1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

No i jak przewidywałem, ba, czego byłem pewny, ruska nawała na Ukrainę nie runęła i długo nie runie, aż do czasu kiedy z podpuszczenia CIA (tak jak w Osetii Południowej w sierpniu 2008 r.) Ukraina nie zaatakuje Ługańskiej i Donieckiej Republiki Ludowej, które ogłosiły swą niepodległość w taki sam sposób, jak uczynili to 17.02.2008 r. Albańczycy zamieszkali w serbskim Kosowie i co zostało 22.07.2010 r. usankcjonowane wyrokiem Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. Wyrok ten prawomocnie stwierdził, że jednostronna deklaracja niepodległości Kosowa z 2008 roku nie narusza prawa międzynarodowego. Jeżeli więc deklaracja kosowska była zgodna z tym prawem, to dlaczego ługańska i doniecka nie może korzystać z tych samych praw? Myślę, że w każdym państwie naprawdę szanującym zasady demokracji i prawa międzynarodowe, takie pytanie w ogóle nie powinno paść, ale niestety, słowo demokracja coraz częściej jawi się w przestrzeni publicznej już tylko jako puste hasło, nie zasługujące na jakiekolwiek zainteresowanie. Smutne to, ale coraz bardziej prawdziwe.

 Ponieważ do wróżonej (jak się okazało z fusów) agresji nie doszło, więc tak jak zakładałem, podniosły się głosy, że Putin się wystraszył i na razie jego działa milczą, ale na pewno jest to tylko taka zagrywka wrednego kagiebisty. Najdobitniejszym tego wyrazem była wypowiedź sekretarza stanu USA Blinkena, jaka padła w rozmowie z ministrem spraw zagranicznych Rosji Ławrowem, podczas trwających w dniach 2-3 grudnia br. obradach Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), że Stany Zjednoczone mają twarde dowody na to, że Rosja w najbliższym czasie takiej agresji na Ukrainę jednak dokona.

Problem w tym, że mimo tak zdecydowanej wypowiedzi, amerykański dyplomata żadnego marnego nawet dowodu światu nie przedstawił, a wydaje się, że gdyby takim dysponował, powinien tak postąpić, aby Ławrowa postawić w kącie i zmusić do udowadniania, że Jankesi się mylą, bo te ich „dowody” mają taką samą wartość, jak „dowody” w sprawie broni chemicznej i biologicznej przedstawione kiedyś przez Collina Powella Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Były to dowody wskazujące, że została ona ukryta przez reżim Saddama Husejna. Pisałem o tym w ubiegłym tygodniu, więc nie będę się powtarzał, poza przypomnieniem, że mimo zakrojonych na wielką skalę poszukiwań, żadnej tego rodzaju broni w Iraku nie odnaleziono. Nota bene, broni dostarczonej Husejnowi przez Stany Zjednoczone w czasie, gdy przez Waszyngton zaliczany był do kręgu największych amerykańskich przyjaciół na Bliskim Wschodzie.

Ławrow natomiast przypomniał Blinkenowi, że to oni łamią zawarte wcześniej porozumienie, iż po zjednoczeniu Niemiec i rozwiązaniu Układu Warszawskiego, NATO nie będzie się rozszerzało „na wschód”. Wprawdzie dziś wrodzy lub tylko nieprzychylni Rosji politycy i dziennikarze twierdzą, że żadnych takich gwarancji nie było, ale te zaprzeczenia są tego rodzaju, jak zaprzeczenie złapanego za tzw. rękę złodzieja, który twierdzi, że to nie jego ręka. Owszem, prezydent Bush nie gwarantował prezydentowi Gorbaczowowi na piśmie tego, że NATO nie będzie się zbliżało go granic ZSRR (Rosji), ale dał takie ustne gwarancje, a przecież w USA panuje respektowany przez wszystkich zwyczaj, że umowy słowne mają taką samą wartość jak te zawarte na piśmie.

Gwarancje te, chociaż w sposób dorozumiany, zostały potwierdzone w oficjalnym porozumieniu NATO-Rosja, jakie w maju 1997 roku Borys Jelcyn zawarł z NATO w Paryżu. Zresztą nie o to chodzi, bo chyba dla każdego średnio rozwiniętego osobnika zrozumiałym jest, że każde państwo negocjując jakieś nowe rozwiązania, zawsze będzie starało się uzyskać dla siebie jakieś gwarancje zabezpieczające jego najistotniejsze interesy. Dziwić więc powinno, iż ktoś może wątpić, że ZSRR (Gorbaczow) godząc się na zjednoczenie Niemiec i rozwiązanie Układu Warszawskiego oraz na odzyskanie pełnej suwerenności państw-członków tego paktu oraz ustanowienia niepodległości niektórych republik ZSRR, nie zgłaszał żadnych żądań dotyczących ewentualnego rozszerzania się NATO na te państwa. Gorbaczow wierzył, że „pacta sunt servanta”, czyli zawarte umowy zobowiązują i ze swoich – również ustnych – wywiązał się nawet z niepotrzebnym nadmiarem. Jak czas pokazał, nie wszyscy tak myśleli.O tym, że Rosja zdradziecko zaatakuje Ukrainę Amerykanie i polscy politycy (Tusk, Sikorski) ogłaszali już kwietniu 2014 roku, kiedy Rosja w odpowiedzi na planowane wspólne manewry wojskowe Ukrainy i NATO (Rapid Trident 14), zgromadziła w pobliżu Ukrainy swoje znaczne siły wojskowe. Już wówczas szef rosyjskiego MSZ Ławrow oznajmił, że wojska rosyjskie odejdą znad granicy z Ukrainą, gdy się te manewry zakończą i powołał się na zasady zawarte w deklaracji Rzymskiej, na mocy której powstała Rada NATO-Rosja. Deklaracja ta głosiła, że „nie powinno być stałej dodatkowej obecności wojskowej sił NATO na terytorium krajów wschodnioeuropejskich”. Obecnie (01.12.2021) prezydent Putin powiedział, że Rosja będzie nalegać w rozmowach z USA i NATO na opracowanie porozumień, które wykluczałyby rozszerzenie Sojuszu Północnoatlantyckiego na wschód i rozmieszczanie w pobliżu granic Rosji "zagrażających jej systemów uzbrojenia. A więc nie o wojnę Putinowi chodzi, tylko o wywarcie pewnej presji, aby zmusić USA i NATO, do szybkiego i skutecznego porozumienia. I dlatego organizuje im pokaz siły, z którą USA muszą się liczyć.

O tym, że również Jankesom nie w smak jest to, że obce państwo pod ich nosem funduje sobie swoje wojenne instalacje oraz infrastrukturę, świat przekonał się przed laty w czasie tzw. kryzysu kubańskiego (16 -27.10.1962), kiedy USA odkryły obecność na Kubie radzieckich rakiet średniego zasięgu. Ówczesny prezydent USA Kennedy wprowadził blokadę morską Kuby i skierował do ZSRR żądanie wycofania rakiet, a obie strony postawiły w stan najwyższej gotowości atomowe siły strategiczne, co groziło wybuchem wojny jądrowej. Doskonale pamiętam, jak moja mama, która wraz z moim ojcem przeszła bojowy szlak od Lenino do Berlina, płakała po nocach, że znów będzie wojna i ojciec będzie musiał brać w tym udział. W tym czasie już od roku był słuchaczem Akademii Sztabu Generalnego w Warszawie i zapewne na tę wojnę pojechałby w pierwszym rzucie. Ale na szczęście Kennedy dogadał się z Chruszczowem, który zgodził się na usunięcie rakiet, a Kennedy obiecał w zamian, że Amerykanie nie dokonają inwazji na Kubę, oraz prywatnie zapewnił, że wycofają swoje rakiety z Turcji, czego oczywiście nie spełnił, tak jak amerykańscy prezydenci nie spełnili słownej obietnicy danej kiedyś Gorbaczowowi.

Tymczasem wczoraj (05.12.2021) ponownie usłyszałem zapewnienia padające z ust jankeskich generałów oraz pisowskich przedstawicieli władzy, że Rosja napadnie na Ukrainę na początku stycznie 2023, przez co i my Polacy bać się okrutnie ruskiej inwazji musimy. Mam więc osobistą prośbę, do całej polskiej klasy politycznej (podkreślam szczególnie, że całej), aby przestałą wreszcie pieprzyć (sorry za kolokwializm) bzdury, albo – jak mawiał Walduś Kiepski – opowiadać głupie głupoty - bo niby dlaczego ruskie mają napaść na Polskę? Co Polska ma, czego Rosji brakuje? Bo chyba nie o Kaczyńskiego im chodzi (mają lepszego), a nawet jeżeli tak, to myślę, że większość Polaków z chęcią go ruskim odda. Za darmo.