1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

 Zadziwiające jest to, że w zasadzie od 3 lat PiS jedzie tylko na jednym – ale bardzo głośnym – swoim haśle wyborczym, które udało mu się szybko wprowadzić życie. Chodzi o program 500+, pod osłoną którego demoluje polską demokrację, bo jak kiedyś – chyba słusznie – prorokował Jacek Kurski, „ciemny lud kupi wszystko”. I lud ten „kupuje” wszystkie polityczne zagrywki prezesa, którego polityczni naganiacze straszą tenże lud, że jak nie daj boże prezes zaliczy kopa w kaczy kuper, to „ulica i zagranica” pieniążki te odbierze. I dlatego ponoć pisiory przygotowują (na obecną kampanią wyborczą) nową obietnicę. Nie 500+, ale 1000+. A co? Ze swojego dawać nie będą, a jak zdobędą większość konstytucyjną, to pokażą ludowi znany skądinąd gest Kozakiewicza i tak nam Polskę urządzą, że nie tylko „ciemny lud” zawyje z rozpaczy. I będzie to trwać, do czasu kolejnego zrywu Polaków, wzorem tego z lat 80-tych. A więc kolejne 45 lat oczekiwania na demokrację i sprawiedliwą sprawiedliwość, psia mać.

* * *

Mateuszek Morawiecki raczył kiedyś (jeszcze jako minister u premier „Broszki”) wyrazić przekonanie, że „prawo nie jest najważniejsze”, bo przekonanie to wyniósł z domu rodzinnego, słuchając jak jego tatuś zapewne bardzo zawzięcie perorował, że ponad prawem stanowionym stoi prawo naturalne, czyli inaczej mówiąc to, co nakazuje Kościół. W normalnym kraju taki ktoś wyleciałby z polityki na zbitą twarz (mówiąc bardzo oględnie), ale Mateuszek w nagrodę został premierem. Nie dziwota zresztą, bo obecnie na Jasnej Górze jacyś klechowie w purpurach bezczelnie załamują ręce nad tym, że w Polsce Konstytucja stoi wyżej od Ewangelii, co dokładnie oddaje stan ducha rzeczonego Mateuszka – Kłamczuszka.

* * *

Opozycja (chodzi mi zwłaszcza o tę spod znaku PO – Nowoczesna) waląc w PiS jak w bęben, bez przerwy zarzuca (zresztą słusznie), że prezes dewastuje polską demokrację w sposób cyniczny i bezwzględny, traktując Konstytucję III RP tak samo, jak kiedyś marszałek Piłsudski potraktował demokratyczną Konstytucję Marcową z 1921 roku, nazywając ją konstytutą.Argumentował wówczas tak: wymyśliłem to słowo, bo ono najbliższe jest do prostituty.No cóż, widać na kim się prezes wzoruje. Ale on nie tylko naśladuje marszałka Piłsudskiego, ale też wymyśla dla sejmowej „opozycji totalnej”, coraz to nowych jej idoli. A opozycja łyka to, jak kaczka chleb na wodzie.

* * *

W pierwszej kolejności idolem „demokratycznej” opozycji uczynił niejakiego Andrzeja Rzeplińskiego, który za czasów rządów PO-PSL pełnił funkcję prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Prezes Jarosław wówczas głowy sobie nim nie zawracał, a i sam Rzepliński mało widoczny był, zajmując się w szczególności robieniem dobrze dla białego tatki z Watykanu. Za wielkie zaangażowanie w sprawie naginania polskiego prawa do wymogów Kościoła, w 2015 roku – na wniosek kardynała Nycza – papież Franciszek, odznaczył go watykańskim medalem Pro Ecclesia Pontifice (czyli po naszemu: Dla Kościoła i Papieża). I dopiero kiedy został bezpardonowo zaatakowany przez prezesa Jarosława, nagle stał się również bezpardonowym obrońcą polskiej konstytucji. Tej samej, którą miał głęboko w zadku, kiedy w 2008 roku Trybunał Konstytucyjne pod jego przewodem wyrokował, - na ten przykład chociażby - że naruszanie praw nabytych, stosowanie odpowiedzialności zbiorowej, odebranie obywatelom prawa do sądu we własnej sprawie, to działania władz absolutnie nienaruszające Konstytucję RP. Ponieważ dotyczyło to obywateli IV kategorii, czyli tzw. komuchów, prezesowi Jarosławowi podobało się to w takim samym stopniu, jak prezesowi Andrzejowi, więc dla pisiorów był on również ich prezesem. Czyli wszystko było OK. Było, ale się zmieniło przez to, że prezes Andrzej stał się bardzo „be”, prezes Jarosław wykreował go na czołowego obrońcę konstytucji, którą jeszcze niedawno miał po prostu w dupie.

* * *

Teraz prezes Jarosław wykreował kolejnego idola opozycji, a właściwie idolkę, w osobie prof. Małgorzaty Gersdorf (również prezeski, tylko dla odmiany Sądu Najwyższego), która nie widziała nic niestosownego w tym, że zabrała udział w zaprzysiężeniu przez Dudę sędziego dublera do TK Justyna Piskorskiego, wybranego przez PiS, chociaż na stanowisku sędziego TK stosownego wakatu nie było. Ponadto zdarzyło się jej, że publicznie wyparła się swojej obecności na jednej z demonstracji (białych róż) w obronie konstytucji i niezawisłości sędziowskiej. A kiedy trzeba było z podległymi jej sędziami SN stanowczo protestować, wybrała się na urlop, wyznając głupawo, że przecież „do stołu się nie przykuję”. I kiedy okazało się, że jej stołeczek spod sporej pupci może się wysunąć (za przyczyną prezesa Jarosława), nagle stała się bohaterską obrończynią Sadu Najwyższego i sędziowskiej niezawisłości. No cóż, jaka opozycja, tacy i idole, a prezes Jarosław „sreberka zawija” i zaciera pulchne rączęta. Tfuj, na psa urok …

* * *

O tym, abyśmy znów nie dali się nabrać, piszę w nr 31 DB 2010 z dnia 16.08.2018 - załącznik str. 8.