO programu politycznego i gospodarczego, bo się po prostu na tym nie zna. Bo i skąd? A to, co przedstawił i jak argumentował, uznaję za totalną ściemę i bzdury. Kukiz, jako prezydent, nie miałby żadnych szans, aby wprowadzić swe wyśnione JOW-y, bo na drodze stanęłaby polska konstytucja, która dla zmiany konstytucji wymaga kwalifikowanej większości (co najmniej 2/3 posłów) Kukiz nie zdaje sobie sprawy, że żadna partia decydująca w sejmie o kształcie polskiego prawa nie poprze jego propozycji, bo się nie dogadają tak, aby zmiany do konstytucji wprowadzić. Tyn bardziej, że taka zmieniane – w postaci nie zmienionej – musi zatwierdzić senat. Konia z rzędem każdemu, który udowodni, że PO i PiS, a przede wszystkim mniejsze partie, zgodzą się na wspólne rozwiązanie.

Mniejsza zresztą o to, bo Kukiz wykazuje się emocjami godnymi hunwejbina, który za pomocą cytatów z Czerwonej Książeczki Mao Tse-Tunga chciał podnosić plony ryżu.

Zresztą, jeżeli chodzi o P. Kukiza, to jest on kolejnym dowodem, jak łatwo Polakami manipulować, odwołując się do ich młodzieńczego hurra patriotyzmu (wyhodowanego zresztą przez PiS), posługując się populistycznymi hasłami o partiokracji (a jak chce Kukiz wygrać wybory parlamentarne, nie zakładając albo nie korzystając z partii?), obrzucając obelgami rządzących i opozycję. Już raz mieliśmy z takim zjawiskiem do czynienia, kiedy w 1990 roku niejaki Stan Tymiński z Kanady obiecywał Polakom istny raj. I wszedł do drugiej tury, aby po jakimś czasie z kretesem zniknąć w mrokach polskich dziejów. To samo wieszczę dla Kukiza.

Najbardziej podobał mi się Korwin-Mikke, który w dwóch sprawach ma takie samo jak ja (i sądzę, że spora liczba Polaków), bo i ja boję się sojuszu ukraińsko-niemieckiego. I wiem, że póki jesteśmy w NATO nic Polsce nie grozi. Ja też nie chcę III wojny światowej, a widzę, jak Amerykanie i polska prawica ciągną nas do tego. I tak jak on uważam, że "PiS, PO - jedno zło". Słusznie więc Korwin prawi, że „to są wszystko pachołki Waszyngtonu, Berlina, Brukseli.”. Jednak to za mało, aby uzyskać poparcie, nawet te miary Kukiza.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   70 lat temu, w dniu 7 maja, kwaterze głównej Alianckich Sił Ekspedycyjnych generała Eisenhowera w Reims we Francji, zachodni alianci ZSRR przyjęli – bez udziału przedstawicieli z Moskwy – akt kapitulacji niemieckiej armii, która tym samym, na tak zwanym froncie zachodnim, zaprzestawała wszelkich walk. Na wschodzie resztki armii Hitlera stawiały jeszcze zacięty, chociaż bezsensowny opór. Berlin został zdobyty, Hitler popełnił samobójstwo, a naprzeciwko radzieckich czołgów stawali z pancerfaustami młodzi chłopcy, wcielani w ostatnich dniach wojny do wojska. Dzień później Niemcy, 8 maja (według czasu moskiewskiego był to już 9 maja) w kwaterze marszałka Żukowa w dzielnicy Berlina Karlshorst , niemieckie dowództwo podpisało akt bezwarunkowej kapitulacji całych Niemiec i wszystkich ich sił, lądowych, wodnych i powietrznych. Poza marszałkiem Żukowem, akt kapitulacji Niemiec przyjęli również przedstawiciele mocarstw sojuszniczych,  USA, Wielkiej Brytanii, a także Francji (na kategoryczne żądanie generała de Gaulle.

W tamtym czasie w Berlinie byli moi rodzice, którzy przeszli na pierwszej linii walki cały szlak bojowy od Lenino, przez Lublin, Warszawę, Kołobrzegi i Berlin. Mieli po dwadzieścia parę lat, a za sobą przeżycia, które już na całe ich życie pozostawiły niezatarty ślad. Żałuję, że tak mało na temat tamtych okrutnych dni z nimi rozmawiałem, ale o wojnie uczyłem się w szkole na lekcjach historii i jakoś nie przychodziło mi do głowy, że moi rodzice historię tę tworzyli, że wiedzieli o tamtych wydarzeniach więcej niż pani, czy pan, od historii.  Później, im dalej od wojny, tym niej nas to interesowało, bo tyle działo się wkoło, że przeszłość było już tylko i wyłącznie przeszłością.

Aż przyszedł czas, że znów o wojnie w Polsce zaczynają nachalnie bredzić i wykrzykiwać, że „nie oddamy Krymu” i walczyć będziemy o każdy guzik ukraińskiego szynela. A weź se ten guzik w tyłek wsadź jeden z drugim …

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Źle się dzieje w państwie duńskim rzekł oficer Marcellus, widząc jak Hamlet podąża za widmem, nie zważając na liczne wkoło protesty. I tak ja, parafrazując owego Marcellusa, powiadam, że źle się dzieje w państwie polskim, w którym jego aparat ścigania podążając za widmem statystki, nie zwraca żadnej uwagi na liczne ostrzeżenia i okrzyki protestu.

Kilka dni temu spotkałem się ze starym znajomym, z którym przez wiele lat miałem okazję współpracować w zwalczaniu rożnego rodzaju przestępczości kryminalnej na terenie miasta i powiatu kłodzkiego. Odwiedziłem go w Kłodzku, aby porozmawiać o tym jak to się stało i dlaczego się stało, że młody i dobrze rokujący policjant swą policyjną karierę zakończył już po 3 latach i to z wyrokiem skazującym na koncie. Wyrokiem za składanie fałszywych zeznań. Z takim „kontem” w zasadzie życie ma złamane, bo kto w dzisiejszych czasach przyjmie osobę z wyrokiem. Będzie musiał jakoś przetrwać do zatarcia skazania, ale wiem (i on wie również), że będzie to bardzo trudne.

Rozmawiając z nim, zgodziłem się z jego opinią, że praprzyczyną fatalnej kondycji polskiej Policji jest niezrozumiały pościg za wynikami, czyli ciągle spoglądanie się na statystyczne słupki. A przecież policja ma za zadanie walczyć z przestępczością i w ten sposób chronić obywateli, oraz prawidłowe funkcjonowanie państwa, a statystyka ma mieć w tym wszystkim jedynie rolę informacyjną, aby państwo wiedziało, jakie są efekty działania tego organu. Nic więcej. Statystyka więc nie może być jedyną i najważniejszą busolą wskazującą, jak policjanci mają funkcjonować, by bez przerwy powiększać osiągane wyniki.

Policja to nie zakład produkcyjny, gdzie jego wyniki ekonomiczne mają wpływ na dochody pracownik, a więc siłą rzeczy, poziom tych wyników stymuluje ich zachowanie się w pracy. Policja to organ budżetowy, czyli finansowany w całości z naszych podatków i jakakolwiek statystyka nie winna być jedynym miernikiem jej efektywności. Bo przyjęcie takiego właśnie miernika i wskaźnika rodzi patologię, którą coraz częściej obserwujemy i odczuwamy.

To właśnie dla statystyki przełożeni wymuszają na podwładnych, aby wyniki były coraz bardziej efektowne, co w rezultacie doprowadza tychże podwładnych do stresów i powoduje, że zdolni są do łamania prawa, aby tylko nałożone na nich wskaźniki efektywności osiągnąć. Przełożeni, nie będący przecież ostatnimi debilami, widzą to, ale udają, że są ślepi i głusi, bo i na nich ciąży presja ich przełożonych. A ci z kolei nie chcą słyszeć, jak ta cała policyjna rzeczywistość skrzeczy. I mamy to, co mamy.

Zresztą nie tylko statystyka jest winna, bo na to wszystko nakłada się fatalny sposób rekrutacji, powodujący, że w policyjne szeregi przedostają się osobnicy o zachwianej psychice. Dowodem na to są coraz liczniejsze przypadki niczym nieuzasadnionych brutalnych zachowań zbyt wielu funkcjonariuszy. Nie każdy potrafi być brutalnym dla samej brutalności. To trzeba po prostu lubić, a poczucie bezkarność (świadomość tuszowania przez przełożonych) powoduje, że coraz nowe zdarzenia tego typu mnożą się jak grzyby po deszczu.

Dlaczego więc, zapyta ktoś, tacy psychicznie niezrównoważeni do policji dostają się bez żadnego problemu? Ano dlatego – odpowiem – że instytucja ta powoli staje się rodzinną korporacją zatrudniającą coraz większe rzesze członków rodziny i znajomych królika. Bo policja, to już jedna z niewielu instytucji, która daje bezpieczeństwo socjalne i gwarancję spokojnej pracy do emerytury. Byle by się tylko nie wychylać. I dlatego przez pozornie gęste sito eliminacji, tak kiepskie jednostki się przedostają, bo i tak na końcu decyduje człowiek, czyli psycholog ustalający, czy otrzymany profil psychologiczny kandydata nie odstaje od potrzeb policyjnych. A tam gdzie decyduje człowiek, a nie uzyskane wyniki rekrutacji, zawsze interesy znajomych i rodziny królika biorą górę.

O policjancie z Kłodzka, któremu przyjęty system przetrącił karierę przez to, że „wymusił” na nim złożenie fałszywych zeznań, w imię niezrozumiałej próby ochrony policjanta psychopaty, którego ukaranie mogłoby źle wpłynąć na obraz miejscowej komendy, napiszę szczegółowo już niedługo. Bo będę tego chłopaka bronił i pomagał mu w odzyskaniu dobrego imienia. Mam nadzieję, że sąd apelacyjny dostrzeże nie tylko suche fakty, ale także ich generujące zło przyczyny.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   Czas mnie goni i o 11:00 muszę być na wałbrzyskich ogródkach działkowych na Podzamczu, gdzie odbędę ważne spotkanie. O godz. 14:: kolejne spotkanie, tym razem z ekipą telewizyjną, która oczekuje na moją pomoc, jako przewodnika po zaułkach wałbrzyskiej sprawiedliwości. Pod wieczór kolejne spotkanie z osobą, o której na razie nic nie będę pisał, aby jej nie zaszkodzić.

Z braku czasu, moje dalsze rozważania na temat rewolucji w postępowaniu karnym przełożę na dzień jutrzejszy.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   Wielu moich znajomych mówi mi, że niekiedy przejawiam nazbyt agresywną postawę antyamerykańską, co z moimi częstymi „prorosyjskimi” wypowiedziami sytuuje mnie w miejscu, w którym ustawia się tzw. „szpiegów Putina”. W zasadzie nie dyskutuję z takimi ocenami, bo jak wytłumaczyć komuś, że moja „antyamerykańskość” i jednocześnie „prorosyjskość” jest efektem osobistej oceny tego, co się działo kiedyś i dzieje się dzisiaj. Jest efektem troski o zachowanie „polskości”, która w moim mniemaniu zanika na naszych oczach i mało kto przeciw temu protestuje. Ba … mało kto zdaje sobie z tego sprawę.

W czasach zwanych „słusznie minionymi”, a więc w czasach kiedy Polska – zdaniem panów Tuska i Komorowskiego – znajdowała się pod sowiecką okupacją, wszyscy mówiliśmy i czytaliśmy czystą polszczyzną, bo obecność radzieckich wojsk przejawiała się jedynie tylko ich widokiem. I to w zasadzie w kilku polskich miastach. Dzisiaj zalewa nas prymitywny (najczęściej) chłam made in USA, którego celem jest ogłupianie nas, abyśmy stali się bezwolnymi durniami. I wielu już takich (zbyt wielu) w Polsce zobaczyć i usłyszeć można w każdym miejscu. Również w telewizji i w radiu, nie wspominając o gazetach.

Każdy, kto ma w domu telewizor, może zrobić sobie prywatny przegląd programów w stacjach, które odbiera, ale przede wszystkim tych nadawanych w Polsce, aby się przekonać, iż królują w nich kretyńskie amerykańskie filmy – badziwie, naszpikowane wulgaryzmami, krwią, flakami, scenami morderstw, gwałtów, masakr i tych naprawdę kretyńskich pościgów samochodowych, gdzie na końcu wszystko wybucha i fruwa sobie w powietrzu. I to się dzieje każdego dnia. Jakieś durnowate filmy kryminalne, o wampirach, zombie, kosmicznych potworach, albo ludziach, których nigdy w życiu nie chcielibyśmy spotkać na ulicy, a tym bardziej gościć ich w naszych domach. A oni są codziennie z nalepką „made in USA” na czole. I mącą nam w głowach, a szczególnie naszym latoroślom. Później się dziwimy, że młodzież jest taka, jaka jest.

Możecie mi wierzyć lub nie, ale w czasach mojej młodości, takiej ordynarnej indoktrynacji nie było, a w telewizji można było oglądać świetne pozycje filmowe z całego świata i od razu zaznaczę, że tych rosyjskich było naprawdę bardzo mało. Każdy może sprawdzić, docierając w różnych prasowych archiwach do programów telewizyjnych drukowanych zarówno w prasie codziennej, jak i w tygodnikach.

Nie wspominam o doskonałej publicystyce, programach popularno-naukowych, programach dla dzieci i młodzieży, czy teatrze telewizyjnym, który był chlubą TVP.

Nikt nam na siłę rosyjskości nie wciskał, tak jak obecnie wciska się nam to amerykańskie gówno. Mógłbym napisać „shit”, bo w polskich, a często tylko w Polsce wydawanych, czasopismach aż się roi od amerykanizmów, co powoduje, iż wiele tekstów, aby je zrozumieć w całości, czytać trzeba ze słownikiem angielskim w ręku. A podobno nadal obowiązuje ustawa o ochronie języka polskiego. Ponieważ mieszkam w Polsce, jestem Polakiem, to i po polsku nie tylko mówię, ale i piszę. Również po polsku mówię niekiedy brzydkie wyrazy.

Rozpisałem się, a miał być wstęp do mojego felietonu w najnowszym numerze DB2010 (niestety, znów na str. 7), w którym przedstawiam jeden z przykładów inkorporacji z USA do Polski tamtejszych rozwiązań, które niekomicznie okazują się dla nas naprawdę korzystnymi. Zdaję sobie sprawę, że oficjalne stanowisko MSW i Prokuratury Generalnej, a także Ministerstwa Sprawiedliwości, jest całkowicie odmienne, ale nigdy nie byłem podatny na oficjalną propagandę. Zalewa nas codziennie fala fałszywych informacji, a te prawdziwe, które docierają do nas przypadkowo, szybko są przykrywane innymi, coraz bardziej ogłupiającymi.

Co mam na myśli? Ano to, że nie tak dawno jeszcze mogliśmy usłyszeć, co prywatnie mówią między sobą osoby, które z racji pełnienia najwyższych państwowych urzędów mają wiedzę z pierwszej ręki. A mówią, że Polska robi laskę Ameryce, za co otrzymuje badziewie, że jest to państwo, które istnieje tylko teoretycznie, a tak w ogóle to tylko „fiut, dupa i kamieni kupa”.

NIE BĘDĘ Z NIMI POLEMIZOWAŁ, BO PODEJRZEWAM, ŻE MAJĄ RACJĘ.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)