To, co obecnie wyrabia się w mojej firmie, jeży włosy na głowie i woła o pomstę do nieba. Piszę „w „mojej”, bo chociaż jestem na emeryturze, to nadal jestem oficerem policji z tym, że już w stanie spoczynku. I jako emerytowany funkcjonariusz tej formacji roszczę sobie prawo do wypowiadania się na jej temat. A mam tyle do opowiedzenia, że obawiam się, iż nawet wołowej skóry nie starczy.

Zacznę od tego, że kilka dni temu kupiłem książkę autorstwa Norberta Kościeszy, emerytowanego - jak ja - policjanta w stopniu inspektora (pułkownika), zatytułowaną „Folwark komendanta. Kulisy działania patologicznych systemów w polskiej policji oczami byłego funkcjonariusza”. Kościeszę oficjalnie wydalono z policji za mówienie głośno o tym, w jakich warunkach pracują funkcjonariusze. W swoich książkach (napisał jeszcze „Psy Prewencji”) obnaża patologie trawiące polską policję i rozprawia się z panującymi w niej układami. Stał się przez to „wrogiem publicznym numer jeden” dla policyjnych decydentów, chociaż nie tylko dla nich. Zacytuję fragment notki wydawcy: „Kościesza w bezpardonowy sposób ukazuje policyjną codzienność, zanurzoną w oparach alkoholu, której granice wyznaczają nazwiska, znajomości i układy. Pokazuje skandaliczne warunki pracy, nieprawidłowości zamiatane pod dywan, rozproszenie odpowiedzialności. Przemoc psychiczną i zastraszanie. Chamstwo i seksizm. Wszystko po to, aby przerwać milczenie o patologicznym przykładzie, który płynie z góry i walczyć o godne warunki pracy kolegów, którzy nadal tkwią w samym środku firmy”.

Tak się dziwnie złożyło, że - zanim pojechałem do księgarni Empik w Szczawnie, dotarła do mnie prośba grupy policjantów z Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu (to już drugi przypadek), którzy zwrócili się o pomoc w nagłośnieniu „patologii panoszącej się wśród kierownictwa wałbrzyskiej komendy”. Uprzedzając fakty, od razu informuję, że nie zwróciłem się do rzecznika wałbrzyskiej policji o komentarz, albowiem na 100% zam treść odpowiedzi, jaką bym uzyskał. Mam jednak nadzieję, że tym razem doczekamy się (tzn. ja i redakcja) reakcji komendanta miejskiego, który na mój poprzedni felieton dotyczący tego, co się w tej jednostce wyprawia, zareagował wyniosłym milczeniem. I milczy nadal, chociaż rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu potwierdził, że anonimowa skarga o tej patologii do komendanta wojewódzkiego wpłynęła. I co? Ano nic... Bo przecież to anonim i dlatego jego miejsce jest w koszu – tak zapewne myśli komendant wojewódzki, jego rzecznik i wszyscy inni, którzy winni się tym zająć. A ja, jako stary operacyjny wyjadacz, doskonale wiem, że każdy anonim jest tzw. źródłem wiedzy operacyjnej, na podstawie której stosowne komórki (np. Biuro Spraw Wewnętrznych) winny wszcząć stosowne postępowanie. Minęło już wiele miesięcy i nie usłyszałem, aby ktokolwiek z szeroko pojętego kierownictwa wałbrzyskiej policji poniósł jakąkolwiek karę – chociażby dyscyplinarną jedynie. Dlatego tym razem - oprócz tego felietonu - zamierzam podjąć inne kroki (na razie o nich nie będę informował jakie), które - być może - pozwolą „wałbrzyski folwark policyjny” skutecznie zlikwidować. Liczę na to, że w świetle skandalicznych wydarzeń, które w ostatnim czasie miały miejsce na terenie dolnośląskiego garnizonu policji, mój dzisiejszy felieton nie zostanie znów wyniośle przemilczany, a odpowiednie władze zajmą się tym, co się w wałbrzyskiej komendzie dzieje. Bo nie tylko wyjątkowo niski poziom wyszkolenia policjantów i niewiedza w zakresie stosowania prawa (które policjant znać musi), ale także - a może przede wszystkim – wielka frustracja powoduje to, iż policjanci zamiast ratować ludziom zdrowie i życie, coraz częściej im je odbierają. Celowo to uogólniam, bo zdaję sobie przecież sprawę, że w szeregach policji służy olbrzymia armia naprawdę uczciwych funkcjonariuszy, zmuszanych przez swych przełożonych do niegodnych zachowań, co codziennie widać na ulicach polskich miast. Zwłaszcza tych dużych, gdzie obywatele mają odwagę zbiorowo protestować. Chamskie i bezprawne zachowanie różnych przełożonych rodzi frustrację, której skutkiem jest agresja, niekiedy wyładowywana właśnie na obywatelach. A brak reakcji najwyższych czynników powoduje, że bezkarność rozzuchwala. Przecież w normalnym państwie, po takich tragicznych ekscesach, taki komendant wojewódzki czy miejski z miejsca wyleciałby ze stanowiska na zbity pysk, ale w państwie PiS może się spodziewać ochrony wyższych czynników, które nawet rękę przykładają do zamiecenia sprawy pod dywan. Pytam: jak długo jeszcze?!

Wracając do spraw wałbrzyskich policjantów, to opisane mi zachowania różnych decydentów z tej komendy, wpisują się dokładnie w historie opisywane przez insp. Kościeszę. Zacytuję tu tylko kilka tylko zdań, skierowanych do mnie przez grupkę wałbrzyskich funkcjonariuszy. Zaznaczam z miejsca, że są bulwersujące ponad miarę. Oczywiście znam nazwiska tychże zadufanych w sobie pseudo oficerów, prezentujących intelektualny poziom poganiaczy bydła, chociaż obawiam się, że być może takim porównaniem poganiaczy bydła obrażam.

Otóż jeden z bohaterów przekazanej mi informacji z lubością opowiada, że „i tak jemu chu… zrobią, bo ma układy w Komendzie Wojewódzkiej we Wrocławiu”.

Albo o innym: „Podczas służby kazał fałszować dokumentację, nie przyjmować zgłoszeń o przestępstwach gdzie sprawca jest nieznany, a takie zgłoszenia ewidencjonowane były w oddzielnym zeszycie, nigdzie nie zarejestrowanym i dopiero kiedy przypadkiem ustalono sprawcę, kontaktowano się z osobą zgłaszającą, dzięki temu miał (...) najlepszą wykrywalność w Polsce. Osobom, które myślały inaczej, z byle błahego powodu wszczynał postępowania dyscyplinarne i oto w ten sposób wiele osób zmuszonych zostało do odejścia z Policji lub przeniesienia do innej jednostki. Człowiek ten szydził z policjantów, śmiał się im w oczy, traktował ich jak świnie i tak też obrażał nas. Zmuszał do zostawania po godzinach pracy, często zmieniał bez powodu służby, aby uprzykrzyć życie, dawał na realizację zadania 5 minut. (…) Ciągłe ośmieszanie i wyzywanie. Zresztą człowiek ten ma poważny problem ze sobą i nigdy nie powinien mieć dostępu do broni (…). Oprócz policjantów (...) szydził również z wałbrzyskich prokuratorów czy też przełożonych z komendy miejskiej, że to ciule, cwele i jełopy, że on ma największą wiedzę, a inni to nieuki i debile. (…) Zachowanie tej osoby o skłonnościach psychopatycznych, powoduje, że około 80 osób chce w najbliższym okresie odejść (...) z Policji. Nie jest odosobnionym przypadkiem (...), że każe im w 2 minuty opracować coś, czego nie da się opracować w dwa dni, (...) kazał jednemu (...) pilnie przyjechać z domu 40 km, aby przecinki postawić w notatce, mówią o nim dwuminutowiec, innym razem ściągał do pracy po nocce (...) w bardzo pilnej sprawie a jak (...) przyjechał to powiedział mu, że książkę źle odłożył. (...) Twierdzi, że ma układy w KWP w MSWiA i nikt nic jemu nie zrobi (…) Tylko osoby które odeszły z tej firmy mogą coś zeznać, bo czynni funkcjonariusze są zastraszeni.(…)”.

Ciekawi mnie, jak na ten felieton zareaguje Komendant Miejski Policji w Wałbrzychu, ale raczej czarno to widzę, ponieważ nie chce mi się wierzyć, że takie informacje dotarły do mnie, a Pan Komendant nic o tym nie wie. Albo wie, ale toleruje. Może więc osoby, które już z „tej firmy” odeszły, skontaktują się ze mną, bo na pewno razem uda się nam zrobić więcej. Zwłaszcza, że policyjne związki zawodowe są, a jakby ich nie było.

Napisz komentarz (3 Komentarze)

Amerykanie po 20 latach okupacji Afganistanu, w której udział brała również Polska, podwinęli ogon pod siebie i tak jak przed laty wiali z Wietnamu, tak i teraz uciekli z tego nieprzyjaznego dla zachodnich demokracji kraju. Niektórzy się obruszą na stwierdzenie o okupacji, ponieważ celem wojskowych „misji” – jak eufemicznie okupację tę zwykło się nazywać – miało być krzewienie demokracji na zachodni wzór. No cóż, jakoś do mnie nie przemawia zaprezentowany światu sposób tego krzewienia przy pomocy karabinów, czołgów i potężnego lotnictwa bojowego. Demokrację winno się szerzyć za pomocą oświaty i nauki oraz prezentowania osiągnięć demokratycznej kultury, co oczywiste musi rodzić olbrzymie trudności w kraju takim jak Afganistan. Ale trudności są po to, aby je przełamywać. Okupacja zawsze będzie budzić odruchy obronne, o czym my Polacy wiemy doskonale, a chęć wygonienia okupanta jest tym silniejsza, jeżeli reprezentuje on diametralnie obcą kulturę i religijne wyznanie.

Bez obrazy obywateli Afganistanu trzeba jednak powiedzieć, że terytorium te zamieszkują górskie plemiona, które mentalnością społeczną i religijną tkwią w głębokim średniowieczu, licząc europejską miarą. Walczący z agresorem talibowie, tak jak i terroryści spod znaku Al Kaidy, mają jasno wyznaczony cel, jakim jest zwycięstwo islamu w całym świecie. Brzmi to jakoś znajomo, ponieważ pod hasłem podobnego zwycięstwa chrześcijaństwa, kilkaset lat temu mordowano okrutnie i skutecznie setki tysięcy ludzi, uznanych przez Kościół za pogan i barbarzyńców. W tym również wyznawców proroka Mahometa. Islam jest młodszy od chrześcijaństwa o ponad 500 lat, a więc różnica w kulturowej i religijnej ewolucji społecznej jest znaczna, co widoczne jest na każdym kroku. I głównie w tej różnicy tkwi problem w krzewieniu tam demokratycznych zasad i obyczajów, które dla tych ludów są wrogie z uwagi na to, że podważają one istniejące od wieków obyczaje i zasady świata islamu określone w Koranie, świętej księdze tej religii.

Amerykanie najechali Afganistan, tak jak poprzednio Irak i Libię, ponieważ uznali, że kraje te są rozsadnikami terroryzmu, przez co całkowicie zburzyli istniejący tam porządek, zapewniający milionom ludzi bezpieczne życie, przy okazji zabijając setki tysięcy całkiem niewinnych cywilnych obywateli tych państw. Ale Afganistan to górzysta kraina przez wieki odcięta od świata i zamieszkana przez ludzi, których nikomu dotychczas nie udało się ujarzmić i tak też stało się obecnie, co spowodowało, że w 2020 roku prezydent Trump zdecydował się na wycofanie swych wojsk, a co w życie obecnie wprowadził prezydent Biden.

Stany Zjednoczone i wspierające ich kraje tzw. demokracji zachodniej, najechały Afganistan ścigając terrorystów, którzy 11 września 2001 roku dokonali zamachu na dwa nowojorskie wieżowce, zabijając przy tym 2973 amerykańskich obywateli. Afganistan najechali dlatego, że uznali, iż właśnie na terenie tego kraju znajdują się bazy Al Kaidy, która w tamtym czasie stała praktycznie za wszystkimi zamachami terrorystycznymi na świecie. Jednakże, jak czas pokazał, główna baza Osmy bin Ladena, duchowego przywódcy Al Kaidy, znajdowała się na terenie Pakistanu, a więc de facto państwa dla USA sojuszniczego. Nikt mi nie wmówi, że pakistański wywiad wojskowy o bazach Al Kaidy nie wiedział, ale USA nie odważyła się terytorium Pakistanu zaatakować, ponieważ państwo to dysponuje potężną zawodową armią wyposażaną w nuklearne głowice. Amerykański prezydent musiał jednak pokazać swym amerykańskim wyborcom, że sprawcom i inspiratorom zamachu nie odpuści, więc zażądał od władz Islamskiej Republiki Afganistanu wydania bin Ladena, oskarżając je o jego ochronę oraz organizację logistyki baz i obozów szkoleniowych Al Kaidy znajdujących się na ich terytorium. Ponieważ talibowie nie spełnili ultimatum prezydenta Georga Busha, 7 października 2001 roku rozpoczęła się inwazja na Afganistan, zakończona pod koniec kwietnia 2002 roku i od tego momentu rozpoczęła się okupacja, trwająca do dnia dzisiejszego, chociaż ograniczona już tylko do terenu lotniska w Kabulu. Przypomnę w tym miejscu, że samym Amerykanom wytropienie bin Ladena zajęło dokładnie 10 lat, albowiem jego zabójstwo, dokonane przez komandosów z Navy SEALs na terenie Pakistanu, miało miejsce 2 maja 2011 roku.

Piszę o zabójstwie, ponieważ Osamy bin Ladena nie skazał żaden amerykański sąd, ani też Międzynarodowy Trybunał Karny, a amerykański rajd na terytorium Pakistanu, odbył się bez wiedzy i zgody tego państwa. Bin Ladena zamordowano dwoma strzałami w głowę, na oczach jego żony i trzyletniego syna, przy okazji mordując też innego jego syna, a także osobistego kuriera i jego małżonkę. Był to klasyczny terrorystyczny zamach wykonany na rozkaz prezydenta USA, ponieważ prezydenci tego państwa roszczą sobie uprawnienia do wydawania rozkazów zabijania na całym świecie ludzi, którzy z różnych względów byli lub są dla USA niewygodni. Lista takich amerykańskich zamachów jest tak długa, że nawet nie będę się silił na jej przywołanie. Rozkaz zabicia bin Ladena wydał prezydent Bush, ale nie zważając na to, obecny prezydent USA Biden, nazwał prezydenta Rosji zabójcą, oskarżając go (bez żadnych dowodów) o osobiste zlecenia zgładzenia różnych swych przeciwników. Szkopuł w tym, że nikt nigdy nie przedstawił żadnych wiarygodnych na to dowodów, a opowiadanie o jego sprawstwie kierowniczym, opiera się jedynie na przypuszczeniach medialnych, tak ochoczo kolportowanych na całym świecie, a w Polsce ze szczególnym upodobaniem.

Opuszczający Afganistan prezydent Biden opuszcza jednocześnie tysiące Afgańczyków, którzy uwierzyli w demokrację i pomoc oraz opiekę demokratycznego (ponoć) świata, dzięki któremu w wielkich miastach ich ojczyzny powstały zręby demokratycznych struktur i obyczajów. I teraz zdecydowana większość z nich pozostanie na łasce talibów, którzy już zapowiedzieli wprowadzenie prawa szariatu i odebranie wszelkich praw kobietom, z których przez ostatnie 20 lat korzystały. I teraz na naszych oczach rozgrywa się ich tragedia, najbardziej widoczna na lotnisku w Kabulu, chronionym głównie przez amerykańskich żołnierzy, którzy 31 sierpnia będą się jednak musieli wycofać i odlecieć do swych amerykańskich baz w Europie i w innych częściach świata.

Na szczęście państwa uczestniczące w okupacji Afganistanu stanęły na wysokości zadania i robią co w ich siłach, aby wywieźć z stamtąd przynajmniej część tych, którzy wojska okupacyjne wspierali, udzielając im wszelkiej możliwej pomocy. Bo to tym ludziom i ich rodzinom grozi śmiertelne niebezpieczeństwo ze strony fundamentalistów islamskich, powracających dzięki USA do realnej władzy, co spowoduje, że w Afganistanie zacznie się znów średniowieczne piekło, którego efektem będzie kolejna wielka fala imigracji tych, którzy w nim żyć nie chcę i nie mogą. Ale o tym napiszę w przyszłym tygodniu. Także i o tym, co się dzieje (lub działo) na polsko-białoruskiej granicy, gdzie od kilkunastu dni koczują afgańscy uchodźcy, którym obecne polskie władze odmawiają wszelkiej pomocy, w tym w postaci żywności, wody i opieki medycznej. Tam dzieje się nie tylko tragedia tych uchodźców, ponieważ tam rozgrywa się też tragedia dotycząca nas samych.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

   Swego czasu – zresztą nie tak dawno temu - obiecałem sobie, a zarazem czytelnikom DB 2010, że sprawami politycznymi nie będę się już zajmował, albowiem to co piszę, nie ma żadnego przełożenia na istniejącą rzeczywistość, a więc nie warto nadal po próżnicy „strzępić sobie język”. I nie słabość mojego charakteru, ale brutalna rzeczywistość skłania mnie, do odstąpienia od podjętej – może zbyt pochopnie – decyzji. Postanowiłem wrócić do roli politycznego komentatora (a takim się niekiedy czułem) po tym, jak we wtorek (10.08.br.) obejrzałem w TVN 24 bezpośrednią relację z posiedzenia sejmowej Komisji Regulaminowej, Spraw Poselskich i Immunitetowych, która w mojej ocenie była niczym innym jak zwykłą hucpą, drwiącą sobie z wszelkich zasad i praw uchwalonych przez Sejm RP, w tym także regulaminów rzeczonej komisji.

Poszło o to, że komisja ta miała zająć się wnioskiem o uchylenie immunitetu prezesowi NIK Marianowi Banasiowi, ale okazało się, że wniosek został złożony niezgodnie z ustawą o NIK, która stanowi, że może on być złożony jedynie przez Prokuratora Generalnego. Oczywiście prokurator ten (przypomnę, że chodzi o Zbigniewa Ziobro) ma prawo, stosownym zarządzeniem wydanym na piśmie, upoważnić swojego zastępcę, aby taki wniosek złożył w jego imieniu, ale to pisemne zarządzenie musi być dołączone do wniosku. I okazało się, że wniosek został złożony przez zastępcę Zbigniewa Ziobry, które jednak wymaganego pisemnego upoważnienia nie dołączył. I taki bubel przeszedł przez Biuro Analiz Sejmowych, na podstawie czego marszałek sejmu Witek, skierowała ten wniosek zastępcy Prokuratora Generalnego pod obrady sejmowej komisji. Marszałek Witek się nie dziwię, ponieważ być może znalazła jakąś przedwojenną książkę, w której stało jak byk, że w III RP pisowskie organa państwa nie muszą prawa przestrzegać, ponieważ o tym, co prawem jest, a co nie, orzeka prezes Jarosław. Ale zdawałoby się, że Biuro Analiz Sejmowych, do którego zadań należy przede wszystkim wsparcie swym doradztwem naukowym (sic!) procesu legislacyjnego, przedwojennych książek o funkcjonowaniu Sejmu III RP czytać nie musi, bo podstawą wszelkich jego analiz musi być wyłącznie obowiązujące tu i teraz prawo.

Tymczasem wywołany do tablicy przedstawiciel tego Biuro, bezczelnie oświadczył, że na temat legalności złożonego wniosku nie będzie się wypowiadał, ponieważ decyzję o skierowaniu go do komisji, podjęła właśnie marszałek Witek. W ten sposób ów pan publicznie pokazał, jak bardzo posłów opozycji i wszystkich obywateli III RP lekceważy, uznając ich za totalnych głupców, nie wiedzących o tym, iż marszałek Witek kierując wniosek do komisji, uczyniła to na podstawie prawnej analizy rzeczonego Biura. Czyżby zatem jakieś same głuptaki tam siedzieli i pensje z naszych podatków brali, czy też potulni, pozbawieni wszelkich zasad hunwejbini prezesa Jarosława? Stawiam na to drugie bez obawy, że mógłbym przegrać.

Mając takie „fachowe” wsparcie, przewodniczący tejże komisji – o zgrozo adwokat, a więc ktoś kto prawo winien mieć w małym palcu – robił wszystko, aby utrudnić posłom opozycji składanie wniosków formalnych o przełożenie posiedzenia komisji na inny termin, aby ten prawny bubel w postaci wniosku naprawić. Przecież – jak słusznie argumentowali – sporządzenie poprawnego wniosku Zbigniewowi Ziobro nie powinno sprawić większego problemu, ale pisowska większość w komisji wnioski formalne opozycji odrzucała. Najprzytomniej zachował się prezes Banaś, który stwierdził, że z uwagi an to, iż wniosek został złożony przez osobę nieuprawnioną, nie będzie brał udziały w czymś, co z mocy prawa nie powinno się w ogóle odbywać i posiedzenie komisji opuścił. Wraz z nim uczyniłem to samo, czyli wyłączyłem telewizor, uznając, że szkoda moich nerwów, aby dalej ten żałosny cyrk oglądać.

Wieczorem dowiedziałem się „z telewizora”, że bój w komisji trwał dosyć długo, czego rezultatem była jednak zmiana postawy posłów prezesa Jarosława i wniosek o uchylenie immunitetu prezesa NIK nie został poddany pod głosowanie, ale komisja postanowiła zwrócić się o akta sprawy i kontynuować debatę na kolejnym posiedzeniu. Czyli postanowiła obradować nad czymś, co z urzędu winno być zwrócone marszałek Witek i do czasu uzupełnienia wniosku, nie zawracać sobie nim głowy.

Mimo wszystko jakimś cudem zwyciężył, wprawdzie tylko połowiczny, zdrowy rozsądek i uniknęliśmy kolejnej kompromitacji, co mimo wszystkich targających mną wątpliwości, muszę przyjąć za pewien powiew optymizmu. Bo to, co się obecnie wyprawia, wywołuje ból głowy i nerwowo zaciskanie pięści. Chciałem napisać, że powoduje, iż się nóż w kieszeni otwiera, ale zdałem sobie sprawę z potencjalnego niebezpieczeństwa, jakie określeniem tym niechybnie mógłbym na siebie sprowadzić, bo jakiś usłużny siepacz prezesa Jarosława, zechciałby uznać to za pochwałę lub nawoływanie do terroryzmu. Groźba taka mogłaby nade mną zawisnąć, ponieważ rządząca nami polityczna sitwa, robi sobie z prawa cyrkową arenę pełną klaunów, przez co też w znacznej części obywateli utwierdza przekonanie, że prawo można mieć tam, gdzie zgodnie z powiedzeniem słońce nie zachodzi. Bo jeżeli rządzący Polską prezes Jarosław nakazuje lub zezwala swoim politycznym komilitonom na łamanie polskiej konstytucji i obowiązujących przepisów regulujących podstawowe zasady demokratycznego państwa prawa, zezwala na łamanie zawartych umów międzynarodowych, czy choćby lekceważenie przez swoich posłów przepisów ruchu drogowego, zakazujących przejścia przez jezdnię przy zapalonych czerwonych światłach, to niby dlaczego jego gorący zwolennicy mają uchwalane prawa szanować? Efektem tego mamy to, co mamy, a więc fizyczne ataki na osoby chcące się zaszczepić przeciw wirusowi COVID-19, ataki i podpalenia punktów prowadzących takie szczepienie, czy też - jak ostatnio w Lubinie – bezpośredni atak na Komisariat Policji i policjantów przy użyciu „koktajli Mołotowa”, czyli zapalonych butelek wypełnionych benzyną.

Zapewne ci młodzi ludzie atakujący polskich policjantów, wyobrażali sobie, że atakują jakiegoś okupanta, tak samo jak chłopcy i dziewczęta walczący w powstaniu warszawskim, co budzić musi już tylko przerażenie. Nie wiem, czy lubińscy policjanci, przekraczając granice interwencji, spowodowali śmierć człowieka, ale tak samo nie wiedzą tego ci, którzy zaatakowali z bronią w rękę lubiński komisariat. Od tego są jednak mimo wszystko sądy. Piszę o „broni w rękach”, bo „koktajl Mołotowa”, mimo swego prymitywizmu technicznego, to bardzo groźna broń, o czym się wielokrotnie dowiadywali żołnierze Hitlera w walczącej Warszawie.

Takie coraz bardziej groźne zachowania, rodzący się terroryzm nie tylko wśród młodych, są efektem totalnej ruiny państwa prawa, zaordynowanej nam przez prezesa Jarosława. Hasło „hulaj dusza, piekła nie ma” jest coraz bardziej powszechne, ponieważ przykład idzie z góry, bo ryba zaczęła już gnić od głowy. Staje się coraz bardziej niebezpiecznie, ponieważ państwo zaczęło coraz szybciej dryfować w kierunku politycznej, prawnej, ekonomiczno-społecznej i moralnej mielizny, więc do katastrofy coraz bliżej. Ale patrząc na powtarzające się wyniki sondaży wyborczych, cisną mi się na usta słowa „sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało”. Hulaj dusza, piekła nie ma … Oby do czasu.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Wysyłając w ubiegłym do Redakcji tygodniu tekst felietonu, nie spodziewałem się, że rzeczywistość okaże się bardziej brutalna niż to mogłem zakładać. Niestety, mój wrodzony optymizm spowodował, że zapomniałem o starym polskim przysłowiu, aby nie chwalić dnia przed zachodem słońca, bo już na drugi dzień z samego rano usłyszałem warkot kosiarek i gdy wyszedłem na balkon, ujrzałem czterech panów ze swymi „wspaniałymi maszynami”, którzy z wielką dokładnością dewastowali trawiasto-kwietny dywanik pod moim (i nie tylko) balkonem, znajdujący się na obszarze będącym własnością mojej Wspólnoty Mieszkaniowej. Czyli na terenie jak najbardziej prywatnym.

Ponieważ było już w zasadzie „po ptokach” machnąłem ręką, ale następnego dnia obudził mnie warkot pił, dobiegający spod mojego okna wychodzącego na ulicę Forteczną. Spojrzałem przez nie i zobaczyłem dwóch innych panów, jak dewastują nasz prywatny trawnik, który na dodatek ogrodzony jest żywopłotem, tak, że jego granice są wyraźnie zaznaczone. Nie zdzierżyłem i wdałem się z nimi w rozmowę, w efekcie czego dowiedziałem się, że dostali takie polecenie ze swojej firmy (ma podpisaną umowę z moją Wspólnotą, ale nie obejmuje ona koszenia traw), ponieważ dzwonią lokatorzy i skarżą się, że im zbyt wybujała roślinność przeszkadza. Zwróciłem więc uwagę na to, że w przypadku tego bloku (a przynajmniej 8 z 9-ciu bram) żadni lokatorzy nie mieszkają, ponieważ w budynku tym prawie 100% mieszkań to mieszkania prywatne, a więc zamieszkują je ich właściciele, będący jednocześnie współwłaścicielami działek na których poszczególne wspólnoty (czyli segmenty budynku) są postawione.

Zastanawiam się więc, kto do pana prezesa tejże firmy z ulicy Św. Józefa zadzwonił, czy się przedstawił i podał na podstawie jakich uprawnień zadecydował o zleceniu wykaszania traw, kiedy – jak się rzekło – firma owa takiej usługi w zawartej w umowie nie ma. Rozmawiałem z naszą Administratorką i dowiedziałem się, że zlecenia takiego nie wydawała. Zresztą z uwagi na treść umowy uczynić tego nie mogła. Przewodnicząca naszego Zarządu Wspólnoty od lat już tu nie mieszka, a więc wątpię, aby to ona dzwoniła, a zresztą gdyby chciała zadecydować o koszeniu, to na pewno zwróciłaby się do wspomnianej Administratorki. Pozostali członkowie zarządu wspólnoty nie mają takich uprawnień i na pewno, gdyby im się wysoka trawa na naszych trawnikach nie podobała, załatwiliby to poprzez wspomnianą Administratorkę Wspólnoty. Na jakiej więc podstawie zarządzający wspomnianą firmą wydali polecenie, aby kosić prywatne trawniki wbrew woli ich właścicieli, bo gdyby taka wola była, to zapis o takim zakresie prac na rzecz Wspólnoty, znalazłby się w treści umowy. Sytuacja taka powtarza się, co najmniej od dwóch lat i w 2020 roku rozmawiałem z panią odpowiedzialną m.in. za wykaszanie traw na Podzamczu i dowiedziałem się, że place-trawniki znajdujące się w rejonie pomiędzy ulicami Forteczną a Senatorską należą do Gminy Wałbrzych i decyzja o wykoszeniu na tym obszarze musiała zapaść w Urzędzie Miasta. Przyznam, że dalej tego już nie sprawdzałem, ponieważ rozmawiałem z osobą pełniącą funkcję kierowniczą, a więc uznałem, że kompetentną.

No i masz. W ubiegłotygodniowym felietonie „Człowiek to brzmi dumnie” pochwaliłem pana prezydenta Szełemeja za jego głoszone proekologiczne przekonania i podejmowane działania, a tu taka siurpryza, bo nie tylko wokół ulicy Fortecznej, ale i na innych terenach należących zapewne do miasta a także Spółdzielni „Podzamcze” rozszalały się spalinowe kosiarki, które aż do późnego południa zakłócały spokój mieszkańcom okolicznych bloków. Jeżeli na terenach miejskich na Podzamczu od kilku dni warczą spalinowe kosy, to podejrzewając, że warczą również w innych dzielnicach miasta, zajrzałem do Internetu. I oto na stronie internetowej portalu walbrzych.nasze miasto, pod datę 11 czerwca br. w artykule Red. Adrianny Szurman „Kierowcy z Wałbrzycha skarżą się, że wysoka trawa zasłania widoczność. Urząd miasta: kosimy tam, gdzie trzeba”, czytam wypowiedź Edwarda Szewczyka z Urzędu Miasta, z której wynika, że:

"od trzech dni na Podzamczu wykaszane są pasy trawy, która przeszkadza przy skrzyżowaniach i przy wyjazdach na główne drogi. Należy podkreślić, że na pozostałych terenach miejskich trawa nie będzie koszona, bo od dwóch lat miasto prowadzi taką właśnie politykę. Chodzi o małą retencję. Skoszona trawa nie zatrzymuje wody w glebie, wysoka już tak.” I dalej: Tymczasem ryk kosiarek słychać na trawnikach wokół placów zabaw i na innych częściach terenów zielonych Podzamcza. To kosi Spółdzielnia Mieszkaniowa. - My z reguły kosiliśmy trzy razy w sezonie. W tym roku także zaczynamy późno i może skosimy dwa razy. Nie robimy tego tam, gdzie nie trzeba, na przykład na terenach inwestycyjnych. Ale wokół budynków tniemy. Jedno takie koszenie naszych terenów na Podzamczu kosztuje 40 000 zł - mówi nam Tadeusz Choczaj, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Podzamcze. - Zauważyłem, że miasto też kosi przy drogach, tam na Basztowej na przykład.”

To pytam się uprzejmie, kto kosi pod moimi oknami na ul. Fortecznej? Miasto czy Spółdzielnia i dlaczego w miejscach, które nie zagrażają bezpieczeństwu w ruchu drogowym kosi się na potęgę. A Ziemia – przypominam – woła o pomoc. Ale nie tylko, bo też odpowiada pięknym za nadobne. Szalejące w Europie, Ameryce, Azji czy Australii pożary lasów, huraganowe wiatry niszczące nie tylko ludzki dobytek, ale też zabijające ludzi, tak samo jak coraz częstsze budzące grozę powodzie.

Ale furda tam, po nas choćby potop. Ludzie po prostu nie zdają sobie sprawy, że początek wszystkich tych nieszczęść ma też w bezmyślnym wykaszaniu traw, co powoduje obniżanie się poziomu wód gruntowych, stepowienia środowiska, niszczenia życia biologicznego, które dla człowieka jest tak samo ważne jak woda i powietrze.

Dodajmy do tego powszechne szaleństwo tzw. betonozy, które dotyczy też i włodarzy miasta, jak również zarządów wałbrzyskich spółdzielni mieszkaniowych i niestety również zarządów licznych wspólnot mieszkaniowych. Ludzie opamiętajcie się, bo czas najwyższy. Jestem przerażony, że tak wielu nie zdaje sobie z tego sprawy, czego przykładem niech będzie kolejny fragment z wyżej wspomnianego artykułu:

Problem dostrzegają nie tylko nasi czytelnicy. Nietrudno znaleźć w internecie wpisy wkurzonych mieszkańców. Post na ten temat zamieścił m. in. Jerzy Syzdek, były wiceszef wałbrzyskiej policji. "Wychodząc z bramy ściana trawy, za budynkiem podobnie. Jeżeli to ma być efekt łąki, to proponuję decydentom we własnych ogródkach eksperymentować. Radni z Podzamcza, czy wy tego nie widzicie. Acha już dawno po wyborach" – napisał.”

Zastanawiam się więc, czy to on dzwonił do firmy koszącej pod moimi oknami i balkonem, a jeżeli nawet tak, to on jest członkiem innej niż moja Wspólnoty. Niezależnie od tego, korzystając z okazji, wołam „Jurek, opamiętaj się”.

                                                                                                                                                                                     Wałbrzych, 5 sierpnia 2021

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Po powrocie (na początku lipca) z pocovidowej rehabilitacji, przeczytałem gdzieś wypowiedź prezydenta Wałbrzycha Romana Szełemeja o przyjętym przez władze miasta kursie proekologicznym, który miedzy innymi wyraża się w tym, że na terenach miejskich zaprzestano bezmyślnego (to moja opinia) ciągłego koszenia trawy rosnącej na terenach znajdujących się pod zarządem władz miasta. I faktycznie efekty tej „nowej polityki” dostrzegam m. in. na pasach zieleni rozdzielających dwupasmowe jezdnie, gdzie wykoszono tylko te odcinki, które utrudniały widoczność kierującym pojazdami, a więc tylko tam gdzie wysoka trawa przeszkadza przy skrzyżowaniach i przy wyjazdach na główne drogi. Zauważyłem też, że w koszach znajdujących się przy chodnikach Al. Podwale i ul. Wieniawskiego, zamieniono plastikowe worki metalowymi pojemnikami, które można wyjąć i po opróżnieniu ponownie umieścić w koszu na śmiecie.

Ucieszyłem się bardzo, ponieważ właśnie o tym pisałem na łamach DB2010 w ubiegłym roku (i o ile dobrze pamiętam, również w 2019), apelowałem, aby zaprzestać bezmyślnego koszenia wszelkich miejskich trawników i skwerów, a walcząc z zalewem plastikowego badziewia, nie powiększać go o te czarne plastikowe worki umieszczane w metalowych koszach. Obecnie czekam jeszcze, aby Urząd Miejski zarządził zakaz koszenie trawników i zielonych placów na terenie Podzamcza, bo znów postąpiono tak na początku lata, przy okazji kosząc na „moim kawałku podłogi”, czyli trawnikach znajdujący się na kawałkach gruntu należących do mojej Wspólnoty Mieszkaniowej, mimo że czyniąca to firma „CEROMA”, akurat koszenia „naszych” trawników w zawartej z nią umowie nie ma.

Kiedy rozmawiałem z kosiarzami, którzy już od godziny siódmej rano hałasowali swymi spalinowymi (chyba) kosiarkami, dowiedziałem się od nich, że takie dostali zlecenie od swoich przełożonych. Otóż sprawdziłem treść umowy, zawartej z tą firmą przez moją Wspólnotę Mieszkaniową i stwierdziłem, że usługi polegającej na koszeniu trawy tam nie ma. A więc pracownicy tejże firmy wykosili nam trawę za tzw. frico, kosząc je przy okazji dewastowania terenów zielonych należących do Gminy Wałbrzych. Apeluję więc do Pana Prezydenta Miasta, aby dopilnował, by nie niszczyć tych miejsc miejskiej „małej retencji”, bo one nie tylko zatrzymują w gruncie wodę, ale stanowią również tereny bujnego życia owadów i innych niezwykle pożytecznych żyjątek, dla których bezmyślne koszenie jest po prostu ich eksterminacją. Zabijanie tych stworzeń jest – chociaż wielu nie zdaje sobie z tego sprawy – stopniowym zabijaniem życia na Ziemi.

A Ziemia się broni przed tą niesamowitą głupotą ludzi ją zamieszkujących, co coraz częściej może każdy zobaczyć. Ulewne deszcze zalewające ulice i podwórka, piwnice, domy, garaże i zabudowania gospodarcze, a także zabierające ludzkie życie, stają się już straszliwą normą, co odczuwamy już na własnej skórze, albowiem susze, potopy i gradobicia, huragany i coraz groźniejsze pożary, atakują nas z coraz bardziej zajadle i regularnie. Każdy chyba widział w telewizji lub Internecie co działo się w Niemczech, Belgii, Holandii, gdzie nawet niewielkie cieki wodne zamieniały się nagle w rozszalały żywił, niszczący wszystko, co na swej drodze napotkał, zabijając też wielu ludzi, a więc przedstawicieli gatunku, który jako jedyny do tego się przyczynił. A Ziemia się broni jak potrafi, a co potrafi, możemy się już sami przekonać spoglądając na szalejące pożary w Grecji i Turcji. Na huraganowe wichury i katastroficzne deszcze w niektórych regionach Polski.

Myślę, że my dorośli jeszcze jakoś to przetrwamy, ale nie mam już tej pewności, że przetrwają to dzisiejsi najmłodsi mieszkańcy Ziemi, a już na pewno nasze wnuki i prawnuki, którym obecnie fundujemy ten okropny Armagedon. Lecz mimo wszystko jest jeszcze czas, aby nieuchronne już zniszczenia jakoś ograniczyć i życie na Ziemi ratować. Czas już ku temu najwyższy.

Dlatego też apeluję do miejskich włodarzy, aby podjęli „heroiczną” ale konieczną decyzję i demontażu wszystkich zabetonowanych lub wyłożonych kostką brukową miejsc, wszędzie tam, gdzie ten przysłowiowy „beton” absolutnie nie jest potrzebny. Przecież w coraz bardziej upalne dni (efekt cieplarniany) beton ten mocno się nagrzewa, co powoduje znaczny wzrost temperatury powietrza, naruszając w ten sposób odwieczne cykle przyrody, czego efektem są powstające coraz częściej trąby powietrzne i huragany, jak również lejące się z nieba potoki wody. A jeżeli chodzi o wodę, ten niezbędny dla życia element przyrody, to ta nieszczęsna „betonoza” powoduje, iż woda nie wsiąka w grunt, tylko spływa do miejskiej kanalizacji, a to czego nie jest w stanie kanalizacja ta przyjąć, zalewa nasze ulice, domy, itp. itd.

Czy naprawdę ten nieszczęsny beton jest ładniejszy i zdrowszy niż zielona trawa, krzewy i drzewa? Czy wałbrzyski Rynek, Plac Magistracki i inne podobne miejsca nie mogą być oazą zieleni, a więc trawników, kwietnych rabat, drzew i krzewów rozdzielonych alejkami, przy których stoją liczne ławeczki, służące do odpoczynku, chwili wytchnienia? Czy naprawdę w rządzących miastem taka wizja wywołuje dreszcze obrzydzenia? Wiem, że taka zmiana oblicza miasta dużo kosztuje, ale musimy mieć na uwadze przyszłość i w to w nią inwestować teraz, kiedy jeszcze nie jest za późno. Pieniądze na tego rodzaju działania ratunkowe w unijnym budżecie są zagwarantowane, a Polska to przecież Unia i to, że rządzący myślą inaczej, faktu tego nie zmienia. Dlatego apeluję do Pana Prezydenta, aby w programie rewitalizacji miasta, przewidział też rewitalizację miejskiej przyrody. I to jak najszybciej i jak najskuteczniej.

Niszczymy Ziemię po kawałku, jakby nie zdając sobie z tego sprawy. Ekscytujemy się prywatnymi lotami w Kosmos i nieodległą już „kosmiczną turystyką”, nie zdając sobie sprawy, jaką to niesamowitą groźbę na nas samych sprowadza. Przecież latając na granicy stratosfery niszczymy chroniącą Ziemię warstwę ozonu, którego brak zabije wszelkie życie na Ziemi. Nieliczni, ci najbogatsi, schowają się w wielopoziomowych podziemnych schronach, gwarantujących im doczekanie lepszych czasów. Ale niebogata reszta zostanie pozostawiona na łaskę losu i niechybnie pożegna się z życiem, tak jak wszystko to, co na powierzchni Ziemi pozostanie.

I nie jest to jakieś katastroficzne science fiction, tylko realna groźba, która się spełni, jeżeli już teraz nie zaczniemy o tym bardzo poważnie myśleć i jej przeciwdziałać. A zacznijmy od zaprzestania niszczenia zieleni. Pamiętajmy, że życie na Ziemi istnieje od kilku miliardów lat, a tak zwana rozumna istota (Homo Sapiens) pojawiła się na niej dwa i pół miliona lat temu i tylko przez kilka ostatnich dziesięcioleci swego bezmyślnego działania, doprowadziła do tego, co obecnie się dzieje. I jak tak dalej pójdzie, to jedynym śladem naszej obecności pozostaną betonowo-ołowiowe podziemne bunkry, przechowujące atomowe pręty, będące wytworem funkcjonowania coraz liczniejszych atomowych elektrowni. Śmieci, których czas rozpadu obliczony jest na 100 tysięcy lat, a więc okres, w którym zniknie nawet Wielka Pacyficzna Plama Śmieci, czyli gigantyczne skupisko śmieci i plastikowych odpadów dryfujących po wodach Oceanu Spokojnego. Naukowcy szacują, że "śmieciowa wyspa" może ważyć nawet 120 tys. ton i mieć powierzchnię pięciokrotnie większą od Polski, a każdego roku powiększa się o kolejne 6 mln ton plastikowego świństwa.

A za to wszystko odpowiadamy MY, istoty, które kiedyś zeszły z drzewa, rozpaliły samodzielnie ogień i wynalazły maczugę, rozpoczynając swą niszczycielską działalność, aby następnie, w swym bezgranicznym zadufaniu oznajmić, że „Człowiek, to brzmi dumnie”. Czyżby?

                                                                                                                                                                                                                      Wałbrzych, 29 lipca 2021

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

    17 marca 2021 roku, Sąd Najwyższy oddalił Wniosek pełnomocnika procesowego Wojciecha Pyłki, w sprawie wznowienia postępowania karnego, zakończonego prawomocnym wyrokiem Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu z 31 sierpnia 2010 roku. Stało się tak ponieważ przez małe niedopatrzenie w treści wniosku został użyty zwrot, że „ujawniły się nowe środki dowodowe, które nie były znane w postępowaniu przygotowawczym oraz na rozprawach przed sądami I i II instancji”. I to te jedne zdanie Sąd Najwyższy skwapliwie wykorzystał, co zaważyło na treści sentencji jego postanowienia oddalającego Wniosek o wznowienie.

Czy w istocie Sąd Najwyższy miał rację? Bo ja – mimo, że jestem tylko prostym magistrem prawa – mam wielkie wątpliwości, które tu wyłuszczę.

Niestety, z formalnego punktu widzenia wszystko niby gra i panowie sędziowie na pewno bardzo zadowoleni z trafności swego rozstrzygnięcie, udali się do domu, a być może wcześniej gdzieś na kawkę, aby raz jeszcze napawać się swą sądową mądrością. A mnie to postanowienie po prostu zmroziło, ale z góry uprzedzam, że z powodów oczywistych w tym co piszę, niektóre istotne prawne problemy są siłą rzeczy pominięte. Zwracam tylko uwagę na oczywiste fakty.

Z problematyką wznowienia prawomocnie zakończonego postępowania sądowego po raz pierwszy spotkałem się na II roku studiów prawniczych, kiedy zaczął obowiązywać (od 01.01.1970) kodeks postępowania karnego z 1969 roku, którego opracowaniem kierowała prof. dr Maria Lipczyńska. Nota bene Pani Profesor zwolniła mnie z ustnego egzaminu z Logiki (którą wykładała) z uwagi na to, że egzamin pisemny zaliczyłem u niej na ocenę bardzo dobrą, a takich jak ja, na moim roku, było tylko kilka osób.

W kodeksie postępowania karnego z 1969 roku sprawę tę normował art. 474 § 1 pkt 2 lit. a, który do nowego kodeksy postępowania z 1997 roku został inkorporowany jako art. 540 k.p.k.Niestety, sejmowi „specjaliści od mieszania w prawie” we wrześniu 2017 roku pomajstrowali przy obowiązujących przepisach, efektem czego od 1 lipca 2015 roku art. 540 § 1 pkt 2 lit. a obowiązuje w nowej treści, którą uchwalono poprzez usuniecie z niego zwrotu „nie znane wcześniej sądowi” i tę w sumie mało istotną różnicę w brzmieniu przepisu Sąd Najwyższy skwapliwie wykorzystał, aby wniosek o wznowienie postępowania skutecznie uwalić.

Aby było łatwiej (dla niezorientowanych) zrozumieć w czym leży problem, przytoczę treść wspomnianych wyżej przepisów w zakresie dotyczącym ujawnionych „nowych faktów lub dowodów”. I tak w kodeksie z 1997 przepis ten miał brzmienie:

Art. 540. § 1. Postępowanie sądowe zakończone prawomocnym orzeczeniem wznawia się, jeżeli:

2) po wydaniu orzeczenia ujawnią się nowe fakty lub dowody nieznane wcześniej sądowi, wskazujące na to, że:

a) skazany nie popełnił czynu (...),

Natomiast w 2015 roku treść przepisu wyglądała następująco:

Art. 540. § 1. Postępowanie sądowe zakończone prawomocnym orzeczeniem wznawia się, jeżeli:

2) po wydaniu orzeczenia ujawnią się nowe fakty lub dowody wskazujące na to, że:

a) skazany nie popełnił czynu (…),

I co z tego porównania wynika? Ano to, że przepis ten w obu wariantach wymaga spełnienia tego samego warunku, a mianowicie tego, aby PO TYM kiedy wyrok się uprawomocnił, pojawiły się nowe fakty lub dowody, wskazujące na niewinność skazanego. Pamiętać należy, że zgodnie z art. 2 § 1 przepisy k.p.k. mają na celu takie ukształtowanie postępowania karnego, aby sprawca przestępstwa został wykryty i pociągnięty do odpowiedzialności karnej, a osoba niewinna nie poniosła tej odpowiedzialności. A więc każdy sędzia winien wykorzystywać każdą sytuację (zgodnie z przepisami), aby wymóg taki spełnić, czy to w czasie orzekania, czy już po uprawomocnieniu się wyroku, kiedy pojawią się nowe fakty lub dowody, które są w stanie podważyć słuszność wydanego i prawomocnego wyroku.

Aby zrozumieć tok mojego myślenia, trzeba wiedzieć, że w orzeczeniach Sądu Najwyższego stwierdza się wprost, iż podstawą wznowienia mogą być znane już sądowi źródła dowodowe, co między innymi wskazane jest w w postanowieniu Izby Karnej Sądu Najwyższego III KO 32/02 z 12 października 2004 r.:, stwierdzającym, że „Podstawę wznowienia postępowania mogą stanowić zarówno nowe fakty wynikające ze znanych uprzednio źródeł dowodowych, jak też ujawnienie się nowych, nieznanych sądowi dowodów o nowych faktach.” Podobne stanowisko wyrażone jest też w postanowieniu Sąd Najwyższego z dnia 20 maja 2005 r. (IV KO 38/04), w którym sąd stwierdza, że "nowy dowód" w rozumieniu art. 540 § 1 pkt 2 k.p.k., „to nowy środek dowodowy, niezależnie od tego, czy pochodzi ze znanego, czy też nieznanego źródła dowodowego”. Podobne stanowisko sąd ten wyraża w postanowieniu z 21 czerwca 2005 r. (sygn. akt IV KO 70/04) stwierdzając, że „podstawę wznowienia mogą stanowić nowe fakty wynikające ze znanych poprzednio źródeł dowodowych.

A czym jest to źródło dowodowe, spyta ktoś nie znający się na prawnych zawiłościach. Śpieszę wyjaśnić w sposób najprostszy jak potrafię, że źródłem dowodowym jest wszystko to, z czego pochodzą konkretne informacje, czyli środki dowodowe. W przypadku procesu Wojciecha Pyłki, takim źródłem dowodowym jest więc biling połączeń wykonanych w styczniu 2008 roku z numeru telefonicznego przypisanego (na podstawie zawartej umowy) do Janusza Laskowskiego, a środkiem dowodowym jest treści tego dokumentu, wskazująca m.in., że 24,25 i 30 stycznia telefon Janusza Laskowskiego był czynny i prowadzono z niego korespondencję SMS. I co najważniejsze, to właśnie ta informacja nie była przedmiotem jakiejkolwiek procesowej analizy, albowiem prokuratura tego środka dowodowego w akcie oskarżenia nie wskazała, uniemożliwiając tym samym sądowi jej przeprowadzenie.

Powołując się na prawnicze piśmiennictwo, przytoczę stanowisko, według którego w art. 540 § 1 pkt 2 lit. a k.p.k. chodzi o takie „nowe fakty i dowody, które ujawniły się dopiero po prawomocnym zakończeniu postępowania, co uniemożliwiało ich zgłoszenie przed wydaniem prawomocnego orzeczenia(...).1Przytaczam je, ponieważ w uzasadnieniu postanowienia Sądu Najwyższego oddalającego wniosek obrońcy Wojtka Pyłki, zawarty jest następujący akapit: „za nowe fakty lub dowody mogące stanowić podstawę wznowienia, mogą być uznane takie fakty lub dowody, które były uprzednio nie znane nie tylko sądowi, ale również stronie.” Problem jest w tym, że w innym postanowieniu z 07.07.2016 (sygn. akt V KO 43/16) Sąd Najwyższy stwierdza, że „W piśmiennictwie wskazuje się, że wskutek usunięcia z dniem 1 lipca 2015 r. z art. 540 § 1 pkt 2 zwrotu "nie znane przedtem sądowi", nowe fakty lub dowody mogące stanowić podstawę wznowienia, mogą być uprzednio nieznane, nie tylko sądowi, ale również stronie.”

Zwracam uwagę na słowa ”mogą być uprzednio nieznane”, z czego wynika, że jeżeli byłyby nawet znane, nie powinno to stanowić żadnej przeszkody procesowej. Tym bardziej, że jak wspomniałem, akurat w tym przypadku źródło dowodowe (biling połączeń) było faktycznie znane i sądom jak i oskarżonemu i jego obrońcy, ale już środek dowodowy (daty połączeń SMS) obydwu stronom procesowym i sądowi znany nie był. Nie mam żadnych wątpliwości, że było to spowodowane przyjęciem przez prokuraturę godziny 02:02 w nocy 24 stycznia, jako wyznacznika czasowego, po którym nastąpił zgon Laskowskiego, co spowodowało, że nikt już nie analizował dalszych połączeń. Tym bardziej, że funkcjonariusz analizujący to źródło dowodowe (bilingi) stwierdził w notatce (jest w materiale dowodowym sprawy), że po tej godzinie zarejestrowały się tylko połączenia wchodzące, co spowodowało zapełnienie skrzynki poczty głosowej.Jestem przekonany, że to właśnie było praprzyczyną faktu, iż nikt już się nie interesował – łącznie z sądem – co zawierały pozycje tego bilingu, zarejestrowane po godzinie 02:02.

Gdyby brać poważnie zastrzeżenie poczynione przez Sąd Najwyższy w tej sprawie, to trzeba by przyjąć, że idiotami są zarówno Wojciech Pyłka i jego obrońca, którzy mając wiedzę o powyższym, nie podnieśli od razu wielkiego w tej sprawie rabanu. Przecież fakt tych połączeń SMS miał – powinien mieć – dla obrony zasadnicze znaczenie. Więc jeżeli tego nie podnosili, to znaczy, ze nie wiedzieli. Tak samo jak sądy I i II instancji, które zobowiązane są ustawowo do rozstrzygania jedynie na podstawie prawdziwych ustaleń faktycznych oraz badania i uwzględniania okoliczności przemawiające zarówno na korzyść, jak i na niekorzyść oskarżonego. Tym samym w wielce niesympatycznej sytuacji znalazłby się też obydwa sądy, które tych jakże istotnych okoliczności nie wzięły pod uwagę. A na to, że nie wzięły, wskazuje uzasadnienie uzasadnienie obydwu wyroków, w których, w tej materii, sądy milczą jak głazy.

Kluczową rolę w sprawie tej odgrywa stanowisko, że niby nie można przyjąć wniosku o wznowienie postępowania, ponieważ zgodnie z nowelizacją z 2013 roku, nowe fakty lub dowody nie mogą być znane przed uprawomocnieniem się wyroku. Tymczasem, co może każdy sprawdzić, zapoznając się z treścią znowelizowanego art. 540 k.p.k., takiego wymogu przepis ten nie zawiera, ale gdyby ustawodawca chciał, aby taki warunek obowiązywał, to by go w treści przepisu umieścił. Jeżeli więc takiego warunku nie zamieścił, to oznacza, że wystarczająca przesłanką jest to, iz nowe fakty i dowody pojawiły się po wydaniu prawomocnego orzeczenia. I basta.

Niepodważalnym moim zdaniem dowodem na to, że to ja mam rację, jest dokonana tym samym aktem nowelizacja art. 427 k.p.k., w którym zmieniono też brzmienie jego paragrafu trzeciego. Przed nowelizacją brzmiał następująco: „Odwołujący się może również wskazać nowe fakty lub dowody”. Nadana nowelizacją jego nowa treść wygląda następująco: „Odwołujący się może również wskazać nowe fakty lub dowody, jeżeli nie mógł powołać ich w postępowaniu przed sądem pierwszej instancji.”

Powtórzę więc raz jeszcze, że w postępowaniu procesowym najważniejszym winna być dosłowna treść przepisu, ponieważ rożne jego interpretacje – a w doktrynie zawsze na tym tle istnieje spór prawników – tylko tą treść wypaczają i powodują, że praktycznie takie same zdarzenie są różnie przez różne sądy osądzane. Dziej się tak, że w polskim prawie nie funkcjonuje zasada precedensu, a więc hulaj dusza piekła nie ma. I tylko oddani pod sądowy osąd na tym cierpią. Niestety zbyt często.

1. Znowelizowany Kodeks postępowania karnego w pracy prokuratora i sędziego; Barbara Augustyniak, Dariusz Świecki, Małgorzata Wąsek-Wiaderek, pod redakcją Dariusza Świeckiego: Postępowanie odwoławcze, nadzwyczajne środki zaskarżenia, postępowanie po uprawomocnieniu się wyroku i postępowanie w sprawach karnych ze stosunków międzynarodowych (Krajowa szkoła sądownictwa i prokuratury kraków 2015)

Napisz komentarz (0 Komentarzy)