1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

   13 grudnia 2021 roku minęło 40 lat o dnia, w którym w Polsce wprowadzony został, obowiązujący na terenie całego kraju, stan wojenny, który najpierw 31 grudnia 1981 r. został zawieszony i zniesiony z dniem 22 lipca 1983 r. Na jego temat napisano w Polsce i świecie tysiące różnych tekstów, ale tylko niektóre z nich (myślę, że się nie pomylę mówiąc o wielkości liczonej w promilach) przyczyny jego wprowadzenia, przebieg i skutki, przedstawiają w sposób obiektywny, oparty na istniejących materiałach źródłowych, w których zawarty jest prawdziwy obraz tamtych dni. W narracji jaka w Polsce została przyjęta, dominuje przekaz, że stan wojenny był wypowiedzeniem przez tzw. komunę wojny narodowi polskiemu, że była to wojna jaruzelsko-polska, i że była to wojna zbrodnicza.

W rzeczywistości było zupełnie inaczej, a prawda o tamtych czasach została skutecznie wymazana i wyparta z świadomości znacznej liczby Polaków, co najbardziej widoczne jest w grupie urodzonych w latach po stanie wojennym, a już szczególnie tych, którzy swoją świadomą przygodę z rozumem zaczęli w latach, kiedy już ani PRL, ani PZPR od dawna nie było. Wiele już razy na łamach tygodnika DB2010 o stanie wojennym pisałem i za każdym razem spotykałem się ze wściekłą nagonką tych, których na własny użytek nazywam „kombatantami nienawiści”, a którym zdaje się, że z racji tej, iż w wyniku prowadzonej (na różną skalę) działalności związkowej (w Solidarności), posiedli całą dostępną wiedzę, dotyczącą genezy i przebiegu stanu wojennego i tylko ich prawda jest najprawdziwsza, bo jest prawdą świętą.

Zajmując się analizą wszelkich okoliczności związanych ze stanem wojennym, który przeżyłem osobiście jako funkcjonariusz wydziału kryminalnego ówczesnej Komendy Wojewódzkiej MO w Wałbrzychu, zauważyłem, że dziś najbardziej aktywni są ci „kombatanci nienawiści”, którzy w tamtych czasach znaczyli niewiele, będąc małoznacznymi członkami lub działaczami ówczesnego NSZZ Solidarność. Mówię o tych, o których w książce „Żyłem szczęśliwie” Aleksander Małachowski (współzałożyciel Solidarności i jej bardzo aktywny działacz) pisał: ”Zbyt często nadawali Solidarności ton ludzie wyrośli na krzyku, demagogi, którzy egzamin zdawali wyłącznie z gadania. Z uczciwością, z moralnością też bywało różnie”. Zresztą doskonale widać to i w dniu dzisiejszym i sam osobiście z takimi mam często bezpośredni lub pośredni kontakt.

Jak wyżej wspomniałem, o stanie wojennym pisałem w ciągu minionych lat wielokrotnie i dlatego nie chcę powtarzać tego, co już pisałem, ale na kilka najbardziej podstawowych problemów chciałbym jeszcze raz zwrócić uwagę, wierząc, że wśród czytelników DB 2010 znajduje się naprawdę szerokie grono takich, dla których to, co tu piszę nie będzie jawiło się jako jakaś terra incognita, trudna do rozumowego ogarnięcia.

Przechodząc więc do tematu (ad rem) podkreślam z całą stanowczością, że stan wojenny nie został wprowadzony po to, aby zniszczyć Solidarność (Okrągły Stół jest tego niezaprzeczalnym dowodem), lecz po to, aby uchronić Polskę, a tym samym wszystkich obywateli, przed niechybną „braterską” interwencją zbrojną ZSRR, NRD i CSSR, która wisiała nad nami już od połowy 1980 roku. Ale wówczas, z jakiś nieznanych do końca powodów, zgromadzone rosyjskie czołgi zostały w ostatniej chwili cofnięte. Drugi raz miało to miejsce marcu i kwietniu 1981 roku, w czasie kryzysu bydgoskiego i ćwiczeń wojskowych "Sojusz 81", kiedy to aby bratnią interwencję odciągnąć w czasie, w nocy z 3 na 4 kwietnia, w wagonie na bocznicy kolejowej w Brześciu, Kania z Jaruzelskim podpisali dokumenty, przewidujące wprowadzenie stanu wojennego. Trzecim, jeszcze bardziej groźnym momentem, był grudzień 1981 r., o czym wiadomo z fragmentów udostępnionych w Polsce stenogramów z posiedzenia biura politycznego KPZR z 10 grudnia 1981 roku, kiedy to przywódcy radzieccy zdecydowali, że wstrzymują się z interwencją, jednakże pod warunkiem, że Wojciech Jaruzelski załatwi to we własnym zakresie. Breżniew podczas osobistej rozmowy z gen. Jaruzelskim powiedział mu, że ma wziąć Solidarność za mordę, a jak trzeba będzie, to oni pomogą. Myślę, że groźby zawartej w tych słowach i ich znaczenia, tłumaczyć nikomu nie muszę.

Generał znał doskonale plany i przebieg operacji "Dunaj", która dotyczyła interwencji w 1968 roku w Czechosłowacji. Przeprowadzona została błyskawicznie, ponieważ wojsko czechosłowackie przebywało w koszarach, a więc praktycznie stało się bezbronne. Dlatego też, chcąc dać Moskwie do zrozumienia, że nie godzi się na zaproponowaną „bratnią pomoc”, rozkazał wyprowadzić z koszar pierwszoliniowe oddziały, które w pełnej gotowości bojowej skierowano na tzw. zapasowe punkty dyslokacji (w leśnych poligonach), a komandosi zablokowali pasy lotniska Okęcie oraz zamknięto polską przestrzeń powietrzną. Ponadto dla wszystkich jednostek Marynarki Wojennej ogłoszono pełną gotowość bojową, aby były przygotowane do natychmiastowego wyjścia w morze w pełnym uzbrojeniu. Także rakietowym. Pytanie, po co, jest pytaniem retorycznym, ponieważ chyba każdy wie, że Solidarności w lasach, w powietrzu i na morzu nie było. Nie miała przecież swoich leśnych oddziałów, samolotów bojowych i uzbrojonych jednostek pływających. Komu więc Wojsko Polskie miało się przeciwstawić w razie potrzeby?

Warto to sobie przemyśleć, ponieważ już na jesieni 1981 r. wokół Polski zgromadzono wiele dywizji radzieckich, czechosłowackich i enerdowskich, czekających tylko na rozkaz ruszenia przez granicę. Warto się zastanowić, dlaczego w wojskowych planach czechosłowackich i enerdowskich przewidziano utworzenie szpitali wojskowych i lądowisk dla lotniczego transportu medycznego. Nie sądzę, aby planiści obu armii założyli, że będą mieli dużą liczbę rannych w wyniku starć z bezbronnymi cywilami. Pozostałe jednostki wojskowe ześrodkowano w rejonach dużych miast, aby utrudniały ewentualne wejście jednostek armii sojuszniczych oraz w celu demonstracji siły, patrolowania i w razie potrzeby blokowania zakładów przemysłowych. Warto bowiem wiedzieć i pamiętać, że jeszcze przed 13 grudnia na teren Polski przybyły oficjalnie (planowane manewry Sojusz 81) „grupy rekonesansowe”, ale też tajnie zrzucono z samolotów grupy radzieckich komandosów, przygotowanych do ewentualnej walki, przejmowania budynków rządowych i dużych zakładów pracy w miastach, węzłów komunikacyjnych i transportowych. Jakoś dzisiejsi „komandosi nienawiści” nie są w stanie przyjąć do wiadomości (bo na pewno nie mają o tym pojęcia), że ZSRR był gotowy do siłowego zniszczenia Solidarności, ponieważ jej awanturnicza działalności (np. słynne Posłanie do narodów ZSRR) zagrażała stabilności ZSRR, a także bezpieczeństwu wojsk ulokowanych na terenie NRD. Bo to przez Polskę przebiegała główna linia komunikacyjna z NRD, gdzie stacjonowało 337 000 rosyjskich żołnierzy i ponad 200 tysięcy pracowników cywilnych, którym trzeba było dostarczyć nie tylko żywności i paliwa.

I właśnie z tego powodu Breżniew był gotowy nawet do utopienia Polaków w ich własnej krwi i właśnie temu zapobiegł Wojciech Jaruzelski, który chyba jako wojskowy najbardziej z tego zdawał sobie sprawę, albowiem towarzysze radzieccy jemu i Kani pokazali swoje tajne plany. I proszę uwierzyć na słowo, że Wojciech Jaruzelski i inni rządzący wówczas w PRL, nie Solidarności się bali, bo najbardziej bali się zbrojnej bratniej pomocy, szykowanej nam od wielu miesięcy w Moskwie.

PS.

Tym, którzy chcą znać całą prawdę, proponuję lekturę najnowszej książki Roberta Walenciaka „Gambit Jaruzelskiego. Ostatnia tajemnica stanu wojennego”.