1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

 Rządząca Polską Pisowska Pada Ocalenia Narodowego (PRON-2018) stara się napisać naszą historię od nowa. A jednym z jej elementów jest to, że Polakom antysemityzm nie jest w ogóle znany, bo tak naprawdę to każdy Polak z mlekiem matki wysysa powszechny nad Wisłą internacjonalizm, który przecież stoi w jawnej ideologicznej sprzeczności z nacjonalizmem. Więc każdy kto wspomina o antysemityzmie z czasów II RP jest zwykłym kłamcą i dzięki nowelizacji o IPN, będzie mógł być na 3 lata posadzony za kratkami. Będzie miał czas aby zmądrzeć.

PRON może mieć jednak z tym problemy. Swoboda w uchwalaniu praw mających obowiązywać w IV RP bardzo się nie spodobała blondgrzywemu lwu znad Potomacu, więc na razie tylko gniewnie zamruczał, że nie życzy sobie, aby ważne polskie ustawy pisane były bez konsultacji z amerykańską ambasadą w Warszawie. Myślę, że szef PRON-2018 ruki pa szwam opuści i z tej ustawy, intelektualnego wykwitu jednego z wiceministrów sprawiedliwości cichcem się wycofa. Więc o polskim antysemityzmie przed i po 1939 roku będzie można pisać, oby tylko trzymając się faktów. Pozwolę sobie na kilka słów osobistego komentarza w tej sprawie, albowiem mija właśnie 50 lat od wydarzeń, które PRON-2018 określa jako antysemickie, chociaż polskiemu antysemityzmowi tak stanowczo zaprzecza, że wiezieniem karać mu się zamarzyło, myślących o tym inaczej, niż on sam nakazuje.

Rozpoczęta w marcu 1968 antyżydowska kampania w Polsce nie miała charakteru antysemickiego, ponieważ – o czym dziś już prawie nikt nie wspomina – była skierowana nie przeciwko polskim Żydom, ale polskim syjonistom. Żona I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki była Żydówką i nikt jej z Polski nie wyrzucał, ani nie wyrzucił. Pomimo tak nagłośnionego przebiegu tej kampanii, w Polsce nadal pozostało, co najmniej, kilkanaście tysięcy Żydów, których wkład w polską kulturę i naukę, zarówno przed 1968, jak i po nim, był niebagatelny. Kampania to miała więc charakter polityczny, a nie narodowościowy. Co nie oznacza, że w trakcie jej trwania różni mali a podli ludzie nie wykorzystali jej dla swoich małych podłych interesików. Pamiętać jednak należy, że w tamtych czasach PZPR nie była monolitem, lecz partią podzieloną na co najmniej dwa, zwalczające się nawzajem (jak dziś PO i PiS) frakcje. I w 1968 roku przeważyła frakcja tzw. „Partyzantów” stworzona przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Mieczysława Moczara i wiceministra w MON Grzegorza Korczyńskiego. Obydwoje byli w opozycji wobec frakcji W. Gomułki, której narzucili (czasowo) swą wolę, rozpoczynając akcję skierowaną przeciw polskim Żydom, uznanym za syjonistów.

Pamiętać trzeba, że 5 czerwca 1967 roku rozpoczęła się izraelska agresja na Egipt, znana do dziś jakowojna sześciodniowa”. W istocie było to już trzecia wojna izraelsko-arabska, licząc od 14 maja 1948 roku. W ich wyniku zamieszkujący tam od tysiącleci naród Palestyński, został przez Żydów z Izraela pozbawiony swej suwerenności, ziemi i praw obywatelskich. Nie dziwota, że z okupantem żydowskim walkę prowadzi do dnia dzisiejszego. W tamtym czasie, z uwagi na to, że Związek Radziecki wspierał narodowowyzwoleńcze dążenia Arabów, polskie stosunki z Izraelem były praktycznie zamrożone. Zwłaszcza, że Izrael nie ukrywał swych bliskich związków z Zachodem i NATO. Wtedy to właśnie mocno wybrzmiała głoszona przez Izrael syjonistyczna doktryna podwójnej lojalności, według której ludność pochodzenia żydowskiego, niezależnie od tego jakiego kraju obywatelami była, winna zachować przede wszystkim lojalność wobec państwa Izrael.

O tym się dzisiaj zapomina, ale ja tamte czasy pamiętam bardzo dobrze, zwłaszcza, że niedługo po tym, bo w 1972 roku pisałem na Wydziale Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, pracę magisterską zatytułowaną „Syjonistyczna doktryna państwa i narodu”. Pracę tę pisałem pod czujnym okiem dr hab. Karola Jońcy. Mój promotor wystawił mi dokument, na podstawie którego miałem dostęp do tak zwanych prohibitów, czyli tych pozycji wydawniczych (sprzed 1939 i po 1939) dotyczących syjonizmu, antysemityzmu i stosunków polsko-żydowskich, które władze PRL uznały za zbyt groźne dla zwykłego obywatela.

Niestety, wielu polskich Żydów, w czasie kiedy Polska potępiła izraelską agresje na Egipt, doktrynę o podwójnej lojalności przyjęło jako własną, przez co z powodu tej agresji wyrażali – niekiedy publicznie – swą nieskrywaną radość. Pamiętam przyjaciela mojego ojca płk Sznajdera, z którym ojciec przeszedł razem od Lenino do Berlina, w którym kilka dni po kapitulacji III Rzeszy pomógł mu fortelem godnym Zagłoby, wyrwać z rąk radzieckiego lekarza wojskowego, jego żonę. Była ona – polska obywatelka pochodzenia żydowskiego - lekarzem cywilnym zatrudnionym w jednym z polowych lazaretów wojskowych Armii Czerwonej i ówże pułkownik nie chciał jej zwolnić, bo mu się bardzo spodobała jako materiał na frontową kochankę.

Otóż ów płk. Sznajder wysławił się tym, że publicznie izraelską agresje pochwalał, aż pewnego razu podczas jakiejś wojskowej uroczystości w ówczesnym Okręgowym Klubie Oficerskim „OKO” na ul. Pretficza we Wrocławiu, wzniósł głośno toast za zdrowie i pomyślność naszych bohaterów na froncie izraelsko- arabskim. Chodziło o to, że najbardziej we znaki Egipcjanom dała się dywizja pancerna, w skład której wchodził pułk noszący imię Karola Chodkiewicza, ze znakiem rozpoznawczym na czołgowych wieżyczkach w postaci polskich husarskich skrzydeł. Wówczas procent oficerów armii izraelskiej pochodzących z Polski i w polskim wojsku wyszkolonych, był bardzo wysoki. I to właśnie ich płk. Sznajder miał na uwadze. Wyleciał za to z wojska i dostał wilczy bilet, ale nie dlatego, że był Żydem - bo nikomu to nie przeszkadzało – ale właśnie dlatego, że jako polski obywatel i oficer polskiego wojska wyraził swą lojalność wobec państwa Izrael. Tak to wówczas wyglądało.

Pamiętam swojego sąsiada z akademika pochodzącego z Katowic, który na wiosnę 1969 roku, wraz z całą swą żydowska rodziną, wyjechał z Polski. Wyjechali tam na fali tej kampanii, ale nie do Izraela – co deklarowali we wniosku złożonym polskim władzom - tylko do Holandii. Wyjechali, bo chcieli z Polski po prostu wyjechać na Zachód i swe żydowskie pochodzenie wykorzystali do granic możliwości. Pisał do nas później bardzo rozczarowany, że Zachód jest piękny, ale nie dla nich, bo mieszkają na barce w Amsterdamie i żądnych specjalnych przywilejów nie dostali. A co najważniejsze, nie znając języka nie mógł kontynuować prawniczych studiów, które w Polsce tak sobie cenił. Nie znał języka i nie miał na to pieniędzy. Nie mógł wrócić, bo wyjeżdżając zrzekł się polskiego obywatelstwa. Pamiętam to bardzo dobrze, bo tych listów tych przyszło chyba z pięć, a czytaliśmy je w naszym pokoju numer 505 w akademiku „Ul” przy ul. Komuny Paryskiej we Wrocławiu.

Takie właśnie obrazy najbardziej mi z tamtego okresu w głowie zapadły.