Zgodnie z zapowiedzią z ubiegłego tygodnia, powracam do sprawy poruszonej w mailu od wałbrzyskich policjantów, informujących o – ich zdaniem - rażących nieprawidłowościach w postępowaniu kierownictwa Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu, związanych z przypadkami zarażenia funkcjonariuszy koronawirusem SARS-CoV2 oraz groźnymi konsekwencjami nie tylko dla nich, ale także dla ich rodzin oraz wałbrzyszan, z którymi siłą rzeczy w trakcie pełnienia służby muszą się kontaktować.

Tak jak zapowiadałem, zwróciłem się do rzeczników prasowych Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu i Komendy Głównej Policji w Warszawie z pytaniem, czy potwierdzają, że do ich jednostek faktycznie wpłynęło anonimowe pismo wałbrzyskich policjantów, w którym zwracają uwagę na wymienione wyżej nieprawidłowości. Wcześniej z prośbą o komentarz do opublikowanego w Tygodniku DB 2010 mojego tekstu, do Rzecznika Prasowego Komendanta KMP zwrócił się redaktor naczelny tygodnika Robert Radczak. Do tej pory odpowiedzi udzielili jedynie rzecznicy z KMP i KGP, więc odniosę się do ich treści, albowiem są one bardzo symptomatyczne.

Rzecznik KMP w swojej odpowiedzi w ogóle się do poruszonego w Tygodniku DB 2010 problemu nie odniósł, uznając, że wystarczy informacja, iż w KMP przestrzegane są wszelkie niezbędne procedury wskazane w „Decyzji nr 163/2020 Komendanta Wojewódzkiego Policji we Wrocławiu z dnia 19 czerwca 2020 roku”. O tym, co zostało w tygodniku przedstawione, ani jednego słowa. I nie ma się czemu dziwić, bo przecież trudno sobie wyobrazić, aby opisaną sytuację potwierdził. Inaczej wygląda sprawa z odpowiedzią rzecznika KGP, którego poprosiłem jedynie o potwierdzenie (tak jak rzecznika z KWP), czy do Komendanta Głównego (i Wojewódzkiego) faktycznie takie anonimowe pismo policjantów wpłynęło. O nic więcej nie prosiłem. W odpowiedzi uzyskałem informację, że „w sprawach odnoszących się do anonimów nie udzielamy komentarza. W sprawie ewentualnych czynności kontrolnych we wskazanej jednostce proszę kontaktować się z Zespołem Prasowym KWP w Wrocławiu”. A ja przecież o żaden komentarz nie prosiłem, tylko o potwierdzenie lub zaprzeczenie faktu wpłynięcia wspomnianego pisma.

Wobec braku konkretów, muszę zadowolić siebie i Czytelników interpretacją tego, co w odpowiedzi tej się znalazło. Tak więc z zadowoleniem muszę stwierdzić, że brak zaprzeczenia jest potwierdzeniem, co wynika z podstawowych zasad logiki. Zatem piszący do mnie policjanci nie kłamali. Natomiast, jeżeli rzecznik odsyła mnie po szczegółową informację o „ewentualnych działaniach kontrolnych” do KWP, to oznacza nic innego, jak zlecenie tej jednostce sprawdzenia prawdziwości informacji przedstawionych w liście policjantów. Wprawdzie – jak podkreśla rzecznik KGP – treść anonimów nie jest komentowana, to jednak zgodnie z policyjną sztuką, każdy anonim musi być traktowany jako źródło informacji, a więc musi być dokładnie sprawdzony, a w przypadku potwierdzenia się zawartych w nim informacji, musi być podstawą do wszczęcia stosownych czynności wyjaśniających. Czas więc najwyższy poinformować Czytelników, co takiego wałbrzyscy policjanci napisali.

Z uwagi na szczupłość miejsca, ograniczę się jedynie do najważniejszych i najbardziej drastycznych fragmentów tego pisma: 

(…)17.03.2021 r. funkcjonariusz Wydziału Kryminalnego Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu otrzymał pozytywny wynik testu na koronawirusa. Od tego czasu w/w przebywa w izolacji. Niestety kilka dni wcześniej pełnił służbę z wieloma Policjantami, a szczególnie z Mariuszem Z. (w oryginale pełne nazwisko). Była to wielogodzinna służba w bardzo bliskim kontakcie.(…) Niestety mimo bezpośredniego kontaktu z osobą o potwierdzonym zakażeniu ani Mariusz Z. ani inny funkcjonariusz Wydziału Kryminalnego nie został skierowany na obowiązkową kwarantannę. Mariuszowi Z. zasugerowano aby wziął wolne z nadgodzin. Kiedy oświadczył, że powinien być objęty kwarantanną, a nie wykorzystywać wypracowane nadgodziny kazano mu napisać oświadczenie, że czuje się dobrze i przychodzić do pracy. Trudno w to uwierzyć, ale osoba, która powinna być objęta kwarantanną otrzymała polecenie napisania oświadczenia o stanie zdrowia i przychodzenia do pracy. Następnie Mariusz Z. został skierowany na test w kierunku koronawirusa i w dniu 19.03.2021 r. taki test przeprowadzono. Niestety nadal musiał przychodzić do pracy. W międzyczasie np. brał udział w realizacji sprawy wspólnie z funkcjonariuszami CBŚP i Wydziału Kryminalnego KWP we Wrocławiu oraz pilnował zatrzymanego, pełnił służbę z kilkoma funkcjonariuszami oraz odwiedził kilka urzędów m. in. wałbrzyski monitoring w Urzędzie Miasta. (...) 23.03.2021 r. Mariusz Z. otrzymał pozytywny wynika testu na koronawirusa. Przypominamy, że 23.03.2021r. to dzień kiedy Mariusz Z. powinien być objęty kwarantanną. Powinien ale nie wg „głównego epidemiologa” Zastępcy Naczelnika Wydziału Kryminalnego KMP w Wałbrzychu Rafała K. Rafał K. to nowy Zastępca Naczelnika z kilkuletnim stażem pracy w Policji, bez wiedzy, doświadczenia i jakichkolwiek umiejętności.(...). Ten cyniczny młodzieniec za nic ma życie i zdrowie swoich podwładnych bowiem najważniejsza jest kariera. Rafał K. stwierdził, że nie jest możliwe zarażenie się od innego funkcjonariusza kiedy nosi się maseczkę. (…) Rafał K. sam ocenia zagrożenie epidemiologiczne i dopuszcza Policjantów do służby na podstawie ich oświadczenia o stanie zdrowia. (…) Po naradzie ze swoimi pryncypałami tj. Mariuszem K. i Krzysztofem L. postanowiono, że jednak może należy izolować Policjantów. Jednak broń Boże żadna kwarantanna tylko wolne za nadgodziny (jeden lub dwa dni) bo kto będzie wystawiał mandaty za brak maseczek. Jednak sytuacja w Wydziale Kryminalnym zaczęła się rozwijać ponieważ dwóch kolejnych Policjantów nie czekając na opinię w/w „epidemiologów” dokonało samoizolacji. Jeden z nich Damian K. w dniu 20.03.2021 r. miał objawy przypominające Covid, a 2 dni później takie same objawy mieli jego żona i syn. (…) Żona otrzymała pozytywny wynik testu na koronawirusa. Panowie L., K. i K. zaczęli panikować ponieważ Policjanci coraz głośniej mówili, że to co się dzieje w komendzie to skandal. Postanowiono wysłać na wolne m.in. Łukasza R.. Podstawą do tego miała być jego notatka, że miał kontakt z osoba zarażoną. R. napisał w notatce zgodnie z prawdą, że miał kontakt z Mariuszem Z. Taka treść była jednak nie do przyjęcia. Przecież (Mariusz Z. – dop. JB) Z. już tydzień wcześniej powinien być na kwarantannie, a oni kazali mu chodzić do pracy. R. otrzymał polecenie pominięcia nazwiska Z. Ponadto na sobotę i niedzielę planowana jest akcja poszukiwany, a Pan K. już zapowiedział, że nie przyjmie żadnej notatki jeśli nie będzie rozpytanych przynajmniej kilku sąsiadów. W czasach zarazy mamy odwiedzić kilkaset mieszkań ponieważ wyniki są ważniejsze niż życie i zdrowie. (...). Dzisiaj Pan L. ogłosił, że kwarantanna tylko dla objawowych Policjantów, a w innym wypadku 1 lub 2 dni wolnego. Skierowanie na test lub kontakt z osobą zakażoną wg L. nie jest podstawą do objęcia kwarantanną. (…) Taka sytuacja nigdy nie miałaby miejsca gdyby nie zatuszowano wydarzeń mających miejsce podczas pierwszej fali na przełomie kwietnia i maja 2020 r. W Komisariacie Policji I w Wałbrzychu kilku funkcjonariuszy miało objawy, które mogły świadczyć, że chorują na Covid. Ówczesny Komendant Komisariatu Adam B. stwierdził jednak, że to zwykłe przeziębienie, a pozostali Policjanci panikują i ulegli histerii medialnej. Kilku Policjantów ( np. Łukasz S.) z uwagi, że w rodzinie mają osoby starsze pisało raporty do Komendanta Miejskiego Policji w Wałbrzychu jednak kazano im chodzić do służby, przesłuchiwać świadków, obsługiwać wydarzenia na mieście. (...) Przeziębienia okazały się Covidem, a takich „przeziębionych” było kilkunastu. Rodzina jednego z Policjantów nie wytrzymała i w obawie o swoje zdrowie złożyła skargę. Podczas następnej odprawy (prawdopodobnie pod naciskiem KWP we Wrocławiu ) Panowie S.,L. i K. oświadczyli, że postępowania Komendanta Komisariatu I Policji w Wałbrzychu było skandaliczne i przyczyniło się do tak dużej ilości zakażonych Policjantów. (…) W efekcie skargi zdecydowano poddać testom na koronawirusa wszystkich funkcjonariuszy Komisariatu Policji I w Wałbrzychu, a po wykonanych testach kazano wszystkim wracać do służby. Policjanci polecenie musieli wykonać a po kilku dnia okazało się, że trze z nich tj. Wiktor S., Damian G. i Paweł P. mają pozytywny wynik. (...) Prosimy również o poinformowanie Wydziału Kryminalnego KWP we Wrocławiu, CBŚP, Służby Więziennej oraz Urzędu Miasta w Wałbrzychu o konieczności podjęcia działań z uwagi na bezpośredni kontakt z osobą o potwierdzonym zakażeniu ( Mariusz Z.)”.

To tylko tyle (w dużym skrócie) i aż tyle.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Wróciłem. Po sześciu tygodniach pobytu w szpitalu z powodu zarażenia się koronawirusem, wróciłem do domu, niestety z problemami dotyczącymi płuc. Leczenie trwa nadal i zapewne tak szybko się nie zakończy. Zaraz po powrocie (w szpitalu nie miałem łączności internetowej) przejrzałem moją skrzynkę poczty elektronicznej, w której znalazłem maila wysłanego mi przez wałbrzyskich policjantów lub policjanta. Ponieważ jego treść jest niesamowicie bulwersująca, postanowiłem spełnić ich prośbę, aby mieszkańcy Wałbrzycha byli poinformowania z jakimi problemami funkcjonariusze muszą się borykać na służbie i jakie zagrożenie nie tylko dla siebie, swych rodzin, ale również dla mieszkańców Wałbrzycha codziennie generują.

Do przysłanego maila dołączony był tekst pisma, jakie jego autorzy 26.03.2021 r. skierowali do Komendy Głównej Policji z prośbą o natychmiastową interwencję w opisywanej sprawie. W związku z tym postanowiłem skierować stosowne zapytanie do rzecznika prasowego KGP i KWP we Wrocławiu, z prośbą o pilne potwierdzenie, że wspomniane pismo faktycznie to tych jednostek trafiło i jakie konkretne w związku z tym działania zostały podjęte. Tak więc, niezależnie od tego czy uzyskam potwierdzenie, czy też odpowiedź nie nadejdzie, treść pisma skierowanego do KGP opublikuję w DB2010 w następnym tygodniu. Zdaję sobie sprawę, że przysłany mi mail ma charakter anonimu, ale z drugiej strony w pełni podzielam obawy funkcjonariuszy, że ujawnienie się autorów tej swoistej prośby o interwencje medialną, naraziło by ich na niezasłużone i przykre konsekwencje w postaci niechybnego mobbingu, a nawet prób zastosowania odpowiedzialności dyscyplinarnej. W takich niestety czasach żyjemy, że ludzie boją się z otwartą przyłbicą mówić głośno prawdę.

A oto treść maila jaki 1 kwietnia 2021 roku wpłynął na moją skrzynkę poczty elektroniczne. Publikuję ją w dobrej wierze, że nie jest to jakiś ponury żart ze strony kogoś, kto chciały ze mnie mocno zakpić i narazić mnie na odpowiedzialność karną. Dlatego – na wszelki wypadek – nie posługuję się nazwiskami, które w mailu podane są w pełnym brzmieniu.

Szanowni Państwo

W załączeniu udostępniamy pismo, które w dniu 26.03.2021 r. trafiło do Komendy Głównej Policji w Warszawie oraz Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, dotyczące rażącego postępowania kierownictwa Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu w związku z ujawnieniem zarażeń koronawirusem wśród funkcjonariuszy komendy. Niestety nasze pismo pozostało bez echa, nikt nie rozmawiał z osobami wymienionymi w piśmie, nie odwołano absurdalnej, narażającej życie i zdrowie policjantów oraz mieszkańców akcji poszukiwany.

W wałbrzyskiej policji osoby z podejrzeniem zarażenia wirusem Sars-cov-2 są ukrywane i zmuszane do pracy, a kwarantanna jest dla naszych przełożonych pojęciem całkowicie abstrakcyjnym. Policjanci zmuszani są do pisania notatek o dobrym samopoczuciu i na tej podstawie kierowani są do służby. Nasi przełożeniu nie wiedzą lub udają, że nie wiedzą, że osoby bezobjawowe zarażają tak samo jak osoby objawowe. Przykładem jest opisany w piśmie przypadek Mariusza Z. (w mailu pełne nazwisko), który zakażenie przechodzi bezobjawowo, a do pracy (pomimo obligatoryjnej 10-dniowej kwarantanny) został skierowany na podstawie notatki. Efektem tego jest już kilku chorych policjantów Wydziału Kryminalnego, którzy następnie zarazili swoje rodziny. Ile osób zostało zarażonych podczas wykonywania przez Policjantów czynności służbowych tego nie dowiemy się nigdy.

W chwili obecnej działania naszych przełożonych skierowane są na udowadnianie Policjantom, że zarazili się poza pracą ponieważ nie przestrzegali tzw. obostrzeń. Panowie ci boją przyznać się, że powodem choroby wielu funkcjonariuszy jest ich lekceważący stosunek do obowiązujących przepisów. Panowie L., K., czy K. (członkowie ścisłej kadry kierowniczej KMP - JB) zabarykadowali się miesiące temu w swoich gabinetach i ryzykują życiem i zdrowiem naszym, naszych rodzin i wałbrzyszan. Wszystko to tylko po to aby codziennie rano móc zameldować do Wrocławia ile osób wylegitymowano, ile pojazdów skontrolowano czy ile mandatów zostało nałożonych za brak maseczek. Pseudo wyniki są dla nich ważniejsze niż ludzkie życie i zdrowie.

W chwili obecnej jesteśmy w szczytowym momencie trzeciej fali a dla nich liczą się tylko mandaty i legitymowani. W całym kraju zamknięte są galerie, siłownie, hotele, restauracje a my musimy narażać się tylko i wyłącznie dla statystyki i tego aby Panowie Komendanci byli dobrze oceniani i premiowani. Jeszcze raz podkreślamy, że 90% naszych czynności nie służy ratowaniu życia i zdrowia ludzkiego, a czystej statystyce i chorej satysfakcji naszych przełożonych.

Nie mamy najmniejszych wątpliwości, że nasi przełożeniu wielokrotnie popełnili przestępstwo z art.165 kk oraz naruszyli wszystkie wytyczne rządowe. Niestety jesteśmy pewni, że Policja zatuszuje tę sprawę, a jedyne czynności jakie podejmie skierowane będą na ustalanie kto się poskarżył. Mając na uwadze powyższe zwracamy się do Państwa o pomoc i nagłośnienie w/w sprawy. Wszystkie opisane fakty są w 100% prawdziwe i większość Policjantów je potwierdzi.”

Napisz komentarz (4 Komentarze)

 Opisując na łamach DB2010 tragiczne dla Wojciecha Pyłki zderzenie z profesjonalistami z KMP i Prokuratury Rejonowej w Wałbrzychu, informowałem, że w jego sprawie mec. Magdalena Szczubeł z Wałbrzycha wystosowała do Sądu Najwyższego wniosek o wznowienie prawomocnie zakończonego postępowania. Czyli de facto o skierowanie sprawy do Sądu Okręgowego w Świdnicy, albowiem po wydaniu orzeczenia ujawniły się nowe fakty lub dowody nie znane przedtem sądowi, wskazujące, że skazany nie popełnił zarzucanego mu przestępstwa. To tak zwane w języku sądowym novum, udało mi się wyłapać po naprawdę bardzo szczegółowej analizie akt procesowych, które dostarczył mi Wojciech Pyłka z prośbą, abym się tej sprawie przyjrzał tzw. policyjnym okiem. I to, co w tych dokumentach procesowych odkryłem, zostało wykorzystane do sprecyzowania wniosku o wznowienie, albowiem chodzi o fakty, które wskazują na poważne prawdopodobieństwo błędności prawomocnego wyroku skazującego, na co Sąd Najwyższy w wielu swoich orzeczeniach wskazywał. Warunkiem – według tego sądu– jest to, aby te nowe ujawnione fakty mogły podważyć prawdziwość przyjętych uprzednio ustaleń. Wniosek pełnomocnika procesowego Wojciecha Pyłki spowodował, że Sąd Najwyższy zwrócił się do Sądu Okręgowego w Świdnicy o nadesłanie całości akt sprawy sprawy i po przeprowadzonej analizie wniosek został przyjęty do rozpoznania, co już samo w sobie było wskazówką, że podniesione w nim argumenty są na tyle poważne, że sąd ten pochyli się nad nimi na rozprawie wznowieniowej. Następnie akta zostały skierowane do Prokuratury Krajowej, aby uzyskać od niej opinię, co do zasadności wniosku i tu mam dla czytelników DB 2010, ale zwłaszcza dla policjantów z KMP w Wałbrzychu oraz nadzorującej śledztwo pani prokurator informację, że Prokuratura Krajowa wniosek o wznowienie poparła. Widać siła argumentów wynikających ze wskazanych nowych faktów, dotarła również do świadomości prokuratorów z Prokuratury Krajowej, albowiem prokuratura ta, czego dowodem są liczne przykłady, nie jest zbyt podatna na wskazywane w podobnych wnioskach argumenty.

W tym przypadku stało się inaczej i 18 stycznia 2021 roku Prokuratura Krajowa skierowała do Sądu Najwyższego pismo (sygn. PK IV Kw 56.2020), w którym wnosi o przeprowadzenie czynności sprawdzających, polegających na ustaleniu abonentów telefonów komórkowych (tu wskazane we wniosku ich numery) i przesłuchanie ich na okoliczności związane z Januszem (...), jak również na okoliczności dotyczące połączeń SMS mających miejsce 24, 25 i 30 stycznia 2008 roku, a więc po czasie wskazanym w akcie oskarżenia i w uzasadnieniu wyroków I i II instancji, jako czasie, w którym Janusz (...) już nie żył. Jednakże najważniejszą moim zdaniem konstatacją Prokuratury Krajowej jest to, że według niej „Konieczność dokonania tych ustaleń jawi się szczególnie w związku z tym, że czas zgonu Janusza (…) ustalono z powołaniem się na ostatnie połączenie telefoniczne z jego telefonu, z kolei czas jego zgonu ma istotne znaczenie dla oceny wyjaśnień i zeznań złożonych w sprawie.” I właśnie to końcowe zdanie oddaje clou problemu.

Otóż w wznowionym postępowaniu sądowym obrońcy Wojciecha Pyłki z łatwością wykażą to, co ja opisuję w sporządzonej na jego prośbę analizie akt, a mianowicie, że z ustaleń procesowych dokonanych przez wałbrzyskich policjantów i nadzorującą śledztwo panią prokurator, absolutnie nie wynika, że zgon Janusza Laskowskiego miał miejsce w nocy z 23 na 24 stycznia 2008 r. Z akt śledztwa w sposób nie budzący wątpliwości wynika, że datę taką przyjęto dopiero pod koniec lipca, kiedy ktoś wreszcie zorientował się, że 23 stycznia wieczorem Janusz Laskowski dwukrotnie łączył się z oficerem dyżurnym KMP, co jak byk stało w billingu połączeń telefonicznych, będącym jednym z najważniejszych dowodów procesowych. Billingi te zostały sporządzone PTK Centertel 4 lipca i przekazane do Prokuratury Rejonowej, ale dopiero 8 sierpnia przeprowadzona została analiza nagrania rozmowy Janusza z oficerem dyżurnym KMP. Dowodzi to czegoś dla mnie niesamowitego, a konkretnie tego, że profesjonaliści z KMP (jak i z Prokuratury) nie wpadli na pomysł, aby wszczynając śledztwo przeanalizować książkę interwencji zlecanych w styczniu przez oficera dyżurnego KMP. Wprost niebywałe przy śledztwach dotychczas podejrzenia zabójstwa.

Przypomnę, że Pyłce zarzut zabójstwa postawiono już 24 kwietnia, opierając się na bełkotliwych wyjaśnieniach Bogumiła K. (zresztą szybko odwołanych), a w zarzucie nie poddano nawet w przybliżeniu, kiedy tego zabójstwa miał dokonać, bo jak widać profesjonaliści z organów ścigania, sami wówczas tego nie wiedzieli. Tak jak miał się ten biedny Pyłka bronić, kiedy nie miał absolutnie żadnych szans na wskazanie swego alibi na czas domniemanego zabójstwa? Sam bym się w takiej sytuacji nie wybronił. Czy policjanci, prokurator i sędziowie sądów dwóch instancji tego faktu nie dostrzegli? A może dostrzegali, ale był im strasznie niewygodny. Wznowienie postępowania sądowego da też szansę na udowodnienie, że koronny dowód z zeznania świadka Teresy J., która rozmawiała z Bogumiłem K. po tym, kiedy rzuciła kamykiem w okno Janusza, jest wielce niewiarygodny i to nie tylko dlatego, że nikt nie sprawdził grafiku pracy tej kobiety. A to właśnie na jego podstawie uznała, że rozmowa ta miała prawdopodobnie miejsce 23 stycznia. Podkreślam szczególnie użyte przez nią słowo „prawdopodobnie”, co zostało przecież w protokole przesłuchania zapisane. Jednak to nie ten dowód jest najważniejszy, ale zeznanie konkubiny Bogumiła K. i jej sąsiadki Iwony S., z których jak byk wynika, że 23 stycznia 2008 r. po dwukrotnej policyjnej interwencji, Bogumił K. około 22:00 przyszedł do mieszkania Iwony S. z zakrwawioną rękę i już z niego nie wychodził.

Tak więc historia z wpuszczeniem, czy w ogóle z bytnością Wojciecha Pyłki w tym dniu w mieszkaniu Laskowskiego, przedstawiona przez Bogumiła K. i przyjęta przez sąd jako najbardziej wiarygodne jego wyjaśnienie, jest po prostu jawną kpiną z art. 2, 4 i 7 kodeksu postępowania karnego i z logiki w ogóle. W aktach sprawy znajduje się notatka urzędowa (k.683), sporządzona 8 sierpnia 2008 r. przez funkcjonariusza sekcji dochodzeniowo-śledczej KMP, z której wprost wynika, że to on przeprowadził analizę zapisów połączeń telefonicznych „w okresie w jakim mogło dojść do zdarzenia” (czyli 23-24.08.2008) i ustalił, iż w okresie tym do Laskowskiego dzwoniły tylko dwie osoby, a konkretnie wspomniana już Iwona S. i Katarzyna M., czyli jedna z jego znajomych zamieszkała w gminie Bierutów powiat oleśnicki. Natomiast on sam zadzwonił tylko do Katarzyny S. o godzinie 02:00 w nocy, co analizujący ten dokument uznał za godzinę graniczną do wyznaczenia czasu zgonu i zadowolony z siebie na tym analizę ową zakończył. Ale gdyby nie był tak podekscytowany swym odkryciem i spojrzał na dalsze pozycje billingu, bez trudu by odkrył, że telefon Janusza Laskowskiego był czynny po południu w dniu 24 stycznia, następnie 25 stycznia i na koniec 30 stycznia.

I tak Wojciech Pyłka został oskarżony bez wyjaśnienia kto i w jakiej sprawie (oraz z którego miejsca) wysyłał SMS na numer telefonu Laskowskiego i odbierał te nadawane przez niego. Ten ktoś (dwie osoby zresztą) z nieboszczykiem esemesować nie mogły i dlatego Sąd Najwyższy i Prokuratura Krajowa uznały, że należy to wyjaśnić trakcie wznowionego procesu. Szkoda tylko, że ‘kurza ślepota” policjantów, prokuratorów i sądu I i II instancji spowodowało, że Pyłka bezpowrotnie stracił 13 lat ze swego życia.

Sprawa Wojciecha Pyłki. "Jest tragiczna, jak sprawa Tomka Komendy" - Wrocław (onet.pl)

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Kiedy w ubiegły czwartek odbierałem w jednym z punktów na Podzamczu numer tygodnika DB 2010, spotkałem uroczą panią, która mnie nie znając, wygłosiła taką oto opinię, że szkoda, iż ten co w tygodniku publikował „teksty polityczne” nagle tego zaprzestał, bo to co pisał, było dla niej jak tlen. Mocno to mnie podbechtało, więc szybko się ujawniłem i owa pani zaapelowała do mnie, abym powrócił do tych moich „politycznych” felietonów.

Przestałem je pisać po wygranych przez Zjednoczoną Prawicę wyborach do narodowego sejmu i wygranej narodowego prezydenta, ponieważ straciłem wiarę w to, że pisanie takich felietonów czemukolwiek służy, więc nie widzę sensu „naprawiania świata”, bo i tak tego co piszę, nikt sobie do serca nie bierze. Przyznam jednak, że rozmowa ze wspomnianą panią, trochę zaburzyła moje podejście do tego problemu, a ponieważ nadarzyła się okazja krytycznego podejścia do najnowszego wyskoku niedouczonych w zakresie wiedzy prawniczej wilczków „Solidarnej Polski” w sprawie likwidacji prawa obywatela do odmowy przyjęcia mandatu, pozwolę sobie na niepolityczne, bo raczej merytoryczne, zabranie w tej sprawie głosu.

Otóż sprawa ma się tak, że prawnicze tuzy „Solidarnej Polski” umyśliły sobie, iż do obowiązującego prawa, które pozwala obywatelowi na odmowę przyjęcia wystawionego mu mandatu za jakieś naruszenie obowiązujących przepisów, wprowadzić zmiany, które z grubsza rzecz biorąc, będą polegać na tym, że nawet jak odmówi, to funkcjonariusz publiczny mandat wystawi i w razie jego nieuiszczenia, sprawa zostanie skierowana do postępowania komorniczego. Jednym słowem funkcjonariusz państwowy mający prawo do nakładania mandatu, uzyska w ten sposób status sędziego, chociaż munduru na sędziowską togę zamieniać nie będzie musiał. Oczywiście, tak jak w przypadku orzeczeń sądowych, od takiego policyjnego wyroku będzie obywatelowi przysługiwała „apelacja” w postaci odwołania się w ciągu 7 dni do sądu, która będzie musiała zawierać pełny wykaz wszystkich dowodów wskazujących na niewinność obywatela. Czyli to on będzie musiał udowadniać, iż wielbłądem nie jest, co już samo w sobie jest niesamowitym kuriozum prawnym. Pomijam tu wymogi proceduralne takiego odwołania, które będą od obywatela wymagały dosyć dobrej znajomości często dla niego mało zrozumiałych przepisów proceduralnych, od zachowania których zależy los złożonego odwołania.

Tak więc mózgowcy z ZP umyślili sobie, aby obywatel w ciągu tych 7 dni zebrał – to znaczy procesowo udokumentował – dowody swojej niewinności, a następnie zgodnie z obowiązującymi przepisami dołączył je do wniosku o unieważnienie mandatu. I tu znajduje się kolejna pułapka, ponieważ jeżeli obywatel już po wniesieniu odwołania znajdzie lub zabezpieczy ewidentne dowody swojej niewinności, to już ich sądowi przedłożyć nie będzie mógł, bo nowo wymyślone „prawo” będzie tego zakazywało, a więc jego oprawo do obrony zostanie totalnie zdewastowane. Kolejna dewastacja dotyczy obowiązującego przecież przepis Konstytucji, który stanowi, że każdy zostaje uznanym za winnego jedynie w drodze prawomocnego wyroku sądowego. Tymczasem narodowi politycy „Solidarnej Polski” umyślili sobie, że mandat karny będzie podlegać egzekucji komorniczej nawet po wniesieniu odwołania do sądu, czyli mandat nałożony przez policjanta ma waloru orzeczenia prawomocnego. Wprawdzie ukarany w złożonym wniosku będzie miał prawo do wystąpienia o wstrzymanie wykonalności kary nałożonej mandatem do czasu prawomocnego orzeczenia, ale konia z rzędem temu, kto udowodni, iż każdy taki wniosek zostanie pozytywnie rozpatrzony. Poza tym nie wszyscy zwykli zjadacze chleba o takiej możliwości mają pojęcie, a więc będą musieli pozbyć się sporej kasy, aby skorzystać z pomocy zawodowego prawnika, co i tak nie daje gwarancji wygranej. A ponieważ taki mandat może sięgać nawet 5 tys. zł, do tego koszty obrońcy, koszty sądowe (w przypadku przegranej), mogą sprawić, że taki upierdliwy obywatel żądający poszanowania swoich obywatelskich praw, może płynąć na niezłą kasę, które zapewni narodowemu rządowi zaspokajanie swoich różnych niekoniecznie narodowych potrzeb.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest uzasadnienie do tego projektu, albowiem wynika z niego, że bystrzaki z ZP postanowili pochylić nad trudnym losem obywatela, który według nich odmawiając przyjęcia mandatu, działa pod presją emocji, przez co tylko sam sobie szkodzi, albowiem – UWAGA UWAGA – jak mandat zapłaci, to już nie może się od tego odwołać, więc później tego żałuje, ale jest już za późno. Więc dobrotliwe narodowe państwo od traumy tej go uwolni, dając mu możliwość odwołania się do sądu od nałożonego nań mandatu. Powinien to docenić, bo przecież odmowa przyjęcia mandatu przyczynia się jednocześnie do nadmiernego obciążenia sądów zbędnymi postępowaniami. Przełamując ogarniającą mnie chęć do szaleńczego chichotu zwrócę tylko uwagę, że odebranie prawa do odmowy przyjęcia mandatu niczego tu nie zmieni, ponieważ nie spowoduje to zmniejszenia liczby odwołań. Wszak odmowa przyjęcia mandatu spowodowana jest przekonaniem, że został on nałożony niesłusznie lub bezpodstawnie. Na dodatek wygląda na to, że narodowi posłowie, którzy ten projekt złożyli, nie sprawdzili wcześniej, iż sprawy dotyczące odmów przyjęcia mandatów, to w skali roku jedynie 1% wszystkich wszczynanych w sadach postępowań. Zresztą jakoś się temu nie dziwię, bo mam wrażenie, że pojemność ich czaszek nie pozwala na rozwiniecie jakiejś głębszej myśli. Uzasadnię to w ten sposób, że jeśli ci mózgowcy tak bardzo martwią się o dobrostan ukaranych mandatem, to powinni wnieść poprawkę rodzaju, że prawo do wniesienia odwołania od mandatu przysługuje również w przypadku jego przyjęcia, co możliwość traumy tym faktem spowodowaną z miejsca zlikwiduje. W tym miejscu chcę zatem wszystkich poinformować, że zgodnie z art. 101 §1 kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia, każdy prawomocny mandat karny podlega niezwłocznie uchyleniu, jeżeli grzywnę nałożono za czyn niebędący czynem zabronionym jako wykroczenie albo na osobę, która popełniła czyn zabroniony przed ukończeniem 17 lat, albo gdy ustawa stanowi, że sprawca nie popełnia wykroczenia z przyczyn, o których mowa w art. 15–17 Kodeksu wykroczeń.

Nie mam wątpliwości (w ślad za wielkimi prawniczymi autorytetami), że ten jak najbardziej niekonstytucyjny i niezgodny ze standardami cywilizowanego świata projekt zmian, na ma celu nałożenie obywatelowi obroży z kagańcem, aby przede wszystkim uniemożliwić mu publiczne wyrażanie swojej opinii o aktualnie rządzących. Zwłaszcza na różnego rodzaju manifestacjach. Dlatego zwracam uwagę, że art. art. art.15 -16 kodeksu wykroczeń stanowią, że nie popełnia wykroczenia, kto w obronie koniecznej odpiera bezpośredni bezprawny zamach na jakiekolwiek dobro chronione prawem, albo kto działa w celu uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego dobru chronionemu. Myślę, że wielu sędziów, którzy sędziowskiemu ślubowaniu jeszcze się nie sprzeniewierzyli uzna, iż niepodporządkowanie się bezprawnym rozporządzeniom ministra łamiącym Konstytucję, która jest dobrem chronionym przez prawo, żadnym wykroczeniem nie jest i nałożone i prawomocne mandaty uchyli. Trzeba tylko umieć się bronić, ale aby to czynić, trzeba się przysługującym każdemu z nas prawem zapoznać.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Od „zawsze”, bo od swych młodzieńczych lat, w których zacząłem pojmować to, co się wokół mnie dzieje, wiedziałem, co to znaczy być przyzwoitym, albowiem moja mama nie tylko mi to tłumaczyła, ale też wielokrotnie powtarzała, abym zawsze starał się takim być. Nie miałem więc problemu, aby zgodnie z jej wolą o to przynajmniej się starać. I kiedy po latach, od nieodżałowanego Władysława Bartoszewskiego, usłyszałem, że kiedy nie będziemy wiedzieli jak się zachować, to po prostu mamy zachować się przyzwoicie, wiedziałem dobrze, co ten wielce doświadczony życiowo człowiek chciał nam przekazać.

Nadeszły jednak takie czasy, że słowo traci swój pierwotny sens i znaczenie, więc aby się w pieniącym wokół mnie chaosie nie pogubić, zajrzałem do mojego starego słownika (z okresu PRL), by sobie przypomnieć, że przyzwoitość, to nic innego jak przestrzeganie dobrych obyczajów i norm etycznych. Mówiąc inaczej to moralność, skromność, uczciwość i obyczajność. 

Niestety, coraz rzadziej z takimi postawami się spotykam, a kiedy przysłuchuję się wieściom płynącym z naszego polskiego światka politycznego, za każdym razem nachodzi mnie refleksja, że czasy obecne z tak rozumianą przyzwoitością mają coraz mniej wspólnego. Słyszę oto, że druga osoba w państwie zabawia się gdzieś na południowym wschodzie polski z nieletnią czy nawet małoletnią ukraińską prostytutką, co ponoć nagrane zostało przez prowadzących tam burdele przedstawicieli rosyjskojęzycznej mafii, współpracującej z niektórymi (na szczęście już byłymi) funkcjonariuszami CBŚP, a człowiek ten w spokoju dalej pełnił powierzoną mu zaszczytną funkcję państwową. Widać więc, że w całkowite zapomnienie odeszła stara maksyma, iż nawet „żona cezara musi być wolna od jakiegokolwiek cienia podejrzeń”. Wprawdzie, kiedy się okazało, że z rządowych samolotów uczynił dla siebie, swojej rodziny i znajomych prywatną podniebną taksówkę, stanowisko stracił, ale nie dlatego, że zachował się nieprzyzwoicie, tylko dlatego, jak ogłosił prezes Jarosław, że vox populi vox dei, czyli głos ludu (jest) głosem Boga.

Przyznam, że po ogłoszeniu wyników niedawnych wyborów parlamentarnych trochę zgłupiałem, kiedy usłyszałem, że głosami ludu tenże człowiek ponownie do polskiego sejmu został wybrany. I nie wiem, czy pomylił się prezes Jarosław, czy sam Bóg, który swą wolę ogłasza decyzjami ludu. Zwłaszcza tego pracującego ze wsi i miasteczek.

Łapię się za głowę z przerażenia, kiedy słyszę, że kryształowo przyzwoity człowiek, tak przyzwoity, iż nie było potrzeby czekania na efekty sprawdzenia go przez służby specjalne, wybrany na najważniejszego kontrolera wszystkiego co w kraju można skontrolować, okazał się zwykłym kolesiem panów z grupy towarzyskiej zwyczajowo zwanej mafią. Mało tego, kierując organem walczącym z tzw. mafią watowską, nie widział i nie wiedział (ponoć), że ulokowała się ona również w kierowanym przez niego ministerstwie, kierowana przez jego w tym ministerstwie prawą rękę. Ponadto, ten tak szlachetny i kryształowo uczciwy obywatel i patriota, oszukiwał podległych mu urzędników (a tym samym nas wszystkich), kombinując na wszelkie sposoby, aby płacić jak najmniejsze podatki.

Mając takie przykłady uczciwości (więcej nie będę wymieniał, bo stron w tygodniku by zbrakło), nawet się nie zdziwiłem, że oto z list partyjnych prezesa Jarosława na poselską posadę wystartowała pani, która w poprzedniej kadencji sejmu nie miała żadnych oporów, aby głosować na tak zwane dwie ręce. Czyli bezczelnie dopuściła się ordynarnego oszustwa parlamentarnego, a jednocześnie przestępstwa przekroczenia uprawnień służbowych, o co nawet prokurator okręgowy z Warszawy miał pretensję, stawiając jej stosowny zarzut.

I kiedy myślałem, że nic mnie w tej materii już nie zaskoczy, nagle okazało się, że mojej wyobraźni wiele jeszcze brakuje, bo oto dowiaduję się, że prezes Jarosław postanowił, aby do organu nadal uporczywie zwanego Trybunałem Konstytucyjnym, desygnować panią, która podczas obrad sejmowej komisji sprawiedliwości głosowała za ustawowym przepisem, chociaż miała, jako doktor nauk prawnych, pełną świadomość, że przepis ten jest absolutnie niekonstytucyjny. Przypomnę jej ówczesną argumentację: ”Z powodu umowy politycznej będę głosowała tak jak mój klub, natomiast podzielam w pełni pogląd pana ministra Warchoła i uważam, że zapis jest wprost jaskrawie sprzeczny z konstytucją w swoim brzmieniu.”

Nie wysilając się na własny, posłużę się komentarzem jednej wielce przeze mnie szanowanej dziennikarki, że jaki Trybunał, taka kandydatka. Smutne to niesamowicie, ale jakże prawdziwe.

Taki sam brak wyobraźni nie pozwolił mi nawet na cień przypuszczenia, że do tego szczątkowego organu (wg zasady, że organ mało używany ulega zanikowi) prezes Jarosław raczy desygnować swojego „prokuratora stanu wojennego”, którego cyniczne szczerzenie uzębienia, sztucznego tak samo jak jego „kombatancka” przeszłość, powoduje niekontrolowane przeze mnie odruchy zaciskania pięści.

Nie to, abym miał cokolwiek przeciw „prokuratorom stanu wojennego”, bo znam wielu takich bardzo przyzwoitych i zawodowo rzetelnych prokuratorów, a i sam byłem funkcjonariuszem publicznym tamtych czasów. Chodzi mi o to, iż zwykła przyzwoitość – jaką wpoiła mi moja mama, starsza od Jadwigi Kaczyńskiej tylko o dwa lata – nie pozwala desygnować na to stanowisko człowieka z taką przeszłością, po tym jak brutalnie pozbawiło się rent i emerytur ludzi, którzy w swych życiorysach zawodowych mieli chociażby tylko kilka dni służby organach bezpieczeństwa PRL, a po transformacji ustrojowej dalej wiernie i ofiarnie przez lata służyli państwu i społeczeństwu. To już nie tylko brak przyzwoitości, lecz zwykłe – nie tylko polityczne – draństwo i kpina z polskiej i światowej opinii publicznej.

Problem w tym, że jak mawiała moja mama, człowiek nieprzyzwoity, opinię publiczną ma w pewnym szczególnym miejscu, będącym antypodami głowy. Przypomniała mi się trawestacja znanego popularnego powiedzenia, często używana (w czasach moich prawniczych studiów) przez dziekana Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego docenta1 Andrzeja Kordika, który lubił mawiać, pokaż mi swój nocnik, a powiem ci kim jesteś. Zdaje mi się, że obraz nocnika, zarówno prezesa jak i jego kolejnych już nominatów, mam w głowie i absolutnie nie muszą mi go pokazywać.

1. W okresie Polski przedwojennej oraz w Polsce Ludowej do 1987 roku docentura była stanowiskiem pośrednim pomiędzy adiunktem a profesorem nadzwyczajnym. Z wyjątkiem lat 1965-1969 tytuł ten przyznawany był osobom posiadającym stopień doktora lub doktora habilitowanego.

Napisz komentarz (1 Komentarz)

 Zastanawiam się kim jest człowiek, który zlecił w KWP we Wrocławiu wszczęcie dochodzenia w sprawie przestępstwa, które jako żywo nie miało miejsca. Czym on się kierował? Bo z mojego punktu widzenia musiał to być osobnik z niesamowicie przerośniętym ego, które wywołuje absolutne przekonanie, iż można mu wszystko, zwłaszcza mieć w dupsku prawo, a szczególnie innych ludzi, do których zapewne nie czuje nic innego niż pogardę.

Nie wiem, kto takie polecenie wydał, nie wiem jakie pełni w KWP we Wrocławiu stanowisko, więc z pewnością, iż nie urażam niczyich dóbr osobistych, mogę śmiało stwierdzić, że jest to niesamowity cymbał.

Jak nazwać kogoś, kto zgłasza swoim byłym podwładnym przestępstwo wiedząc, że nie miało ono miejsca, podpowiada kodeks karny.

Ale jak nazwać kogoś, kto tak postępuje, bo nie zdaje sobie sprawy z tego, że mu robić tego nie wolno? Niech każdy sam sobie odpowie. Ja nie potrafię, bo skończył mi się zasób określeń, a nie chcę takiego kogoś określić mianem, na które nie zasługuje, bo jest zbyt dla niego łagodne.

Złożyliśmy zawiadomienie do prokuratury. Czekamy na efekt, chociaż mamy świadomość, że to nie czasy, kiedy na sprawiedliwość liczyć można było jak kiedyś na Zawiszę Czarnego.

Napisz komentarz (9 Komentarzy)