1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

 Nie może być tak, że człowiek mówi, iż został pobity przez funkcjonariuszy policji w sytuacji kiedy  zastosowanie środków przymusu bezpośredniego nie miało absolutnie prawnego ani faktycznego uzasadnienia, a prokuratura czyni wszystko, aby sprawców pobicia uchronić przed oskarżeniem i sądem. Więc, aby do postępowania sądowego nie dopuścić, odmawia wszczęcia śledztwa, a wszczęta umarza, przy czym – co stało się normą – wszczyna dochodzenie przeciwko skarżącemu się, zarzucając mu naruszenie nietykalności cielesnej policjanta. Najczęściej tego, który według skarżącego dopuścił się pobicia. Dysponuje informacjami (pochodzącymi również z Prokuratury Okręgowej) wskazującymi, że takich zgłoszeń o pobicie w ciągu ostatnich kilku lat było kilkadziesiąt, ale praktycznie wszystkie spotkał ten sam los, czyli odmowa wszczęcia albo umorzenie wszczętego śledztwa. Wygląda na to, że obywatele tak bardzo nie lubią policjantów, że donoszą na nich fałszywie, co przez prokuratorów zostaje natychmiast wychwycone, przez co niecne zamiary zgłaszających zostają uśmierzone w zarodku. Zastanawiam się przeto, dlaczego w takich przypadkach żaden z prokuratorów nie zdobył się na wytoczenie procesu z powodu składania fałszywych zeznań, bo przecieżprzestępstwo przeciwko dobru wymiaru sprawiedliwości jest przestępstwem o charakterze publicznoskargowym. Odpowiedź jest nadzwyczaj prosta. Nie czynią tak, ponieważ w toku postępowania sądowego może okazać się, że skarżący wcale nie składał fałszywych zeznań, a więc mówił prawdę. Wniosek: lepiej więc nie ryzykować i udawać, że pomówienie i złożenie fałszywych zeznań, miało jedynie charakter prywatnej pogaduszki obywatela z prokuratorem. Pytanie tylko, czy tak być powinno?

Nie jest moim zamiarem wyliczać wszystkie znane mi tego rodzaju przypadki, bo jest ich zbyt dużo i na temat niektórych pisałem w DB 2010 i na mojej stronie internetowej, co zresztą spowodowało, że przez wielu obecnych i byłych funkcjonariuszy zostałem uznany za osobę kalającą własne gniazdo. Wspomnieć jednak muszę, że tylko w promilach procentu można liczyć te, które skończyły się aktem oskarżenia i tylko w jednym z nich zapadł wyrok skazujący. Toczy się jeszcze jedno postępowanie w sprawie pobicia Jacka Doleżała z Lichenia, a także w sprawie policjantów, którzy prawdopodobnie półprzytomnego bezdomnego wywieźli za miasto (moim zdaniem, aby mu tęgie manto spuścić) i tam wrzucili go z radiowozu, ponieważ dyżurny skierował ich do jakiejś interwencji. W wyniku tej „akcji”, a raczej szkolenie młodszego kolegi w służbie, ten bezbronny człowiek zmarł z wychłodzenia organizmu.

W sprawie śmiertelnego pobicia Piotra Czyża prokuratura zareagowała odmiennie (wszak miała do czynienia ze śmiercią człowieka) i po przeprowadzeniu nadzwyczaj rzetelnego śledztwa, skierowała do sądu akt oskarżenia. O losach tego procesu pisałem na łamach DB 2010 wielokrotnie, a w dzisiejszym wydaniu piszę o ostatnim akcie postępowania sądowego, zakończonego uniewinnieniem funkcjonariuszy, mimo że sąd uznał iż Piotr Gruca został na komisariacie pobity, a na pewno nie pobiło go trzech funkcjonariuszy przebywających w pomieszczeniu dyżurnego. Według sądu nie pobiło go też dwóch pozostałych, którzy go zatrzymali, a następnie zajmowali się nim w czasie gdy przebywał na komisariacie. Czyli co? Piotr Gruca będąc w komisariacie pobił się sam?

Sąd w swoim wyjątkowo krótkim uzasadnieniu trwającym niewiele więcej niż 8 minut, przywołał zasadę rozstrzygania na korzyść oskarżonych wszelkich nie dających się usunąć wątpliwości. Do tych wątpliwości, których nie był w stanie usunąć, zaliczył DOMYSŁY I PRZYPUSZCZENIA obrońców, że Piotr Gruca po wyjściu z komisariatu mógł kogoś spotkać, wypić z nim litr wódki na twarz, a następnie być przez niego pobitym. Rzecz w tym, że na taką ewentualność nie przedstawiono nie tylko jakiegokolwiek dowodu, ale chociażby jakiejś marnej poszlaki, czyli dowodu pośredniego. Jedyną poszlaką wynikającą z procesu był fakt, że w krwi i moczu denata wykryto stężenie alkoholu wskazujące, że wypił wspomnianego litra na twarz. Było tego 7 promili. NO i co z tego? Czy człowiek ze złamanym żebrem i pękniętą śledzioną, który jest w stanie chodzić i rozmawiać przez telefon, nie może wypić litra wódki? Chociażby nawet duszkiem? Dla uśmierzenia bólu, złości i rozżalenia? Może, ale to nie jest żadną choćby tylko poszlaką, wykluczająca fakt, – STWIERDZONY PRZEZ SĄD APELACYJNY – że do pobicia doszło na terenie komisariatu. Ale, co warto wspomnieć, niektórzy biegli nie wykluczyli, ze stwierdzenie tak wysokiego stężenia alkoholu mogło być skutkiem błędów przy pobraniu i zabezpieczeniu próbek do badań specjalistycznych. A więc i w tym przypadku są nie dające się usunąć wątpliwości, których już sąd jakoś nie brał pod uwagę. Zaiste, dziwna logika i konsekwencja w rozumowaniu.

Powoływanie się na tego rodzaju wątpliwości, od czasu procesu w sprawie zabójstwa wałbrzyskiego antykwariusza (marzec 2000 rok), zawsze mnie trochę śmieszą, ponieważ wiem, że reguła ta jest niesamowicie wykorzystywana przez sędziów. Od sądów rejonowych, po ten najwyższy. Zawsze dla poparcia miłej sądom w danym momencie tezy i zawsze wtedy, kiedy dla obrony takiej tezy brak jakichkolwiek dowodów. O sprawie antykwariusza wspomniałem dlatego, że jest to klasyczny przykład takiego wykorzystywania zasady in dubio pro reo. W sprawie tej nawet nie ustalono trzeciego sprawcy i nie ustalono, kto faktycznie pociągał za spust, ale sąd nie miał wątpliwości, aby za to zabójstwo skazać na 25 lat dwóch chłopaków, przeciw którym nie przedstawiono ŻADNEGO DOWODU wskazującego na ich winę. I W TYM PRZYPADKU ZASADA IN DUBIO PRO REO ZOSTAŁA WYRZUCONA DO ŚMIETNIKA i jakoś nikomu to nie przeszkadzało.