1 1 1 1 1 1 1 1 1 1

 Moja utrata wiary w sędziów (czyli sądy w ogóle) miała miejsce chyba w roku 2008, kiedy występowałem w charakterze świadka przed Sądem Najwyższym w Warszawie. Trafiłem tam, ponieważ jednemu z wałbrzyskich adwokatów przekazałem, napisany przeze mnie, wniosek o wznowienie prawomocnie zakończonego postępowania, z uwagi na ujawnienie się nowych faktów i dowodów, które nie były znane sądowi w chwili orzekania. Chodziło oczywiście o tzw. sprawę antykwariusza, a konkretnie o wykazanie przed sądem (po wznowieniu), że skazani na 25 lat Radosław K. i Patryk R. są niewinni, a zeznania świadka anonimowego można, bez żadnej straty dla powagi sądu, powiesić gdzieś w starej sławojce, jako narzędzie do podcierania.

Przesłuchiwany przez przewodniczącą składu sędziowskiego, odpowiedziałem twierdząco na jej pytanie, czy potwierdzam to, co ona przed chwilą odczytała z kartki trzymanej w ręce. A była to osobiście napisana przeze mnie notatka służbowa, która na etapie śledztwa nie została (myślę, że celowo) włączona do materiałów procesowych. Zaznaczam, że był to dokument jawny. Gdyby to, co napisałem do tych akt włączono, musiałbym być – jeszcze na etapie postępowania prokuratorskiego – przesłuchany charakterze świadka i w takim też charakterze stanąłbym przed sądem. Stałoby się tak dlatego, że notatka służbowa policjanta nie jest dowodem procesowym, ale jego przesłuchanie na okoliczność tego, co w tej notatce napisał, dowodem jest już jak najbardziej.

I kiedy potwierdziłem, że to co zostało odczytane, napisałem osobiście, a podpis pod notatką jest moim podpisem, stało się coś, co mnie wprowadziło po prostu w stan chwilowego osłupienia. Otóż pani sędzina (przypomnę, że Sądu Najwyższego) zaczęła mi cierpliwie tłumaczyć, co miałem na myśli pisząc to, co napisałem i z tłumaczenia tego wynikało, coś odwrotnego do tego, co stało na papierze.

Miałem ochotę powiedzieć tej służebnicy Temidy, a weź babo młotek (sędziowski) i stuknij się nim mocno w głowę, to może ci nie tylko rozum, ale i zwykła przyzwoitość wróci. Oczywiście nie mogłem tego powiedzieć głośno, bo nie miałem ochoty na zasilenie budżetu sądu grzywną, którą za obrazę sądowego majestatu, owa pani na pewno by mnie uszczęśliwiła.

Drugi raz zdębiałem, kiedy pani sędzina oświadczyła, że to na co wskazuję, można traktować jedynie jako kolejną wersję śledczą, a więc o niczym ona nie przesądza. Pomyślałem wówczas: głupia babo, rzecz w tym, że rewelacje Anonima też na samym początku były tylko wersją śledczą, którą jednak po nieudolnym i kłamliwym potwierdzeniu, przerobiono na zarzut. A to, na co ja wskazywałem, nie poddano żadnemu sprawdzeniu, więc nie wiadomo, czy akurat ta wersja nie była jedynie prawdziwa.

Proces poszlakowy ma to do siebie, że przyjęta wersja zdarzenia może być uznawana za zgodną z rzeczywistością, jeżeli proces wykaże, że żadna inna wersja z oczywistych powodów nie może być brana pod uwagę. Ale o tym trójosobowy skład sędziowski Sądu Najwyższego, który mnie przesłuchiwał,zapewne nie wiedział i uznał, że nie ma podstaw do wznowienia. A na dodatek pani sędzina podkreśliła (co jest też w pisemnym uzasadnieniu), że jestem osobiście zaangażowany w tę sprawę, a więc przez to jestem niewiarygodny. Wynika z tego, że żaden policjant nie może być wiarygodnym świadkiem, jeżeli się angażuje w to, co robi. A ja w przypadku każdego śledztwa mocno się angażowałem, aby zakończyło się ono zatrzymaniem prawdziwego sprawcy, a nie osoby, którą będzie można skazać i sprawę mieć z głowy.

Pamiętam, że kiedy wyszedłem na zewnątrz i spojrzałem na posag Temidy widoczny nad wejściem do tego przybytku, splunąłem na ziemię, wzmacniając ten odruch serca bardzo brzydkimi wyrazami. Uspokoiłem się, kiedy sobie uświadomiłem, że ta pani w todze (dwaj pozostali sędziwie praktycznie w ogóle się nie odzywali, a jeden chyba nawet drzemał), siedząc za sędziowskim stołem, wcale nie musiała być ode mnie mądrzejsza. Owszem jej wiedza prawnicza na pewno była nieporównywalnie większa, ale doświadczeniem życiowym nawet mi do pięt nie dorastała. Ona to wszystko, z czym się ja na co dzień jako policjant realnie stykałem, znała tylko z tego, co zostało napisane na papierze, albo co jej różni ludzie (świadkowie, oskarżeni itp.) opowiadali. Dlatego też nie miała pojęcia, jak w rzeczywistości przebiega proces wykrywczy i skąd prokurator bierze dowody, które później przedstawia sądowi, w efekcie czego takie brednie mogła do mnie wygadywać.

I w tym momencie straciłem wiarę nie tylko w Sąd Najwyższy, ale w sądy w ogóle, bo zdałem sobie sprawę z tego, że w tych togach i z łańcuchami na szyi siedzą często (ostatnio coraz częściej) zwykłe miernoty, które w różny sposób uzyskały prawo, by innym ludziom tłumaczyć, co myśleli, kiedy pisali to, co napisali. I dlatego chociaż wyrok Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu (patrz załącznik) oburza mnie mocno, to jednak nie wywołuje zdziwienia. I to jest w tym wszystkim najsmutniejsza konstatacja.