Rację ma ten, kto ma władzę, czyli rządzi. To hasło typowe dla rządów totalitarnych, dla których słowo „demokracja” jest równoznaczne z buntem, ponieważ demokracja łączy się nierozerwalnie z równością praw i obowiązkiem ich szanowania niezależnie od pozycji społecznej, majątkowej lub politycznej. W państwach demokratycznych nie tylko z szyldu, odwrotnie niż w państwach totalitarnych, czy choćby tylko autorytarnych, szczególny obowiązek przestrzegania prawa spoczywa zwłaszcza na osobach pełniących funkcje państwowe i społeczne. Wszelakie funkcje. Dlatego też wydawałoby się, że kto jak kto, ale przedstawiciele i funkcjonariusze organu administracji państwowej jakim jest komendant Policji (każdego szczebla) na przestrzeganie prawa szczególnie winni być uczuleni, zwłaszcza kiedy chodzi o nich samych.

Niestety, tak się porobiło, że spora liczba policyjnych decydentów prawo egzekwuje tylko wtedy, kiedy dotyczy to Obywateli, ale kiedy obowiązek jego przestrzegania dotyczy ich samych, ma je w pewnym szczególnym miejscu, a mówiąc konkretnie i kolokwialnie, ma to po prostu w dupie. Niestety podejście takie udziela się ich podwładnym i mamy to, co mamy. Na szczęście w policyjnych szeregach można jeszcze spotkać takich funkcjonariuszy, którzy do tej służby poszli nie dlatego, że gwarantowała ona stałość zatrudnienia i płacy, ale dlatego, że mieli poczucie pewnej misji, połączonej na pewno z chęcią wykonywania naprawdę męskiej roboty, podnoszącej wprawdzie poziom adrenaliny, ale dającej satysfakcję z faktu, że stoi się na straży prawa, przez co tym samym reprezentuje się powagę państwa i jego władczy charakter.

Moja i moich kolegów przygoda z Obywatelem N., jest typowym przykładem takich właśnie decydentów, którym się w głowach ciut pomieszało od nadmiaru wrażeń, wywołanych możliwością stosowania atrybutów władczego charakteru państwa. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że ich czas powoli zbliża się do końca i będą się wkrótce ze wszystkich swoich „dokonań” dokładnie rozliczać. A wtedy ja i moi koledzy spytamy się publicznie, a być może nawet za pośrednictwem prokuratora i sądu, dlaczego wzywając nas do składania zeznań w sprawie przestępstwa, jakie faktycznie nie zaistniało, kazali policjantom przesłuchiwać nas w tzw. trybie z uprzedzeniem, czyli w trybie art. 183 § 1 k.p.k. (prawo do odmowy udzielenia odpowiedzi na pytanie, jeżeli udzielenie odpowiedzi mogłoby narazić jego lub osobę dla niego najbliższą na odpowiedzialność za przestępstwo), co stosuje się w przypadku tychże świadków, którym w danej sprawie zamierza się w przyszłości postawić zarzuty karne.

Uprzedzenie nas z tego właśnie artykułu, odbieramy jako niezawoalowaną groźbą postawienia nam jakichś zarzutów związanych z uporczywym nękaniem tego śmiesznego facecika, które nazywam Obywatelem N. I chociaż żaden z nas z jakimkolwiek nękaniem nie ma najmniejszego związku, to Obywatel N., mający dzięki rodzinnym koneksjom układy nawet w Niebie, wyobraża sobie, że jeżeli nawet nic konkretnego nie będzie można nam zarzucić, to przynajmniej może chociaż słabo ukrytych gróźb się wystraszymy. Nic z tego … płonne nadzieje. Nie takich kozaków się nie baliśmy Obywatelu N.

Zachęcam więc do przeczytania mojego felietonu z nr 16-go DB 2010 z 25.04.2019 (załącznik).

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (O takich których nawet Niebo wspierało- DB2010 25.04.2019.png)DB 2010 nr 16 z 25.04.2019
Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Przez wiele lat, a konkretnie w całym okresie mojej policyjnej aktywności, zajmowałem się ściganiem sprawców przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, i nigdy nie zdarzyło mi się (jak i moim z tamtych lat kolegom z wydziału), abym komukolwiek starał się przypisać przestępstwo, jakiego ten ktoś nie popełnił. Nikt z nas nigdy o takim czymś nawet nie pomyślał, chociaż na pewno ilość spraw przez nas niewykrytych zmalałaby drastycznie. Bo nie wszystkie sprawy w tamtych czasach udało się nam wykryć, co resztą jest rzeczą normalną w całym świecie. Jeżeli jednak ktoś będzie miał ochotę zarzucić mi kłamstwo, to proszę od razu o podanie konkretnych przykładów.

Dlatego też po odejściu na emeryturę, bez żadnej obawy o własne bezpieczeństwo, poruszałem się nie tylko po Wałbrzychu ale i całym kraju, „klamkę” pozostawiając w domu, bo miałem i mam świadomość, że po tym świecie nie chodzi żaden człowiek, który miałby do mnie pretensje, że go bezpodstawnie „zamknąłem” lub dobijałem mu jakieś fałszywe lub sfałszowane dowody jego winy. Nie miałem i nie mam też żadnych obaw przed ewentualną zemstą ze strony tych, których udało mi się wytropić, zatrzymać i następnie dać prokuraturze twarde dowody ich winy, przez co sądy mogły ich skazywać nie na podstawie jakichś marnych poszlak i świadków incognito lub koronnych, lecz właśnie tych twardych i rzeczywistych dowodów ich sprawstwa. Tak było … kiedyś.

Obecnie – już od wielu lat – zastanawiam się jak czują się lub czuć będą w momencie odejścia ze służby ci policjanci, którzy sprzeniewierzyli się złożonej dobrowolnie przysiędze, że będę stali na straży prawa, a więc w swych działaniach będą kierować się wyłącznie jego nakazami. A to oznacza, że nie będą tworzyli fałszywych dowodów czyjejś winy, nie będą składali fałszywych zeznań i nie będą stosować przymusu fizycznego i psychicznego, aby oczekiwane przez siebie zeznanie od kogoś uzyskać. I nawet nie chodzi mi o jakieś dylematy moralne, bo raczej zastanawiam się, czy nie będą obawiać się zemsty ze strony skrzywdzonych przez siebie ludzi, kiedy ci wreszcie kiedyś więzienne mury opuszczą. Doskonale bowiem wiem, że chęć zemsty jest niesamowitą siłą napędową i nie koniecznie musi się ogniskować na samych krzywdzicielach, lecz także na ich najbliższych, zwłaszcza tych najbardziej bezbronnych.

Do takich smutnych refleksji powróciłem już kolejny raz po tym, jak zająłem się sprawą Andrzeja Dackiewicza z Wałbrzycha (historię tę opisuję w odcinkach w wałbrzyskim tygodniku DB 2010 – załącznik), który ponad 3 miesiące spędził wśród groźnych przestępców, a po uchyleniu aresztu tymczasowego, nadal nie ma pewności, czy za kraty nie powróci. Boi się, chociaż nic złego nie uczynił, co ze wszelkich swych sił starają się organa ścigania przekazać dwie przesympatyczne starsze panie (83 i 92 lata), z których jedna ma być na mocy przekonania tychże organów ofiarą jego zbrodni, a druga bezpośrednim tego świadkiem. Zresztą żadnych innych świadków tej straszliwej zbrodni nie ma. Teraz te obie panie będą musiały przekonać o prawdzie sąd, ale i one wyrażają wielką obawę, że im się to nie uda. Zwłaszcza po tym, jak sąd uznał, że ich zeznania mogą być dla oskarżenia niekorzystne, więc będzie je przesłuchiwał w obecności psychologa. Zastanawiam się, czy nie podpowiedzieć jednej z nich (ma status oskarżyciela posiłkowego), aby złożyła wniosek, by pozostali świadkowie, których wskazała obrona (policjanci) również przesłuchiwani byli w takich samych warunkach. Bo wiadomo, że w swych zeznaniach będą się starali Andrzeja Dackiewicza obciążyć, a zeznania tych przemiłych pań całkowicie zdezawuować.

No cóż, pozostaje mi po raz kolejny za Cyceronem zawołać, O TEMPORA O MORES !!! Niestety, Przez wiele lat, a konkretnie w całym okresie mojej policyjnej aktywności, zajmowałem się ściganiem sprawców przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, i nigdy nie zdarzyło mi się (jak i moim z tamtych lat kolegom z wydziału), abym komukolwiek starał się przypisać przestępstwo, jakiego ten ktoś nie popełnił. Nikt z nas nigdy o takim czymś nawet nie pomyślał, chociaż na pewno ilość spraw przez nas niewykrytych zmalałaby drastycznie. Bo nie wszystkie sprawy zostały w tamtych czasach udało się nam wykryć, co resztą jest rzeczą normalną w całym świecie. Jeżeli jednak ktoś będzie miał ochotę zarzucić mi kłamstwo, to proszę od razu o podanie konkretnych przykładów.

Dlatego też po odejściu na emeryturę, bez żadnej obawy o własne bezpieczeństwo, poruszałem się nie tylko po Wałbrzychu ale i całym kraju, „klamkę” pozostawiając w domu, bo miałem i mam świadomość, że po tym świecie nie chodzi żaden człowiek, który miałby do mnie pretensje, że go bezpodstawnie „zamknąłem” lub dobijałem mu jakieś fałszywe lub sfałszowane dowody jego winy. Nie miałem i nie mam też żadnych obaw przed ewentualną zemstą ze strony tych, których udało mi się wytropić, zatrzymać i następnie dać prokuraturze twarde dowody ich winy, przez co sądy mogły ich skazywać nie na podstawie jakichś marnych poszlak i świadków incognito lub koronnych, lecz właśnie tych twardych i rzeczywistych dowodów ich sprawstwa. Tak było … kiedyś.

Obecnie – już od wielu lat – zastanawiam się jak czują się lub czuć będą w momencie odejścia ze służby ci policjanci, którzy sprzeniewierzyli się złożonej dobrowolnie przysiędze, że będę stali na straży prawa, a więc w swych działaniach będą kierować się wyłącznie jego nakazami. A to oznacza, że nie będą tworzyli fałszywych dowodów czyjejś winy, nie będą składali fałszywych zeznań i nie będą stosować przymusu fizycznego i psychicznego, aby oczekiwane przez siebie zeznanie od kogoś uzyskać. I nawet nie chodzi mi o jakieś dylematy moralne, bo raczej zastanawiam się, czy nie będą obawiać się zemsty ze strony skrzywdzonych przez siebie ludzi, kiedy ci wreszcie kiedyś więzienne mury opuszczą. Doskonale bowiem wiem, że chęć zemsty jest niesamowitą siłą napędową i nie koniecznie musi się ogniskować na samych krzywdzicielach, lecz także na ich najbliższych, zwłaszcza tych najbardziej bezbronnych.

Do takich smutnych refleksji powróciłem już kolejny raz po tym, jak zająłem się sprawą Andrzeja Dackiewicza z Wałbrzycha (historię tę opisuję w odcinkach w wałbrzyskim tygodniku DB 2010 – załącznik), który ponad 3 miesiące spędził wśród groźnych przestępców, a po uchyleniu aresztu tymczasowego, nadal nie ma pewności, czy za kraty nie powróci. Boi się, chociaż nic złego nie uczynił, co ze wszelkich swych sił starają się organa ścigania przekazać dwie przesympatyczne starsze panie (83 i 92 lata), z których jedna ma być na mocy przekonania tychże organów ofiarą jego zbrodni, a druga bezpośrednim tego świadkiem. Zresztą żadnych innych świadków tej straszliwej zbrodni nie ma. Teraz te obie panie będą musiały przekonać o prawdzie sąd, ale i one wyrażają wielką obawę, że im się to nie uda. Zwłaszcza po tym, jak sąd uznał, że ich zeznania mogą być dla oskarżenia niekorzystne, więc będzie je przesłuchiwał w obecności psychologa. Zastanawiam się, czy nie podpowiedzieć jednej z nich (ma status oskarżyciela posiłkowego), aby złożyła wniosek, by pozostali świadkowie, których wskazała obrona (policjanci) również przesłuchiwani byli w takich samych warunkach. Bo wiadomo, że w swych zeznaniach będą się starali Andrzeja Dackiewicza obciążyć, a zeznania tych przemiłych pań całkowicie zdezawuować.

No cóż, pozostaje mi po raz kolejny za Cyceronem zawołać, O TEMPORA O MORES !!! Niestety, im więcej wiem, tym bardziej zniesmaczony jestem …

Napisz komentarz (4 Komentarze)

 Przyznam, że jeszcze w życiu – OSOBIŚCIE z takim czymś się nie spotkałem. Parę godzin spędziłem na rozmowach z panią Janiną, - rzekomą ofiarą rozbójniczej napaści dokonanej przez Andrzeja D. - oraz z panią Marianną, w mieszkaniu której do owej napaści miało dojść. Obie kobiety, mimo swych lat (83 i 92) są nadzwyczaj sprawne umysłowo, komunikatywne i pełne życiowej energii. Pani Janina projektuje różne wzory sukien, bluzek itp. Następnie sama kroi i później szyje. Ponadto bardzo pięknie maluje i jakby tego było mało, zajmuje się fotografiką artystyczną.

Natomiast pani Marianna ma zupełnie odmienne zainteresowania, które realizuje w swoim dużym ogrodzie, a od ponad 20 lat sprawuje funkcję przewodniczącej Wspólnoty Mieszkaniowej i funkcję tę sprawuje nader efektownie i efektywnie. To do niej przychodzą sąsiedzi – członkowie wspólnoty – po różnego rodzaju porady i pomoc w rożnych sprawach życiowych. Tak więc, jak widać, nie są to zasuszone staruszki ze starczą demencją, tylko pełnosprawne (fakt, trochę z tym gorzej w sensie fizycznym) starsze panie, których życie znacznie odbiega od stereotypów panujących w naszym społeczeństwie.

Kiedy jeszcze pani Marianny nie poznałem osobiście, właśnie tak sobie ją - jako starowinkę – wyobrażałem, a zobaczyłem prostą jak świeca postawną starszą panią, energiczną w ruchach i bardzo stanowczo brzmiącym głosem. Byłem naprawdę zaskoczony. Daj boże, abym dożył tylu lat w tak dobrym stanie.

Piszę o tym dlatego, że kilkakrotnie doszły mnie informacje (w tym raz usłyszałem to osobiście z ust rzecznika prokuratury), iż z uwagi na ich wiek, należy z dużą ostrożnością podchodzić do tego, co mówią, a zwłaszcza do tego, co pamiętają. Widać, że głoszący takie opinie z obiema paniami mieli bardzo krótki, albo żaden, kontakt. Jestem więc przekonany, że kiedy sąd je zobaczy i usłyszy (a potrafią bardzo logicznie argumentować), te wszystkie uprzedzenia wyrzuci do kąta i wtedy być może dotrze do niego jedna, ale najbardziej podstawowa informacja … żadnego napadu nie było, a to co się dzieje, jest efektem zaniedbania obowiązków policjantów, zbyt łatwowiernego przyjmowania wszystkiego co owi policjanci twierdzą, lenistwa i dążenia do szybkiego sukcesu.

Niestety, efektem tego jest to oskarżenie, ale jeszcze większym problemem jest to, na czym to oskarżenie oparto.

Nie chcę teraz o tym pisać, ale wygląda na to, że przy okazji tej sprawy, naprawdę wielkiego i w sumie porażającego przestępstwa mogli dopuścić się stróże prawa. I ci w mundurach i ci w garniturach. Robi się coraz grubiej i będzie szło na ostre. Napiszę o tym w czwartek, po rozprawie, która będzie miała miejsce we wtorek – 16.04.2019 godz. 08.10 w Sądzie Rejonowym w Wałbrzychu.

Warto przyjść i posłuchać, bo będzie wiele zaskakujących momentów.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Z takim przypadkiem jeszcze się nie spotkałem, aby policja i prokuratura wmawiała komuś, że jest ofiarą przestępstwa, a rzekoma ofiara z całą stanowczością, wspierana przez innego świadka, który był obecny przy zdarzeniu, twierdzi uparcie, że nikt na nią nie napadł i nikt jej nie obrabował. Tego jeszcze w Wałbrzychu nie grali.

Ta sprawa, jeżeli się okaże, że pani Janina nie wyprowadziła mnie i kilka innych osób na manowce (w co absolutnie nie wierzę), jak pod lupą ujawni nie tylko nieudolność niektórych policjantów i prokuratorów, ale będzie sygnałem, że organów ścigania powinni się bać nawet najuczciwsi obywatele.

Być może ktoś po przeczytaniu mojego felietonu zacznie się zastanawiać, jak to może być możliwe, aby oskarżyć człowieka o popełnienie ciężkiego przestępstwa w sytuacji, kiedy ofiara tego przestępstwa sama twierdzi, że go nie było. Ta sprawa pokazuje, że jest to możliwe, ponieważ nie obywatel się liczy, a jedynie to, co organa ścigania uznają, że powinno się liczyć. Strach się bać.

Podpowiedziałem pewnej osobie, jak można by ten cały akt oskarżenia ośmieszyć. A można w następujący sposób: pani Janina ma oficjalnie status osoby pokrzywdzonej, a więc może do czasu rozpoczęcia przewodu sądowego zgłosić swoje przystąpienie do sprawy w charakterze oskarżyciela posiłkowego. A następnie, kiedy taki status osiągnie, zgłosić wniosek o umorzenie postępowania z uwagi na to, że wycofuje swoje zawiadomienie o przestępstwie z uwagi na fakt, że przestępstwa nie było. Wówczas prokurator nie może żądać przedstawienia dowodów powstałych z udziałem pani Janiny (protokołu jej przesłuchania). Nie ma zgłoszenia o przestępstwie, nie ma sprawy. Wprawdzie prokurator może oskarżenie podtrzymywać w dalszym ciągu, ale dowodowe będzie cienki jak szczypiorek na wiosnę.

Myślę jednak, że wystarczy, że pani Janina opowie sądowi co się naprawdę stało, a obrona wyciągnie dowody, których policja i prokurator zdaje się nie uwzględnili, bo przemawiają na korzyść obrony. Więcej o tym za tydzień w II części tego felietonu.

Napisz komentarz (6 Komentarzy)

 Pisocznica - zakaźna choroba polityczna, efektem której jest postępująca skaza intelektualna, uniemożliwiająca rozumienie podstawowych zasad demokracji dotyczących prawa do wolności i równości politycznej, kulturowej, obyczajowej, ekonomicznej, wszystkich tych, którzy stoją na stanowisku, że Jarosław Kaczyński wcale świętym nie jest, a PiS czyni więcej szkody niż pożytku.

W chwili obecnej nieuleczalna, ale chodzą słuchy, że naukowcy są bliscy opracowania skutecznej szczepionki, która będzie można wykorzystać w nadchodzących kampaniach wyborczych do Parlamentów UE i RP.

Wspominam o niej w felietonie najnowszego wydania DB 2010 z 31 stycznia 2019 roku.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (Pisocznica - DB2010 z 31.01.2019.png)DB 2010 nr 4 z 31.01.2019
Napisz komentarz (11 Komentarzy)

 Moja utrata wiary w sędziów (czyli sądy w ogóle) miała miejsce chyba w roku 2008, kiedy występowałem w charakterze świadka przed Sądem Najwyższym w Warszawie. Trafiłem tam, ponieważ jednemu z wałbrzyskich adwokatów przekazałem, napisany przeze mnie, wniosek o wznowienie prawomocnie zakończonego postępowania, z uwagi na ujawnienie się nowych faktów i dowodów, które nie były znane sądowi w chwili orzekania. Chodziło oczywiście o tzw. sprawę antykwariusza, a konkretnie o wykazanie przed sądem (po wznowieniu), że skazani na 25 lat Radosław K. i Patryk R. są niewinni, a zeznania świadka anonimowego można, bez żadnej straty dla powagi sądu, powiesić gdzieś w starej sławojce, jako narzędzie do podcierania.

Przesłuchiwany przez przewodniczącą składu sędziowskiego, odpowiedziałem twierdząco na jej pytanie, czy potwierdzam to, co ona przed chwilą odczytała z kartki trzymanej w ręce. A była to osobiście napisana przeze mnie notatka służbowa, która na etapie śledztwa nie została (myślę, że celowo) włączona do materiałów procesowych. Zaznaczam, że był to dokument jawny. Gdyby to, co napisałem do tych akt włączono, musiałbym być – jeszcze na etapie postępowania prokuratorskiego – przesłuchany charakterze świadka i w takim też charakterze stanąłbym przed sądem. Stałoby się tak dlatego, że notatka służbowa policjanta nie jest dowodem procesowym, ale jego przesłuchanie na okoliczność tego, co w tej notatce napisał, dowodem jest już jak najbardziej.

I kiedy potwierdziłem, że to co zostało odczytane, napisałem osobiście, a podpis pod notatką jest moim podpisem, stało się coś, co mnie wprowadziło po prostu w stan chwilowego osłupienia. Otóż pani sędzina (przypomnę, że Sądu Najwyższego) zaczęła mi cierpliwie tłumaczyć, co miałem na myśli pisząc to, co napisałem i z tłumaczenia tego wynikało, coś odwrotnego do tego, co stało na papierze.

Miałem ochotę powiedzieć tej służebnicy Temidy, a weź babo młotek (sędziowski) i stuknij się nim mocno w głowę, to może ci nie tylko rozum, ale i zwykła przyzwoitość wróci. Oczywiście nie mogłem tego powiedzieć głośno, bo nie miałem ochoty na zasilenie budżetu sądu grzywną, którą za obrazę sądowego majestatu, owa pani na pewno by mnie uszczęśliwiła.

Drugi raz zdębiałem, kiedy pani sędzina oświadczyła, że to na co wskazuję, można traktować jedynie jako kolejną wersję śledczą, a więc o niczym ona nie przesądza. Pomyślałem wówczas: głupia babo, rzecz w tym, że rewelacje Anonima też na samym początku były tylko wersją śledczą, którą jednak po nieudolnym i kłamliwym potwierdzeniu, przerobiono na zarzut. A to, na co ja wskazywałem, nie poddano żadnemu sprawdzeniu, więc nie wiadomo, czy akurat ta wersja nie była jedynie prawdziwa.

Proces poszlakowy ma to do siebie, że przyjęta wersja zdarzenia może być uznawana za zgodną z rzeczywistością, jeżeli proces wykaże, że żadna inna wersja z oczywistych powodów nie może być brana pod uwagę. Ale o tym trójosobowy skład sędziowski Sądu Najwyższego, który mnie przesłuchiwał,zapewne nie wiedział i uznał, że nie ma podstaw do wznowienia. A na dodatek pani sędzina podkreśliła (co jest też w pisemnym uzasadnieniu), że jestem osobiście zaangażowany w tę sprawę, a więc przez to jestem niewiarygodny. Wynika z tego, że żaden policjant nie może być wiarygodnym świadkiem, jeżeli się angażuje w to, co robi. A ja w przypadku każdego śledztwa mocno się angażowałem, aby zakończyło się ono zatrzymaniem prawdziwego sprawcy, a nie osoby, którą będzie można skazać i sprawę mieć z głowy.

Pamiętam, że kiedy wyszedłem na zewnątrz i spojrzałem na posag Temidy widoczny nad wejściem do tego przybytku, splunąłem na ziemię, wzmacniając ten odruch serca bardzo brzydkimi wyrazami. Uspokoiłem się, kiedy sobie uświadomiłem, że ta pani w todze (dwaj pozostali sędziwie praktycznie w ogóle się nie odzywali, a jeden chyba nawet drzemał), siedząc za sędziowskim stołem, wcale nie musiała być ode mnie mądrzejsza. Owszem jej wiedza prawnicza na pewno była nieporównywalnie większa, ale doświadczeniem życiowym nawet mi do pięt nie dorastała. Ona to wszystko, z czym się ja na co dzień jako policjant realnie stykałem, znała tylko z tego, co zostało napisane na papierze, albo co jej różni ludzie (świadkowie, oskarżeni itp.) opowiadali. Dlatego też nie miała pojęcia, jak w rzeczywistości przebiega proces wykrywczy i skąd prokurator bierze dowody, które później przedstawia sądowi, w efekcie czego takie brednie mogła do mnie wygadywać.

I w tym momencie straciłem wiarę nie tylko w Sąd Najwyższy, ale w sądy w ogóle, bo zdałem sobie sprawę z tego, że w tych togach i z łańcuchami na szyi siedzą często (ostatnio coraz częściej) zwykłe miernoty, które w różny sposób uzyskały prawo, by innym ludziom tłumaczyć, co myśleli, kiedy pisali to, co napisali. I dlatego chociaż wyrok Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu (patrz załącznik) oburza mnie mocno, to jednak nie wywołuje zdziwienia. I to jest w tym wszystkim najsmutniejsza konstatacja.

Napisz komentarz (1 Komentarz)