1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

Wiele osób, ale najczęściej wywodzących się z pisowskiego środowiska, zarzuca mi, w mniej lub bardziej kamuflowany sposób, że mam wiele na sumieniu, a najdobitniejszym tego dowodem jest fakt, że przed 1990 roku byłem funkcjonariuszem MO. Tak jakby już samo bycie milicjantem było niewybaczalną zbrodnią. Dlatego kilku durniów (obojga zresztą płci) bez przerwy to podnosi, a niektórym z nich słowo „policjant” nawet przez gardło przejść nie może, więc nieustannie posługują się określeniem „były milicjant”. A ja w Policji służyłem dłużej niż w Milicji i nieustająco w tym samym wydziale kryminalnym Komendy Wojewódzkiej w Wałbrzychu, a następnie we Wrocławiu (2000-2003), z krótkim (czerwiec 1999 – czerwiec 2000) epizodem w Wydziale Ochronny Świadka Koronnego CBŚ KGP w Warszawie. Tak więc całe moje milicyjno/policyjne życie dotyczyło walki z bandytyzmem i ze sprawami politycznymi nie miałem, najmniejszego kontaktu. Policja kryminalne istnieje w każdym państwie i zawsze tak jest, że z policją polityczną (również istniejącą w każdym państwie) ma z reguły na pieńku. I myśmy również mieli. I to z różnych powodów, o których teraz nie ma najmniejszego sensu pisać. Faktem jest, że w czasie kiedy byłem funkcjonariuszem MO zdarzało się (pisze o Wałbrzychu i województwie wałbrzyskim), że milicjanci nie szczędzili pałek wobec zatrzymywanych osób, a niekiedy i pięści szły w ruch, ale nie miało to nagminnego- tak jak obecnie – charakteru. Osobiści znam tylko jeden przypadek, kiedy zatrzymana osoba (było to w ówczesnym RUSW na ul. Kilińskiego) w trakcie czynności prowadzonych przez funk. Wydziały kryminalnego (a być może z dochodzeniówki) poczuła się słabo i zmarła. Po tym fakcie wyszło na jaw, że jeden z biorących udział w przesłuchaniu osobę tę kilkakrotnie uderzył, lecz jak wykazała sekcja zwłok nie miało to związku z przyczyną zgonu. Dochodziły do mnie słuchy, że najczęściej biją na komisariacie I i V (widać, że ta przestępcza tradycja się utrzymała), ale sam osobiście nigdy się z takim czymś nie zetknąłem.

W mojej obecności zdarzył się tylko jeden przypadek pobicia zatrzymanego, ale zdawałem sobie, że był to swego rodzaju egzamin przed przyjęciem mnie w grono członków sekcji zabójstw. Zdarzenie to miało miejsce d chyba trzecim dniu mojej służby i nie bardzo wiedziałem co mam zrobić i jak się zachować, ale na szczęście zaraz po tym jak delikwenta zabrano na dołek, dowiedziałam się, że egzamin zdałem, a pobity był wielkim sukinsynem z Kłodzka, albowiem z tzw. mojką napadał na staruszki, rabując im (poprzez cięcie przez dłoń) niesione przez nie torebki. Koledzy poinformowali mnie wówczas, że służba w sekcji zabójstw jest bardzo ciężka i stresująca i oni musieli wiedzieć, jak ja zareaguję kiedy znajdę się w sytuacji ekstremalnej. Egzamin zdałem, chociaż człowieka tego nie dotknąłem nawet palcem , ale w pewnym momencie, kiedy chciał się rzucić w stronę okna, podstawiłem mu nogę i kiedy upadł koło mnie, przytrzymałem go na podłodze. Zraz po tym przedstawienie się skończyło, bo zareagowałem tak, jak powinienem. A im chodziło tylko o to, aby sprawdzić, czy się nadaję. Przez następne lata NIGDY nie zdarzyło się, aby w naszym wydziale ktokolwiek został pobity, co nie oznacza, iż nie używaliśmy siły fizycznej podczas różnego rodzaju zasadzek i zatrzymań. Było tego wiele, bo taki jest los funkcjonariusza z kryminalnego.

Kiedy po 1990 roku powstałą Policja, a ja niedługo później zostałem z-cą naczelnika i następnie naczelnikiem wydziału kryminalnego KWP, zawsze ostrzegałem nowo przyjętych do wydziału, że u nas się ludzi nie bije i aby o tym pamiętali. Dobrze o tym zapewne pamiętają wszyscy ci, których po zatrzymaniu wsadziliśmy na dołek (do czasu zlikwidowania w KWP aresztu) i co jakiś czas braliśmy „na gór”, aby prowadzić długie (niekiedy bardzo ciekawe, niekiedy stresujące) rozmowy. Nigdy też nie zdarzyło się, aby w mojej obecności w jakiejkolwiek jednostce policyjnej (a wcześniej milicyjnej) na terenie dawnego województwa wałbrzyskiego kogoś pobito po zatrzymaniu, albo podczas przesłuchania. Zawsze byłem wrogiem bicia osób zatrzymanych, niezależnie od tego jakiego dopuścili się przestępstwa i niezależnie od tego, że niekiedy ręka naprawdę bardzo świerzbiła.

I tylko raz byłem pośrednim uczestnikiem takiego zdarzenia, a miało to miejsce w Komendzie Powiatowej Świdnicy w latach 2001–2002 - już dokładnie nie pamiętam. Pojechałem tam w jakieś sprawie służbowej razem z Andrzejem K. i Alkiem B., z którymi zajmowałem się sprawą zabójstwa studentów na górze Narożnik w Parku Narodowym Góry Stołowe (17.08.1997). Siedzieliśmy w pokoju naczelnika wydziału kryminalnego, kiedy oficer dyżurny poinformował, że na dole są jacyś Cyganie, którzy chcę ze mną rozmawiać. Okazało się, że był to Kazimierz S., będący czymś w rodzaju cygańskiego wójta w Świebodzicach (miałem wśród nich bardzo dobrą opinię i myślę, że posłuch nawet), który przyszedł z żoną (albo matką) jakiegoś świebodzickiego Cygana, zatrzymanego przez świdnickich kryminalnych. Chodziło o to, że Kazimierz S. z tą kobietą (jak zwykle) twierdzili, że zatrzymany jest niewinny i prosili mnie, aby go wypuścić. Rozmowę prowadziliśmy we troje w jednym z udostępnionych mi pokojów, w którym z powodu upałów było otwarte na oścież okno. Kazimierz S. najbardziej obawiał się, że zatrzymany zostanie pobity i zaraz po tym, kiedy dałem mu słowo, że się tak nie stanie, na ulicy rozległ się wielki krzyk cygańskich kobiet zebranych pod komendą, do których dotarła informacja, że podczas rozmowy zatrzymany został przez policjantów zmasakrowany. Byłem niesamowicie wściekły i z miejsca udałem się do tego pokoju, aby sprawę wyjaśnić. Zastałem w nim Andrzeja i Alka, dwóch lub trzech miejscowych, oraz dwóch policjantów z wydziału kryminalnego KWP we Wrocławiu. Okazało się, że w trakcie najnormalniejszej rozmowy z zatrzymanym do pokoju weszło tych dwóch kolegów z Wrocławia, z którymi zresztą umówieni byliśmy na jakieś wspólne działanie. Jeden z nich widząc siedzącego na krzesełku Cygana, zaraz po wejściu z miejsca strzelił go z pięści w oko, tak pechowo, że rozciął mu bardzo głęboko łuk brwiowy. Stało się to w momencie, kiedy chłopaki ze Świdnicy już się praktycznie z tym Cyganem dogadali i mieli zakończyć sprawę, a następnie odkonwojować go do Aresztu Śledczego na ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu. Zrobiło się wielkie halo, a chłopaka trzeba było zwieźć do chirurga, aby mu ten obficie krwawiący łuk brwiowy zaszył. Zanim przywieziono go z powrotem ustalono, że tego Cygana to my mamy dostarczyć do AS, a po drodze jakoś się z nim dogadać, aby mnie wnosił skargi o pobicie. Osobiście p;rosił mnie o to ówczesny naczelnik wydziału kryminalnego KWP we Wrocławiu, czyli wówczas mój przełożony. Załadowaliśmy zatem chłopaka do naszego „cywilnego” poloneza i ruszyliśmy do tego aresztu. Nie bardzo wiedziałem jak się do tematu zabrać, bo miałem świadomość, że ten policjant z Wrocławia (do dziś pamiętam, kto to był) dopuścił się najzwyklejszego na świecie przestępstwa z powodów rasistowskich, co mi się naprawdę bardzo nie podobało. Alek siedział na przodzie obok Andrzeja, a ja z tym Cyganem z tyłu. On mnie oczywiście dobrze znał, bo znali mnie wszyscy Cyganie ze Świebodzic i Ziębic dlatego, że swego czasu prowadziłem negocjacje ze skinami z tych miast, aby doprowadzić do zaprzestania wojny cygańsko-skinhedzkiej, co mi się zresztą udało i byłem dosyć popularny w ich środowisku. Kazałem mu opowiedzieć, co i jak się stało, a następnie spytałam się, czy będzie składał skargę. Wówczas on, ku mojemu i kolegów zdumieniu, oświadczył, że nikogo nie będzie skarżył i niczego nie będzie zeznawał, że on po prostu spadł ze schodów i ten łuk sobie rozbił o poręcz, kiedy schodził po schodach ze skutymi rękami. Na pytanie dlaczego tak chce postąpić, odpowiedział, że boi się późniejszej zemsty ze strony tych wrocławskich policjantów i che mieć święty spokój. Zawieźliśmy do na Kleczki i z przygodami (o czym kiedyś jeszcze napiszę) oddaliśmy go Straży Więziennej. Następnie poinformowałem naczelnika, że Cygan nie będzie się skarżył, ale oczywiście nie przekazałem powodów jakie mi wyłuszczył. Tak więc wszyscy byli przekonani, że to my (nasza trójka) tak na niego wpłynęła, a myśmy nie uważali za konieczne, by ich z błędu wyprowadzać.

Historia ta przypomniała mi się w kontekście ostatniego (dobrze by było, aby faktycznie ostatniego) procesu o pobicie, który relacjonuję w DB 2010 z 30 listopada br. (załącznik).