1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

 Przez wiele lat, a konkretnie w całym okresie mojej policyjnej aktywności, zajmowałem się ściganiem sprawców przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, i nigdy nie zdarzyło mi się (jak i moim z tamtych lat kolegom z wydziału), abym komukolwiek starał się przypisać przestępstwo, jakiego ten ktoś nie popełnił. Nikt z nas nigdy o takim czymś nawet nie pomyślał, chociaż na pewno ilość spraw przez nas niewykrytych zmalałaby drastycznie. Bo nie wszystkie sprawy w tamtych czasach udało się nam wykryć, co resztą jest rzeczą normalną w całym świecie. Jeżeli jednak ktoś będzie miał ochotę zarzucić mi kłamstwo, to proszę od razu o podanie konkretnych przykładów.

Dlatego też po odejściu na emeryturę, bez żadnej obawy o własne bezpieczeństwo, poruszałem się nie tylko po Wałbrzychu ale i całym kraju, „klamkę” pozostawiając w domu, bo miałem i mam świadomość, że po tym świecie nie chodzi żaden człowiek, który miałby do mnie pretensje, że go bezpodstawnie „zamknąłem” lub dobijałem mu jakieś fałszywe lub sfałszowane dowody jego winy. Nie miałem i nie mam też żadnych obaw przed ewentualną zemstą ze strony tych, których udało mi się wytropić, zatrzymać i następnie dać prokuraturze twarde dowody ich winy, przez co sądy mogły ich skazywać nie na podstawie jakichś marnych poszlak i świadków incognito lub koronnych, lecz właśnie tych twardych i rzeczywistych dowodów ich sprawstwa. Tak było … kiedyś.

Obecnie – już od wielu lat – zastanawiam się jak czują się lub czuć będą w momencie odejścia ze służby ci policjanci, którzy sprzeniewierzyli się złożonej dobrowolnie przysiędze, że będę stali na straży prawa, a więc w swych działaniach będą kierować się wyłącznie jego nakazami. A to oznacza, że nie będą tworzyli fałszywych dowodów czyjejś winy, nie będą składali fałszywych zeznań i nie będą stosować przymusu fizycznego i psychicznego, aby oczekiwane przez siebie zeznanie od kogoś uzyskać. I nawet nie chodzi mi o jakieś dylematy moralne, bo raczej zastanawiam się, czy nie będą obawiać się zemsty ze strony skrzywdzonych przez siebie ludzi, kiedy ci wreszcie kiedyś więzienne mury opuszczą. Doskonale bowiem wiem, że chęć zemsty jest niesamowitą siłą napędową i nie koniecznie musi się ogniskować na samych krzywdzicielach, lecz także na ich najbliższych, zwłaszcza tych najbardziej bezbronnych.

Do takich smutnych refleksji powróciłem już kolejny raz po tym, jak zająłem się sprawą Andrzeja Dackiewicza z Wałbrzycha (historię tę opisuję w odcinkach w wałbrzyskim tygodniku DB 2010 – załącznik), który ponad 3 miesiące spędził wśród groźnych przestępców, a po uchyleniu aresztu tymczasowego, nadal nie ma pewności, czy za kraty nie powróci. Boi się, chociaż nic złego nie uczynił, co ze wszelkich swych sił starają się organa ścigania przekazać dwie przesympatyczne starsze panie (83 i 92 lata), z których jedna ma być na mocy przekonania tychże organów ofiarą jego zbrodni, a druga bezpośrednim tego świadkiem. Zresztą żadnych innych świadków tej straszliwej zbrodni nie ma. Teraz te obie panie będą musiały przekonać o prawdzie sąd, ale i one wyrażają wielką obawę, że im się to nie uda. Zwłaszcza po tym, jak sąd uznał, że ich zeznania mogą być dla oskarżenia niekorzystne, więc będzie je przesłuchiwał w obecności psychologa. Zastanawiam się, czy nie podpowiedzieć jednej z nich (ma status oskarżyciela posiłkowego), aby złożyła wniosek, by pozostali świadkowie, których wskazała obrona (policjanci) również przesłuchiwani byli w takich samych warunkach. Bo wiadomo, że w swych zeznaniach będą się starali Andrzeja Dackiewicza obciążyć, a zeznania tych przemiłych pań całkowicie zdezawuować.

No cóż, pozostaje mi po raz kolejny za Cyceronem zawołać, O TEMPORA O MORES !!! Niestety, Przez wiele lat, a konkretnie w całym okresie mojej policyjnej aktywności, zajmowałem się ściganiem sprawców przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, i nigdy nie zdarzyło mi się (jak i moim z tamtych lat kolegom z wydziału), abym komukolwiek starał się przypisać przestępstwo, jakiego ten ktoś nie popełnił. Nikt z nas nigdy o takim czymś nawet nie pomyślał, chociaż na pewno ilość spraw przez nas niewykrytych zmalałaby drastycznie. Bo nie wszystkie sprawy zostały w tamtych czasach udało się nam wykryć, co resztą jest rzeczą normalną w całym świecie. Jeżeli jednak ktoś będzie miał ochotę zarzucić mi kłamstwo, to proszę od razu o podanie konkretnych przykładów.

Dlatego też po odejściu na emeryturę, bez żadnej obawy o własne bezpieczeństwo, poruszałem się nie tylko po Wałbrzychu ale i całym kraju, „klamkę” pozostawiając w domu, bo miałem i mam świadomość, że po tym świecie nie chodzi żaden człowiek, który miałby do mnie pretensje, że go bezpodstawnie „zamknąłem” lub dobijałem mu jakieś fałszywe lub sfałszowane dowody jego winy. Nie miałem i nie mam też żadnych obaw przed ewentualną zemstą ze strony tych, których udało mi się wytropić, zatrzymać i następnie dać prokuraturze twarde dowody ich winy, przez co sądy mogły ich skazywać nie na podstawie jakichś marnych poszlak i świadków incognito lub koronnych, lecz właśnie tych twardych i rzeczywistych dowodów ich sprawstwa. Tak było … kiedyś.

Obecnie – już od wielu lat – zastanawiam się jak czują się lub czuć będą w momencie odejścia ze służby ci policjanci, którzy sprzeniewierzyli się złożonej dobrowolnie przysiędze, że będę stali na straży prawa, a więc w swych działaniach będą kierować się wyłącznie jego nakazami. A to oznacza, że nie będą tworzyli fałszywych dowodów czyjejś winy, nie będą składali fałszywych zeznań i nie będą stosować przymusu fizycznego i psychicznego, aby oczekiwane przez siebie zeznanie od kogoś uzyskać. I nawet nie chodzi mi o jakieś dylematy moralne, bo raczej zastanawiam się, czy nie będą obawiać się zemsty ze strony skrzywdzonych przez siebie ludzi, kiedy ci wreszcie kiedyś więzienne mury opuszczą. Doskonale bowiem wiem, że chęć zemsty jest niesamowitą siłą napędową i nie koniecznie musi się ogniskować na samych krzywdzicielach, lecz także na ich najbliższych, zwłaszcza tych najbardziej bezbronnych.

Do takich smutnych refleksji powróciłem już kolejny raz po tym, jak zająłem się sprawą Andrzeja Dackiewicza z Wałbrzycha (historię tę opisuję w odcinkach w wałbrzyskim tygodniku DB 2010 – załącznik), który ponad 3 miesiące spędził wśród groźnych przestępców, a po uchyleniu aresztu tymczasowego, nadal nie ma pewności, czy za kraty nie powróci. Boi się, chociaż nic złego nie uczynił, co ze wszelkich swych sił starają się organa ścigania przekazać dwie przesympatyczne starsze panie (83 i 92 lata), z których jedna ma być na mocy przekonania tychże organów ofiarą jego zbrodni, a druga bezpośrednim tego świadkiem. Zresztą żadnych innych świadków tej straszliwej zbrodni nie ma. Teraz te obie panie będą musiały przekonać o prawdzie sąd, ale i one wyrażają wielką obawę, że im się to nie uda. Zwłaszcza po tym, jak sąd uznał, że ich zeznania mogą być dla oskarżenia niekorzystne, więc będzie je przesłuchiwał w obecności psychologa. Zastanawiam się, czy nie podpowiedzieć jednej z nich (ma status oskarżyciela posiłkowego), aby złożyła wniosek, by pozostali świadkowie, których wskazała obrona (policjanci) również przesłuchiwani byli w takich samych warunkach. Bo wiadomo, że w swych zeznaniach będą się starali Andrzeja Dackiewicza obciążyć, a zeznania tych przemiłych pań całkowicie zdezawuować.

No cóż, pozostaje mi po raz kolejny za Cyceronem zawołać, O TEMPORA O MORES !!! Niestety, im więcej wiem, tym bardziej zniesmaczony jestem …