Martwię się trochę, że zaczynam być strasznie monotematyczny i ciągle tylko o tej policji piszę. Ale z drugiej strony, to raczej nie moja wina, tylko tejże policji, a w zasadzie pewnej grupie policjantów, którzy bez przerwy temat do napisania mi podsuwają. Muszę przyznać, że mam w zanadrzu kilka spraw wartych opisania, ale zastanawiam się, czy nie zrobić sobie przerwy. Z drugiej strony nie chcę sprawić zawodu tym, którzy tematy tego rodzaju mi podsuwają i liczą bardzo na to, że je opublikuję.

Na przykład obiecałem moim kolegom - emerytom ze Świdnicy, iż opublikuję historię licznych nieprawidłowości, jakie przez lata trapiły świdnickich funkcjonariuszy, którzy bezradnie musieli przyglądać się, co wyprawiali ich przełożeni, będący w głębokim przekonali, że im wolno i nikt im nie podskoczy. W ubiegłym roku, spełniając ich prośbę, sprowadziłem do Świdnicy ekipę telewizyjną programu "Magazyn Ekspres Reporterów", a konkretnie wielokrotnie nagradzanego za telewizyjne reportaże Pawła Kaźmierczaka. Wówczas przed kamerami wystąpiło parę osób, którzy nie ukrywając swej tożsamości, otwarcie mówili o tym czego byli świadkami, a takie w czym zmuszeni byli brać udział. Niestety, ten bardzo "mocny materiał" na dzień przed emisją został, w wyniku interwencji wysokiej duchownej osoby ze Świdnicy, zdjęty z anteny. Na szczęście Paweł udostępnił mi całe nagranie (23 minuty), a obecnie mam jego przyzwolenie, aby z tego, co nagrał dowolnie skorzystać. Zresztą w nagraniu tym również wystąpiłem. W roli komentatora wydarzeń, które opowiadali moi koledzy.

Ponieważ reportaż nie był wyemitowany, razem z jednym z kolegów (były wysoki oficer CBŚ) o tych wszystkich bezeceństwach ówczesnego kierownictwa, powiadomiliśmy ministra Błaszczaka, wysyłając do niego podpisany przez nas list z konkretnymi informacjami i naszymi, jako byłych oficerów Policji, komentarzami i opiniami. Mówiąc szczerze nie bardzo liczyłem na jakikolwiek efekt, ale po pewnym czasie zostaliśmy wezwani do Prokuratury Okręgowej w Zielonej Gorze, które w efekcie odmówiła wszczęcia postępowania. Było to we wrześniu 2016. Machnęliśmy wtedy na te sprawy rękę, uznając, że głową muru nie przebijemy. Okazało się, że jednak nie mieliśmy racji. W lutym br. otrzymaliśmy powiadomienie, że Prokurator Okręgowy w Zielonej Gorze podjął decyzje i wydał postanowienie o powrocie do tej sprawy, co w rezultacie doprowadziło do wszczęcia śledztwa. Już pierwsze osoby otrzymują wezwania na przesłuchania do Poznania, ponieważ śledztwo zostało zlecone do przeprowadzenia przez poznańską placówkę Biura Spraw Wewnętrznych KGP.

Muszę przyznać, że nagłe i niespodziewane odejście na emeryturę wałbrzyskiego komendanta miejskiego, wcale mnie nie zaskoczyło, bo pismo z Prokuratury Okręgowej w Zielonej Gorze, dotarło do mnie jakieś 10 dni przed tą decyzją komendanta. Prokuratura zawiadomiła nas o wszczęciu śledztwa dotyczącego dwóch ówczesnych oficerów z Komendy Powiatowej Policji w Świdnicy, o których była mowa w naszym pasmie skierowanym do ministra Błaszczaka. A ja z kolegą doskonale wiemy, kim byli bohaterowi tego pisma.

Tak więc, jeżeli redaktor naczelny DB 2010 nie pogoni mnie wreszcie z tymi "police long stories", to jeszcze kilka spraw będę musiał opisać, bo nigdy nie miałem zamiaru iść za radami byłego prezydenta Lecha Wałęsy i tłuc kolejne termometry. I mam tylko nadzieję, że moich czytelników nimi nie zanudzę. Ale na wszelki wypadek z Wałbrzycha przeniosę się do Świdnicy. Oczywiście chodzi o temat, a nie moją przeprowadzkę.

A w sprawie śmierci wałbrzyskiego bezdomnego, a konkretnie o tym, czego się oficjalnie nie dowiecie, przeczytać możecie w moim felietonie w DB 2010 z 13 kwietnia 2017 nr 14 str.4. Jest też tekst o tym jak wałbrzyscy funkcjonariusze WRD KMP namierzają tych, którzy na drogach łamią prawo. Pytanie, czy w łamaniu prawa są osamotnieni - patrz załącznik.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-14-336-z-13.04.2017-r.pdf)DB 2010 nr 14 z 13.04.2017
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   Od dawna policjanci zajmujący się najgroźniejszymi rodzajami przestępczości wiedzą, że w zasadzie skończyła się era porwań za okupem, wymuszeń haraczów, czy napadami na TIR-y wiozące różne towary. Przestępcom się to po prostu już nie opłaca, bo świat się zmienia, więc i metody dojścia do łatwych, ale wielkich, pieniędzy też musiały ulec zmianie. Teraz przestępcza elita zarabia na wyłudzeniach podatku VAT, handlu narkotykami, czy prowadzeniem sieci kasyn i agencji towarzyskich. Tam są wielkie pieniądze, a odpowiedzialność relatywnie mniejsza niż w przypadku bandyckich napadów z bronią. Siłą rzeczy ten mniej elitarny świat przestępczy składa się z reguły z intelektualnego badziewia, które dokonuje w dalszym ciągu prostackich skoków, napadów, a także pospolitych oszustw i wyłudzeń.

Do takiej właśnie grupy należał (należy) frajer, który 23 marca usiłował naciągnąć mnie na ograny niesamowicie numer "na policjanta". Jakim prostakiem być trzeba, aby sądzić, że ktoś się jeszcze da nabrać, zwłaszcza, że trzy próby z 22 marca skończyły się fiaskiem. Oczywiście jeżeli wierzyć pani oficer prasowej KMP w Wałbrzychu, która opowiada o trzech usiłowaniach.

Rozmawiając z tym frajerem z trudnością powstrzymywałem się, aby się w głos nie roześmiać i pokazać mu, że za głupi jest, aby się brać za taką mistyfikację. Bardzo to prymitywne było, a wyglądało mniej więcej tak:

- Nazywam się Andzrej Dąbrowski z komendy na Mazowieckiej 2. Wie pan gdzie jest taka komenda?

- Oczywiście, wiem.

- No to my wiemy, że jeden pracownik banku i kobieta z drugiego banku mają skan pańskiego dowodu i znają pański numer konta i będą chcieli podjąć z niego większą kwotę pieniędzy i dlatego dzwonię do pana, bo musimy działać. Czy pan mnie rozumie?

- A z jakiego banku - zapytałem celowo, aby frajera trochę zdekoncentrować, bo na 100% nie miał pojęcia w którym banku mam otwarte konta.

- O tym później - potrzebował chwili czasu, aby się nie zdekonspirować. Ale to była moja pierwsza celowa wrzutka, chociaż czyniłem to ostrożnie, aby go nie spłoszyć - Teraz podam panu mój numer identyfikacyjny. Mój numer identyfikacyjny jest 204482 - poinformował mnie bardzo niegramatycznie.

- Czy pan mnie rozumie? - zadał mi to pytanie już chyba z 4 lub 5 raz.

Dlaczego się pan mnie wciąż pyta, czy rozumiem, przecież chyba nie jestem dzieckiem - trochę mnie zaczął irytować.

Po tej uwadze, znów na chwilę się zapowietrzył, ale dosyć szybko się opanował.

- Pytam się, bo to jest ważne, bo musimy razem z panem działać.

- Rozumiem - odpowiedziałem, chociaż to jego wyjaśnienie było po prostu idiotyczne, ale aby nie spłoszyć frajera, rozmowę ciągnęłam dalej.

- Teraz ja się rozłączę, a kiedy usłysz pan dźwięk rozłączenia, niech wybierze pan numer 997 i tam się zgłosi pogotowie i niech pan poda moje nazwisko i ten numer identyfikacyjny, aby policja sprawdziła czy taki ktoś pracuje. Jak sprawdzi to przekieruje rozmowę na mnie. Czy mnie pan rozumie?

Całą te rozmowę nagrywałem na dyktafon od momentu kiedy powiedział, że chodzi o przekręt z moja kasą, jaki mi grozi. Bo wtedy już wiedziałem z kim mam do czynienia. Kiedy usłyszałem dźwięk świadczący niby, że rozmówca się wyłączył, również się rozłączyłem. Wiedziałem, że nie odpuści i zadzwoni, a wtedy ja się wytłumaczę, że z nerwów coś mi się pokręciło i wyłączyłem się odruchowo.

Po chwili dzwonek telefonu potwierdził moje przekonanie, że zadzwoni, ale nie odbierałem, bo już rozmawiałem z "komórki" z oficerem dyżurnym KMP. Ten fragment opisuje w felietonie "Mój ci on, czy nie mój" (załącznik - DB2010).

Kiedy wreszcie odebrałem telefon odezwała się jakaś panienka:

- Pogotowie dyżurne policji, słucham.

- Jak to pani słucha, kiedy to pani do mnie zadzwoniła. Czy pani nie wie, po co do mnie dzwoni - zapytałem się, aby grać na czasie, być dać prawdziwym policjantom możliwość podjęcia działań.

- Pogotowie dyżurne policji, słucham - powtórzyła, nie wiedząc zapewne jak ma zareagować, bo wyłączając się popsułem im przygotowany scenariusz.

- No to, czego pani ode mnie chce - dalej się drażniłem, ale nie mogłem przeciągać struny, więc po chwili udałem, że się nagle domyśliłem, iż chodzi o policjanta o nazwisku Andrzej Dąbrowski. Podałem te dane, aby sprawdziła, czy to jest faktycznie funkcjonariusz. Już po kilku sekundach potwierdziła mi, że jest.

- Tak, to jest policjant.

- A z jakiego wydziału ? - wypaliłem niespodziewanie.

W słuchawce zapadła cisza, ale po sekundzie usłyszałem cichy głos: powiedz mu, że to jest policjant i ma się go słuchać. Oczywiście, panienka zaraz mi to powtórzyła, a ja już nie dociekałem o to, jaki wydział Andrzej Dąbrowski reprezentuje.

Kiedy już mnie z nim niby połączyła, gra rozpoczęła się ponownie. Frajer ponownie uraczył mnie opowiastką o planowanej przestępczej akcji i czym to może mi grozić.

- Ma pan w swoim domu trzy telefony stacjonarne ...

- Trzy telefony stacjonarne - zdziwiłem się - nie nie mam.

- Nie ma pan? - teraz to on był zaskoczony - no, widzi pan, jest pan na podsłuchu - zakończył głupkowato i bez sensu.

- A czy do pana ktoś w ostatnim czasie dzwonił z banku?

- Nie, nie dzwonił.

- To oni mają pana na podsłuchu - stwierdził i zaczął coś tam mi tłumaczyć. Wykorzystując to odszedłem na bok i zapytałem się cicho dyżurnego, czy słyszy i gdy potwierdził, uspokojony podszedłem znów do leżącego na biurku przy komputerze telefonu stacjonarnego.

- Wie pan, myśmy ustalili, że ma pan w domu większą gotówkę i musimy ją szybko zabezpieczyć - frajer zaczynał przechodzić do konkretów, a ja zastanawiałem się, jak sprawę rozegrać, bo wiedziałem, że jeżeli potwierdzę, że mam większa kasę, to on lub oni pojawia się u mnie błyskawiczne. Wprawdzie położenie na glebę jednego czy dwóch frajerów nie było dla mnie jakąś nowością, ale musiałem mieć czas, aby moją "tetetkę" wyciągnąć z pancernej skrytki i załadować magazynek. Jednakże szybko zrozumiałem, że tym stwierdzeniem frajer otworzył mi możliwość takiego poprowadzenia tej gry, które da możliwość policjantom dojechania na miejsce i zrobienia zasadzki.

- Jaką gotówkę? Mam w mieszkaniu może ze 100 zł. Nie trzymam pieniędzy w domu - odpowiedziałem.

- Nie ma pan pieniędzy?

- Mam, ale w banku przecież - chciałem tak poprowadzić rozmowę, aby mu zaproponować, że polecę do bankomatu i tyle ile się da wyciągnę, aby chociaż tyle uratować. Miałem mu zamiar powiedzieć, że mam limit na 5000 zł dziennie i na pewno by się na taka kasę połakomił.

W tym momencie odezwał się dyżurny z KMP, informując mnie, że już wysyła grupę, a mnie o mało szlag nie trafił, bo zdałem sobie sprawę, że frajer mógł to usłyszeć, albowiem zapomniałem wyłączy w telefonie komórkowym tryb głośnego mówienia.

- Hm ... no to my przyjedziemy i tę stówkę też zabezpieczymy.

- Dobrze, ale ...

- To po coś pan dzwonił na policję. Mówiłem panu, aby pan nie dzwonił. Oni teraz panu podeślą fałszywych policjantów i będziesz miał pan teraz kłopoty.

- Jak to dzwoniłem? Dzwoniłem do pana przecież - starałem się jeszcze ratować sytuację, ale wiedziałem, że frajer już tylko zaczyna ze mną pogrywać, bo jego głos stawał się coraz bardziej agresywny - to z kim ja rozmawiam do cholery - udawałem, że zaczynam się denerwować.

- Po coś dzwonił na tych fałszywych ....

Doszedłem do wniosku, że ta rozmowa nie ma już żadnego sensu, bo frajer na pewno usłyszał informacje od dyżurnego.

- A wiesz frajerze do kogo zadzwoniłeś? Bo nawet tego nie sprawdziłeś. A zadzwoniłeś do policjanta - tu wrzuciłem mu sporą dawkę bluzgu, bo mnie nerwy poniosły. On odwdzięczył mi się podobną wiązanką, więc zakończyłem rozmowę.

Oczywiście, to co powyżej, to tylko próba odtworzenie tej rozmowy z pamięci, bo faktycznie zawierała ona kilka innych wątków i trwała dosyć długo, ponieważ starałem się ją przeciągać na tyle, na ile się da.

Reszta historii w felietonie w DB 2010.

 

Napisz komentarz (2 Komentarze)

Wątpliwości moje coraz bardziej rodzą ujawnione mi fragmenty wiedzy, dotyczące tajemniczej śmierci wałbrzyskiego bezdomnego, którego zwłoki znajdowały się w kompleksie leśnym przy ul. Świerkowej w Wałbrzychu. Piszę o tym zdarzeniu w felietonie "Kolejny trup z policją w tle", który można przeczytać w całości w numerze 12 tygodnika DB 2010 z 30 marca 2017 ( załącznik).

Wprawdzie z informacji przekazanej mi przez rzecznika prasowego Prokuratury Okręgowej w Świdnicy wyłania się obraz śmierci człowieka, która nastąpiła bez ingerencji osób trzecich, to jednak to, co przekazał mi mój policyjny informator, a także wiedza jaką nabyłem przez lata zajmowania się rozwiązywaniem tajemnicy nagłych zgonów, każe mi bardzo wątpi w tą optymistyczną wersję śledczą, przyjętą przez prokuraturę. W tekście opublikowanym w DB 2010 zamieściłem tylko pewne wątki związane z moimi wątpliwościami, co do faktycznego przebiegu zdarzenia, jak i co do faktycznych zamiarów funkcjonariuszy, którzy z tym bezdomnym mieli do czynienia. O wszystkim tym napiszę o wiele więcej w kolejnym wydaniu tygodnika, albowiem moje wątpliwości są tego rodzaju, że nie powinienem o nich milczeć.

Ciekawi mnie też, czy rodzina zmarłego wystąpi w roli oskarżyciela posiłkowego i w razie konieczności te moje wątpliwości w procesie podniesie.

Napisz komentarz (4 Komentarze)

Moja "apelacja" to tylko taki specyficzny felieton,  więc na użytek tego odautorskiego komentarza podzielę się taką oto refleksją, że wrzucenie do beczki z piołunem jednej landrynki, gorzkiego smaku piołunu nie poprawi. A taką landrynką było warunkowe umorzenie postępowania, na co nawet sam Roman dał się nabrać i udzielając prasie wywiadów, opowiadał, że jest z wyroku zadowolony. On sobie po prostu nie zdaje do końca sprawy, co się stało. A stało się, że został uznany za winnego składania gróźb karalnych, czyli czynu do którego się nie dopuścił.

Tymczasem według mnie - czemu już dałem wyraz na łamach DB 2100 w ubiegłym roku - była to najzwyklejsza hucpa polityczna w wykonaniu radnych PiS i dziś muśże przyznać, że skuteczna.

Twierdzę tak, bo z Mirkiem Bartolikiem nie jeden raz browarek w "Stodole" (obecnie "Pub") obalałem i na różne tematy sobie szczerze rozmawialiśmy. Jestem więc przekonany, że Mirek w życiu tych Romanowych enuncjacji za jakąkolwiek groźbę nie przyjął, tym bardziej, że i z nim browara kosztował i jaki Roman jest, dobrze wie. Po prostu trafiła się im okazja, więc ją wykorzystali.

Nie sądzę, aby np. Mirek brał poważnie i dosłownie słowa owego Kuriaty (kiedyś o nim było dosyć głośno w sprawie nieciekawych wydarzeń w jednym z wałbrzyskich Domów dziecka), że i on się boi i bać się będzie, dopóki w Polsce żyć będzie chociażby jeden lewak. Oczywiście on za lewaka uważa Romana , a zapewne i mnie, chociaż Mirek wie, że ani Roman, ani ja, ani żaden inny "lewak" z maczetą, czy chociażby ze scyzorykiem, po mieście lata i na prawdziwych Polaków z PiS czyha.

Jeżeli już ktoś miałby się bać, to właśnie ci, których taki Kuriata i mu podobni za "lewaków" uważa i których z przyjemnością po pyskach by lał, a gdyby było wolno, to ziściłoby się zapewne jego marzenie, że " na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści". Oczywiście nikomu chyba nie muśże wyjaśniać, ze z braku komunistów, dla Prawdziwych Polaków rodem z PiS ich role pełnia demokraci i liberałowie z wszelkich antypisowskich opcji politycznych.

Osobiście uważam, że proces ten można było w I instancji wygrać, gdyby został poprowadzony pod kątem, jaki prezentuję w mojej "apelacji". Niestety, podczas procesu obrona za wszelką cenę chciała jedynie wykazać, że tzw. pokrzywdzeni, twórczości Olgi Tokarczuk nie znają i nie mają zielonego pojęcia o literaturze. A tu przecież nie o to chodziło, co zresztą sam sąd podkreślił w orzeczeniu, że rozprawa nie dotyczyła wolności słowa.

Tekst "apelacji" w załączniku na str. 4

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-11-333-z-23.03.2017-r-1.pdf)DB 2010 z 23.03.2017 str. 4
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   SPROSTOWANIE !

W moim felietonie pt. Kurtyna milczenia" (DB 2010 nr 10 z 16.03.2017) zakradł się istotny błąd, który zobligowany jestem naprawić. Otóż napisałem: "O fakcie porwania powiadomiony został ówczesny komendant powiatowy, a powiadomili go prowadzący tego agenta i oficer CBŚ, przeciwko któremu wałbrzyscy policjanci ..." Otóż oczywistym jest, że chodzi o POLICJANTÓW z komendy powiatowej policji w Świdnicy. Policjantów z Wałbrzycha serdecznie za tę pomyłkę przepraszam.

* * *

Echa reportażu Pawła Kaźmierczaka nie cichną. Obudziła się nie tylko policja, ale też i pewne osoby, które słusznie mogą się obawiać, że tym razem kilka spraw nie zostanie zamiecionych pod dywan i być może nareszcie ci, którym się to należy, zostaną sprawiedliwie osądzeni. Chociaż przez lata udawało się im tego uniknąć. I akurat nie policjantów mam tu na myśli. Okazuje się, że ze snu zimowego obudziła się wreszcie dolnośląska komenda policji we Wrocławiu. Z uzyskanych wczoraj przeze mnie informacji wynikało, że w dniu dzisiejszym miała odbyć się w KMP w Wałbrzychu specjalna narada z udziałem przedstawicieli KWP we Wrocławiu, poświęcona wydarzeniom o którym mówi wspomniany reportaż. Nie mam na razie informacji potwierdzających, czy narada faktycznie miała miejsce.

https://www.youtube.com/watch?v=2HR85ZvPplE&feature=share

Jak twierdzi rzeczniczka prasowa KMP (informacja niepotwierdzona oficjalnie) tutejsza policja o żadnej strzelaninie, ani podpaleniu nie miała informacji, co raczej w marnym świetle stawia służby operacyjne pionu kryminalnego i gospodarczego tej komendy. Sprawą zainteresowały się lokalne i krajowe media i aż dziw bierze, że przez tyle lat nic z tych bulwersujących zdarzeń do wiadomości publicznej się nie dostało a ja - wraz z redaktorem naczelnym DB 2010 - mam tę satysfakcję, że od ponad dwóch lat alarmuję, iż w wałbrzyskiej policji dzieje się coś niedobrego. I nikt jakoś na to nie reagował. Ani sama policja, ani prokuratura, ani dziennikarze. Kurtyna milczenia oddzieliła społeczeństwo od tego, co się w naszym mieście i okolicach dzieje.

https://www.youtube.com/watch?v=5QhS4QExuxE

Zastanawiam się, dlaczego ze strony moich znajomych, a nawet dobrych kolegów, nie spotkałem się z publicznym wsparciem mojej "krucjaty" przeciwko przemocy w policji. Możliwe jedynie są trzy rozwiązania. Pierwsze - jest to im całkowicie obojętne. Drugie - boja się w tej sprawie publicznie zabrać głos. Trzecie - nie widzą w faktach przemocy nic zdrożnego. Każda taka możliwość jest po prostu fatalna i to nie dla mnie. Żadnych zahamowań nie mają natomiast ci, którzy Policjantów - przestępców" biorą w obronę niezależnie od tego, czego się oni dopuścili, wyrażając jawnie afirmację przemocy i znajdują ku temu upust w hejcie skierowanym na moją osobę. Myślę, że moi znajomi i koledzy, którzy milczą jak zaklęci, po prostu tych drugich wspierają, chociaż są absolutnie przekonani, że sami postępują właściwie i przyzwoicie. I to mnie bardzo niepokoi. Lekceważenie, czy zwykłe tchórzostwo?

Uaktywnił się również niejaki Sikoń Andrzej, który przypisuje mi niesamowitą moc sprawczą.  W zasadzie powinienem być zadowolony, ale nie jestem, ponieważ jakakolwiek jego opinia na mój temat jest dla mnie obrazą. Co tu dużo mówić, kiedy każdy kto może pochwalić się inteligencja niewiele wyższą od inteligencji wiewiórki, jest w stanie zrozumieć pierwsze słowa komentarza do reportażu Pawła, z których wynika z nich jasno i bez wątpliwości, że powstał on w wyniku telefonu do redakcji, jaki wykonał mecenas Ludziak. Rzeczony Sikoń nie jest w stanie ogarnąć tego swym niewielkim rozumkiem, ale tak zawsze jest w przypadku bufona megalomana.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB-2010-nr-10-332-z-16.03.2017.pdf)DB 2010 z 16.03.2017 - str.6
Napisz komentarz (7 Komentarzy)

Proces, o którym piszę w DB 2010 (załącznik, str. 4) wcale mnie nie zdziwił, a jego przebieg utwierdził mnie w przekonaniu, że w PiS wszystko podporządkowane jest poleceniom płynącym z Centrali mieszczącej się na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie. Centrala zadecydowała, że w ogólnopolskiej akcji otumaniania suwerena konieczne jest wskazywanie, że "lud smoleński" żyje w ciągłym zagrożeniu, a zagrożenie to ma charakter terrorystyczny. Nie dziwota zatem, że posłowie PiS w osobach nieznanych mi absolutnie Beaty Muchy i Cezarego Kuriaty, a także Mirosława Bartolika, wykorzystali ewidentną wpadkę Romana Gilety i wykazali się przed Centralą swoją, wręcz bolszewicką, czujnością. Rzeczonej Muchy, jak również owego Kuriaty nie znam, ale z Mirkiem Bartolikiem, mimo różniących nas poglądów politycznych, wielokrotnie piwo pijałem, prowadząc ciekawe rozmowy na tematy różnorakie i dlatego byłem bardzo zaskoczony że  - wg mojej oceny - tak bardzo się zbłaźnił podpisując zawiadomienie o rzekomym przestępstwie z  art. 190 kk. Ale jeszcze bardziej - w mojej ocenie - zbłaźniła się prokuratura, która w tej sprawie wszczęła śledztwo w sprawie, choć mogła z powodzeniem odmówić wszczęcia z uwagi na brak znamion przestępstwa. Przede wszystkim dlatego, że w groźbie karalnej musi być ona skierowana do konkretnie oznaczonej osoby i tylko w tej osobie musi wzbudzić obawę, że zostanie spełniona. I być może z obawy przed ośmieszeniem prokurator (który prowadził śledztwo i wniósł oskarżenie) na sali rozpraw w ogóle się nie pojawił. Po drugie, groźba ta musi być realna, bo na pewno nikt poważnie nie potraktuje groźby, typu "zniszczę ci samochód" w sytuacji, kiedy adresat groźby samochodu nie posiada. Nie mam zamiaru radnych PiS obrazić, ale tylko idiota (UWAGA: to tylko taka metafora) mógłby pomyśleć, ze Roman Gileta poleci do marketu TESCO i kupi maczetę, a następnie zjawi się na sesji i wskazanym mu radnym poucina zadźwięczenia ich korpusów. A taka mniej więcej miała być zemsta Romana za obrazę Olgi Tokarczuk.

* * *

Kiedy się tylko ten nieszczęsny komentarz na Facebooku ukazał, z miejsca poradziłem wtedy Romanowi, aby wpis usunął, albowiem może narazić się na zarzut groźby karalnej, albowiem znają "histeryczne uczulenie" pisiorów, podejrzewałem, że któryś z nich może tak właśnie postąpić. Zaraz po moim wpisie Roman swój komentarz usunął, ale obawiam się, że moje ostrzeżenie mogło być inspiracją dla zawiadomienia prokuratury i złożenia wniosku o ściganie. Był to duży błąd Romana, którego staram się nie popełnić i w przestrzeni publicznej zachowywać się tak, aby nikomu nie dać nawet cienia możliwości wniesienie tego typu oskarżenia.

* * *

Sam oczywiście nie jestem bez wad, co skutkuje tym, że wielokrotnie moja aktywność na forach społecznościowych wywołuje często krytykę i zazwyczaj fale hejtu. Jednakże na temat moich wad mogę spokojnie rozmawiać z każdym, kto mi je wytknie, jeżeli uczyni to w sposób kulturalny i rzeczowy. Jest tak dlatego, że jako ateista bardzo jestem przywiązany do słów Jezusa, aby pierwszy rzucił kamieniem ten, co sam jest bez grzechu. Dlatego z wielkim smutkiem przyjmuje to, że coraz częściej zdarza się, iż moi znajomi mają mi za złe, że piszę prawdę.  I znów odwołam się do osób obcych mi ideowo: nie bójcie się prawdy, ona was wyzwoli.
Smuci mi fakt, że niektórzy moi znajomi mając pretensje do innych, że mijają się z prawdą, mają jednocześnie pretensje do mnie, że napisałem coś, co im się nie podoba, kiedy ich dotyczy. I nie chodzi o to, że napisałem nieprawdę, tylko o to, że w ogóle napisałem. Na przykład po publikacji mojego felietonu zadzwonił do mnie mecenas Koncewicz z wielkimi pretensjami (łącznie z informację, że zerwie ze mną nasze koleżeńskie stosunki), uznając, że w moim felietonie dotyczącym procesu ośmieszyłem go. Ośmieszyłem, bo napisałem, że w pewnym momencie odstąpił od zadawania radnemu Kuriacie pytań. A przecież fakt taki miał miejsce i nikt o to nie może mieć do mecenasa Koncewicza pretensji, ponieważ uznał - na podstawie odpowiedzi na kilka wcześniejszych pytań - iż nie ma sensu dalszej indagacji tegoż pana. Natomiast ja żałowałem, że tego nie uczynił, bo owego pokrzywdzonego można było przed sądem "rozdeptać" (UWAGA: to tylko metafora), wykazując polityczną inspirację wniosku o ściganie. Zresztą mój felieton (o czym każdy może się przekonać, klikając w załącznik) nie dotyczył w zasadzie tego, co działo się na sali sadowej, a właśnie politycznego tła całej tej żenującej hucpy, jaka miała miejsce przed sądem.

Napisz komentarz (1 Komentarz)