1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

   Od dawna policjanci zajmujący się najgroźniejszymi rodzajami przestępczości wiedzą, że w zasadzie skończyła się era porwań za okupem, wymuszeń haraczów, czy napadami na TIR-y wiozące różne towary. Przestępcom się to po prostu już nie opłaca, bo świat się zmienia, więc i metody dojścia do łatwych, ale wielkich, pieniędzy też musiały ulec zmianie. Teraz przestępcza elita zarabia na wyłudzeniach podatku VAT, handlu narkotykami, czy prowadzeniem sieci kasyn i agencji towarzyskich. Tam są wielkie pieniądze, a odpowiedzialność relatywnie mniejsza niż w przypadku bandyckich napadów z bronią. Siłą rzeczy ten mniej elitarny świat przestępczy składa się z reguły z intelektualnego badziewia, które dokonuje w dalszym ciągu prostackich skoków, napadów, a także pospolitych oszustw i wyłudzeń.

Do takiej właśnie grupy należał (należy) frajer, który 23 marca usiłował naciągnąć mnie na ograny niesamowicie numer "na policjanta". Jakim prostakiem być trzeba, aby sądzić, że ktoś się jeszcze da nabrać, zwłaszcza, że trzy próby z 22 marca skończyły się fiaskiem. Oczywiście jeżeli wierzyć pani oficer prasowej KMP w Wałbrzychu, która opowiada o trzech usiłowaniach.

Rozmawiając z tym frajerem z trudnością powstrzymywałem się, aby się w głos nie roześmiać i pokazać mu, że za głupi jest, aby się brać za taką mistyfikację. Bardzo to prymitywne było, a wyglądało mniej więcej tak:

- Nazywam się Andzrej Dąbrowski z komendy na Mazowieckiej 2. Wie pan gdzie jest taka komenda?

- Oczywiście, wiem.

- No to my wiemy, że jeden pracownik banku i kobieta z drugiego banku mają skan pańskiego dowodu i znają pański numer konta i będą chcieli podjąć z niego większą kwotę pieniędzy i dlatego dzwonię do pana, bo musimy działać. Czy pan mnie rozumie?

- A z jakiego banku - zapytałem celowo, aby frajera trochę zdekoncentrować, bo na 100% nie miał pojęcia w którym banku mam otwarte konta.

- O tym później - potrzebował chwili czasu, aby się nie zdekonspirować. Ale to była moja pierwsza celowa wrzutka, chociaż czyniłem to ostrożnie, aby go nie spłoszyć - Teraz podam panu mój numer identyfikacyjny. Mój numer identyfikacyjny jest 204482 - poinformował mnie bardzo niegramatycznie.

- Czy pan mnie rozumie? - zadał mi to pytanie już chyba z 4 lub 5 raz.

Dlaczego się pan mnie wciąż pyta, czy rozumiem, przecież chyba nie jestem dzieckiem - trochę mnie zaczął irytować.

Po tej uwadze, znów na chwilę się zapowietrzył, ale dosyć szybko się opanował.

- Pytam się, bo to jest ważne, bo musimy razem z panem działać.

- Rozumiem - odpowiedziałem, chociaż to jego wyjaśnienie było po prostu idiotyczne, ale aby nie spłoszyć frajera, rozmowę ciągnęłam dalej.

- Teraz ja się rozłączę, a kiedy usłysz pan dźwięk rozłączenia, niech wybierze pan numer 997 i tam się zgłosi pogotowie i niech pan poda moje nazwisko i ten numer identyfikacyjny, aby policja sprawdziła czy taki ktoś pracuje. Jak sprawdzi to przekieruje rozmowę na mnie. Czy mnie pan rozumie?

Całą te rozmowę nagrywałem na dyktafon od momentu kiedy powiedział, że chodzi o przekręt z moja kasą, jaki mi grozi. Bo wtedy już wiedziałem z kim mam do czynienia. Kiedy usłyszałem dźwięk świadczący niby, że rozmówca się wyłączył, również się rozłączyłem. Wiedziałem, że nie odpuści i zadzwoni, a wtedy ja się wytłumaczę, że z nerwów coś mi się pokręciło i wyłączyłem się odruchowo.

Po chwili dzwonek telefonu potwierdził moje przekonanie, że zadzwoni, ale nie odbierałem, bo już rozmawiałem z "komórki" z oficerem dyżurnym KMP. Ten fragment opisuje w felietonie "Mój ci on, czy nie mój" (załącznik - DB2010).

Kiedy wreszcie odebrałem telefon odezwała się jakaś panienka:

- Pogotowie dyżurne policji, słucham.

- Jak to pani słucha, kiedy to pani do mnie zadzwoniła. Czy pani nie wie, po co do mnie dzwoni - zapytałem się, aby grać na czasie, być dać prawdziwym policjantom możliwość podjęcia działań.

- Pogotowie dyżurne policji, słucham - powtórzyła, nie wiedząc zapewne jak ma zareagować, bo wyłączając się popsułem im przygotowany scenariusz.

- No to, czego pani ode mnie chce - dalej się drażniłem, ale nie mogłem przeciągać struny, więc po chwili udałem, że się nagle domyśliłem, iż chodzi o policjanta o nazwisku Andrzej Dąbrowski. Podałem te dane, aby sprawdziła, czy to jest faktycznie funkcjonariusz. Już po kilku sekundach potwierdziła mi, że jest.

- Tak, to jest policjant.

- A z jakiego wydziału ? - wypaliłem niespodziewanie.

W słuchawce zapadła cisza, ale po sekundzie usłyszałem cichy głos: powiedz mu, że to jest policjant i ma się go słuchać. Oczywiście, panienka zaraz mi to powtórzyła, a ja już nie dociekałem o to, jaki wydział Andrzej Dąbrowski reprezentuje.

Kiedy już mnie z nim niby połączyła, gra rozpoczęła się ponownie. Frajer ponownie uraczył mnie opowiastką o planowanej przestępczej akcji i czym to może mi grozić.

- Ma pan w swoim domu trzy telefony stacjonarne ...

- Trzy telefony stacjonarne - zdziwiłem się - nie nie mam.

- Nie ma pan? - teraz to on był zaskoczony - no, widzi pan, jest pan na podsłuchu - zakończył głupkowato i bez sensu.

- A czy do pana ktoś w ostatnim czasie dzwonił z banku?

- Nie, nie dzwonił.

- To oni mają pana na podsłuchu - stwierdził i zaczął coś tam mi tłumaczyć. Wykorzystując to odszedłem na bok i zapytałem się cicho dyżurnego, czy słyszy i gdy potwierdził, uspokojony podszedłem znów do leżącego na biurku przy komputerze telefonu stacjonarnego.

- Wie pan, myśmy ustalili, że ma pan w domu większą gotówkę i musimy ją szybko zabezpieczyć - frajer zaczynał przechodzić do konkretów, a ja zastanawiałem się, jak sprawę rozegrać, bo wiedziałem, że jeżeli potwierdzę, że mam większa kasę, to on lub oni pojawia się u mnie błyskawiczne. Wprawdzie położenie na glebę jednego czy dwóch frajerów nie było dla mnie jakąś nowością, ale musiałem mieć czas, aby moją "tetetkę" wyciągnąć z pancernej skrytki i załadować magazynek. Jednakże szybko zrozumiałem, że tym stwierdzeniem frajer otworzył mi możliwość takiego poprowadzenia tej gry, które da możliwość policjantom dojechania na miejsce i zrobienia zasadzki.

- Jaką gotówkę? Mam w mieszkaniu może ze 100 zł. Nie trzymam pieniędzy w domu - odpowiedziałem.

- Nie ma pan pieniędzy?

- Mam, ale w banku przecież - chciałem tak poprowadzić rozmowę, aby mu zaproponować, że polecę do bankomatu i tyle ile się da wyciągnę, aby chociaż tyle uratować. Miałem mu zamiar powiedzieć, że mam limit na 5000 zł dziennie i na pewno by się na taka kasę połakomił.

W tym momencie odezwał się dyżurny z KMP, informując mnie, że już wysyła grupę, a mnie o mało szlag nie trafił, bo zdałem sobie sprawę, że frajer mógł to usłyszeć, albowiem zapomniałem wyłączy w telefonie komórkowym tryb głośnego mówienia.

- Hm ... no to my przyjedziemy i tę stówkę też zabezpieczymy.

- Dobrze, ale ...

- To po coś pan dzwonił na policję. Mówiłem panu, aby pan nie dzwonił. Oni teraz panu podeślą fałszywych policjantów i będziesz miał pan teraz kłopoty.

- Jak to dzwoniłem? Dzwoniłem do pana przecież - starałem się jeszcze ratować sytuację, ale wiedziałem, że frajer już tylko zaczyna ze mną pogrywać, bo jego głos stawał się coraz bardziej agresywny - to z kim ja rozmawiam do cholery - udawałem, że zaczynam się denerwować.

- Po coś dzwonił na tych fałszywych ....

Doszedłem do wniosku, że ta rozmowa nie ma już żadnego sensu, bo frajer na pewno usłyszał informacje od dyżurnego.

- A wiesz frajerze do kogo zadzwoniłeś? Bo nawet tego nie sprawdziłeś. A zadzwoniłeś do policjanta - tu wrzuciłem mu sporą dawkę bluzgu, bo mnie nerwy poniosły. On odwdzięczył mi się podobną wiązanką, więc zakończyłem rozmowę.

Oczywiście, to co powyżej, to tylko próba odtworzenie tej rozmowy z pamięci, bo faktycznie zawierała ona kilka innych wątków i trwała dosyć długo, ponieważ starałem się ją przeciągać na tyle, na ile się da.

Reszta historii w felietonie w DB 2010.