17 marca 2021 roku, Sąd Najwyższy oddalił Wniosek pełnomocnika procesowego Wojciecha Pyłki, w sprawie wznowienia postępowania karnego, zakończonego prawomocnym wyrokiem Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu z 31 sierpnia 2010 roku. Stało się tak ponieważ przez małe niedopatrzenie w treści wniosku został użyty zwrot, że „ujawniły się nowe środki dowodowe, które nie były znane w postępowaniu przygotowawczym oraz na rozprawach przed sądami I i II instancji”. I to te jedne zdanie Sąd Najwyższy skwapliwie wykorzystał, co zaważyło na treści sentencji jego postanowienia oddalającego Wniosek o wznowienie.

Czy w istocie Sąd Najwyższy miał rację? Bo ja – mimo, że jestem tylko prostym magistrem prawa – mam wielkie wątpliwości, które tu wyłuszczę.

Niestety, z formalnego punktu widzenia wszystko niby gra i panowie sędziowie na pewno bardzo zadowoleni z trafności swego rozstrzygnięcie, udali się do domu, a być może wcześniej gdzieś na kawkę, aby raz jeszcze napawać się swą sądową mądrością. A mnie to postanowienie po prostu zmroziło, ale z góry uprzedzam, że z powodów oczywistych w tym co piszę, niektóre istotne prawne problemy są siłą rzeczy pominięte. Zwracam tylko uwagę na oczywiste fakty.

Z problematyką wznowienia prawomocnie zakończonego postępowania sądowego po raz pierwszy spotkałem się na II roku studiów prawniczych, kiedy zaczął obowiązywać (od 01.01.1970) kodeks postępowania karnego z 1969 roku, którego opracowaniem kierowała prof. dr Maria Lipczyńska. Nota bene Pani Profesor zwolniła mnie z ustnego egzaminu z Logiki (którą wykładała) z uwagi na to, że egzamin pisemny zaliczyłem u niej na ocenę bardzo dobrą, a takich jak ja, na moim roku, było tylko kilka osób.

W kodeksie postępowania karnego z 1969 roku sprawę tę normował art. 474 § 1 pkt 2 lit. a, który do nowego kodeksy postępowania z 1997 roku został inkorporowany jako art. 540 k.p.k.Niestety, sejmowi „specjaliści od mieszania w prawie” we wrześniu 2017 roku pomajstrowali przy obowiązujących przepisach, efektem czego od 1 lipca 2015 roku art. 540 § 1 pkt 2 lit. a obowiązuje w nowej treści, którą uchwalono poprzez usuniecie z niego zwrotu „nie znane wcześniej sądowi” itę w sumie mało istotną różnicę w brzmieniu przepisu Sąd Najwyższy skwapliwie wykorzystał,aby wniosek o wznowienie postępowania skutecznie uwalić.

Aby było łatwiej (dla niezorientowanych) zrozumieć w czym leży problem, przytoczę treść wspomnianych wyżej przepisów w zakresie dotyczącym ujawnionych „nowych faktów lub dowodów”. I tak w kodeksie z 1997 przepis ten miał brzmienie:

Art. 540. § 1. Postępowanie sądowe zakończone prawomocnym orzeczeniem wznawia się, jeżeli:

2) po wydaniu orzeczenia ujawnią się nowe fakty lub dowody nieznane wcześniej sądowi, wskazujące na to, że:

a) skazany nie popełnił czynu (...),

Natomiast w 2015 roku treść przepisu wyglądała następująco:

Art. 540. § 1. Postępowanie sądowe zakończone prawomocnym orzeczeniem wznawia się, jeżeli:

2) po wydaniu orzeczenia ujawnią się nowe fakty lub dowody wskazujące na to, że:

a) skazany nie popełnił czynu (…),

I co z tego porównania wynika? Ano to, że przepis ten w obu wariantach wymaga spełnienia tego samego warunku, a mianowicie tego, aby PO TYM kiedy wyrok się uprawomocnił, pojawiły się nowe fakty lub dowody, wskazujące na niewinność skazanego. Pamiętać należy, że zgodnie z art. 2 § 1 przepisy k.p.k. mają na celu takie ukształtowanie postępowania karnego, aby sprawca przestępstwa został wykryty i pociągnięty do odpowiedzialności karnej, a osoba niewinna nie poniosła tej odpowiedzialności. A więc każdy sędzia winien wykorzystywać każdą sytuację (zgodnie z przepisami), aby wymóg taki spełnić, czy to w czasie orzekania, czy już po uprawomocnieniu się wyroku, kiedy pojawią się nowe fakty lub dowody, które są w stanie podważyć słuszność wydanego i prawomocnego wyroku.

Aby zrozumieć tok mojego myślenia, trzeba wiedzieć, że w orzeczeniach Sądu Najwyższego stwierdza się wprost, iż podstawą wznowienia mogą być znane już sądowi źródła dowodowe, co między innymi wskazane jest w w postanowieniu Izby Karnej Sądu Najwyższego III KO 32/02 z 12 października 2004 r.:, stwierdzającym, że „Podstawę wznowienia postępowania mogą stanowić zarówno nowe fakty wynikające ze znanych uprzednio źródeł dowodowych, jak też ujawnienie się nowych, nieznanych sądowi dowodów o nowych faktach.” Podobne stanowisko wyrażone jest też w postanowieniu Sąd Najwyższego z dnia 20 maja 2005 r. (IV KO 38/04), w którym sąd stwierdza, że "nowy dowód" w rozumieniu art. 540 § 1 pkt 2 k.p.k., „to nowy środek dowodowy, niezależnie od tego, czy pochodzi ze znanego, czy też nieznanego źródła dowodowego”. Podobne stanowisko sąd ten wyraża w postanowieniu z 21 czerwca 2005 r. (sygn. akt IV KO 70/04) stwierdzając, że „podstawę wznowienia mogą stanowić nowe fakty wynikające ze znanych poprzednio źródeł dowodowych.

A czym jest to źródło dowodowe, spyta ktoś nie znający się na prawnych zawiłościach. Śpieszę wyjaśnić w sposób najprostszy jak potrafię, że źródłem dowodowym jest wszystko to, z czego pochodzą konkretne informacje, czyli środki dowodowe. W przypadku procesu Wojciecha Pyłki, takim źródłem dowodowym jest więc biling połączeń wykonanych w styczniu 2008 roku z numeru telefonicznego przypisanego (na podstawie zawartej umowy) do Janusza Laskowskiego, a środkiem dowodowym jest treści tego dokumentu, wskazująca m.in., że 24,25 i 30 stycznia telefon Janusza Laskowskiego był czynny i prowadzono z niego korespondencję SMS. I co najważniejsze, to właśnie ta informacja nie była przedmiotem jakiejkolwiek procesowej analizy, albowiem prokuratura tego środka dowodowego w akcie oskarżenia nie wskazała, uniemożliwiając tym samym sądowi jej przeprowadzenie.

Powołując się na prawnicze piśmiennictwo, przytoczę stanowisko, według którego w art. 540 § 1 pkt 2 lit. a k.p.k. chodzi o takie „nowe fakty i dowody, które ujawniły się dopiero po prawomocnym zakończeniu postępowania, co uniemożliwiało ich zgłoszenie przed wydaniem prawomocnego orzeczenia(...).1Przytaczam je, ponieważ w uzasadnieniu postanowienia Sądu Najwyższego oddalającego wniosek obrońcy Wojtka Pyłki, zawarty jest następujący akapit: „za nowe fakty lub dowody mogące stanowić podstawę wznowienia, mogą być uznane takie fakty lub dowody, które były uprzednio nie znane nie tylko sądowi, ale również stronie.” Problem jest w tym, że w innym postanowieniu z 07.07.2016 (sygn. akt V KO 43/16) Sąd Najwyższy stwierdza, że „W piśmiennictwie wskazuje się, że wskutek usunięcia z dniem 1 lipca 2015 r. z art. 540 § 1 pkt 2 zwrotu "nie znane przedtem sądowi", nowe fakty lub dowody mogące stanowić podstawę wznowienia, mogą być uprzednio nieznane, nie tylko sądowi, ale również stronie.”

Zwracam uwagę na słowa ”mogą być uprzednio nieznane”, z czego wynika, że jeżeli byłyby nawet znane, nie powinno to stanowić żadnej przeszkody procesowej. Tym bardziej, że jak wspomniałem, akurat w tym przypadku źródło dowodowe (biling połączeń) było faktycznie znane i sądom jak i oskarżonemu i jego obrońcy, ale już środek dowodowy (daty połączeń SMS) obydwu stronom procesowym i sądowi znany nie był. Nie mam żadnych wątpliwości, że było to spowodowane przyjęciem przez prokuraturę godziny 02:02 w nocy 24 stycznia, jako wyznacznika czasowego, po którym nastąpił zgon Laskowskiego, co spowodowało, że nikt już nie analizował dalszych połączeń. Tym bardziej, że funkcjonariusz analizujący to źródło dowodowe (bilingi) stwierdził w notatce (jest w materiale dowodowym sprawy), że po tej godzinie zarejestrowały się tylko połączenia wchodzące, co spowodowało zapełnienie skrzynki poczty głosowej.Jestem przekonany, że to właśnie było praprzyczyną faktu, iż nikt już się nie interesował – łącznie z sądem – co zawierały pozycje tego bilingu, zarejestrowane po godzinie 02:02.

Gdyby brać poważnie zastrzeżenie poczynione przez Sąd Najwyższy w tej sprawie, to trzeba by przyjąć, że idiotami są zarówno Wojciech Pyłka i jego obrońca, którzy mając wiedzę o powyższym, nie podnieśli od razu wielkiego w tej sprawie rabanu. Przecież fakt tych połączeń SMS miał – powinien mieć – dla obrony zasadnicze znaczenie. Więc jeżeli tego nie podnosili, to znaczy, ze nie wiedzieli. Tak samo jak sądy I i II instancji, które zobowiązane są ustawowo do rozstrzygania jedynie na podstawie prawdziwych ustaleń faktycznych oraz badania i uwzględniania okoliczności przemawiające zarówno na korzyść, jak i na niekorzyść oskarżonego. Tym samym w wielce niesympatycznej sytuacji znalazłby się też obydwa sądy, które tych jakże istotnych okoliczności nie wzięły pod uwagę. A na to, że nie wzięły, wskazuje uzasadnienie uzasadnienie obydwu wyroków, w których, w tej materii, sądy milczą jak głazy.

Kluczową rolę w sprawie tej odgrywa stanowisko, że niby nie można przyjąć wniosku o wznowienie postępowania, ponieważ zgodnie z nowelizacją z 2013 roku, nowe fakty lub dowody nie mogą być znane przed uprawomocnieniem się wyroku. Tymczasem, co może każdy sprawdzić, zapoznając się z treścią znowelizowanego art. 540 k.p.k., takiego wymogu przepis ten nie zawiera, ale gdyby ustawodawca chciał, aby taki warunek obowiązywał, to by go w treści przepisu umieścił. Jeżeli więc takiego warunku nie zamieścił, to oznacza, że wystarczająca przesłanką jest to, iz nowe fakty i dowody pojawiły się po wydaniu prawomocnego orzeczenia. I basta.

Niepodważalnym moim zdaniem dowodem na to, że to ja mam rację, jest dokonana tym samym aktem nowelizacja art. 427 k.p.k., w którym zmieniono też brzmienie jego paragrafu trzeciego. Przed nowelizacją brzmiał następująco: „Odwołujący się może również wskazać nowe fakty lub dowody”. Nadana nowelizacją jego nowa treść wygląda następująco: „Odwołujący się może również wskazać nowe fakty lub dowody, jeżeli nie mógł powołać ich w postępowaniu przed sądem pierwszej instancji.”

Powtórzę więc raz jeszcze, że w postępowaniu procesowym najważniejszym winna być dosłowna treść przepisu, ponieważ rożne jego interpretacje – a w doktrynie zawsze na tym tle istnieje spór prawników – tylko tą treść wypaczają i powodują, że praktycznie takie same zdarzenie są różnie przez różne sądy osądzane. Dziej się tak, że w polskim prawie nie funkcjonuje zasada precedensu, a więc hulaj dusza piekła nie ma. I tylko oddani pod sądowy osąd na tym cierpią. Niestety zbyt często.

1. Znowelizowany Kodeks postępowania karnego w pracy prokuratora i sędziego; Barbara Augustyniak, Dariusz Świecki, Małgorzata Wąsek-Wiaderek, pod redakcją Dariusza Świeckiego: Postępowanie odwoławcze, nadzwyczajne środki zaskarżenia, postępowanie po uprawomocnieniu się wyroku i postępowanie w sprawach karnych ze stosunków międzynarodowych (Krajowa szkoła sądownictwa i prokuratury kraków 2015)

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   Obiecałem, zanim mnie koronawirs dopadł, że powrócę raz jeszcze dp sprawy Wojtka Pyłki, aby odnieść się do postanowienia Sądu Najwyższego w sprawie złożonego wniosku o wznowienie prawomocnie zakończonego postępowania. CVID-da mam już za sobą, a więc spełniam obietnicą.

17 marca 2021 roku, Sąd Najwyższy oddalił wniosek pełnomocnika procesowego Wojciecha Pyłki w sprawie wznowienia postępowania karnego zakończonego prawomocnym wyrokiem Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu z 31 sierpnia 2010 roku. Tak więc jedna z ostatnich szans na to, aby móc sprawiedliwie ocenić materiał dowodowy zebrany w sprawie zabójstwa Janusza Laskowskiego (nazwisko zmienione) padła niczym barykada broniona resztami sił jej załogi. Stało się tak dlatego ponieważ przez małe niedopatrzenie w treści wniosku został użyty zwrot, że „ujawniły się nowe środki dowodowe, które nie były znane w postępowaniu przygotowawczym oraz na rozprawach przed sądami I i II instancji”. Tymczasem na podstawie nowelizacji kodeksu postępowania karnego z dniem 1 lipca 2015 roku art. 540§ 1 pkt 2 lit. a k.p.k. uległ zmianie poprzez usuniecie z niego zwrotu „nie znane wcześniej sądowi”, co zostało zastąpione warunkiem, że aby wznowienie było możliwe, to po wydaniu orzeczenia muszą ujawnić się nowe fakty lub dowody, wskazujące na to, że skazany nie popełnił zarzucanego mu czynu. I tę w sumie mało istotną różnicę w brzmieniu przepisu, Sąd Najwyższy skwapliwie wykorzystał, aby wniosek o wznowienie postępowania oddalić.

Uważam, że różnica w brzmieniu przepisu jest mało istotna z tego powodu, że opiera się tylko i wyłącznie na dosyć pokrętnej grze słów, użytych do opisu sytuacji mogącej stanowić podstawę do wznowienia. Wszak ujawnienie (wg starego brzmienia przepisu) nowych faktów lub dowodów nie znanych przedtem sądowi a wskazujących na to, że skazany nie popełnił czynu, jest przecież tym samym (wg nowego przepisu) ujawnieniem się po wydaniu orzeczenia nowych faktów i dowodów na to, że skazany czynu nie popełnił. Czyli zwykłe masło maślane, bardziej uczenie brzmiące jako idem per idem, czyli to samo przez to samo.

Jednakże jest pewna różnica, polegająca na tym, że nowe brzmienie pozwoliło uczonym w prawie mędrcom wywieść, że o tych nowe faktach lub dowodach musiał także nie mieć wiedzy skazany i jego obrońca. W literalnym brzmieniu nowego przepisu ten wymóg nie występuje, ale gdyby autorzy poprawki chcieli, aby taki warunek obowiązywał, to by go w treści przepisu umieścili. Czyli Sąd Najwyższy argumentując odrzucenie wniosku o wznowienie, nie oparł się na przepisie prawa, tylko na jego interpretacji, a te mogą być różne. I te interpretacje są zmorą prawa, które winno być proste i czytelne dla każdego, nawet zwykłego zjadacza chleba.

Niestety, z formalnego punktu widzenia wszystko niby gra i panowie sędziowie na pewno bardzo zadowoleni z trafności swego rozstrzygnięcie, udali się do domu, a być może wcześniej gdzieś na kawkę, aby raz jeszcze napawać się swą sądową mądrością. A mnie to postanowienie po prostu zmroziło i zaraz powiem dlaczego. Z góry jednak uprzedzam, że jest to tylko felieton, w treści którego zamieszczam swoje przemyślenia w formie niezmiernie skrótowej. Po tej krótkiej ale niezbędnej uwadze wracam do ad rem, stawiając pytanie, którego widocznie nie postawili sobie panowie sędziowie: w jaki sposób Wojciech Pyłka mógł dopuścić się zabójstwa Janusza Laskowskiego, kiedy wszystko wskazuje na to (a we wniosku zostało do dokładnie wykazane), że 24,25 i 30 stycznia (a więc jeszcze 6 dni po dacie ustalonej w śledztwie i procesie zabójstwa) korzystał ze swojego telefonu, prowadząc z dwiema nie ustalonymi osobami, korespondencję w formie wiadomości tekstowych (SMS)?

Przecież wszyscy interpretatorzy prawa zgodnie podnoszą, że wznowienie na podstawie art. 540 § 1 pkt 2 lit. a, jest możliwe tylko wtedy, gdy nowe fakty lub dowody wiarygodnie podważają prawdziwość ustaleń faktycznych dokonanych w prawomocnie zakończonym postępowaniu prawomocnie, jeżeli zachodzi wysokie prawdopodobieństwo, że po wznowieniu postępowania zapadnie orzeczenie odmienne od orzeczenia poprzedniego. Przy tym te nowe fakty lub dowody nie muszą mieć takiej wartości, aby jednoznacznie wykazywały bezpodstawność dotychczasowego rozstrzygnięcia sprawy, natomiast powinny taki stan rzeczy uprawdopodobnić.

A przywołanych we wniosku o wznowienie faktów nie podważyła nawet Prokuratura Krajowa, która wniosła o przeprowadzenie czynności sprawdzających mających na celu doprowadzenie do ustalenia i przesłuchania osób na okoliczność połączeń SMS (w tym zapewne i ich treści) w czasie, „w którym Janusz L. już nie żył”. Dla mnie jako dla kryminalnego praktyka jest oczywistym, że takiego sprawdzenia można dokonać tylko w warunkach wznowionego postępowania przed sądem I (albo II) instancji. W końcowej części stanowiska Prokuratury Krajowej podkreślono, że „Konieczność dokonania tych ustaleń jawi się w szczególności w związku z tym, że czas zgonu Janusza L. ustalono z powołaniem się na ostatnie połączenie telefoniczne z jego telefonu, z kolei czas jego zgonu ma istotne znaczenie dla oceny wyjaśnień i zeznań złożonych w tej sprawie.”. Jednakże w uzasadnieniu swego postanowienia Sąd Najwyższy (obłudnie) stwierdza, że „w ramach postępowania o wznowienie nie jest dopuszczalna kontrola poprawności ustaleń faktycznych dokonanych przez sądy orzekające oraz ponowne badanie wiarygodności dowodów, które przyjęto za ich podstawę”.

Przysłowiowy nóż mi się w kieszeni za każdym razem otwiera, kiedy słowa te czytam, bo przecież podstawą wniosku jest fakt, że wskazane w nim dowody (środki dowodowe) w ogóle przez żaden sąd nie były badane, czego niepodważalnym dowodem jest np. notatka policjanta, w której informuje, że analizę dowodowych billingów zakończył na godzinie 02:02 w nocy 24 stycznia. A ponadto w treści złożonego wniosku o wznowienie jak byk stoi stwierdzenie, że: „niniejszy Wniosek (…) w żadnym zakresie nie kwestionuje przyjętych przez Sądy I i II instancji ustaleń faktycznych, dokonanych w wyniku swobodnej oceny dowodów, zgodnie z art. 7 kodeksu postępowania karnego.” Powtórzę, że chodzi o te ustalenia, które były przez sąd dokonane.

I teraz pytanie retoryczne jak najbardziej: czy w nocy z 23 na 24 stycznia Wojciech Pyłka mógł powiesić Janusza Laskowskiego, jeżeli okazuje się, że po czasie domniemanego zabójstwa korzystał on z telefonu? Denat korzystał z telefonu ...

No cóż, nie od dziś wiadomo, że istnieje coś takiego jak prawda sądowa, która z prawdą obiektywną ma tyle wspólnego, co pies z kotem. Ale dzięki tej „sądowej prawdzie” w więzieniach gniją setki osób skazanych prawomocnie za coś, czego absolutnie nie popełnili. I to postanowienie SN (razem z wyrokami sądu I i II instancji), oparte na „prawdzie sądowej” rażąco narusza moim zdaniem podstawowe uregulowania prawne zawarte w kodeksie postępowania karnego. Stanowią one, że organy wymiaru sprawiedliwości muszą gwarantować, iż to sprawca, a nie osoba niewinna zostanie ukarany (art.2 § 1 pkt 2 k.p.k), a podstawą wszelkich rozstrzygnięć powinny stanowić prawdziwe ustalenia faktyczne (art.2 § 2 k.p.k) oraz, że w postępowaniu należy brać pod uwagę wszystkie okoliczności sprawy (art.4 k.p.k.).

Myślę, że płodząc to postanowienie mędrcy w togach zdawali sobie sprawę z tego, że w zasadzie krzywdzą człowieka, którego wymiar sprawiedliwości posadził na 25 lat za kratami i dlatego udzielili mu w łaskawości swej porady prawniczej, aby „z powodów wskazanych we wniosku o wznowienie”, rozważył wniesienie w tej sprawie kasacji nadzwyczajnej. A więc informują tym samym, że istnieją ważne powody, aby wystąpić o uchylenie tego kuriozalnego wyroku sądów i i II instancji. Gdzie mam takich sędziów i sądy nie napiszę.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Oburzenie wielkie podniosło się na prawicy z powodu takiego, że Czarzasty śmiał w prywatnej rozmowie powiedzieć do wicemarszałek Senatu Gabrieli Morawskiej-Staneckiej, że ją ponoć „odstrzeli” za to, iż łazi po redakcjach i język przeciw Lewicy strzępi. Wszyscy nagle zapłonęli świętym oburzeniem (zwłaszcza media wspierające PO), w tym spora grupa osób publicznych oficjalnie uznających się za przedstawicieli Lewicy i wspólnymi siłami raz jeszcze pokazali Lewicę, jako formację składającą się z chamów i prostaków, którzy o niczym innym nie marzą, jak tyko o tym, aby z PiS-em stworzyć koalicję i dorwać się do władzy. Strasznie fałszywa to nuta.

Po pierwsze, telefoniczna rozmowa między Czarzastym a panią Morawską-Stanecką miała charakter prywatny i na światło dzienne została przez nią wywleczona, kiedy użaliła się nad swoim losem na łamach „Gazety Wyborczej”, którą widać uznaje za gazetę, dbającą przede wszystkim o dobrostan całej polskiej lewicy. Dlatego więc, zamiast postawić sprawę na forum własnego klubu parlamentarnego, poszła wypłakać się do Adama Michnika, który jak wiadomo wielkim fanem Lewicy, a zwłaszcza SLD, nie jest.

Z Włodzimierzem Czarzastym nie znam się i rozmawiałem z nim tylko jeden raz w życiu i była to również rozmowa telefoniczna. Prosiłem go o pomoc w organizowanym przeze mnie i kilku kolegów spotkaniu z politykami i ważnymi osobami publicznymi, w sprawie bandyckiej ustawy PiS (wcześniej PO,PSL i PiS), która pozbawiła mundurowych funkcjonariuszy III RP należnych im emerytur i rent, za to tylko, że mieli chociażby jedynie fragmentaryczny okres służby w strukturach Służby Bezpieczeństwa PRL. Funkcjonariuszy, którzy po pozytywnej weryfikacji, zostali ponownie przyjęci do służby dla III RP i jej obywateli. Dlatego wiem, w jaki sposób W. Czarzasty rozmawia przez telefon i to nawet z niezeznaną sobie osobą, o której jednak wiedział, że „serce ma po lewej stronie”.

Być może ta ideowa więź powoduje, że w przypadku takich rozmów odrzuca wszelkie „burżuazyjne konwenanse”. Zresztą nie tylko on, na co dowodnie wskazują tzw. taśmy z tajemnie nagranymi rozmowami wielu znanych polityków prawicy (PO, PiS, PSL), których rynsztokowy język aż tak nie oburzył nieprzychylnych Lewicy wszelkich prawicowych mediów, wśród których prym wodzi amerykańska stacja telewizyjna TVN, a zwłaszcza redakcja programów publicystycznych TVN24. Stacja, która bez przerwy zarzuca telewizji rządowej (właściwie to telewizji pisowskiej) manipulacyjny charakter jej przekazu i publicystyki. No cóż, przyganiał kocioł garnkowi. Żadnego oburzenia nie wywołał więc język manifestującej przeciw rządzącym przez wiele dni młodzieży, a masowo wykrzykiwane i wyśpiewywane wulgaryzmy, były aż do znudzenia w tejże telewizji, bez tzw. wypikania, emitowane jako słuszny głos sprzeciwu. Chyba wszyscy pamiętają główne hasło tamtych dni (z którym się zgadzam), prezentowane też w postaci ośmiu gwiazdek.

I wszyscy nagle zapomnieli o tym, że istnieje art. 141 kodeksu wykroczeń, który zakazuje używania w przestrzeni publicznej nieprzyzwoitych ogłoszeń, napisów, rysunków i słów. A ileż to nasłuchałem się o tym, że prawa muszą przestrzegać wszyscy, że dla jego łamania nie ma żadnego wytłumaczenia, że kto nie szanuje prawa, ten nie szanuje własnego państwa i jego obywateli. Wygląda na to, że znów wg Platformy Lewicy można mniej i dlatego z tak wielką zajadłością ludzie i media reprezentujący lub wspierający jej środowisko, rzuciły się na Czarzastego, który zapewne używając skrótu myślowego, oznajmił pani wicemarszałek senatu, że ją „odstrzeli” za to, że „łazi po mediach”, co oczywiście odnosiło się do tych nieprzychylnych Lewicy redakcji prasowych i telewizyjnych.

Ja mu się nie dziwię, albowiem pani ta, formalnie należąca do klubu parlamentarnego Lewicy, przez SLD wystawiona jako kandydatka do senatu i mająca Lewicę w tymże organie reprezentować, w wiadomych redakcjach psy na Lewicę wiesza, czego np. dowodem może być jej rozmowa z 4 maja w radiowej stacji RMF FM. Wynikało z niej, że ona z Lewicą nie ma praktycznie nic wspólnego, bo stanowi „jedność z marszałkiem Grodzkim i kolegami z Platformy Obywatelskiej”. Nie ma też nic wspólnego ze stanowiskiem Lewicy w sprawie unijnego Funduszu Odbudowy, która na ten temat prowadziła z PiS ważne rozmowy (a na tym przecież polityka polega), w efekcie czego poparła w sejmie ratyfikację tego Funduszu. Lewica postąpiła tak, ponieważ Polska nie mogła się wyrzec olbrzymiego finansowego wsparcia, jakie UE zaproponowała swoim członkom.

Wygląda na to, że gdyby owa pani była w sejmie, to głosowałaby razem z PO za od odrzuceniem tych unijnych pieniędzy (przypomnę, że chodzi o setki miliardów zł.), albowiem wstrzymanie się od głosu, jest de facto głosowaniem przeciwko. Nie sądzę, aby senat – gdzie w zasadzie rządzi PO - przyjętą głosami PiS, Porozumienia, PSL i SLD ustawę odrzucił. Tym samym Platforma ustawi się jako koalicjantka Prawa i Sprawiedliwości, o co wielkie pretensje miała do Lewicy, obrzucając ją najgorszymi epitetami, w tym haniebnymi słowami Radosława Sikorskiego, przyrównujące to sejmowe wydarzenie do Paktu Ribbentrop – Mołotow.

Nie dziwię się więc, że w prywatnej rozmowie Włodzimierza Czarzastego po prostu poniosło i użył tego „nieszczęśliwego” określenia, w istocie rzeczy lapidarnie informując, w niezbyt co prawda wyszukany sposób, że za to latanie po „wrogich” mediach (krytykowanie Lewicy) może spotkać się z zdecydowaną reakcją władz tego ugrupowania. Tym bardziej, że narracja Platformy udzieliła się zbyt wielu członkom i zwolennikom Lewicy oraz osobom zawsze z lewicą kojarzonych, tak jak np. Leszkowi Millerowi, który z osobistych, a więc politycznie niskich pobudek, wykorzystuje każdą możliwość (w TVN24 i nie tylko), aby Czarzastemu i Nowej Lewicy dołożyć. Dla mnie L. Miller, którego zawsze broniłem, stał się postacią odrażającą (tak jak Aleksandra Jakubowska, czy Magdalena Ogórek), która kosztem Lewicy chce załatwić swoje osobiste porachunki.

W sprawie tej Lewica wydała oświadczenie, że nie akceptuje żadnych form przemocy. Zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej, i że są to zachowania sprzeczne z jej wartościami. Hola hola drodzy lewicowcy, czyście się za bardzo nie zapędzili? O jakiej przemocy prawicie? Czy naprawdę myślicie, że wasz szef i kolega chce naprawdę ową panią senator zastrzelić? Naprawdę nie przyszło wam do głowy, że to określenie dotyczy tak prozaicznej sprawy, jak partyjne zdyscyplinowanie? Sami dajecie się prawicy ustawić na strzelnicy, aby to ona właśnie was mogła odstrzelić. Oczywiście w sensie politycznym. Przestańcie być polityczną dzieciarnią, bo jak całkowicie SLD zdeprecjonujecie w oczach wyborców, po przyszłych wyborach w sejmie nawet zapach po was nie zostanie.

Na pewno zaraz ktoś, w ślad za „Wyborczą” i TVN24, odezwie się, że jednak była to rozmowa z kobietą, wobec czego powinna mieć charakter dżentelmeński. Być może, ale nie koniecznie, albowiem polska lewica jest programowo feministyczna, a więc mężczyzn i kobiety traktuje jednako. Nie mogą się zatem miłe panie z Lewicy, jak i z środowisk tzw. demokratycznej opozycji, domagać jakichkolwiek szczególnych praw dla kobiet, bo tym samym zaprzeczają hasłom, które tak pompatycznie same głoszą. A o faktycznej równości pomiędzy paniami i panami niech świadczą bluzgi, jakie z nadobnych usteczek padają, kiedy panie są przekonane, że nikt ich nie słyszy, albo, że wymieniają się różnymi opinaniami tylko w swoim gronie. Przypomnę więc, że W. Czarzasty w rozmowie z Gabrielą Morawską - Stanecką słów bluźnierczych nie używał. Tak jak i Marek Dyduch, który rozmawiając w TVN24 z posłanką prawicy Barbarą Nowacką, użył określenia, że trajkoce. No cóż, powiedział prawdę, owe trajkotanie (nie ma w tym słowie niczego obraźliwego) jest jej jakby „znakiem rozpoznawczym”, o czym może przekonać się każdy, kto ogląda programy publicystyczne z jej udziałem. O co więc ten cały zgiełk? Ja wiem. Chodzi o to, aby Lewicę w oczach Polaków zgonić w możliwie największym stopniu.

PS.

Za tydzień przedstawię swoje rozważania, dotyczącego braku odpowiedzialności i poczucia honoru polskich polityków, którzy według NIK w czasie sprawowania władzy dopuścili się przestępstw i nie uważają za stosowne, aby się honorowo podać do dymisji.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Zgodnie z zapowiedzią z ubiegłego tygodnia, powracam do sprawy poruszonej w mailu od wałbrzyskich policjantów, informujących o – ich zdaniem - rażących nieprawidłowościach w postępowaniu kierownictwa Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu, związanych z przypadkami zarażenia funkcjonariuszy koronawirusem SARS-CoV2 oraz groźnymi konsekwencjami nie tylko dla nich, ale także dla ich rodzin oraz wałbrzyszan, z którymi siłą rzeczy w trakcie pełnienia służby muszą się kontaktować.

Tak jak zapowiadałem, zwróciłem się do rzeczników prasowych Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu i Komendy Głównej Policji w Warszawie z pytaniem, czy potwierdzają, że do ich jednostek faktycznie wpłynęło anonimowe pismo wałbrzyskich policjantów, w którym zwracają uwagę na wymienione wyżej nieprawidłowości. Wcześniej z prośbą o komentarz do opublikowanego w Tygodniku DB 2010 mojego tekstu, do Rzecznika Prasowego Komendanta KMP zwrócił się redaktor naczelny tygodnika Robert Radczak. Do tej pory odpowiedzi udzielili jedynie rzecznicy z KMP i KGP, więc odniosę się do ich treści, albowiem są one bardzo symptomatyczne.

Rzecznik KMP w swojej odpowiedzi w ogóle się do poruszonego w Tygodniku DB 2010 problemu nie odniósł, uznając, że wystarczy informacja, iż w KMP przestrzegane są wszelkie niezbędne procedury wskazane w „Decyzji nr 163/2020 Komendanta Wojewódzkiego Policji we Wrocławiu z dnia 19 czerwca 2020 roku”. O tym, co zostało w tygodniku przedstawione, ani jednego słowa. I nie ma się czemu dziwić, bo przecież trudno sobie wyobrazić, aby opisaną sytuację potwierdził. Inaczej wygląda sprawa z odpowiedzią rzecznika KGP, którego poprosiłem jedynie o potwierdzenie (tak jak rzecznika z KWP), czy do Komendanta Głównego (i Wojewódzkiego) faktycznie takie anonimowe pismo policjantów wpłynęło. O nic więcej nie prosiłem. W odpowiedzi uzyskałem informację, że „w sprawach odnoszących się do anonimów nie udzielamy komentarza. W sprawie ewentualnych czynności kontrolnych we wskazanej jednostce proszę kontaktować się z Zespołem Prasowym KWP w Wrocławiu”. A ja przecież o żaden komentarz nie prosiłem, tylko o potwierdzenie lub zaprzeczenie faktu wpłynięcia wspomnianego pisma.

Wobec braku konkretów, muszę zadowolić siebie i Czytelników interpretacją tego, co w odpowiedzi tej się znalazło. Tak więc z zadowoleniem muszę stwierdzić, że brak zaprzeczenia jest potwierdzeniem, co wynika z podstawowych zasad logiki. Zatem piszący do mnie policjanci nie kłamali. Natomiast, jeżeli rzecznik odsyła mnie po szczegółową informację o „ewentualnych działaniach kontrolnych” do KWP, to oznacza nic innego, jak zlecenie tej jednostce sprawdzenia prawdziwości informacji przedstawionych w liście policjantów. Wprawdzie – jak podkreśla rzecznik KGP – treść anonimów nie jest komentowana, to jednak zgodnie z policyjną sztuką, każdy anonim musi być traktowany jako źródło informacji, a więc musi być dokładnie sprawdzony, a w przypadku potwierdzenia się zawartych w nim informacji, musi być podstawą do wszczęcia stosownych czynności wyjaśniających. Czas więc najwyższy poinformować Czytelników, co takiego wałbrzyscy policjanci napisali.

Z uwagi na szczupłość miejsca, ograniczę się jedynie do najważniejszych i najbardziej drastycznych fragmentów tego pisma: 

(…)17.03.2021 r. funkcjonariusz Wydziału Kryminalnego Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu otrzymał pozytywny wynik testu na koronawirusa. Od tego czasu w/w przebywa w izolacji. Niestety kilka dni wcześniej pełnił służbę z wieloma Policjantami, a szczególnie z Mariuszem Z. (w oryginale pełne nazwisko). Była to wielogodzinna służba w bardzo bliskim kontakcie.(…) Niestety mimo bezpośredniego kontaktu z osobą o potwierdzonym zakażeniu ani Mariusz Z. ani inny funkcjonariusz Wydziału Kryminalnego nie został skierowany na obowiązkową kwarantannę. Mariuszowi Z. zasugerowano aby wziął wolne z nadgodzin. Kiedy oświadczył, że powinien być objęty kwarantanną, a nie wykorzystywać wypracowane nadgodziny kazano mu napisać oświadczenie, że czuje się dobrze i przychodzić do pracy. Trudno w to uwierzyć, ale osoba, która powinna być objęta kwarantanną otrzymała polecenie napisania oświadczenia o stanie zdrowia i przychodzenia do pracy. Następnie Mariusz Z. został skierowany na test w kierunku koronawirusa i w dniu 19.03.2021 r. taki test przeprowadzono. Niestety nadal musiał przychodzić do pracy. W międzyczasie np. brał udział w realizacji sprawy wspólnie z funkcjonariuszami CBŚP i Wydziału Kryminalnego KWP we Wrocławiu oraz pilnował zatrzymanego, pełnił służbę z kilkoma funkcjonariuszami oraz odwiedził kilka urzędów m. in. wałbrzyski monitoring w Urzędzie Miasta. (...) 23.03.2021 r. Mariusz Z. otrzymał pozytywny wynika testu na koronawirusa. Przypominamy, że 23.03.2021r. to dzień kiedy Mariusz Z. powinien być objęty kwarantanną. Powinien ale nie wg „głównego epidemiologa” Zastępcy Naczelnika Wydziału Kryminalnego KMP w Wałbrzychu Rafała K. Rafał K. to nowy Zastępca Naczelnika z kilkuletnim stażem pracy w Policji, bez wiedzy, doświadczenia i jakichkolwiek umiejętności.(...). Ten cyniczny młodzieniec za nic ma życie i zdrowie swoich podwładnych bowiem najważniejsza jest kariera. Rafał K. stwierdził, że nie jest możliwe zarażenie się od innego funkcjonariusza kiedy nosi się maseczkę. (…) Rafał K. sam ocenia zagrożenie epidemiologiczne i dopuszcza Policjantów do służby na podstawie ich oświadczenia o stanie zdrowia. (…) Po naradzie ze swoimi pryncypałami tj. Mariuszem K. i Krzysztofem L. postanowiono, że jednak może należy izolować Policjantów. Jednak broń Boże żadna kwarantanna tylko wolne za nadgodziny (jeden lub dwa dni) bo kto będzie wystawiał mandaty za brak maseczek. Jednak sytuacja w Wydziale Kryminalnym zaczęła się rozwijać ponieważ dwóch kolejnych Policjantów nie czekając na opinię w/w „epidemiologów” dokonało samoizolacji. Jeden z nich Damian K. w dniu 20.03.2021 r. miał objawy przypominające Covid, a 2 dni później takie same objawy mieli jego żona i syn. (…) Żona otrzymała pozytywny wynik testu na koronawirusa. Panowie L., K. i K. zaczęli panikować ponieważ Policjanci coraz głośniej mówili, że to co się dzieje w komendzie to skandal. Postanowiono wysłać na wolne m.in. Łukasza R.. Podstawą do tego miała być jego notatka, że miał kontakt z osoba zarażoną. R. napisał w notatce zgodnie z prawdą, że miał kontakt z Mariuszem Z. Taka treść była jednak nie do przyjęcia. Przecież (Mariusz Z. – dop. JB) Z. już tydzień wcześniej powinien być na kwarantannie, a oni kazali mu chodzić do pracy. R. otrzymał polecenie pominięcia nazwiska Z. Ponadto na sobotę i niedzielę planowana jest akcja poszukiwany, a Pan K. już zapowiedział, że nie przyjmie żadnej notatki jeśli nie będzie rozpytanych przynajmniej kilku sąsiadów. W czasach zarazy mamy odwiedzić kilkaset mieszkań ponieważ wyniki są ważniejsze niż życie i zdrowie. (...). Dzisiaj Pan L. ogłosił, że kwarantanna tylko dla objawowych Policjantów, a w innym wypadku 1 lub 2 dni wolnego. Skierowanie na test lub kontakt z osobą zakażoną wg L. nie jest podstawą do objęcia kwarantanną. (…) Taka sytuacja nigdy nie miałaby miejsca gdyby nie zatuszowano wydarzeń mających miejsce podczas pierwszej fali na przełomie kwietnia i maja 2020 r. W Komisariacie Policji I w Wałbrzychu kilku funkcjonariuszy miało objawy, które mogły świadczyć, że chorują na Covid. Ówczesny Komendant Komisariatu Adam B. stwierdził jednak, że to zwykłe przeziębienie, a pozostali Policjanci panikują i ulegli histerii medialnej. Kilku Policjantów ( np. Łukasz S.) z uwagi, że w rodzinie mają osoby starsze pisało raporty do Komendanta Miejskiego Policji w Wałbrzychu jednak kazano im chodzić do służby, przesłuchiwać świadków, obsługiwać wydarzenia na mieście. (...) Przeziębienia okazały się Covidem, a takich „przeziębionych” było kilkunastu. Rodzina jednego z Policjantów nie wytrzymała i w obawie o swoje zdrowie złożyła skargę. Podczas następnej odprawy (prawdopodobnie pod naciskiem KWP we Wrocławiu ) Panowie S.,L. i K. oświadczyli, że postępowania Komendanta Komisariatu I Policji w Wałbrzychu było skandaliczne i przyczyniło się do tak dużej ilości zakażonych Policjantów. (…) W efekcie skargi zdecydowano poddać testom na koronawirusa wszystkich funkcjonariuszy Komisariatu Policji I w Wałbrzychu, a po wykonanych testach kazano wszystkim wracać do służby. Policjanci polecenie musieli wykonać a po kilku dnia okazało się, że trze z nich tj. Wiktor S., Damian G. i Paweł P. mają pozytywny wynik. (...) Prosimy również o poinformowanie Wydziału Kryminalnego KWP we Wrocławiu, CBŚP, Służby Więziennej oraz Urzędu Miasta w Wałbrzychu o konieczności podjęcia działań z uwagi na bezpośredni kontakt z osobą o potwierdzonym zakażeniu ( Mariusz Z.)”.

To tylko tyle (w dużym skrócie) i aż tyle.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Wróciłem. Po sześciu tygodniach pobytu w szpitalu z powodu zarażenia się koronawirusem, wróciłem do domu, niestety z problemami dotyczącymi płuc. Leczenie trwa nadal i zapewne tak szybko się nie zakończy. Zaraz po powrocie (w szpitalu nie miałem łączności internetowej) przejrzałem moją skrzynkę poczty elektronicznej, w której znalazłem maila wysłanego mi przez wałbrzyskich policjantów lub policjanta. Ponieważ jego treść jest niesamowicie bulwersująca, postanowiłem spełnić ich prośbę, aby mieszkańcy Wałbrzycha byli poinformowania z jakimi problemami funkcjonariusze muszą się borykać na służbie i jakie zagrożenie nie tylko dla siebie, swych rodzin, ale również dla mieszkańców Wałbrzycha codziennie generują.

Do przysłanego maila dołączony był tekst pisma, jakie jego autorzy 26.03.2021 r. skierowali do Komendy Głównej Policji z prośbą o natychmiastową interwencję w opisywanej sprawie. W związku z tym postanowiłem skierować stosowne zapytanie do rzecznika prasowego KGP i KWP we Wrocławiu, z prośbą o pilne potwierdzenie, że wspomniane pismo faktycznie to tych jednostek trafiło i jakie konkretne w związku z tym działania zostały podjęte. Tak więc, niezależnie od tego czy uzyskam potwierdzenie, czy też odpowiedź nie nadejdzie, treść pisma skierowanego do KGP opublikuję w DB2010 w następnym tygodniu. Zdaję sobie sprawę, że przysłany mi mail ma charakter anonimu, ale z drugiej strony w pełni podzielam obawy funkcjonariuszy, że ujawnienie się autorów tej swoistej prośby o interwencje medialną, naraziło by ich na niezasłużone i przykre konsekwencje w postaci niechybnego mobbingu, a nawet prób zastosowania odpowiedzialności dyscyplinarnej. W takich niestety czasach żyjemy, że ludzie boją się z otwartą przyłbicą mówić głośno prawdę.

A oto treść maila jaki 1 kwietnia 2021 roku wpłynął na moją skrzynkę poczty elektroniczne. Publikuję ją w dobrej wierze, że nie jest to jakiś ponury żart ze strony kogoś, kto chciały ze mnie mocno zakpić i narazić mnie na odpowiedzialność karną. Dlatego – na wszelki wypadek – nie posługuję się nazwiskami, które w mailu podane są w pełnym brzmieniu.

Szanowni Państwo

W załączeniu udostępniamy pismo, które w dniu 26.03.2021 r. trafiło do Komendy Głównej Policji w Warszawie oraz Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, dotyczące rażącego postępowania kierownictwa Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu w związku z ujawnieniem zarażeń koronawirusem wśród funkcjonariuszy komendy. Niestety nasze pismo pozostało bez echa, nikt nie rozmawiał z osobami wymienionymi w piśmie, nie odwołano absurdalnej, narażającej życie i zdrowie policjantów oraz mieszkańców akcji poszukiwany.

W wałbrzyskiej policji osoby z podejrzeniem zarażenia wirusem Sars-cov-2 są ukrywane i zmuszane do pracy, a kwarantanna jest dla naszych przełożonych pojęciem całkowicie abstrakcyjnym. Policjanci zmuszani są do pisania notatek o dobrym samopoczuciu i na tej podstawie kierowani są do służby. Nasi przełożeniu nie wiedzą lub udają, że nie wiedzą, że osoby bezobjawowe zarażają tak samo jak osoby objawowe. Przykładem jest opisany w piśmie przypadek Mariusza Z. (w mailu pełne nazwisko), który zakażenie przechodzi bezobjawowo, a do pracy (pomimo obligatoryjnej 10-dniowej kwarantanny) został skierowany na podstawie notatki. Efektem tego jest już kilku chorych policjantów Wydziału Kryminalnego, którzy następnie zarazili swoje rodziny. Ile osób zostało zarażonych podczas wykonywania przez Policjantów czynności służbowych tego nie dowiemy się nigdy.

W chwili obecnej działania naszych przełożonych skierowane są na udowadnianie Policjantom, że zarazili się poza pracą ponieważ nie przestrzegali tzw. obostrzeń. Panowie ci boją przyznać się, że powodem choroby wielu funkcjonariuszy jest ich lekceważący stosunek do obowiązujących przepisów. Panowie L., K., czy K. (członkowie ścisłej kadry kierowniczej KMP - JB) zabarykadowali się miesiące temu w swoich gabinetach i ryzykują życiem i zdrowiem naszym, naszych rodzin i wałbrzyszan. Wszystko to tylko po to aby codziennie rano móc zameldować do Wrocławia ile osób wylegitymowano, ile pojazdów skontrolowano czy ile mandatów zostało nałożonych za brak maseczek. Pseudo wyniki są dla nich ważniejsze niż ludzkie życie i zdrowie.

W chwili obecnej jesteśmy w szczytowym momencie trzeciej fali a dla nich liczą się tylko mandaty i legitymowani. W całym kraju zamknięte są galerie, siłownie, hotele, restauracje a my musimy narażać się tylko i wyłącznie dla statystyki i tego aby Panowie Komendanci byli dobrze oceniani i premiowani. Jeszcze raz podkreślamy, że 90% naszych czynności nie służy ratowaniu życia i zdrowia ludzkiego, a czystej statystyce i chorej satysfakcji naszych przełożonych.

Nie mamy najmniejszych wątpliwości, że nasi przełożeniu wielokrotnie popełnili przestępstwo z art.165 kk oraz naruszyli wszystkie wytyczne rządowe. Niestety jesteśmy pewni, że Policja zatuszuje tę sprawę, a jedyne czynności jakie podejmie skierowane będą na ustalanie kto się poskarżył. Mając na uwadze powyższe zwracamy się do Państwa o pomoc i nagłośnienie w/w sprawy. Wszystkie opisane fakty są w 100% prawdziwe i większość Policjantów je potwierdzi.”

Napisz komentarz (4 Komentarze)

 Opisując na łamach DB2010 tragiczne dla Wojciecha Pyłki zderzenie z profesjonalistami z KMP i Prokuratury Rejonowej w Wałbrzychu, informowałem, że w jego sprawie mec. Magdalena Szczubeł z Wałbrzycha wystosowała do Sądu Najwyższego wniosek o wznowienie prawomocnie zakończonego postępowania. Czyli de facto o skierowanie sprawy do Sądu Okręgowego w Świdnicy, albowiem po wydaniu orzeczenia ujawniły się nowe fakty lub dowody nie znane przedtem sądowi, wskazujące, że skazany nie popełnił zarzucanego mu przestępstwa. To tak zwane w języku sądowym novum, udało mi się wyłapać po naprawdę bardzo szczegółowej analizie akt procesowych, które dostarczył mi Wojciech Pyłka z prośbą, abym się tej sprawie przyjrzał tzw. policyjnym okiem. I to, co w tych dokumentach procesowych odkryłem, zostało wykorzystane do sprecyzowania wniosku o wznowienie, albowiem chodzi o fakty, które wskazują na poważne prawdopodobieństwo błędności prawomocnego wyroku skazującego, na co Sąd Najwyższy w wielu swoich orzeczeniach wskazywał. Warunkiem – według tego sądu– jest to, aby te nowe ujawnione fakty mogły podważyć prawdziwość przyjętych uprzednio ustaleń. Wniosek pełnomocnika procesowego Wojciecha Pyłki spowodował, że Sąd Najwyższy zwrócił się do Sądu Okręgowego w Świdnicy o nadesłanie całości akt sprawy sprawy i po przeprowadzonej analizie wniosek został przyjęty do rozpoznania, co już samo w sobie było wskazówką, że podniesione w nim argumenty są na tyle poważne, że sąd ten pochyli się nad nimi na rozprawie wznowieniowej. Następnie akta zostały skierowane do Prokuratury Krajowej, aby uzyskać od niej opinię, co do zasadności wniosku i tu mam dla czytelników DB 2010, ale zwłaszcza dla policjantów z KMP w Wałbrzychu oraz nadzorującej śledztwo pani prokurator informację, że Prokuratura Krajowa wniosek o wznowienie poparła. Widać siła argumentów wynikających ze wskazanych nowych faktów, dotarła również do świadomości prokuratorów z Prokuratury Krajowej, albowiem prokuratura ta, czego dowodem są liczne przykłady, nie jest zbyt podatna na wskazywane w podobnych wnioskach argumenty.

W tym przypadku stało się inaczej i 18 stycznia 2021 roku Prokuratura Krajowa skierowała do Sądu Najwyższego pismo (sygn. PK IV Kw 56.2020), w którym wnosi o przeprowadzenie czynności sprawdzających, polegających na ustaleniu abonentów telefonów komórkowych (tu wskazane we wniosku ich numery) i przesłuchanie ich na okoliczności związane z Januszem (...), jak również na okoliczności dotyczące połączeń SMS mających miejsce 24, 25 i 30 stycznia 2008 roku, a więc po czasie wskazanym w akcie oskarżenia i w uzasadnieniu wyroków I i II instancji, jako czasie, w którym Janusz (...) już nie żył. Jednakże najważniejszą moim zdaniem konstatacją Prokuratury Krajowej jest to, że według niej „Konieczność dokonania tych ustaleń jawi się szczególnie w związku z tym, że czas zgonu Janusza (…) ustalono z powołaniem się na ostatnie połączenie telefoniczne z jego telefonu, z kolei czas jego zgonu ma istotne znaczenie dla oceny wyjaśnień i zeznań złożonych w sprawie.” I właśnie to końcowe zdanie oddaje clou problemu.

Otóż w wznowionym postępowaniu sądowym obrońcy Wojciecha Pyłki z łatwością wykażą to, co ja opisuję w sporządzonej na jego prośbę analizie akt, a mianowicie, że z ustaleń procesowych dokonanych przez wałbrzyskich policjantów i nadzorującą śledztwo panią prokurator, absolutnie nie wynika, że zgon Janusza Laskowskiego miał miejsce w nocy z 23 na 24 stycznia 2008 r. Z akt śledztwa w sposób nie budzący wątpliwości wynika, że datę taką przyjęto dopiero pod koniec lipca, kiedy ktoś wreszcie zorientował się, że 23 stycznia wieczorem Janusz Laskowski dwukrotnie łączył się z oficerem dyżurnym KMP, co jak byk stało w billingu połączeń telefonicznych, będącym jednym z najważniejszych dowodów procesowych. Billingi te zostały sporządzone PTK Centertel 4 lipca i przekazane do Prokuratury Rejonowej, ale dopiero 8 sierpnia przeprowadzona została analiza nagrania rozmowy Janusza z oficerem dyżurnym KMP. Dowodzi to czegoś dla mnie niesamowitego, a konkretnie tego, że profesjonaliści z KMP (jak i z Prokuratury) nie wpadli na pomysł, aby wszczynając śledztwo przeanalizować książkę interwencji zlecanych w styczniu przez oficera dyżurnego KMP. Wprost niebywałe przy śledztwach dotychczas podejrzenia zabójstwa.

Przypomnę, że Pyłce zarzut zabójstwa postawiono już 24 kwietnia, opierając się na bełkotliwych wyjaśnieniach Bogumiła K. (zresztą szybko odwołanych), a w zarzucie nie poddano nawet w przybliżeniu, kiedy tego zabójstwa miał dokonać, bo jak widać profesjonaliści z organów ścigania, sami wówczas tego nie wiedzieli. Tak jak miał się ten biedny Pyłka bronić, kiedy nie miał absolutnie żadnych szans na wskazanie swego alibi na czas domniemanego zabójstwa? Sam bym się w takiej sytuacji nie wybronił. Czy policjanci, prokurator i sędziowie sądów dwóch instancji tego faktu nie dostrzegli? A może dostrzegali, ale był im strasznie niewygodny. Wznowienie postępowania sądowego da też szansę na udowodnienie, że koronny dowód z zeznania świadka Teresy J., która rozmawiała z Bogumiłem K. po tym, kiedy rzuciła kamykiem w okno Janusza, jest wielce niewiarygodny i to nie tylko dlatego, że nikt nie sprawdził grafiku pracy tej kobiety. A to właśnie na jego podstawie uznała, że rozmowa ta miała prawdopodobnie miejsce 23 stycznia. Podkreślam szczególnie użyte przez nią słowo „prawdopodobnie”, co zostało przecież w protokole przesłuchania zapisane. Jednak to nie ten dowód jest najważniejszy, ale zeznanie konkubiny Bogumiła K. i jej sąsiadki Iwony S., z których jak byk wynika, że 23 stycznia 2008 r. po dwukrotnej policyjnej interwencji, Bogumił K. około 22:00 przyszedł do mieszkania Iwony S. z zakrwawioną rękę i już z niego nie wychodził.

Tak więc historia z wpuszczeniem, czy w ogóle z bytnością Wojciecha Pyłki w tym dniu w mieszkaniu Laskowskiego, przedstawiona przez Bogumiła K. i przyjęta przez sąd jako najbardziej wiarygodne jego wyjaśnienie, jest po prostu jawną kpiną z art. 2, 4 i 7 kodeksu postępowania karnego i z logiki w ogóle. W aktach sprawy znajduje się notatka urzędowa (k.683), sporządzona 8 sierpnia 2008 r. przez funkcjonariusza sekcji dochodzeniowo-śledczej KMP, z której wprost wynika, że to on przeprowadził analizę zapisów połączeń telefonicznych „w okresie w jakim mogło dojść do zdarzenia” (czyli 23-24.08.2008) i ustalił, iż w okresie tym do Laskowskiego dzwoniły tylko dwie osoby, a konkretnie wspomniana już Iwona S. i Katarzyna M., czyli jedna z jego znajomych zamieszkała w gminie Bierutów powiat oleśnicki. Natomiast on sam zadzwonił tylko do Katarzyny S. o godzinie 02:00 w nocy, co analizujący ten dokument uznał za godzinę graniczną do wyznaczenia czasu zgonu i zadowolony z siebie na tym analizę ową zakończył. Ale gdyby nie był tak podekscytowany swym odkryciem i spojrzał na dalsze pozycje billingu, bez trudu by odkrył, że telefon Janusza Laskowskiego był czynny po południu w dniu 24 stycznia, następnie 25 stycznia i na koniec 30 stycznia.

I tak Wojciech Pyłka został oskarżony bez wyjaśnienia kto i w jakiej sprawie (oraz z którego miejsca) wysyłał SMS na numer telefonu Laskowskiego i odbierał te nadawane przez niego. Ten ktoś (dwie osoby zresztą) z nieboszczykiem esemesować nie mogły i dlatego Sąd Najwyższy i Prokuratura Krajowa uznały, że należy to wyjaśnić trakcie wznowionego procesu. Szkoda tylko, że ‘kurza ślepota” policjantów, prokuratorów i sądu I i II instancji spowodowało, że Pyłka bezpowrotnie stracił 13 lat ze swego życia.

Sprawa Wojciecha Pyłki. "Jest tragiczna, jak sprawa Tomka Komendy" - Wrocław (onet.pl)

Napisz komentarz (0 Komentarzy)