Pisocznica - zakaźna choroba polityczna, efektem której jest postępująca skaza intelektualna, uniemożliwiająca rozumienie podstawowych zasad demokracji dotyczących prawa do wolności i równości politycznej, kulturowej, obyczajowej, ekonomicznej, wszystkich tych, którzy stoją na stanowisku, że Jarosław Kaczyński wcale świętym nie jest, a PiS czyni więcej szkody niż pożytku.

W chwili obecnej nieuleczalna, ale chodzą słuchy, że naukowcy są bliscy opracowania skutecznej szczepionki, która będzie można wykorzystać w nadchodzących kampaniach wyborczych do Parlamentów UE i RP.

Wspominam o niej w felietonie najnowszego wydania DB 2010 z 31 stycznia 2019 roku.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (Pisocznica - DB2010 z 31.01.2019.png)DB 2010 nr 4 z 31.01.2019
Napisz komentarz (11 Komentarzy)

 Moja utrata wiary w sędziów (czyli sądy w ogóle) miała miejsce chyba w roku 2008, kiedy występowałem w charakterze świadka przed Sądem Najwyższym w Warszawie. Trafiłem tam, ponieważ jednemu z wałbrzyskich adwokatów przekazałem, napisany przeze mnie, wniosek o wznowienie prawomocnie zakończonego postępowania, z uwagi na ujawnienie się nowych faktów i dowodów, które nie były znane sądowi w chwili orzekania. Chodziło oczywiście o tzw. sprawę antykwariusza, a konkretnie o wykazanie przed sądem (po wznowieniu), że skazani na 25 lat Radosław K. i Patryk R. są niewinni, a zeznania świadka anonimowego można, bez żadnej straty dla powagi sądu, powiesić gdzieś w starej sławojce, jako narzędzie do podcierania.

Przesłuchiwany przez przewodniczącą składu sędziowskiego, odpowiedziałem twierdząco na jej pytanie, czy potwierdzam to, co ona przed chwilą odczytała z kartki trzymanej w ręce. A była to osobiście napisana przeze mnie notatka służbowa, która na etapie śledztwa nie została (myślę, że celowo) włączona do materiałów procesowych. Zaznaczam, że był to dokument jawny. Gdyby to, co napisałem do tych akt włączono, musiałbym być – jeszcze na etapie postępowania prokuratorskiego – przesłuchany charakterze świadka i w takim też charakterze stanąłbym przed sądem. Stałoby się tak dlatego, że notatka służbowa policjanta nie jest dowodem procesowym, ale jego przesłuchanie na okoliczność tego, co w tej notatce napisał, dowodem jest już jak najbardziej.

I kiedy potwierdziłem, że to co zostało odczytane, napisałem osobiście, a podpis pod notatką jest moim podpisem, stało się coś, co mnie wprowadziło po prostu w stan chwilowego osłupienia. Otóż pani sędzina (przypomnę, że Sądu Najwyższego) zaczęła mi cierpliwie tłumaczyć, co miałem na myśli pisząc to, co napisałem i z tłumaczenia tego wynikało, coś odwrotnego do tego, co stało na papierze.

Miałem ochotę powiedzieć tej służebnicy Temidy, a weź babo młotek (sędziowski) i stuknij się nim mocno w głowę, to może ci nie tylko rozum, ale i zwykła przyzwoitość wróci. Oczywiście nie mogłem tego powiedzieć głośno, bo nie miałem ochoty na zasilenie budżetu sądu grzywną, którą za obrazę sądowego majestatu, owa pani na pewno by mnie uszczęśliwiła.

Drugi raz zdębiałem, kiedy pani sędzina oświadczyła, że to na co wskazuję, można traktować jedynie jako kolejną wersję śledczą, a więc o niczym ona nie przesądza. Pomyślałem wówczas: głupia babo, rzecz w tym, że rewelacje Anonima też na samym początku były tylko wersją śledczą, którą jednak po nieudolnym i kłamliwym potwierdzeniu, przerobiono na zarzut. A to, na co ja wskazywałem, nie poddano żadnemu sprawdzeniu, więc nie wiadomo, czy akurat ta wersja nie była jedynie prawdziwa.

Proces poszlakowy ma to do siebie, że przyjęta wersja zdarzenia może być uznawana za zgodną z rzeczywistością, jeżeli proces wykaże, że żadna inna wersja z oczywistych powodów nie może być brana pod uwagę. Ale o tym trójosobowy skład sędziowski Sądu Najwyższego, który mnie przesłuchiwał,zapewne nie wiedział i uznał, że nie ma podstaw do wznowienia. A na dodatek pani sędzina podkreśliła (co jest też w pisemnym uzasadnieniu), że jestem osobiście zaangażowany w tę sprawę, a więc przez to jestem niewiarygodny. Wynika z tego, że żaden policjant nie może być wiarygodnym świadkiem, jeżeli się angażuje w to, co robi. A ja w przypadku każdego śledztwa mocno się angażowałem, aby zakończyło się ono zatrzymaniem prawdziwego sprawcy, a nie osoby, którą będzie można skazać i sprawę mieć z głowy.

Pamiętam, że kiedy wyszedłem na zewnątrz i spojrzałem na posag Temidy widoczny nad wejściem do tego przybytku, splunąłem na ziemię, wzmacniając ten odruch serca bardzo brzydkimi wyrazami. Uspokoiłem się, kiedy sobie uświadomiłem, że ta pani w todze (dwaj pozostali sędziwie praktycznie w ogóle się nie odzywali, a jeden chyba nawet drzemał), siedząc za sędziowskim stołem, wcale nie musiała być ode mnie mądrzejsza. Owszem jej wiedza prawnicza na pewno była nieporównywalnie większa, ale doświadczeniem życiowym nawet mi do pięt nie dorastała. Ona to wszystko, z czym się ja na co dzień jako policjant realnie stykałem, znała tylko z tego, co zostało napisane na papierze, albo co jej różni ludzie (świadkowie, oskarżeni itp.) opowiadali. Dlatego też nie miała pojęcia, jak w rzeczywistości przebiega proces wykrywczy i skąd prokurator bierze dowody, które później przedstawia sądowi, w efekcie czego takie brednie mogła do mnie wygadywać.

I w tym momencie straciłem wiarę nie tylko w Sąd Najwyższy, ale w sądy w ogóle, bo zdałem sobie sprawę z tego, że w tych togach i z łańcuchami na szyi siedzą często (ostatnio coraz częściej) zwykłe miernoty, które w różny sposób uzyskały prawo, by innym ludziom tłumaczyć, co myśleli, kiedy pisali to, co napisali. I dlatego chociaż wyrok Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu (patrz załącznik) oburza mnie mocno, to jednak nie wywołuje zdziwienia. I to jest w tym wszystkim najsmutniejsza konstatacja.

Napisz komentarz (1 Komentarz)

 Trudno jest dziś wyrazić mi swe emocje wobec tego, co się wydarzyło w Gdańsku 13 stycznia 2019 roku, w trakcie trwania gdańskiego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, bez używania wyrazów powszechnie uznanych za obelżywe. A ciśnie mnie bardzo, aby wobec pewnych osób i politycznych środowisk takich właśnie użyć, bo przychodzi taki moment, że kulturę trzeba w pięść zamienić.

Nie chcę się narazić na zarzut podżegania do nienawiści, bo daleki jestem od tego, ale głęboko zastanawiam się, co miał na myśli wieszcz Adam Mickiewicz pisząc swą „Odę do młodości”, której tylko mały fragment zacytuję: 

Choć droga stroma i śliska,

Gwałt i słabość bronią wchodu:

Gwałt niech się gwałtem odciska,

A ze słabością łamać uczmy się za młodu!

Nie wspomnę już o starotestamentowym prawem talionu oko za oko, ząb za ząb, bo nie o tym chcę pisać.

* * *

W felietonie zamieszczonym w dzisiejszym numerze tygodnika DB 2010 „ Kto sieje wiatr ...” wyraziłem swoje stanowisko w sprawie tego, czy zabójstwo prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, było zabójstwem politycznym i każdy, kto go przeczyta, zorientuje się, że tak właśnie uważam. Zabójca nie jest wariatem, chociaż teraz niektórzy uczynią wszystko, aby tego udowodnić i zapewne przedstawią na to „niezbite” dowody. Nawet, a raczej przede wszystkim, medyczne. I cóż z tego. Mogą i tak uczynią, ale jest jeszcze (mam nadzieję, że ciągle) niezawisły sąd, który dowody te będzie oceniał.

Przypomnę, że 8 lat temu śmiertelną ofiarą zamachu stał łódzki działacz PiS (drugi został ranny), zastrzelony w siedzibie tej partii przez osobnika, byłego już wówczas członka PO, tylko dlatego, że zamachowcowi nie udało się zastrzelić Jarosława Kaczyńskiego. Tak więc zabity był tylko celem zastępczym, a więc osobą zupełnie przypadkową. Wówczas też padło stwierdzenie, że morderca leczył się na jakieś poważne choroby psychiatryczne, co jednak sądu (na szczęście) nie przekonało i zabójca jest w wiezieniu a nie w psychuszce.

Tak i teraz Paweł Adamowicz był celem zastępczym, ponieważ zamachowiec nienawidził Platformy Obywatelskiej, która kojarzyła mu się jako to siła, co go wsadziła do więzienia. Wykrzyczał to na scenie podczas swego danse macabre z nożem w dłoni.

Kto pyta nie błądzi, więc niech każdy zapyta sam siebie, dlaczego człowiek ten uznał, że winna wszystkiemu jest PO. Ja odpowiedź już znalazłem, więc się z nią podzielę.

Otóż nie mam wątpliwości, że podczas odbywania kary (pięć i pół roku za kratami) bandzior ten karmiony był tylko i wyłącznie telewizyjną propagandową papką Kurskiego, która niejeden mózg – nawet na wolności – przenicowała na drugą stronę. A co dopiero mówić o tych, siedzących za kratami. Będę się musiał zapytać siedząco już 11 rok Wojtka Pyłki z Wałbrzycha, skazanego za zabójstwo człowieka, który popełnił samobójstwo, jakie telewizyjne kanały są dopuszczalne w więzieniu, ale jestem przekonany, że na pewno nie ma wśród nich TVN, a zwłaszcza TVN24. Owszem jest Polsat, ale został już przez PiS odbity. Kilka razy próbowałem obejrzeć to, co w programach publicystycznych serwuje kurwizja i dłużej jak 10 minut nie zdzierżyłem. I chociaż Platforma nigdy nie była (i nie będzie) kimś z mojej bajki, to doszedłem do wniosku, że gdybym tę kurwizję oglądał codziennie, to tez jakieś mordercze instynkty by się we mnie obudziły.

Dlatego nie mam wątpliwości, że było to zabójstwo o charakterze politycznym (a przynajmniej na takim tle), tak jak nie mam wątpliwości, kto ponosi moralną odpowiedzialność. Na razie tylko moralną

Zakończę słowami innego wieszcza, bardziej nam współczesnego Czesława Miłosza:

TY

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,
Choćby przed tobą wszyscy się skłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi że jeszcze jeden dzień przeżyli,
Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta
Możesz go zabić - narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.
Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

Sądzę, że dzisiejszego adresata łatwo się domyśleć...

Napisz komentarz (11 Komentarzy)

 Aby pokazać, że nie tylko ja krytycznie oceniam polityczne plany Roberta Biedronia, jako odautorski komentarz do mojego felietonu pt. Syreni śpiew Biedronia, zamieszczonego w tygodniku DB 2010 z 13 grudnia 2018 (załącznik), przedstawiam fragment wywiadu z prof. Janem Hartmanem opublikowanego w Dzienniku Trybuna nr 243/2018.

Jestem rozczarowany, bo kibicowałem Robertowi Biedroniowi i krytykując go jakiś czas temu, że spóźnia się ze swoją inicjatywą, nie biorąc udziału w wyborach samorządowych jako podmiot polityczny, miałem nadzieję, że będzie słuchał dobrych doradców i uniknie dalszych błędów. Najwyraźniej jednak Biedroń słucha złych doradców, bo popełnia błąd za błędem. Po pierwsze, wchodzi w taką retorykę, że wszystkich się brzydzi i będzie komunikował się z narodem bezpośrednio, a do klasy politycznej odwraca się tyłem. To jest niska, niegodna retoryka populistów i zarazem psucie standardów życia społeczno-politycznego. Tak nie wolno robić. Zresztą tak samo zapowiadanie, że z nikim nie wejdzie w koalicję jest aroganckim sobkostwem i rozbijactwem. Bardzo mi się nie podoba zapowiedź tworzenia struktur w oparciu o zasoby SLD, bo tak trzeba rozumieć ten abordaż Krzysztofa Gawkowskiego.Przejmowanie uciekinierów z innych partii czy wręcz wyciąganie ich jest bardzo nieeleganckie (...)Wygląda na to, że Robertowi Biedroniowi woda sodowa do głowy uderzyła, a cały jego projekt jest egoistyczny i polega na tym, że będzie łowił w innych środowiskach, odbierając wyborców również lewicy. (...)Uważam, że robi też szkodę lewicy, odżegnuje się od niej, co w jego ustach brzmi zresztą nieszczerze i koniunkturalnie. (...)Uważam, że Biedroń jest teraz na granicy politycznej supernowej. Coś osiągnie, będzie wielkie bum - to może być przekroczenie progu, wejście do PE – rozbłyśnie, ale potem zgaśnie. To jest człowiek, który niewiele pokazuje poza osobistym wdziękiem, który niewątpliwie ma. Nie pokazuje jednak powagi politycznej, która w dłuższej perspektywie wygrywa. (...)”

Ja swój tekst do DB 2010 pisałem w niedzielę (09.11.br.), a wywiad z prof. Janem Hartmanem przeczytałem dopiero dziś (13.12.br.). Myślę, że wspólnota poglądów w ocenie R. Biedronia jest chyba bardzo widoczna.

Napisz komentarz (1 Komentarz)

  Cieszyły się polityczne tuzy PiS, że na Marszu Niepodległości było 250 tys ludzi, którzy w ten sposób wyrazili radość z odzyskania przed 100 laty własnego suwerennego państwa. Cieszyli się, ponieważ uznali, że ta masowa obecność jest wyrazem poparcia ICH polityki, zarówno w wymiarze krajowym, jak i międzynarodowym. Ciekaw jestem bardzo, czy ci wszyscy, którzy przyszli na ten marsz, identyfikują się z patriotami z PiS, którzy na następne 100-lecie zafundowali Polakom największą od 1918 roku aferę, związaną z ujawnieniem mafijnego charakteru rządów sprawowanych przez szczerych polskich patriotów spod znaku Prawa i Sprawiedliwości.

Zastanawiam się, czy ci ludzie, którzy wprowadzili „dojną zmianę” (jak opowiadał Duda) i ci, którzy ją wykorzystują i doją państwo, i Polaków gdzie się da, jak się da i kiedy się da, wiedzą w ogóle, co to jest patriotyzm? Zdaje się, że jeżeli nawet teoretycznie wiedzą, to w praktyce mają to w swojej pisowskiej dupie (sorry, ale poniosło mnie).

I nawet jeżeli aferę KNF ziobrowe służby zamiotą pod dywanem, to niech im się nie wydaje, że za to nie odpowiedzą. Odpowiedzą i to tak, że im majtki pospadają.

O tym, kto naprawdę walczył z zaborcami o wyzwolenie Polski spod zaborów, piszę w felietonie Niepodległość przyszła do nas sama – post scriptum – opublikowanym w tygodniku DB 2010 nr 43 z 22 listopada br. - w załączniku.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Felieton, który opublikowany został w nr 42 DB2010 z 15 listopada 2018 roku, napisałem 12 listopada i w zasadzie tylko z niewielkimi skrótami przesłałem go do Redakcji. Natomiast 15 listopada przeczytałem w najnowszym wydaniu tygodnika Przegląd (nr 46 z 13-18.11.br) świetny artykuł Czesława Sikorskiego, „Radykalny patriota kontra odpowiedzialny obywatel”. Jego treść bardzo mocno – tak mi się wydaje – współgra z tym, co po części zawarłem w felietonie „Niepodległość przyszła do nas sama”, więc dlatego zdecydowałem, że wyjątkowo zastąpię swój odautorski komentarz, fragmentami tekstu Czesława Sikorskiego.

* * *

„W myśleniu o ojczyźnie towarzyszy zatem nadęta egzaltacja, przyswojona w toku wychowania opartego na banalnym nacjonalizmie. Ojczyznę należy kochać, bo przecież na tym polega patriotyzm. Co ma jednak oznaczać miłość do ojczyzny? Na czym ma ona polegać? Czy miłość do ojczyzny oznacza miłość do własnego narodu? Ale jak można kochać naród, który jest abstrakcją? Kochać można konkretnych ludzi. Czy można kochać symbole: państwowe i flagę? Przecież to są znaki identyfikacyjne, nic więcej. (...) Nie można kochać ojczystego języka tylko dlatego, że od dziecka się nim posługujemy, ani obyczajów, do których jesteśmy przywiązani. Wystarczy, że z jednym i drugim czujemy się dobrze, bo spełniają one swoje funkcje. Czy zatem "miłość do ojczyzny" nie jest przypadkiem poprawnościowym zwrotem, nad którego sensem nie wypada się zastanawiać?

Z narracji banalnego nacjonalizmu wyłania się obraz ojczyzny utkany z górnolotnych fraz, fragmentów patriotycznych wierszy i pieśni towarzyszących ważnym wydarzeniom. Ale przecież jest to zbitka całkowicie wydumana, kolaż wyidealizowanych treści, który nie odzwierciedla żadnej rzeczywistości,zwykła Chimera. Jaki jest sens kochać chimerę?(...) Są jednak tacy, którzy ową chimerę traktują jak najbardziej dosłownie. Ich stosunek do ojczyzny jest źródłem szczególnych zagrożeń dla harmonii życia społecznego. Są to nacjonaliści, jak kto woli, radykalni patrioci. (...) Ostre kryteria radykalnego patriotyzmu sprawiają, że naród się kurczy. Należą do niego martwi bohaterowie, a spośród żyjących jedynie ci, którzy te kryteria spełniają bez zastrzeżeń. Miłość do ojczyzny opiera się więc na solidnym fundamencie szowinizmu i nienawiści. (…)

Żyjący nienawiścią do obcych wulgarnych kibol z kijem bejsbolowym w ręku, ale z białym orłem na piersi, staje się wzorem patrioty, bo jak inaczej interpretować ciepłe słowa skierowane do tego środowiska przez prezesa Kaczyńskiego i prezydenta Dudę.”

* * *

Nic dodać, nic ująć, więc na tym skończę. Zachęcam tez do przeczytania tego artykułu w całości. Warto

Napisz komentarz (0 Komentarzy)