1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

   Miałem zamiar raz jeszcze napisać o wojennej hekatombie jaką Ukrainie prezydent Rosji szykuje, ale postanowiłem dać sobie spokój, ponieważ przestało mnie rajcować komentowanie bredni, mimo że na dzień przed spotkaniem Putin – Biden jankescy spece od wywiadu (i wojny psychologicznej) znów dali głos, opowiadając o tym, iż mają niepodważalne dowody na to, że Rosja w styczniu uderzy na Ukrainę. Oczywiście Biden od razu publicznie zagroził Putinowi, że jak napadnie, to obłoży go sankcjami, więc kiedy amerykańska przepowiednia się nie spełni, Jankesi wszem i wobec ogłoszą chwałę swej potęgi, której Putin się wystraszył, przez co Ukraińcy mogą spać spokojnie. A jeżeli tak, to i Polacy z ulgą odetchną, że nie będą następną ofiarą „ruskiego agresora”. Amerykanie i Unia Europejska straszą Rosję sankcjami gospodarczymi, a tu się okazuje (o czym w Polsce raczej cicho), że sankcje te spowodowały między innymi to, że w Rosji odbudował się rodzimy przemysł rolno-spożywczy i obywatele tego kraju głodu nie cierpią, a producenci odnotowują coraz wyższe zyski. Gorzej jest w sektorze nowych technologii, ale sankcje w tym zakresie też wymusiły stopniowy jego rozwój. Generalnie przez te sankcję Rosja poniosła straty rzędu 50 mld USD, ale o wiele większe straty poniosła Unia Europejska, o czym mówią m.in. wyliczenia Izby Przemysłowo-Handlowej w Düsseldorfie, ogłoszone w 2020, z których wynika, że antyrosyjskie sankcje co roku kosztują Europę 21 mld euro, a najwięcej na ograniczeniach tracą Niemcy, bo 5,45 mld euro rocznie.

A komu to się najbardziej opłaca? Ano Stanom Zjednoczonym, którym zależy na tym, aby UE jak i Rosja ekonomicznie nie stanowiły dla nich jakiegokolwiek zagrożenia. Przypomnę tutaj słowa Henry'ego Kissingera (powtórzone po latach przez uwielbianego przez polską prawicę Zbigniewa Brzezińskiego), że Stany Zjednoczone nie mają ani przyjaciół, ani wrogów, bo Stany mają jedynie swoje ekonomiczne i polityczne interesy, rozsiane po całym świecie, których zawsze będą bronić wszelkimi dostępnymi im środkami. Także militarnymi.

Piszę o tym dlatego, że wczoraj rozpętało się w mediach (TVN24 i inne tzw. antypisowskie) istne piekło, spowodowane wywiadem, jaki znana francuska nacjonalistka Marine Le Pen udzieliła „Rzeczpospolitej”, w którym m.in. powiedziała, że Ukraina „należy do sfery wpływów Rosji” i „próbując naruszyć tę strefę wpływów, tworzy się napięcia i lęki”. Jak wiadomo dwa dni była ona niesamowicie fetowana przez Mariusza Morawieckiego, który jako premier RP podejmował ją tak, jakby była prezydentem Francji, przez co zdaje się naruszył w sposób istotny powagę protokołu dyplomatycznego, obowiązującego w całym cywilizowanym świecie. A ponieważ z wielką rewerencją do tej pani odnosił się sam Prezes, który na 4-go grudnia zwołał na zlot do Warszawy przedstawicieli nacjonalistycznych i populistycznych partii z całej Europy, to wśród głosów oburzenia znalazły się i takie, które głosiły wręcz zdradę stanu. Jak wiadomo chyba każdemu czytelnikowi DB 2010, nie jestem zwolennikiem ani PiS, ani Prezesa, ani też żadnej innej polskiej (i zagranicznej oczywiście) partii trącącej nacjonalizmem i ksenofobią, ale uważam, że każda legalnie istniejąca partia ma prawo zapraszać na spotkania wszystkie inne, również legalnie istniejące, o zbliżonej ideologii.

Z tego co jest mi wiadomym, to zdecydowana większość partii reprezentowanych na zlocie w Warszawie ma swoich przedstawicieli (eurodeputowanych) w Parlamencie Europejskim, więc nie bardzo rozumiem, o co ten wielki krzyk podniesiony przez opozycję. Jak chce Prezes panią Le Pen w rączusie cmoknąć i posłuchać, co ma mu do powiedzenia w kwestii możliwości rozwalenia Unii Europejskiej, a żadne prawo mu tego nie zabrania, to niech sobie w rączkę cmoka i planów „rozwałki” słucha.

Znane jest w świecie powiedzenie, przypisywane Wolterowi, wielkiemu francuskiemu myślicielowi, że „nie zgadzam się z tym co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć”. I właśnie po to mamy demokrację, aby każdy miał miał prawo mówić, co uważa za słuszne. Inna rzecz, czy faktycznie jest to słuszne, ale jest to już kwestia ocenna, wynikająca z wyznawanych poglądów, z którymi przecież nie każdy musi się zgadzać. I tu muszę wrócić do tej słynnej już wypowiedzi Mari Le Pen dla „Rzeczpospolitej”. Jakiś czas temu Joe Biden powiedział, że Stany Zjednoczone nie pozwolą nikomu (o ile dobrze pamiętam, chodziło o Chiny) na naruszenie swoich ekonomicznych i politycznych interesów niezależnie od tego, w jakich częściach świata są ulokowane. A USA takie interesy mają w całym świecie, co z tej wypowiedzi jednoznacznie wynikało. I jakoś nie przypominam sobie, aby te słowa wywołały w Polsce czyjekolwiek oburzenie, bo przyjęto je wręcz z wiernopoddańczym zadowoleniem, albowiem wiadomo … ekonomiczne i polityczne (militarne) interesy USA, według „prawdziwych patriotów” spod gwiazdy każdej opcji politycznej bez wyjątku (no, poza jedną, którą Ziobro chce zdelegalizować), będą stanowić gwarancję naszego bezpieczeństwa. I żadnej z tych partii, również tej dowodzonej przez Prezesa, nie przeszkadza, że stacjonowanie na terytorium Polski amerykańskich wojaków, nota bene wyłączonych spod jurysdykcji polskiej prokuratury i sądów, jest znacznym ograniczeniem naszej suwerenności, którą tak wszyscy niby namiętnie kochamy.

Jeżeli więc godzimy się, ba, żądamy nawet, aby Stany Zjednoczone miały swoje strefy wpływów, to dlaczego tak warczymy głośno, kiedy jest mowa o podobnych strefach wpływów (interesów ekonomicznych i politycznych) Rosji czy Chin? Interesem politycznym i militarnym Rosji jest, aby wojska NATO i wszelka wojskowo-wojenna infrastruktura była jak najdalej od jej granic i Putin, tak samo jak Biden, ma prawo o to dbać, ponieważ leży to w żywotnym interesie tego państwa. Od dawien dawno w całym cywilizowanym świecie obowiązuje zasada tak zwanej retorsji, czyli symetryczne, zgodne z prawem międzynarodowym, adekwatne zachowanie się jakiegoś państwa, jako odpowiedź na nieprzyjazne działanie innego. Nie ma więc nic dziwnego i nieprzyjaznego w słowach Mari Le Pen, że próbując naruszyć tę strefę wpływów Rosji, tworzy się napięcia i lęki, bo naruszenie żywotnych jej interesów faktycznie potęguje groźbę konfliktów zbrojnych.

Przypomnę niegdysiejszy „kryzys kubański”, wywołany tym, że ZSRR naruszył strefę wpływów USA, co realnie zagroziło wybuchem wojny atomowej. Zastanawiam się, co powiedziałby Biden, gdyby Rosja na prośbę Wenezueli wysłała tam swoich żołnierzy i zaczęła instalować wojskową infrastrukturę, z uwagi na to, że USA uznały samozwańczego prezydenta Juana Guido, który w 2018 r. wezwał armię, aby wystąpiła przeciwko legalnemu rządowi prezydenta Maduro. Jak wiadomo armia go nie posłuchała za wyjątkiem 27 żołnierzy Gwardii Narodowej. Tak samo Rosja uznała samodzielność powstałych w 2014 roku Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, które po przeprowadzonym referendum niepodległościowym ogłosiły swoją niepodległość. Przypomnę, że w podobny sposób powstała Republika Kosowa, która swoją niepodległość ogłosiła 17 lutego 2008 roku, której legalność 22.07.2010 r. potwierdził Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze, ogłaszając, że prawo międzynarodowe nie nie zabrania takich deklaracji. Jeżeli więc legalnie istniejąca Republika Doniecka i Ługańska zwraca się do Rosji o pomoc gospodarczą i wsparcie militarne, to żywotne interesy Rosji nakazują jej udzielić pomocy. Oczywiście taka pomoc wojskowa zostanie uznana przez Ukrainę za agresję, co ochoczo podchwyci Biden, a zanim, jak za panią matką, cała tak zwana demokracja zachodnia. A mnie się to nie podoba, nie dlatego że jakoś szczególnie lubię Putina (bo nie lubię), lecz dlatego, że lubię tak jak Wolter, równe traktowanie wszystkich.