1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

 Mecz Polska – Japonia obejrzałem, chociaż początkowo nie miałem takiego zamiaru. Ale ciekawość zwyciężyła. Spodziewałem się polskiego huraganowego ataku, ponieważ – jak się okazało ZUPEŁNIE BEZPODSTAWNIE – zakładałem, że w „meczu o honor” nasi kopacze zechcą pokazać, że faktycznie na miano „orłów” zasługują i dadzą swym wiernym kibicom chociażby odrobinę satysfakcji. Myślałem, że będzie to mecz o to, aby kibice mogli powiedzieć, że dwa poprzednie były spowodowane jakimiś nadzwyczajnym pechem, ale teraz zobaczcie, jak nasi sobie na boisku poczynają. Nic z tych rzeczy.

Mecz toczył się raczej leniwie spokojnie zmierzając do bezbramkowego remisu, tak jakby zawodnicy się umówili. Nawet Lewandowski nie potrafił (?) wykorzystać świetnego dośrodkowania i walnął ponad poprzeczkę z kilku metrów przed bramką. Mógł (w właściwie powinien) strzelić, a nie strzelił. Strzelił za to młody Bednarek, ale bramka ta nie była efektem koronkowej akcji polskich kopaczy. Był rzut wolny i Bednarek szczęśliwie dla siebie nie został obstawiony przez Japończyków, piłka leciała w jego stronę, no to poniosła go ułańska fantazja i nogę w powietrzu przyłożył, a efekt tego wyraźnie go zaskoczył.

Bramka ta trochę trochę skonfundowała Japończyków, więc żwawiej ruszyli do boju, co rusz atakując polską bramkę, ale tym razem nasi obrońcy skutecznie te 3 punkty obronili. Zresztą zagrożenie ustąpiło w momencie, kiedy japońscy piłkarze dowiedzieli się, że Senegal przegrywa z Kolumbią jeden do zera i oni nawet przegrywając wychodzą z grupą, bo mają korzystniejszy bilans w żółtych kartkach. Od tego momentu rozpoczęło się niesamowicie żenujące widowisko, które przede wszystkim wielki wstyd (a być może i hańbę) przynosi naszym kopaczom. Tak bardzo się bali, że mocniej atakując przeciwnika sami utrącą bramkę, iż przyjęli to, co zaproponowali Japończycy i stali, przyglądając się jak przez 12 minut japońscy piłkarze podawali piłkę pomiędzy sobą i na swojej połowie. I nawet nie ruszyli, aby im ją odebrać, albo zmusić do wykopania na aut, aby na ostatnie 5 minut mógł wejść Kuba Błaszczykowski, co pozwoliło by mu na otwarcie drugiej setki występów w reprezentacji.

Nawet się na to nie zdobyli. Jednym słowem totalny blamaż i żenada.

* * *

Zastanawiam się, czy kiedyś prawda o tym meczu wyjdzie na jaw, czy ktoś tajemnice tego żenującego widowiska zdradzi. Na razie tajemnica ta jest ciekawsza niż fakty, które cały świat miał nieprzyjemność oglądać. Ale jeżeli już mowa o faktach i tajemnicy, to odsyłam do książki Anny Gilewskiej i Marcina Dzierżanowskiego „Antoni Macierewicz Biografia nieautoryzowana

* * *

Książkę tę trzeba koniecznie przeczytać samemu. Żadne streszczenie nie odda jej klimatu i przesłania, a to przesłanie jest chyba najważniejsze. Książka pozwala spojrzeć za kulisy tzw. walki opozycyjnej z tzw. komuną. Naprawdę dowiedziałem się wiele nowego, chociaż byłem przekonany, że o tamtych latach wiem sporo, a nawet więcej. Jednakże lektura tej książki utwierdziło mnie w przekonaniu, że ta cała „opozycja demokratyczna” z lat 80. XX wieku, to jedna wielka ściema tylko. Bo na każdym kroku liczyły się jedynie drobne, nieraz większe, interesy i ambicje różnych ludzi, których tylko niesamowita naiwność polskich obywateli, a przede wszystkim polskich robotników, tych cynicznych graczy politycznych wyniosła do władzy, ich samych wyrzucając poza nawias.