1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

 Rację ma ten, kto ma władzę, czyli rządzi. To hasło typowe dla rządów totalitarnych, dla których słowo „demokracja” jest równoznaczne z buntem, ponieważ demokracja łączy się nierozerwalnie z równością praw i obowiązkiem ich szanowania niezależnie od pozycji społecznej, majątkowej lub politycznej. W państwach demokratycznych nie tylko z szyldu, odwrotnie niż w państwach totalitarnych, czy choćby tylko autorytarnych, szczególny obowiązek przestrzegania prawa spoczywa zwłaszcza na osobach pełniących funkcje państwowe i społeczne. Wszelakie funkcje. Dlatego też wydawałoby się, że kto jak kto, ale przedstawiciele i funkcjonariusze organu administracji państwowej jakim jest komendant Policji (każdego szczebla) na przestrzeganie prawa szczególnie winni być uczuleni, zwłaszcza kiedy chodzi o nich samych.

Niestety, tak się porobiło, że spora liczba policyjnych decydentów prawo egzekwuje tylko wtedy, kiedy dotyczy to Obywateli, ale kiedy obowiązek jego przestrzegania dotyczy ich samych, ma je w pewnym szczególnym miejscu, a mówiąc konkretnie i kolokwialnie, ma to po prostu w dupie. Niestety podejście takie udziela się ich podwładnym i mamy to, co mamy. Na szczęście w policyjnych szeregach można jeszcze spotkać takich funkcjonariuszy, którzy do tej służby poszli nie dlatego, że gwarantowała ona stałość zatrudnienia i płacy, ale dlatego, że mieli poczucie pewnej misji, połączonej na pewno z chęcią wykonywania naprawdę męskiej roboty, podnoszącej wprawdzie poziom adrenaliny, ale dającej satysfakcję z faktu, że stoi się na straży prawa, przez co tym samym reprezentuje się powagę państwa i jego władczy charakter.

Moja i moich kolegów przygoda z Obywatelem N., jest typowym przykładem takich właśnie decydentów, którym się w głowach ciut pomieszało od nadmiaru wrażeń, wywołanych możliwością stosowania atrybutów władczego charakteru państwa. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że ich czas powoli zbliża się do końca i będą się wkrótce ze wszystkich swoich „dokonań” dokładnie rozliczać. A wtedy ja i moi koledzy spytamy się publicznie, a być może nawet za pośrednictwem prokuratora i sądu, dlaczego wzywając nas do składania zeznań w sprawie przestępstwa, jakie faktycznie nie zaistniało, kazali policjantom przesłuchiwać nas w tzw. trybie z uprzedzeniem, czyli w trybie art. 183 § 1 k.p.k. (prawo do odmowy udzielenia odpowiedzi na pytanie, jeżeli udzielenie odpowiedzi mogłoby narazić jego lub osobę dla niego najbliższą na odpowiedzialność za przestępstwo), co stosuje się w przypadku tychże świadków, którym w danej sprawie zamierza się w przyszłości postawić zarzuty karne.

Uprzedzenie nas z tego właśnie artykułu, odbieramy jako niezawoalowaną groźbą postawienia nam jakichś zarzutów związanych z uporczywym nękaniem tego śmiesznego facecika, które nazywam Obywatelem N. I chociaż żaden z nas z jakimkolwiek nękaniem nie ma najmniejszego związku, to Obywatel N., mający dzięki rodzinnym koneksjom układy nawet w Niebie, wyobraża sobie, że jeżeli nawet nic konkretnego nie będzie można nam zarzucić, to przynajmniej może chociaż słabo ukrytych gróźb się wystraszymy. Nic z tego … płonne nadzieje. Nie takich kozaków się nie baliśmy Obywatelu N.

Zachęcam więc do przeczytania mojego felietonu z nr 16-go DB 2010 z 25.04.2019 (załącznik).

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (O takich których nawet Niebo wspierało- DB2010 25.04.2019.png)DB 2010 nr 16 z 25.04.2019