Wiele osób, ale najczęściej wywodzących się z pisowskiego środowiska, zarzuca mi, w mniej lub bardziej kamuflowany sposób, że mam wiele na sumieniu, a najdobitniejszym tego dowodem jest fakt, że przed 1990 roku byłem funkcjonariuszem MO. Tak jakby już samo bycie milicjantem było niewybaczalną zbrodnią. Dlatego kilku durniów (obojga zresztą płci) bez przerwy to podnosi, a niektórym z nich słowo „policjant” nawet przez gardło przejść nie może, więc nieustannie posługują się określeniem „były milicjant”. A ja w Policji służyłem dłużej niż w Milicji i nieustająco w tym samym wydziale kryminalnym Komendy Wojewódzkiej w Wałbrzychu, a następnie we Wrocławiu (2000-2003), z krótkim (czerwiec 1999 – czerwiec 2000) epizodem w Wydziale Ochronny Świadka Koronnego CBŚ KGP w Warszawie. Tak więc całe moje milicyjno/policyjne życie dotyczyło walki z bandytyzmem i ze sprawami politycznymi nie miałem, najmniejszego kontaktu. Policja kryminalne istnieje w każdym państwie i zawsze tak jest, że z policją polityczną (również istniejącą w każdym państwie) ma z reguły na pieńku. I myśmy również mieli. I to z różnych powodów, o których teraz nie ma najmniejszego sensu pisać. Faktem jest, że w czasie kiedy byłem funkcjonariuszem MO zdarzało się (pisze o Wałbrzychu i województwie wałbrzyskim), że milicjanci nie szczędzili pałek wobec zatrzymywanych osób, a niekiedy i pięści szły w ruch, ale nie miało to nagminnego- tak jak obecnie – charakteru. Osobiści znam tylko jeden przypadek, kiedy zatrzymana osoba (było to w ówczesnym RUSW na ul. Kilińskiego) w trakcie czynności prowadzonych przez funk. Wydziały kryminalnego (a być może z dochodzeniówki) poczuła się słabo i zmarła. Po tym fakcie wyszło na jaw, że jeden z biorących udział w przesłuchaniu osobę tę kilkakrotnie uderzył, lecz jak wykazała sekcja zwłok nie miało to związku z przyczyną zgonu. Dochodziły do mnie słuchy, że najczęściej biją na komisariacie I i V (widać, że ta przestępcza tradycja się utrzymała), ale sam osobiście nigdy się z takim czymś nie zetknąłem.

W mojej obecności zdarzył się tylko jeden przypadek pobicia zatrzymanego, ale zdawałem sobie, że był to swego rodzaju egzamin przed przyjęciem mnie w grono członków sekcji zabójstw. Zdarzenie to miało miejsce d chyba trzecim dniu mojej służby i nie bardzo wiedziałem co mam zrobić i jak się zachować, ale na szczęście zaraz po tym jak delikwenta zabrano na dołek, dowiedziałam się, że egzamin zdałem, a pobity był wielkim sukinsynem z Kłodzka, albowiem z tzw. mojką napadał na staruszki, rabując im (poprzez cięcie przez dłoń) niesione przez nie torebki. Koledzy poinformowali mnie wówczas, że służba w sekcji zabójstw jest bardzo ciężka i stresująca i oni musieli wiedzieć, jak ja zareaguję kiedy znajdę się w sytuacji ekstremalnej. Egzamin zdałem, chociaż człowieka tego nie dotknąłem nawet palcem , ale w pewnym momencie, kiedy chciał się rzucić w stronę okna, podstawiłem mu nogę i kiedy upadł koło mnie, przytrzymałem go na podłodze. Zraz po tym przedstawienie się skończyło, bo zareagowałem tak, jak powinienem. A im chodziło tylko o to, aby sprawdzić, czy się nadaję. Przez następne lata NIGDY nie zdarzyło się, aby w naszym wydziale ktokolwiek został pobity, co nie oznacza, iż nie używaliśmy siły fizycznej podczas różnego rodzaju zasadzek i zatrzymań. Było tego wiele, bo taki jest los funkcjonariusza z kryminalnego.

Kiedy po 1990 roku powstałą Policja, a ja niedługo później zostałem z-cą naczelnika i następnie naczelnikiem wydziału kryminalnego KWP, zawsze ostrzegałem nowo przyjętych do wydziału, że u nas się ludzi nie bije i aby o tym pamiętali. Dobrze o tym zapewne pamiętają wszyscy ci, których po zatrzymaniu wsadziliśmy na dołek (do czasu zlikwidowania w KWP aresztu) i co jakiś czas braliśmy „na gór”, aby prowadzić długie (niekiedy bardzo ciekawe, niekiedy stresujące) rozmowy. Nigdy też nie zdarzyło się, aby w mojej obecności w jakiejkolwiek jednostce policyjnej (a wcześniej milicyjnej) na terenie dawnego województwa wałbrzyskiego kogoś pobito po zatrzymaniu, albo podczas przesłuchania. Zawsze byłem wrogiem bicia osób zatrzymanych, niezależnie od tego jakiego dopuścili się przestępstwa i niezależnie od tego, że niekiedy ręka naprawdę bardzo świerzbiła.

I tylko raz byłem pośrednim uczestnikiem takiego zdarzenia, a miało to miejsce w Komendzie Powiatowej Świdnicy w latach 2001–2002 - już dokładnie nie pamiętam. Pojechałem tam w jakieś sprawie służbowej razem z Andrzejem K. i Alkiem B., z którymi zajmowałem się sprawą zabójstwa studentów na górze Narożnik w Parku Narodowym Góry Stołowe (17.08.1997). Siedzieliśmy w pokoju naczelnika wydziału kryminalnego, kiedy oficer dyżurny poinformował, że na dole są jacyś Cyganie, którzy chcę ze mną rozmawiać. Okazało się, że był to Kazimierz S., będący czymś w rodzaju cygańskiego wójta w Świebodzicach (miałem wśród nich bardzo dobrą opinię i myślę, że posłuch nawet), który przyszedł z żoną (albo matką) jakiegoś świebodzickiego Cygana, zatrzymanego przez świdnickich kryminalnych. Chodziło o to, że Kazimierz S. z tą kobietą (jak zwykle) twierdzili, że zatrzymany jest niewinny i prosili mnie, aby go wypuścić. Rozmowę prowadziliśmy we troje w jednym z udostępnionych mi pokojów, w którym z powodu upałów było otwarte na oścież okno. Kazimierz S. najbardziej obawiał się, że zatrzymany zostanie pobity i zaraz po tym, kiedy dałem mu słowo, że się tak nie stanie, na ulicy rozległ się wielki krzyk cygańskich kobiet zebranych pod komendą, do których dotarła informacja, że podczas rozmowy zatrzymany został przez policjantów zmasakrowany. Byłem niesamowicie wściekły i z miejsca udałem się do tego pokoju, aby sprawę wyjaśnić. Zastałem w nim Andrzeja i Alka, dwóch lub trzech miejscowych, oraz dwóch policjantów z wydziału kryminalnego KWP we Wrocławiu. Okazało się, że w trakcie najnormalniejszej rozmowy z zatrzymanym do pokoju weszło tych dwóch kolegów z Wrocławia, z którymi zresztą umówieni byliśmy na jakieś wspólne działanie. Jeden z nich widząc siedzącego na krzesełku Cygana, zaraz po wejściu z miejsca strzelił go z pięści w oko, tak pechowo, że rozciął mu bardzo głęboko łuk brwiowy. Stało się to w momencie, kiedy chłopaki ze Świdnicy już się praktycznie z tym Cyganem dogadali i mieli zakończyć sprawę, a następnie odkonwojować go do Aresztu Śledczego na ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu. Zrobiło się wielkie halo, a chłopaka trzeba było zwieźć do chirurga, aby mu ten obficie krwawiący łuk brwiowy zaszył. Zanim przywieziono go z powrotem ustalono, że tego Cygana to my mamy dostarczyć do AS, a po drodze jakoś się z nim dogadać, aby mnie wnosił skargi o pobicie. Osobiście p;rosił mnie o to ówczesny naczelnik wydziału kryminalnego KWP we Wrocławiu, czyli wówczas mój przełożony. Załadowaliśmy zatem chłopaka do naszego „cywilnego” poloneza i ruszyliśmy do tego aresztu. Nie bardzo wiedziałem jak się do tematu zabrać, bo miałem świadomość, że ten policjant z Wrocławia (do dziś pamiętam, kto to był) dopuścił się najzwyklejszego na świecie przestępstwa z powodów rasistowskich, co mi się naprawdę bardzo nie podobało. Alek siedział na przodzie obok Andrzeja, a ja z tym Cyganem z tyłu. On mnie oczywiście dobrze znał, bo znali mnie wszyscy Cyganie ze Świebodzic i Ziębic dlatego, że swego czasu prowadziłem negocjacje ze skinami z tych miast, aby doprowadzić do zaprzestania wojny cygańsko-skinhedzkiej, co mi się zresztą udało i byłem dosyć popularny w ich środowisku. Kazałem mu opowiedzieć, co i jak się stało, a następnie spytałam się, czy będzie składał skargę. Wówczas on, ku mojemu i kolegów zdumieniu, oświadczył, że nikogo nie będzie skarżył i niczego nie będzie zeznawał, że on po prostu spadł ze schodów i ten łuk sobie rozbił o poręcz, kiedy schodził po schodach ze skutymi rękami. Na pytanie dlaczego tak chce postąpić, odpowiedział, że boi się późniejszej zemsty ze strony tych wrocławskich policjantów i che mieć święty spokój. Zawieźliśmy do na Kleczki i z przygodami (o czym kiedyś jeszcze napiszę) oddaliśmy go Straży Więziennej. Następnie poinformowałem naczelnika, że Cygan nie będzie się skarżył, ale oczywiście nie przekazałem powodów jakie mi wyłuszczył. Tak więc wszyscy byli przekonani, że to my (nasza trójka) tak na niego wpłynęła, a myśmy nie uważali za konieczne, by ich z błędu wyprowadzać.

Historia ta przypomniała mi się w kontekście ostatniego (dobrze by było, aby faktycznie ostatniego) procesu o pobicie, który relacjonuję w DB 2010 z 30 listopada br. (załącznik).

Napisz komentarz (6 Komentarzy)

Bardzo serdecznie przepraszam wszystkich moich Czytelników za interpunkcyjne błędy, jakich dopuściłem się w felietonie „Ta okropna Polska Ludowa” (patrz załącznik) w nr DB 2010 z 5.10.br. Chciałbym wyjaśnić, że nie jest to skutek mojego nieuctwa, jeno nieuwagi przy ostatecznej redakcji tekstu, kiedy to różne jego fragmenty – metoda „skopiuj wklej” - zmieniały swoje miejsce. A ponieważ bardzo się śpieszyłem, aby wysłać go do redakcji w wymaganym terminie, to ostateczny efekt tego macie Państwo przed oczami. Jeszcze raz, czerwony na twarzy ze wstydu, serdecznie przepraszam.

* * *

Nie tak dawno temu prezes Jarosław, kiedy już się wdrapał po drabince na podest dla niego przygotowany, rzucił z wielkimi na twarzy w głosie emocjami, ze nadszedł czas, aby od jakiegokolwiek wpływu na życie polityczne i społeczne w Polsce, odsunąć dzieci i wnuków (a zapewne i prawnuków) tych, którzy się prezesowi z tak zwana „komuną” kojarzą. A zdolności do kojarzenia prezes ma niesamowite. Warto zatem trochę poszperać i pewne fakty prezesowi przypomnieć, a w zasadzie nie jemu, tylko tym, którzy z taką emfazą pomysłowi prezesa przytaknęli. I nie będę to odwoływał się do przykładu dzieci prokuratora PRL Wassermana, sędziego PRL Kryże, czy chociażby sławetnego już prokuratora stanu wojennego, członka egzekutywy KZ PZPR Piotrowicza, nie wspominając a agencie SB krypt. Wolfgang, czy całej rzeszy prominentnych aktywistów PiS byłych członków PZPR albo dzieci takich różnych prominentnych aktywistów tej partii. Kto mieczem wojuje od miecza ginie, panie prezesie Jarosławie, a więc jeżeli pan lustruje, to i pana zlustrować każdy ma prawo. Wystarczy w wyszukiwarce Google wpisać hasło: Wilhelm ŚWIĄTKOWSKI i rozpocząć podróż po ukrywanych zakamarkach historii rodu Kaczyńskich. Uprzedzam, że rzecz to dla ciekawskich ale wytrwałych.

Dla zachęty podaję jeden tylko link:

http://ligaswiata.pinger.pl/m/11913047

Napisz komentarz (6 Komentarzy)

Coraz niechętnej przychodzi mi pisanie o wałbrzyskich policjantach, bo chciałbym wreszcie coś o nich pozytywnego napisać, a tu nijak się na to nie zanosi. Na pewno jakieś sukcesy w swej pracy osiągają, ale nie są to widać sukcesy zasługujące na pierwsze strony gazet i główne wydania mediów informacyjnych. Coś tam sobie dłubią, bo muszą ponieważ za nic pieniędzy brać nie mogą. Zresztą jest może tak, ze to nowy rzecznik prasowy KMP nie potrafi odpowiednio „sprzedać” tego, co jego koledzy zdołali osiągnąć. W ogóle w mediach ogólnokrajowych informacji o złych nawykach policjantów (i policjantek) jest tak dużo, że powstaje wrażenie, iż jest to formacja coraz bardziej patologiczna. A przecież tak nie jest, bo w Policji służy znakomita ilość ludzi uczciwych i starających się wykonywać swe obowiązki w taki sposób, aby realizować główne cele Policji, bez narażania na uszczerbek jej dobrego imienia. Cóż z tego, kiedy ton nadają typy, które nigdy nie powinni znaleźć się w policyjnych szeregach, bo to ich obecność i „wyniki” tak bardzo negatywnie rzutują na społeczny odbiór tej formacji.

Takim właśnie złogiem, jest w mojej ocenie ten facet, który uczynił wszystko, aby p. Barbarze Sz. życie obrzydzić. Mam nadzieję, że w zamian otrzyma to samo z nawiązką. Czego mu serdecznie życzę.

Natomiast podczas spotkania z gen. Leszkiem Lamparskim, przypomniałem mu historię, jaka wydarzyła się w czasach, kiedy najważniejszymi osobami w Wałbrzychu i województwie wałbrzyskim byli sekretarze Komitetu Wojewódzkiego PZPR (ul. Zamkowa). Któregoś dnia milicjant ze stanu KW MO w Wałbrzychu (chyba z Ruchu drogowego) zatrzymał w okolicy KWK „Thorez” samochód, którego kierowcę poddał dosyć ścisłej kontroli. Coś mu tam się nie zgadzało i zatrzymał prowadzącemu dowód rejestracyjny i ukarał mandatem. Kierowca trochę się awanturował powołując się na funkcję swojej żony, która wtedy byłą II Sekretarze KW PZPR w Wałbrzychu (nazwisko znane). Niestety, funkcjonariusz MO był typem człowieka, dla którego wszyscy ludzie byli równi wobec prawa i pozostał nieugięty. Bardzo szybko zrobił się w tej sprawie spory dym, a nad głowa milicjanta zaczęły się zbierać czarne chmury. Stało się tak dlatego, że towarzyszka II sekretarz zażądała od Komendanta Wojewódzkiego MO (czyli Leszka Lamparskiego) przykładnego ukarania funkcjonariusza za … i w tym miejscu jakieś tam partyjne ble ble ble. Komendant Lamparski – takie były czasy – był mocno uzależniony od partyjnych (PZPR) bonzów, identycznie jak to się i dziś dzieje (PiS) i jakoś musiał zareagować. Nie chciał człowieka zwalniać, bo sam uważał, że milicjant postąpił słusznie, ale też nie mógł pozostawić go w Wydziale Ruchu Drogowego, bo aby się partyjnym aktywistom w oczy nie rzucał. Przeniósł go więc czasowo do milicyjnego aresztu, obiecując mu, że kiedy się tylko uspokoi, to przywróci go na dawne miejsce.

Niestety wydarzenia tego gen. Lamparski nie pamiętał, co poświadczać tylko może tego, że był (i jest nadal) bardzo skromnym człowiekiem,bo opisana przeze mnie historia miała faktycznie miejsce.

Być może bohater mojej anegdoty jeszcze żyje i może nawiąże ze mną kontakt. Chętnie zapoznam Czytelników DB 2010 z jego historią służby, łącznie ze szczegółami tego epizodu.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Sprawa Wojciecha P. jest tak bulwersująca, że wspominana przeze mnie w felietonie () historia śledztwa wałbrzyskiego antykwariusza z 2000 roku zdaje się być niewinną wpadką wałbrzyskich stróżów prawa z ul. Mazowieckiej i świdnickich prokuratorów okręgowych. Jak wspomniałem, w tamtej sprawie organa ścigania nie miały żadnych dowodów na sprawstwo skazanych, poza jednym lipnym zeznaniem świadka anonimowego, który nic nie wiedział i nic nie słyszał, ale potrafił śledczym opowiedzieć, nawet niezbyt spójną, bajeczkę, która oni łyknęli jak kaczka chleb na wodzie.

W sprawie Wojciecha P. rzecz ma się odmiennie, albowiem istnieje niezaprzeczalny dowód jego niewinności w postaci wpisu na rejestrze zatrzymanych w Policyjnej Izbie Zatrzymań KMP w Wałbrzychu, który został ew śledztwie ukryty. Nie pytam się dlaczego, bo to oczywiste, tylko przez kogo? Ale zanim postaram się na to pytanie udzielić odpowiedzi, trochę informacji o faktach, które ustaliłem na podstawie różnych (wiarygodnych) informacji oraz zapisanych w dokumentach procesowych, do których miałem dostęp.

Otóż przed zabójstwem Janusza L., Wojciech P., znajdował się w głębokiej depresji z powodu zapadnięcia w śpiączkę jego brata, z powodu ciężkich urazów doznanych w wyniku wypadku w czasie pracy. Kiedy jako tako doszedł do siebie próbował nawiązać z nim kontakt telefoniczny. Niestety telefon nie odpowiadał. Kiedy stojąc przed sądem poinformował go o tych telefonach, prokurator odwołał się do dowodu z billingu połączeń telefonicznych, z którego wynikało, że z telefonu Wojciecha P. prób uzyskania takich połączeń nie było. Dopiero później, zaznajamiając się aktami procesowymi Wojciech P. stwierdził, że prokuratorski dowód w postaci wykazu połączeń dotyczy telefonu o numerze, jaki nie jest mu znany. Zadzwonił pod ten numer i okazało się, że jest to numer telefonu mieszkanki Gdańska, z którą zresztą przeprowadził rozmowę.

Zastanawiam się zatem, czy zaznajamiając się z treścią billingu policjanci i prokurator nie zauważyli danych osobowych (w tym adresu zamieszkania) właściciela tego numery, czy też świadomie ten istotny fakt pomijali. Jeżeli tak, to prokurator dopuścił się przestępstwa fałszowania i ukrywania dowodu mogącego mieć istotne znaczenie w sprawie. Jednak nie mnie to osądzać, bo to sprawa dla przełożonych owego prokuratora, jak również zajmujących się sprawą policjantów.

Drugą, jeszcze bardziej bulwersująca sprawą jest to, że w noc zabójstwa (23/24.01.2008) Wojciech P. został zatrzymany za wykroczenie (w stanie po spożyciu alkoholu) i osadzony w Policyjnej Izbie Zatrzymań, a do powieszenia doszło właśnie w tym czasie tuz po godzinie 2-giej w nocy. Na tę okoliczność, jako na bezsporny fakt swojej niewinności, Wojciech P. wskazał podczas rozprawy apelacyjnej, albowiem bez żadnych dowodów w sądzie I instancji (Sąd Okręgowy w Świdnicy) skazany został na 25 lat pozbawienia wolności. I stałą się rzecz niesamowita. Otóż sędzia tego sądu, zamiast przerwać rozprawę i zlecić prokuraturze szczegółowe sprawdzenie tego dowodu (bo prokuratura ma ustawowy obowiązek sprawdzić dowody winy, jak i niewinności), zlecił to zastępcy kierowniczki sekretariatu II Wydziału Karnego, czyli osobie nie mającej uprawnień procesowych. Ta nie mając zielonego pojęcia o strukturze organizacyjnej KMP w Wałbrzychu, zamiast do KMP na ul. Mazowieckiej, zadzwoniła do Izby Dziecka na ul. Św. Kingi, gdzie - zgodnie z prawdą - dowiedziała się, że Wojciech P. nigdy tam nie przebywał. I to starczyło sędziom sądu apelacyjnego (???), aby przyjąć, że Wojciech P. składając wyjaśnienia, kłamie, wobec czego wyrok skazujący utrzymał w mocy.

Następnym etapem tej skandalicznej sprawy, jest postępowanie przed Sądem Najwyższym.

Ponieważ Policja odmówiła Wojciechowi P. - z uwagi na ochronę danych osobowych (!!!) informacji o tym, czy w krytycznej nocy przebywał w izbie zatrzymań - do wniosku kasacyjnego skierowanego do Sądu Najwyższego, jego obrońca dołączył oryginał upomnienia Nr 99/W-ch/08 z KWP we Wrocławiu wzywające do zapłaty 100 zł za pobyt w Policyjnej Izbie Zatrzymań w KMP w Wałbrzychu w styczniu 2008 roku. Oczywistym jest, że w takim upomnieniu musi być podana dokładna data i godzina zatrzymania i zwolnienia, ale prawdopodobnie Sąd Najwyższy uznał za bardziej wiarygodną notatkę wspomnianej wyżej zastępczyni kierowniczki sekretariatu II Wydziału Karnego Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu. Mogę się nie dziwić tej pani, która nie musi wiedzieć, że Policyjna Izba Dziecka jest zupełnie czymś innym niż Policyjna Izba Zatrzymań, ale policjanci, prokuratorzy i sędziowie winni o tym wiedzieć. Mało tego, mieli taki obowiązek, a w związku z czym mieli również obowiązek sprawdzić i sprostować brednie, która urzędniczka (o statusie pracownika cywilnego) w owej notatce napisała. Dlaczego tego nie uczynili?

Dlaczego też Sąd Najwyższy łamiąc obowiązujące go procedury określone w kodeksie postępowania karnego (art. 535 §3 kpk) odmówił sporządzenia uzasadnienia postanowienia o oddaleniu - jako oczywiście niezasadnej - kasacji,. we sytuacji, kiedy miał obowiązek taki uzasadnienie sporządzić. Zwłaszcza, że na piśmie zwrócił się o to sam Wojciech P. W protokole z rozprawy kasacyjnej SN wskazuje na jego nieobecność na tej rozprawie rozprawie, podkreślając jednocześnie, że został on prawidłowo poinformowany. I zastanawiam się, czy sędziowie z tego składu orzekającego (trzech sędziów SN) wiedzieli w ogóle czego sprawa dotyczy i jaki jest status skazanego o zabójstwo Wojciecha P., czy też brali udział w "drukowaniu" jego winy, a nie chcąc tego udziału ujawnić, odmówili sporządzenia pisemnego uzasadnienia postanowienia.

Dla nieznających przepisów k.p.k. wyjaśniam, że jego art. 535 §3 stanowi, że jeżeli strona nie została sprowadzona na rozprawę, to sąd ma obowiązek sporządzenia pisemnego uzasadnienia swego postanowienia. Chyba, ze sędziowie owego składu orzekającego nie mają zielonego pojęcia, ze osoba skazana na 25 lat pozbawienia wolności na tej wolności nie przebywa, a wiec jest pozbawiona swobodnego dysponowania swoją osobą. Chyba, że sędziowie Sądu Najwyższego nie rozróżniają "powiadomienia" od "sprawdzenia", bo sprawdzenie dotyczyć może tylko osoby pozbawionej wolności, która nawet mimo skutecznego powiadomienia nie może wsiąść w pociągu i pojechać do Warszawy. Zatem powiadomienie powinno być skierowane do miejsca przebywania skazanego (Areszt Śledczy w Świdnicy), którego funkcjonariusze winni skazanego na rozprawę doprowadzić.

Jeżeli sędziowie SN tego nie wiedzą, to być może rację ma Zbigniew Ziobro postulujący, aby całą tą kastę rozpędzić na cztery wiatry, a w ich miejsce usadowić tych, dla których liczy się tylko prawo, a nie rożnego rodzaju interesy i interesiki tych, którzy sprawując sądowniczą władzę, dopuścili się zbrodni pozbawienia wolności człowieka niewinnego.

PS. W tej sprawie jest znacznie więcej różnego rodzaju zaskakujących przykładów niekompetencji i złej woli organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, ale o tym napiszę już innym razem.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-35-357-z-21.09.2017-r.pdf)DB 2010 z 21.09.2017 str. 4
Napisz komentarz (8 Komentarzy)

Pisałem wielokrotnie, że prezes Jarosław nie działa w ciemno i wszystko, co zaleca czynić swoim podwładnym, jest czynione na podstawie z góry przyjętego planu. Podejrzewam, że plan ten w całości znany jest tylko jemu, co zabezpiecza go przed wszelkimi próbami wczesnego przeciwdziałania ze strony parlamentarnej i poza parlamentarnej opozycji. Daje mu to nad nią znaczną przewagę i powoduje jednocześnie, że niektóre nawet najbardziej niezgodne z prawem (z konstytucją) decyzje, są po jakimś czasie neutralizowane przez inne, które moją pokazać prawdziwie gołębie serce rządzących.

Tak jest na przykład w sprawie tak zwanej ustawy dezubekizacyjnej, która w sposób kpiący z wszelkich demokratycznych zdobyczy, w sposób jawnie sprzeczny z obowiązującym prawem, wręcz w sposób bandycki, odebrała dziesiątkom tysięcy Polaków i prawa do godnego życia dzięki wypracowanym sobie emeryturom. Odebrała im honor uznając ich en block za przestępców, mimo że nikt im nigdy żadnego zarzutu karnego nie postawił i nikt z nich nigdy nie został skazany przez jakikolwiek sąd. Odbierając im emerytury prezes wiedział, że nie napotka zbyt wielkiego oporu społecznego, ponieważ Polacy to taki już naród, który zawsze radośnie zaciera ręce, jeżeli komuś coś się odbiera, a zwłaszcza w atmosferze kłamliwej propagandy pokazującej tych, którym się odbiera, jako jedną wielką bandę przestępczą. Wiedział też, że w 2015 roku bardzo duży odsetek (ponad 40%) dotychczasowych wyborców SLD zagłosowało na POPiS, co spowodowało, że prezes mógł zostać zwykłym posłem na sejm, który samodzielnie rządzi całym aparatem administracyjnym państwa, a także (na razie w części) aparatem wymiaru sprawiedliwości. Wiedział też (bo tak założył), że ustawa dezubekizacyjna nastawi wrogo do niego nie tylko tych, którzy w 2015 roku sprzeniewierzyli się lewicy, ale także sporej części ich rodzin. Dorosłych członków rodzin emerytów policyjnych, służb specjalnych, wojskowych, straży więziennej i innych jest tyle, że gdyby zechcieli "wrócić" do SLD, to w przyszłych wyborach wejście Sojuszu do parlamentu byłoby czymś naturalnym. No i prezes przewidział to i podjął już stosowne działania.

Jak zapowiedziała minister Rafalska, już od 2018 roku wejdzie w życie program "Emerytura 500 +",według którego każdy emeryt otrzymujący mniej niż 2000 zł emerytury, od prezesa Jarosława otrzyma prezent w postaci dodatku do niej w wysokości 500 zł. A ponieważ żaden z objętych dezubekizacją nie otrzyma emerytury wyższej niż 1724 zł, to te pięć stów będzie przyjęte jako wielkie dobrodziejstwo prezesa i niechybnie spowoduje, że przy najbliższych wyborach samorządowych i parlamentarnych, część tych uszczęśliwionych swój głos odda na partię prezesa Jarosława. Bo ludzkie jednak z niego panisko.

Ludzka pamięć jest strasznie krótkotrwała, co spowoduje, że prezesowi pamiętana będzie ta pięćset złotowa podwyżka, która zapewne skutecznie przykryje fakt, że ktoś im wcześniej sporą część ich emerytury ukradł. Tak jak w 2015 roku zapomnieli, że w roku 2009 część ich emerytur zrabowała Platforma Obywatelska, na którą mimo to później głosowali. A Sojusz Lewicy Demokratycznej, który jako jedyna partia polityczna była przeciw tym zmianom od samego początku i konsekwentnie przeciwna, dostałą od nich kopniaka, lecz niepomna tego również dziś, jako jedyna upomina się o prawa dla obrabowanych mundurowych emerytów, licząc na wdzięczną pamięć przy urnach wyborczych. Czego ja - niestety - tak pewny nie jestem.

No, chyba, że prezes Jarosław dobrodziejstwem programu "Emerytura 500+" obejmie tylko tych emerytów, którzy otrzymują ją mniejszą niż 2000 zł brutto, a ponieważ obrabowani, w znaczącej większości, otrzymają 2 016,81 zł brutto, to i na ten program nie mają co liczyć. Ucieszą się jedyni ci, którym zrabowano część i tak lichej emerytury, przez co dziś otrzymują ochłap w postaci 1000 zł brutto. Za dużo, aby umrzeć, za mało,aby żyć.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-33-355-z-07.09.2017-r.pdf)DB 2010 z 07.09.2017 str. 10
Napisz komentarz (3 Komentarze)

Zalecam dziś szczególnie, zapoznanie się z reakcją na paszkwil niejakiego Langera z Wałbrzycha, na który w dzisiejszym numerze DB 2010 odpowiadają, zaatakowani w prostacki i jednocześnie niesamowicie kretyński sposób, autorzy felietonów tego tygodnika, czyli Andrzej Basiński (str. 4), Stanisław Michalik (str. 5), no i moja skromna osoba (str.6). Każdy z nas pisał to, co mu na sercu leży i nie kontaktując się wzajemnie ze sobą, a jednak nasze odpowiedzi wyraźnie się uzupełniają i pokazują prawdziwa twarz tego "solidarnościowego" potworka.

Nie wiem, czy ów potworek "uszczęśliwia " panów Andrzeja i Stanisława swoimi różnymi elaboratami na swój temat, ale do mnie różne śmieszne (dla mnie oczywiście) historyjki na Messengerze wypisuje. Stąd wiem, jak straszne katusze w komuszej Polsce cierpiał i jak wielkim bohaterstwem się odznaczał. nawet nie ośmielam się je porównywać do czasów, w których mój Ojciec ze swoim bratem, oraz moja mama ze swoją siostrą, a także Dziadek, naprzeciw hitlerowskim żołdakom szli pod gradem kul i artyleryjskich pocisków. Zresztą moi rodzice i ich rodzeństwo, wg rzeczonego Langera, to bolszewickie sługusy, bo szyli wałczyć o wolną Polskę z niewłaściwego dla Langera kierunku. Dobrze chociaż, że dziadek Franciszek (przedwojenny policjant) szedł do Polski przez Tobruk i Monte Casino, chociaż niepotrzebnie zatrzymał się aż do swej śmierci w Londynie. Dobrze chociaż, że dziadek Piotr (uczestnik bitwy o Warszawę w 1920 roku i przedwojenny policjant) był członkiem AK, którego po trzech latach spędzonych na szkoleniu nowej milicyjnej kadry, wylali w 1948 roku ze służby tacy, jak wspomniany Langer. Wylali go tylko dlatego, że przed wojną był policjantem burżuazyjnej Polski, a w czasie wojny należał do AK.

Dziś Langer z całą swoją pisowską zgrają wskoczyli w buty stalinowskich politruków i oprawców, stosując sprawdzone przez nich metody. I przyznać należy, że buty te pasują jak ulał, jakby były szyte na specjalny obstalunek. Dlatego też cieszy się strasznie, iż za sprawą I sekretarza z Nowogrodzkiej, czyli prezesa Polski Prawdziwych Polaków Patriotów i Katolików (PPPPiK), PRL wraca szybkimi krokami, aczkolwiek, celowo chyba, nie wspomina Langer, że chodzi o najgorszy dla Polaków okres, kiedy Polską bezpośrednio rządził satrapa z Moskwy, czyli Polska sprzed 1953 roku. Problem w tym, że ówże Langer z powodu niedostatku wiedzy, nie ma o tym pojęcia i różne ordynarne pierdoły wypisuje.

Niech mi więc rzeczony absolwent zawodówki swoim bohaterstwem oczy nie świeci, bo za to co czynił, wywózka na Sybir (jak całej rodzinę ze strony mojego Ojca i Mamy) mu nie groziła, jak też nie groziła mu śmierć, bo na przeciw kulom, jak wspomniani już moi rodzice, ich rodzeństwo i ojcowie, iść nie musiał. Faktem jest, że był dwa razy zatrzymywany i siedział w ówczesnym milicyjnym areszcie na Mazowieckiej, czy też w AS w Świdnicy, fakt jest, że dwa razy stanął przed sądem, ale nawet jak go skazali na 6 m-cy więzienia, to i tak szybciutko był z haźla wypuszczany.1

Posadzili go to fakt ale musiał mieć przecież świadomość tego, że za łamanie prawa idzie się do pierdla. Tak jest na całym świecie i nawet w III i IV RP też się to stosuje. Ma coś na ten temat do powiedzenia lider prokomunistycznej partii ZMIANA, który już chyba dwukrotnie dłużej niż Langer w pierdlu siedzi, a jeszcze mu aktu oskarżenia nie przedstawiono.

Ja też w marcu 1968 i grudniu 1970 roku latałem po mieście z wymalowaną na plecach tarczą strzelecką, na której jako ślady po przestrzelinach powypisywałem stosowne artykuły Konstytucji PRL, którą wtedy, tak jak dziś PiS, nikt się też nie liczył. I również parę razy pałą przez plecy oberwałem. Pierwszy raz w 1965 roku za to, że nie dałem się milicjantom, którzy na ulicy chcieli mi włosy ogolić, bo nie podobała się im imperialistyczna moda na długowłosych. Ostatni raz w 1974 roku, kiedy zwróciłem (niepotrzebnie zresztą) dwóm milicjantom uwagę, że nie mają podstaw mnie legitymować, a ja nie mam obowiązku noszenia przy sobie dowodu osobistego. I tych swoich "wybryków" przeciw prawu za żadne bohaterstwo nie uważam, aczkolwiek do dziś twierdzę, że za każdym razem słuszność była po mojej stronie.

Powstańcy styczniowi z 1863 roku i ich rodziny, którym carat za karę majątki skonfiskował, po odzyskaniu w 1918 roku niepodległości nie występowali o ich zwrot, ani też o odszkodowanie za to, że przez rosyjskiego zaborcę skazywani byli na śmierć, więzieni, zsyłani na Sybir i ogołacani z majątków. Bo to byli prawdziwi patriocie, w odróżnieniu od tchy Prawdziwych Polaków Patriotów i Katolików z III i IV R. Ale absolwent zawodówki Langer, cierpiący na chroniczny deficyt wiedzy, nie ma o tym bladego pojęcia i dlatego te swoje różne brednie wypisuje.

1. 19.12.1983 zatrzymany, 21.12.1983 aresztowany, przetrzymywany w WUSW w Wałbrzychu, następnie w AŚ w Świdnicy, w sierpniu 1984 zwolniony na mocy amnestii, śledztwo umorzono; 3.09. 1985 ponownie aresztowany, przetrzymywany w WUSW w Wałbrzychu, następnie w AŚ w Świdnicy, 24.12.1985 sądzony przez Sąd Rejonowy w Wałbrzychu, zwolniony, 3.01.1986 ponownie aresztowany, przetrzymywany w AŚ w Świdnicy, 27.02.1986 skazany wyrokiem Sądu Rejonowego w Wałbrzychu na 6 mies. więzienia, na początku marca 1986 zwolniony.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-32-354-z-31.08.2017-r.pdf)DB 2010 z 31.08.2017
Napisz komentarz (3 Komentarze)