1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

 Jest rzeczą oczywistą, że w aktualnej sytuacji SLD nie miał raczej wyboru i aby nie ryzykować utraty miejsc w Parlamencie Europejskim, zdecydował się na przystąpienie do Koalicji Europejskiej. Z oporami, ale się z tym musiałem pogodzić, jako że zawsze byłem realistą i starałem się kierować rozumem, a nie emocjami. Niekiedy bywa to trudne, ale zawsze wówczas trzeba mieć na uwadze długofalowe skutki podejmowanych decyzji. W sytuacji, w jakiej postawił Polskę prezes Jarosław, lepszego wyjścia nie było.

Oczywiście można mieć – i ja mam – do SLD pretensje, że w tak głupi sposób zmarnotrawił olbrzymie poparcie, jakie uzyskał zaraz po tym, kiedy ludzie odczuli na własnej skórze, czym jest XIX-wieczna forma kapitalizmu, a taki nam „Solidarność” pospołu z Balcerowiczem, na początku lat 90-tych, zafundowała. Przejmując ster rządów, ze strachu przed prawicową opinią publiczną (pamiętne: Lewicy wolno mniej), a także po części z własnych merkantylnych interesów niektórych swych prominentnych członków, Sojusz stosunkowo szybko i łatwo zapomniał, że był partią stającą w obronie słabszych ekonomicznie obywateli, żyjących z pracy własnych rąk i umysłów. Zbyt szybko stał się partią liberalną i to go zgubiło.

Obecnie, znajdując się w zasadzie na obrzeżach polskiej sceny politycznej, musi robić wszystko, aby z niej na zawsze już nie zniknąć. A jedynym na to sposobem, jest przyłączenie się do silniejszego, licząc na to, że w parze z nim, uda mu się coś dla siebie ugrać. Ale myślę, że w SLD wiedzą, że taki „myk” można i należało zrobić w przypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego, ale jeżeli chodzi o wybory do parlamentu krajowego, to aby marnie nie zginać, musi pójść pod własnym szyldem.

Dlaczego? O tym przy następnej okazji.