Od „zawsze”, bo od swych młodzieńczych lat, w których zacząłem pojmować to, co się wokół mnie dzieje, wiedziałem, co to znaczy być przyzwoitym, albowiem moja mama nie tylko mi to tłumaczyła, ale też wielokrotnie powtarzała, abym zawsze starał się takim być. Nie miałem więc problemu, aby zgodnie z jej wolą o to przynajmniej się starać. I kiedy po latach, od nieodżałowanego Władysława Bartoszewskiego, usłyszałem, że kiedy nie będziemy wiedzieli jak się zachować, to po prostu mamy zachować się przyzwoicie, wiedziałem dobrze, co ten wielce doświadczony życiowo człowiek chciał nam przekazać.

Nadeszły jednak takie czasy, że słowo traci swój pierwotny sens i znaczenie, więc aby się w pieniącym wokół mnie chaosie nie pogubić, zajrzałem do mojego starego słownika (z okresu PRL), by sobie przypomnieć, że przyzwoitość, to nic innego jak przestrzeganie dobrych obyczajów i norm etycznych. Mówiąc inaczej to moralność, skromność, uczciwość i obyczajność. 

Niestety, coraz rzadziej z takimi postawami się spotykam, a kiedy przysłuchuję się wieściom płynącym z naszego polskiego światka politycznego, za każdym razem nachodzi mnie refleksja, że czasy obecne z tak rozumianą przyzwoitością mają coraz mniej wspólnego. Słyszę oto, że druga osoba w państwie zabawia się gdzieś na południowym wschodzie polski z nieletnią czy nawet małoletnią ukraińską prostytutką, co ponoć nagrane zostało przez prowadzących tam burdele przedstawicieli rosyjskojęzycznej mafii, współpracującej z niektórymi (na szczęście już byłymi) funkcjonariuszami CBŚP, a człowiek ten w spokoju dalej pełnił powierzoną mu zaszczytną funkcję państwową. Widać więc, że w całkowite zapomnienie odeszła stara maksyma, iż nawet „żona cezara musi być wolna od jakiegokolwiek cienia podejrzeń”. Wprawdzie, kiedy się okazało, że z rządowych samolotów uczynił dla siebie, swojej rodziny i znajomych prywatną podniebną taksówkę, stanowisko stracił, ale nie dlatego, że zachował się nieprzyzwoicie, tylko dlatego, jak ogłosił prezes Jarosław, że vox populi vox dei, czyli głos ludu (jest) głosem Boga.

Przyznam, że po ogłoszeniu wyników niedawnych wyborów parlamentarnych trochę zgłupiałem, kiedy usłyszałem, że głosami ludu tenże człowiek ponownie do polskiego sejmu został wybrany. I nie wiem, czy pomylił się prezes Jarosław, czy sam Bóg, który swą wolę ogłasza decyzjami ludu. Zwłaszcza tego pracującego ze wsi i miasteczek.

Łapię się za głowę z przerażenia, kiedy słyszę, że kryształowo przyzwoity człowiek, tak przyzwoity, iż nie było potrzeby czekania na efekty sprawdzenia go przez służby specjalne, wybrany na najważniejszego kontrolera wszystkiego co w kraju można skontrolować, okazał się zwykłym kolesiem panów z grupy towarzyskiej zwyczajowo zwanej mafią. Mało tego, kierując organem walczącym z tzw. mafią watowską, nie widział i nie wiedział (ponoć), że ulokowała się ona również w kierowanym przez niego ministerstwie, kierowana przez jego w tym ministerstwie prawą rękę. Ponadto, ten tak szlachetny i kryształowo uczciwy obywatel i patriota, oszukiwał podległych mu urzędników (a tym samym nas wszystkich), kombinując na wszelkie sposoby, aby płacić jak najmniejsze podatki.

Mając takie przykłady uczciwości (więcej nie będę wymieniał, bo stron w tygodniku by zbrakło), nawet się nie zdziwiłem, że oto z list partyjnych prezesa Jarosława na poselską posadę wystartowała pani, która w poprzedniej kadencji sejmu nie miała żadnych oporów, aby głosować na tak zwane dwie ręce. Czyli bezczelnie dopuściła się ordynarnego oszustwa parlamentarnego, a jednocześnie przestępstwa przekroczenia uprawnień służbowych, o co nawet prokurator okręgowy z Warszawy miał pretensję, stawiając jej stosowny zarzut.

I kiedy myślałem, że nic mnie w tej materii już nie zaskoczy, nagle okazało się, że mojej wyobraźni wiele jeszcze brakuje, bo oto dowiaduję się, że prezes Jarosław postanowił, aby do organu nadal uporczywie zwanego Trybunałem Konstytucyjnym, desygnować panią, która podczas obrad sejmowej komisji sprawiedliwości głosowała za ustawowym przepisem, chociaż miała, jako doktor nauk prawnych, pełną świadomość, że przepis ten jest absolutnie niekonstytucyjny. Przypomnę jej ówczesną argumentację: ”Z powodu umowy politycznej będę głosowała tak jak mój klub, natomiast podzielam w pełni pogląd pana ministra Warchoła i uważam, że zapis jest wprost jaskrawie sprzeczny z konstytucją w swoim brzmieniu.”

Nie wysilając się na własny, posłużę się komentarzem jednej wielce przeze mnie szanowanej dziennikarki, że jaki Trybunał, taka kandydatka. Smutne to niesamowicie, ale jakże prawdziwe.

Taki sam brak wyobraźni nie pozwolił mi nawet na cień przypuszczenia, że do tego szczątkowego organu (wg zasady, że organ mało używany ulega zanikowi) prezes Jarosław raczy desygnować swojego „prokuratora stanu wojennego”, którego cyniczne szczerzenie uzębienia, sztucznego tak samo jak jego „kombatancka” przeszłość, powoduje niekontrolowane przeze mnie odruchy zaciskania pięści.

Nie to, abym miał cokolwiek przeciw „prokuratorom stanu wojennego”, bo znam wielu takich bardzo przyzwoitych i zawodowo rzetelnych prokuratorów, a i sam byłem funkcjonariuszem publicznym tamtych czasów. Chodzi mi o to, iż zwykła przyzwoitość – jaką wpoiła mi moja mama, starsza od Jadwigi Kaczyńskiej tylko o dwa lata – nie pozwala desygnować na to stanowisko człowieka z taką przeszłością, po tym jak brutalnie pozbawiło się rent i emerytur ludzi, którzy w swych życiorysach zawodowych mieli chociażby tylko kilka dni służby organach bezpieczeństwa PRL, a po transformacji ustrojowej dalej wiernie i ofiarnie przez lata służyli państwu i społeczeństwu. To już nie tylko brak przyzwoitości, lecz zwykłe – nie tylko polityczne – draństwo i kpina z polskiej i światowej opinii publicznej.

Problem w tym, że jak mawiała moja mama, człowiek nieprzyzwoity, opinię publiczną ma w pewnym szczególnym miejscu, będącym antypodami głowy. Przypomniała mi się trawestacja znanego popularnego powiedzenia, często używana (w czasach moich prawniczych studiów) przez dziekana Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego docenta1 Andrzeja Kordika, który lubił mawiać, pokaż mi swój nocnik, a powiem ci kim jesteś. Zdaje mi się, że obraz nocnika, zarówno prezesa jak i jego kolejnych już nominatów, mam w głowie i absolutnie nie muszą mi go pokazywać.

 

1. W okresie Polski przedwojennej oraz w Polsce Ludowej do 1987 roku docentura była stanowiskiem pośrednim pomiędzy adiunktem a profesorem nadzwyczajnym. Z wyjątkiem lat 1965-1969 tytuł ten przyznawany był osobom posiadającym stopień doktora lub doktora habilitowanego.

Napisz komentarz (1 Komentarz)

 Zastanawiam się kim jest człowiek, który zlecił w KWP we Wrocławiu wszczęcie dochodzenia w sprawie przestępstwa, które jako żywo nie miało miejsca. Czym on się kierował? Bo z mojego punktu widzenia musiał to być osobnik z niesamowicie przerośniętym ego, które wywołuje absolutne przekonanie, iż można mu wszystko, zwłaszcza mieć w dupsku prawo, a szczególnie innych ludzi, do których zapewne nie czuje nic innego niż pogardę.

Nie wiem, kto takie polecenie wydał, nie wiem jakie pełni w KWP we Wrocławiu stanowisko, więc z pewnością, iż nie urażam niczyich dóbr osobistych, mogę śmiało stwierdzić, że jest to niesamowity cymbał.

Jak nazwać kogoś, kto zgłasza swoim byłym podwładnym przestępstwo wiedząc, że nie miało ono miejsca, podpowiada kodeks karny.

Ale jak nazwać kogoś, kto tak postępuje, bo nie zdaje sobie sprawy z tego, że mu robić tego nie wolno? Niech każdy sam sobie odpowie. Ja nie potrafię, bo skończył mi się zasób określeń, a nie chcę takiego kogoś określić mianem, na które nie zasługuje, bo jest zbyt dla niego łagodne.

Złożyliśmy zawiadomienie do prokuratury. Czekamy na efekt, chociaż mamy świadomość, że to nie czasy, kiedy na sprawiedliwość liczyć można było jak kiedyś na Zawiszę Czarnego.

Napisz komentarz (9 Komentarzy)

 Ponoć 4 czerwca 1989 roku „Solidarność” całkowicie pogrążyła tzw. komunę, odnosząc nad nią druzgocące zwycięstwo i odsyłając ją w niebyt historii. Ponoć, … bo taki przekaż bez przerwy sączy się od 30 lat, wykoślawiając obraz z tamtej rzeczywistości.

Jeżeli ta „komuna” została rzucona na kolana, to kto wprowadził Polskę do NATO i Unii Europejskiej, kto przeforsował napisanie nowej konstytucji, w obronie której zacięcie dziś staje wielu twardogłowych "antykomunistów" z lat 80-tych. Oni wprawdzie nadzwyczaj obłudnie i cynicznie z przestrzeni publicznej wypychają polską lewicę (tę, która czasów PRL w czambuł nie potępia), ale z drugiej strony, bez tej lewicy ponieśliby jeszcze bardziej sromotną klęskę w walce z pisowskimi zagonami.

Jak to było z tym wielkim zwycięstwem nad „komuną” w czerwcu 1989 roku, piszę w felietonie zamieszczonym w DB 2010 z 06.06.2019 (Załącznik).

 

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB2010 z 06.06.2019.png)4 czerwca - niechciana prawda
Napisz komentarz (4 Komentarze)

 Jest rzeczą oczywistą, że w aktualnej sytuacji SLD nie miał raczej wyboru i aby nie ryzykować utraty miejsc w Parlamencie Europejskim, zdecydował się na przystąpienie do Koalicji Europejskiej. Z oporami, ale się z tym musiałem pogodzić, jako że zawsze byłem realistą i starałem się kierować rozumem, a nie emocjami. Niekiedy bywa to trudne, ale zawsze wówczas trzeba mieć na uwadze długofalowe skutki podejmowanych decyzji. W sytuacji, w jakiej postawił Polskę prezes Jarosław, lepszego wyjścia nie było.

Oczywiście można mieć – i ja mam – do SLD pretensje, że w tak głupi sposób zmarnotrawił olbrzymie poparcie, jakie uzyskał zaraz po tym, kiedy ludzie odczuli na własnej skórze, czym jest XIX-wieczna forma kapitalizmu, a taki nam „Solidarność” pospołu z Balcerowiczem, na początku lat 90-tych, zafundowała. Przejmując ster rządów, ze strachu przed prawicową opinią publiczną (pamiętne: Lewicy wolno mniej), a także po części z własnych merkantylnych interesów niektórych swych prominentnych członków, Sojusz stosunkowo szybko i łatwo zapomniał, że był partią stającą w obronie słabszych ekonomicznie obywateli, żyjących z pracy własnych rąk i umysłów. Zbyt szybko stał się partią liberalną i to go zgubiło.

Obecnie, znajdując się w zasadzie na obrzeżach polskiej sceny politycznej, musi robić wszystko, aby z niej na zawsze już nie zniknąć. A jedynym na to sposobem, jest przyłączenie się do silniejszego, licząc na to, że w parze z nim, uda mu się coś dla siebie ugrać. Ale myślę, że w SLD wiedzą, że taki „myk” można i należało zrobić w przypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego, ale jeżeli chodzi o wybory do parlamentu krajowego, to aby marnie nie zginać, musi pójść pod własnym szyldem.

Dlaczego? O tym przy następnej okazji.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Rację ma ten, kto ma władzę, czyli rządzi. To hasło typowe dla rządów totalitarnych, dla których słowo „demokracja” jest równoznaczne z buntem, ponieważ demokracja łączy się nierozerwalnie z równością praw i obowiązkiem ich szanowania niezależnie od pozycji społecznej, majątkowej lub politycznej. W państwach demokratycznych nie tylko z szyldu, odwrotnie niż w państwach totalitarnych, czy choćby tylko autorytarnych, szczególny obowiązek przestrzegania prawa spoczywa zwłaszcza na osobach pełniących funkcje państwowe i społeczne. Wszelakie funkcje. Dlatego też wydawałoby się, że kto jak kto, ale przedstawiciele i funkcjonariusze organu administracji państwowej jakim jest komendant Policji (każdego szczebla) na przestrzeganie prawa szczególnie winni być uczuleni, zwłaszcza kiedy chodzi o nich samych.

Niestety, tak się porobiło, że spora liczba policyjnych decydentów prawo egzekwuje tylko wtedy, kiedy dotyczy to Obywateli, ale kiedy obowiązek jego przestrzegania dotyczy ich samych, ma je w pewnym szczególnym miejscu, a mówiąc konkretnie i kolokwialnie, ma to po prostu w dupie. Niestety podejście takie udziela się ich podwładnym i mamy to, co mamy. Na szczęście w policyjnych szeregach można jeszcze spotkać takich funkcjonariuszy, którzy do tej służby poszli nie dlatego, że gwarantowała ona stałość zatrudnienia i płacy, ale dlatego, że mieli poczucie pewnej misji, połączonej na pewno z chęcią wykonywania naprawdę męskiej roboty, podnoszącej wprawdzie poziom adrenaliny, ale dającej satysfakcję z faktu, że stoi się na straży prawa, przez co tym samym reprezentuje się powagę państwa i jego władczy charakter.

Moja i moich kolegów przygoda z Obywatelem N., jest typowym przykładem takich właśnie decydentów, którym się w głowach ciut pomieszało od nadmiaru wrażeń, wywołanych możliwością stosowania atrybutów władczego charakteru państwa. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że ich czas powoli zbliża się do końca i będą się wkrótce ze wszystkich swoich „dokonań” dokładnie rozliczać. A wtedy ja i moi koledzy spytamy się publicznie, a być może nawet za pośrednictwem prokuratora i sądu, dlaczego wzywając nas do składania zeznań w sprawie przestępstwa, jakie faktycznie nie zaistniało, kazali policjantom przesłuchiwać nas w tzw. trybie z uprzedzeniem, czyli w trybie art. 183 § 1 k.p.k. (prawo do odmowy udzielenia odpowiedzi na pytanie, jeżeli udzielenie odpowiedzi mogłoby narazić jego lub osobę dla niego najbliższą na odpowiedzialność za przestępstwo), co stosuje się w przypadku tychże świadków, którym w danej sprawie zamierza się w przyszłości postawić zarzuty karne.

Uprzedzenie nas z tego właśnie artykułu, odbieramy jako niezawoalowaną groźbą postawienia nam jakichś zarzutów związanych z uporczywym nękaniem tego śmiesznego facecika, które nazywam Obywatelem N. I chociaż żaden z nas z jakimkolwiek nękaniem nie ma najmniejszego związku, to Obywatel N., mający dzięki rodzinnym koneksjom układy nawet w Niebie, wyobraża sobie, że jeżeli nawet nic konkretnego nie będzie można nam zarzucić, to przynajmniej może chociaż słabo ukrytych gróźb się wystraszymy. Nic z tego … płonne nadzieje. Nie takich kozaków się nie baliśmy Obywatelu N.

Zachęcam więc do przeczytania mojego felietonu z nr 16-go DB 2010 z 25.04.2019 (załącznik).

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (O takich których nawet Niebo wspierało- DB2010 25.04.2019.png)DB 2010 nr 16 z 25.04.2019
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Przez wiele lat, a konkretnie w całym okresie mojej policyjnej aktywności, zajmowałem się ściganiem sprawców przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, i nigdy nie zdarzyło mi się (jak i moim z tamtych lat kolegom z wydziału), abym komukolwiek starał się przypisać przestępstwo, jakiego ten ktoś nie popełnił. Nikt z nas nigdy o takim czymś nawet nie pomyślał, chociaż na pewno ilość spraw przez nas niewykrytych zmalałaby drastycznie. Bo nie wszystkie sprawy w tamtych czasach udało się nam wykryć, co resztą jest rzeczą normalną w całym świecie. Jeżeli jednak ktoś będzie miał ochotę zarzucić mi kłamstwo, to proszę od razu o podanie konkretnych przykładów.

Dlatego też po odejściu na emeryturę, bez żadnej obawy o własne bezpieczeństwo, poruszałem się nie tylko po Wałbrzychu ale i całym kraju, „klamkę” pozostawiając w domu, bo miałem i mam świadomość, że po tym świecie nie chodzi żaden człowiek, który miałby do mnie pretensje, że go bezpodstawnie „zamknąłem” lub dobijałem mu jakieś fałszywe lub sfałszowane dowody jego winy. Nie miałem i nie mam też żadnych obaw przed ewentualną zemstą ze strony tych, których udało mi się wytropić, zatrzymać i następnie dać prokuraturze twarde dowody ich winy, przez co sądy mogły ich skazywać nie na podstawie jakichś marnych poszlak i świadków incognito lub koronnych, lecz właśnie tych twardych i rzeczywistych dowodów ich sprawstwa. Tak było … kiedyś.

Obecnie – już od wielu lat – zastanawiam się jak czują się lub czuć będą w momencie odejścia ze służby ci policjanci, którzy sprzeniewierzyli się złożonej dobrowolnie przysiędze, że będę stali na straży prawa, a więc w swych działaniach będą kierować się wyłącznie jego nakazami. A to oznacza, że nie będą tworzyli fałszywych dowodów czyjejś winy, nie będą składali fałszywych zeznań i nie będą stosować przymusu fizycznego i psychicznego, aby oczekiwane przez siebie zeznanie od kogoś uzyskać. I nawet nie chodzi mi o jakieś dylematy moralne, bo raczej zastanawiam się, czy nie będą obawiać się zemsty ze strony skrzywdzonych przez siebie ludzi, kiedy ci wreszcie kiedyś więzienne mury opuszczą. Doskonale bowiem wiem, że chęć zemsty jest niesamowitą siłą napędową i nie koniecznie musi się ogniskować na samych krzywdzicielach, lecz także na ich najbliższych, zwłaszcza tych najbardziej bezbronnych.

Do takich smutnych refleksji powróciłem już kolejny raz po tym, jak zająłem się sprawą Andrzeja Dackiewicza z Wałbrzycha (historię tę opisuję w odcinkach w wałbrzyskim tygodniku DB 2010 – załącznik), który ponad 3 miesiące spędził wśród groźnych przestępców, a po uchyleniu aresztu tymczasowego, nadal nie ma pewności, czy za kraty nie powróci. Boi się, chociaż nic złego nie uczynił, co ze wszelkich swych sił starają się organa ścigania przekazać dwie przesympatyczne starsze panie (83 i 92 lata), z których jedna ma być na mocy przekonania tychże organów ofiarą jego zbrodni, a druga bezpośrednim tego świadkiem. Zresztą żadnych innych świadków tej straszliwej zbrodni nie ma. Teraz te obie panie będą musiały przekonać o prawdzie sąd, ale i one wyrażają wielką obawę, że im się to nie uda. Zwłaszcza po tym, jak sąd uznał, że ich zeznania mogą być dla oskarżenia niekorzystne, więc będzie je przesłuchiwał w obecności psychologa. Zastanawiam się, czy nie podpowiedzieć jednej z nich (ma status oskarżyciela posiłkowego), aby złożyła wniosek, by pozostali świadkowie, których wskazała obrona (policjanci) również przesłuchiwani byli w takich samych warunkach. Bo wiadomo, że w swych zeznaniach będą się starali Andrzeja Dackiewicza obciążyć, a zeznania tych przemiłych pań całkowicie zdezawuować.

No cóż, pozostaje mi po raz kolejny za Cyceronem zawołać, O TEMPORA O MORES !!! Niestety, im więcej wiem, tym bardziej zniesmaczony jestem …

Napisz komentarz (4 Komentarze)