W ubiegłym tygodniu pisałem o przypadkach napaści na lekarzy i ratowników medycznych z grupy Medycy na granicy jak i innych obywateli RP, dokonywanych przez funkcjonariuszy Straży Granicznej i niezidentyfikowanych osobników ubranych w mundury Wojska Polskiego i poruszających się samochodem z wojskowymi tablicami rejestracyjnymi. Odnosząc się do opisanych przypadków MON jednoznacznie zaprzeczyło, aby cokolwiek z tym wspólnego mieli polscy żołnierze, natomiast Straż Graniczna, ustami swej podlaskiej rzeczniczki, przyznała, że ci zamaskowani kominiarkami z trupimi czaszkami cywile z bronią, to w istocie funkcjonariusze operacyjni, którzy w sposób niejawny wspierają oficjalne działania SG na tym terenie. Jak nieoficjalnie ustalili niektórzy niezależni dziennikarze, mogą nimi być funkcjonariusze Wydziału Operacyjno-Śledczego Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej. Kompetencje funkcjonariuszy tej formacji określają szczegółowo art. 1 i 11 Ustawa o Straży Granicznej i absolutnie nie wynika z nich, aby jakikolwiek nieumundurowany funkcjonariusz lub grupa funkcjonariuszy mogła zatrzymywać i traktować ludzi w sposób opisany przez napadniętych.

W opisywanym szeroko w mediach przypadku, funkcjonariusze ci dopuścili się zwykłego przestępstwa przekroczenia uprawnień, naruszenia wolności osobistej i nietykalności cielesnej obywateli oraz stosowania groźby karalnej. W normalnym praworządnym państwie w stosunku do takich osób zostałoby z miejsca wszczęte postępowanie dyscyplinarne i karne, a sąd nie miałby wątpliwości, co do winy i rodzaju wymierzonej kary. Powtórzę, że w normalnym praworządnym państwie … Postępująca od lat deformacja polskich organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości spowodowała jednakże, że obywatel który stał się obiektem bezprawnego ataku funkcjonariusza publicznego (państwowego), jest zupełnie bezradny, a swoje żale może kierować się do przysłowiowego Berdyczowa. Bo nawet jeżeli złoży stosowne zawiadomienie do prokuratury, to spotka się z oczywistą odmową wszczęcia postępowania lub przy optymistycznym założeniu, że postępowanie zostanie wszczęte, jego szybkie umorzeni z tego powodu, iż z różnych (niezawinionych przez siebie) przyczyn nie był w stanie podać personaliów osób, którzy potraktowali go, jak zbójcy czyhający „po lasach i gościńcach”. Nie będzie znał ich personaliów chociażby z tego powodu, że owi „zbójcy” byli uprzejmi poinformować, iż są z "tajnej grupy i nie będą się legitymować”.

Można śmiało stawić euro przeciwko orzechom, że ani policja, ani prokuratura nie będą w stanie ustalić kim owi zbójcy byli, a szefostwo Wydziału Operacyjno-Śledczego Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej stwierdzi, że to faktycznie jacyś zbójcy grasują, bo ich obowiązuje treść art. 9 wspomnianej ustawy, który stanowi, że funkcjonariusze SG w toku wykonywania czynności służbowych, mają obowiązek respektowania godności oraz przestrzegania wolności i praw człowieka i obywatela. A więc co to, to nie. To nie oni, bo tak mówi przepis.

I jeszcze kurz nie opadł po zadymie w okolicach Narewki, a już media doniosły o nowym wyczynie polskich wojaków, bo od początku wiadomo, że o dzielnych wojaków stojących na straży granic naszej ojczyzny, tym razem chodzi. Otóż zdarzyło się, że 16 listopada grupa umundurowanych i uzbrojonych żołnierzy Wojska Polskiego dokonała bezprawnego zatrzymania, przebywających poza strefą stanu wyjątkowego w miejscowości Wiejki koło sławnego już Michałowa, trzech dziennikarzy, którzy na tym terenie mieli prawo przebywać i wykonywać swoje dziennikarskie obowiązki. Polskie przepisy nie wymagają od dziennikarzy, aby nosili jakieś szczególnie wyróżniające ich uniformy, ani też ozdabiali swe odzienie dziennikarskimi identyfikatorami, które tylko w określonych prawem okolicznościach muszą okazać na żądanie uprawnionym funkcjonariuszom.

W strefie nie objętej stanem wyjątkowym jacykolwiek żołnierze takich żądań nie mają prawa stawiać. Niestety w obecnej Polsce wszystko się niektórym całkowicie pomieszało, przez co obywatele coraz częściej narażani są na niebezpieczeństwo uszczerbku na zdrowiu, a nawet i utraty życia. A tak być nie może, bo we własnym państwie każdy obywatel ma prawo robić to, czego mu przepisy nie zabraniają, albo co mu te przepisy nakazują i nie może mu jakiś niedouczony trep grozić bronią, naruszać jego wolność osobistą, grzebać w osobistych bądź służbowych rzeczach, naruszając m.in. tajemnicę dziennikarską. Do zdarzenia na konferencji prasowej (oglądałem) odniósł się Dowódca Operacyjny Rodzajów Sił Zbrojnych gen. broni Tomasz Piątkowski, który w mojej prywatnej ocenie opowiadał straszne banialuki niegodne honoru oficera Wojska Polskiego. Bajdurzył więc o jakichś podejrzanych typach w białych maskach na twarzy i ciemnych kurtkach, a na dodatek jeden z nich – o zgrozo - miał czarną brodę, no i żaden z nich nie miał jakichkolwiek oznaczeń, ale za to posiadali „jakiś sprzęt optyczny”. Jak widać dla pana generała i jego podwładnych, każdy obywatel w maseczce antywirusowej i z aparatem fotograficznym, brodaty, a na dodatek w ciemnej kurtce, to niechybnie groźny terrorysta albo przynajmniej „ruski” szpieg, którego można potraktować jak przysłowiową szmatę. Na i jeszcze tenże generał raczył oświadczyć, że jeżeli „ (...)ktoś w tej chwili mówi, że został poturbowany, że został pobity, absolutnie do niczego takiego nie doszło. Nikt nikogo nie uderzył, nikt nikomu nie ubliżał, nikt nikogo nie szarpał. Tak wyglądała sytuacja i jest to udowodnione przez żołnierzy, których meldunki otrzymałem i z notatki policyjnej, która to policja tam dojechała wezwana przez naszych żołnierzy (…)”.

Jednakże pecha okrutnego ma, bo dziennikarze rozmowy z wojakami nagrali i dzięki temu każdy, kto je usłyszał, może sobie wyrobić własne zdanie na temat prawdomówności i nienachalnego intelektu owego wysokiego stopnia oficera formacji, na sztandarach której widnieją słowa mówiące między innymi o honorze, nie wspominając Boga, który za kłamstwo dziateczki swe rózgami karać karze. Bo na nagraniu słychać niezwyczajne wulgarny język szwejów oraz chamskie odnoszenie się do NIELEGALNIE zatrzymanych dziennikarzy, przebywających – powtórzę – poza strefą objętą stanem wyjątkowym. Żołnierze ci w mojej ocenie dopuścili się nie tylko przestępstwa naruszenia nietykalności cielesnej, nielegalnego pozbawienia wolności, naruszenia godności osobistej i naruszenia tajemnicy dziennikarskiej, a także nielegalnego przeszukania rzeczy i samochodu, ale też splamienia polskiego munduru, który dla rządzących hurra-patriotów ma ponoć wielkie znaczenie. Niestety osobnicy w polskich mundurach, którzy dopuścili się wyżej wskazanych czynów naruszających przepisy karne, nie poniosą żadnej odpowiedzialności służbowej, albowiem najwyższy ich przełożony (mówiąc po wojskowemu najczystszej krwi „cywil banda”) pochwalił ich zachowanie i jak sam powiedział, „nagrodził” ich swym poparciem i słowami uznania. Zgroza.

Wprawdzie dziennikarze zapowiedzieli podjęcie stosownych kroków prawnych, ale tak jak wyżej wskazałem, nie wróżę im powodzenia, ponieważ przybyli na miejsce policjanci, mimo wyraźnego zgłoszenia takiego żądania, nie podjęli próby ustalenia tożsamości napastników, ograniczając się do poinformowania o możliwości złożenia w tej sprawie zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa. A bez podania personaliów napastników, skargi ich i tak trafią „na Berdyczów”, czyli najważniejszy obecnie w Polsce urząd.

PS. Pragnę na wszelki wypadek zaznaczyć, że według Słownika Państwowego Wydawnictwa Naukowego określenie „trep” to środowiskowa nazwa żołnierza zawodowego. Również Wikisłownik podaje, że jest to slangowe określenie takiegoż wojaka. A więc nic obraźliwego.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

I znów ilość wydarzeń, a jedno ważniejsze od drugiego. Mam więc mam mętlik w głowie i trudno mi jest wybrać temat, na którym mógłbym się skoncentrować. Chciałbym kontynuować temat „świdnickich wirusów”, co zapowiadałem w ostatnim felietonie na ten temat, ale klawiatura aż się z ochoty grzeje, aby choć na chwilę powrócić do politycznych wydarzeń ostatnich dni. A jest co komentować, bo to i filozofia, polityka, prawo do godnego życia i do życia w ogóle, aborcja, liberalizm, kultura osobista, wielkie rocznice, no i bezpieczeństwo naszych granic w kontrze do podstawowych zasad humanitaryzmu. Nie jestem wszystkich tych tematów zamieścić w krótkim felietonie, więc ograniczę się do tego ostatniego, zwłaszcza że i ten w sposób oczywisty dotyczy określonych formacji mundurowych, a konkretnie Straży Granicznej, Wojska Polskiego, Policji i czegoś, co jest niby wojskiem, ale tak naprawdę to „cywil banda” ubrana w mundury i wyposażona w bardzo dobrej jakości broń palną. Inne formacje mundurowe tylko im zazdroszczą jakości giwer, w jakie ich wyposażono.

To o czym chcę napisać nie jest jakąkolwiek próbą naruszenia tzw. godności mundury (mój galowy policyjny do tej pory wisi w szafie), a jedynie próbą zwrócenia uwagi na pewne zdarzenia, których istnieniu nikt nie zaprzeczył, a które same w sobie są nadzwyczaj niebezpiecznie, a w zasadzie niesamowicie groźne.

Zastrzeżenie to podnoszę z uwagi na to, że np. Prokuratura Okręgowa w Warszawie 8 listopada 2021 r. wszczęła dochodzenie w sprawie znieważenia przez Barbarę Kurdej-Szatan (znaną aktorkę filmową i teatralną) funkcjonariuszy Straży Granicznej wykonujących czynności służbowe na granicy polsko-białoruskiej. Otóż zbulwersowana tym, co zobaczyła przy granicy z Białorusią, zareagowała bardzo emocjonalnie i użyła w stosunku do funkcjonariuszy SG słów uznawanych za obelżywe, które zresztą szybko z Netu wycofała i przeprosiła za ich opublikowanie. Przy okazji napomknę tylko, że jeżeli dochodzenie to faktycznie dotyczy znieważenia funkcjonariuszy, to moim zdaniem B.K-Sz. nie musi się obawiać, ponieważ zgodnie z obowiązującym prawem formacji znieważyć nie można i być może chodzi tu o zniesławienie. Ale ja opieram się na treści komunikatu dla prasy, przedstawionego 9 listopada przez rzeczniczkę Prokuratury Okręgowej w Warszawie Aleksandrę Skrzyniarz, która zapewne jako fachowiec od prawa karnego znieważenie (art.226 k.k.) od zniesławienia (art.212 k.k.) odróżnić potrafi. Ale ad rem, jak mawiali starożytni Rzymianie.

Niesamowicie zbulwersowały mnie ostanie informacje medialne (z listopada b.r.), z których wynika, że w okolicach strefy objętej stanem wyjątkowym, dzieją się historie, jakby wycięte z durnowatych amerykańskich kryminałów, w których szeryf-kretyn z lubością podkreśla, że w jego mieście (hrabstwie) to on stanowi (i jednocześnie egzekwuje) prawo, a obywatel konstytucję i wszelakie prawa (stanowe czy federalne) może wykorzystać w najbliższym wychodku.

Chodzi mi o informację (z 09.11.br.) przekazaną prasie przez grupę medyków-specjalistów, zwaną Medycy na granicy, dotyczącą zdarzenia, z przebiegu którego wynika, że umundurowani w polskie mundury i uzbrojeni w broń palną osobnicy (dwaj mężczyzn i kobieta), poruszających się oliwkowym volkswagenem, którego numery rejestracyjne zaczynały się od „UA” (oznaczenie pojazdów Wojska Polskiego) spuścili powietrze z opon ambulansu medycznego, jakim Medycy się poruszali. Miało to miejsce w czasie, kiedy grupa tychże medyków przebywała w lesie na akcji ratunkowej. MON zaprzeczyło, aby „żołnierze Wojska Polskiego mieli cokolwiek wspólnego z uszkodzeniem samochodu Medycy na granicy. Żołnierze, zarówno żołnierze wojsk operacyjnych, jak i Wojsk Obrony Terytorialnej z dużym poświęceniem bronią bezpieczeństwa naszej granicy, za co należy im się wdzięczność i szacunek, i obecnie mają dużo poważniejsze sprawy od dementowania fake newsów w przestrzeni medialnej”.

Nie mam podstaw, aby MON-owi nie wierzyć, ale ponieważ zdarzenie potwierdziła Policja, nie mam podstaw, aby nie wierzyć Medykom na granicy, a więc nie pozostaje mi nic innego, tylko przyjąć, że w okolicy terenów objętych stanem wyjątkowym, najeżonym tysiącami funkcjonariuszy mundurowych i wojska, bezkarnie grasuje jakaś banda uzbrojonych bandytów, którzy przebrani w polskie mundury, dopuszczają się czynów haniebnych, przy okazji narażając na szwank honor polskiego żołnierza, tak bardzo przez władze chronionego. Ale to nie wszystko, albowiem doktor Jakub Sieczko (koordynator inicjatywy Medyków na granicy) poinformował, że w nocy z 13 na 14 listopada nieznani sprawcy siekierami uszkodzili samochody należące do grupy Medyków na granicy, która od początku kryzysu świadczy pomoc medyczną migrantom. W prywatnych samochodach lekarzy przebito opony, potłuczono szyby oraz zniszczono karoserię, a sami lekarze zaczynają się obawiać, że celem kolejnego ataku staną się oni sami. No i na koniec informacja, którą podała Gazeta Wyborcza, Dziennik Trybuna i stacja TVN24 (mam wiec prawo sądzić, że jest prawdziwa), dotycząca zdarzenia, jakie poza strefą objętą stanem wyjątkowym, miało miejsce 5 listopada na parkingu przy lesie koło miejscowości Narewka. Z relacji kilku osób wynika, że zostali napadnięci przez grupę nieumundurowanych ale uzbrojonych mężczyzn, którzy powalili ich na ziemię i mierzyli do nich z broni palnej.

Napadnięci (podając swoje imiona i nazwiska) opowiadali, że ci zamaskowani mówili, że są z "jakiejś tajnej grupy i nie będą się legitymować". Mężczyźni ci mieli na twarzach maski, a na nich UŚMIECHAJĄCE SIĘ TRUPIE CZASZKI. Natomiast rzeczniczka podlaskiego oddziału Straży Granicznej stwierdziła, że "te osoby są po to, żeby w sposób niejawny obserwować teren i wspierać funkcjonariuszy, którzy działają w terenie". Jak dodała, funkcjonariusze wzięli mieszkańców za przemytników, a po tym, jak okazał się, że są obywatelami Polski, zostali wylegitymowani.

Kto zatem spuścił powietrze z kół ambulansu medycznego i zniszczył prywatne samochody wspomnianych lekarzy? Czy pytanie to mogę uznać za retoryczne? Za retoryczne uznaję też pytanie, dlaczego na pograniczu polsko-białoruskim wprowadzono stan wyjątkowy, który w głównej mierze został skierowany przeciwko dziennikarzom, których na to pogranicze władza BOI SIĘ wpuścić. Także retoryczny charakter ma pytanie, dlaczego prezes Jarosław polecił uchwalenie przez pisowską większość ustawy naruszającej konstytucję, która wyraźnie wskazuje kiedy i jak długo stan wyjątkowy może trwać. A także, że nie można go wprowadzać zwykłymi ustawami, ponieważ jest to kuglowanie prawem polskim i międzynarodowym. A chodzi, przypomnę, o dziennikarzy, których bezpośrednie relacje takie bezprzykładne naruszanie przez funkcjonariuszy i żołnierzy obowiązującego prawa, mogliby z miejsca pokazywać i piętnować. Stan wyjątkowy (i jego planowany surogat) ma bowiem pokazać niesamowitą troskę prezesa Jarosława o bezpieczeństwo naszych granic i obywateli RP, przez co napędzać mu „słupki poparcia”, które zaczęły wykazywać tendencję zniżkową. I wszystko jasne … is fecit, cui prodest.

Załączniki:
Adres URL:
Dostęp do URL (https://wiadomosci.onet.pl/bialystok/bialystok-trzy-osoby-zatrzymane-po-zniszczeniu-samochodow-medykow/zj6cb0t?utm_medium=push&utm_source=browser&utm_campaign=push_push_go&utm_site=wiadomosci&utm_push_id=61962380735208b0718f774b)zj6cb0t
Napisz komentarz (3 Komentarze)

   Rota przysięgi składanej przez policjanta to dla niektórych bardzo ważna chwila i bardzo ważna, nie tylko osobista, deklaracja. Dla innych to tylko słowa, które po wypowiedzeniu, z miejsca ulecą gdzieś w niebyt. To bardzo smutna, ale niestety bardzo prawdziwa konstatacja.

* * *

Każdy policjant, zanim zostanie przyjęty do służby, składa uroczyste ślubowanie w treści którego znajduje się też deklaracja, że będzie pilnie przestrzegać prawa i dyscypliny służbowej, strzec honoru, godności i dobrego imienia służby oraz przestrzegać zasad etyki zawodowej. A zasady tejże etyki określone są w zarządzeniu nr 805 Komendanta Głównego Policji z 31 grudnia 2003 r. Rota przysięgi dla policjanta to coś w rodzaju drogowskazu, jakim się powinien w swej służbie kierować i pełnić ją nie tylko dlatego, by na chleb z masłem i szynką dla siebie i rodziny zarobić, ponieważ winien pełnić ją przede wszystkim dla dobra i bezpieczeństwa obywateli i państwa, chroniąc ustanowiony Konstytucją RP porządek prawny. A każdy kto uważa inaczej, winien poszukać sobie innej roboty, niezależnie od tego jaką w Policji pełni funkcję. I od razu podkreślę, że im funkcja wyższa, tym większa powinna być odpowiedzialność i to, co zwykłemu policjantowi może być niekiedy wybaczone, nie można wybaczyć tym, którzy pełnią różne wysokie policyjne funkcje.

Piszę o tym dlatego, że czuję się mocno zobowiązany wobec tych wszystkich wałbrzyskich funkcjonariuszy, którzy szukając pomocy w wyrugowaniu zła, jakie według nich rozpanoszyło się w wałbrzyskiej KMP, zwrócili się też o pomoc do mnie i redakcji tygodnika DB2010. Myślę, że w jakimś, chociażby nawet niewielkim zakresie, pomocy tej możemy udzielić, informując czytelników z czym i z kim zmuszeni są walczyć wałbrzyscy funkcjonariusze. Zdaję sobie przy tym sprawę, że nie wszystkim wałbrzyskim stróżom prawa się to podoba, ponieważ docierają do mnie takie pojedyncze sygnały. Jednakże ważniejszą jest opinia zawarta w datowanym na 27.04.2021 r. zawiadomieniu o popełnieniu przestępstwa, skierowanym przez policjantów do Prokuratury Okręgowej w Świdnicy: Otóż piszą oni, że:

„(...)W chwili obecnej sprawa została nagłośniona w wałbrzyskim tygodniku DB2010. 15-tysięczny nakład tygodnika, internetowy dostęp do niego oraz komunikator WhatsApp pozwolił, aby już w chwili obecnej duża część ze 170-tysięcznej aglomeracji wałbrzyskiej zapoznała się z problematyką. (…) Przechodząc do sedna naszego zawiadomienia chcemy podkreślić, że pisma skierowane w dniu 25.03.2021 r. do KGP oraz KWP nie przyniosły prawie żadnego efektu. (…) Napisaliśmy, że prawie nie było efektu, ponieważ w dniu 16.03.2021 r. Wydział Kontroli KWP we Wrocławiu przeprowadził w tej sprawie kontrolę w komendzie w Wałbrzychu. My uważamy, że kontrolę bardziej spowodowała publikacja w tygodniku DB2010 i na stronie Pana Janusza Bartkiewicza niż nasze pismo, ale tak czy inaczej kontrola stała się faktem.(…)”.

Już pisałem o tym, że Prokuratura Rejonowa w Świdnicy na podstawie anonimowego zawiadomienia (z 25.03.2021) wszczęła w czerwcu 2021 r. śledztwo, obejmujące sześć wątków, w tym dwa dotyczące zmuszania funkcjonariuszy do służby w okresie pandemii, w warunkach narażających zdrowie i życie ich samych, a także członków ich rodzin oraz obywateli Wałbrzycha, jak również stosowania przez tych samych przełożonych niedozwolonego mobbingu. Okazuje się jednak, że nad śledztwem tym zaczynają się powoli zbierać „czarne chmury”, czyli zauważone przez skarżących się funkcjonariuszy niebezpieczeństwo umorzenia śledztwa i zamiecenia całej sprawy pod przysłowiowy dywan. Wiem o tym, ponieważ dysponuję kopią skierowanej 16 października br. do Prokuratora Okręgowego skargi na czynności podejmowane przez prokuratora rejonowego w Świdnicy, w postępowaniu prowadzonym pod sygn. akt PR 3 Ds.165.2021, wraz z wnioskiem o objęcie tej sprawy nadzorem Prokuratury Okręgowej.

Skarżący informują Prokuraturę Okręgową, że docierają do nich informacje wskazujące na to, że śledztwo to zostanie w grudniu umorzone z uwagi na kończący się okres statystyczny. Jest to znany mi od dawna zwyczaj (nie tylko prokuratury), aby niewykryte śledztwa umarzać, by nie podnosić statystyki spraw niewykrytych w danym roku sprawozdawczym. W piśmie policjanci zwracają uwagę na kilka faktów, dających im podstawę do wyrażenia tak sformułowanej obawy, których nie będę wszystkich tu opisywał, zatrzymując się na tych najistotniejszych. Pierwszy dotyczy połączenia w jednym śledztwie wątków dotyczących mobbingu i wątków „covidowych”, co powoduje, że objęte nimi osoby podejrzane w jednym wątku, są świadkami w innych, a to daje podstawę do podejrzenia, że już w momencie wszczęcia śledztwa prokurator z góry zakładał, że nikomu nie przedstawi zarzutu. I to we wszystkich wątkach tego śledztwa.

Ponadto policjanci wskazują, że pokrzywdzeni mobbingiem przesłuchiwani są przez prokuratora na terenie KMP, przez co obawiają się mówić cokolwiek przeciwko swym przełożonym (co bardzo dziwi prokuratora), a z drugiej strony bardzo obszerne zeznania składają funkcjonariusze, którzy nigdy nie byli podwładnymi tego, który wobec innych stosował brutalny mobbing. Efekt tak uzyskanych dowodów na pewno dla nikogo nie będzie zaskoczeniem. Ponadto prokurator absolutnie nie bierze pod uwagę przyczyny niechęci pokrzywdzonych do składania obciążających zeznań, która wynika z faktu bardzo bliskich kontaktów tego przełożonego z funkcjonariuszami Biura Spraw Wewnętrznych. Genezę tych bliskich kontaktów opiszę w jednym z kolejnych felietonów, poświęconych tej sprawie. Innym zarzutem autorów tego pisma jest to, że prokurator bardzo ślimaczy się z przeprowadzeniem dowodów, które oni przeprowadziliby w dwa dni. Jest to dziwne tym bardziej dlatego, że źródła tychże dowodów podali prokuraturze na przysłowiowym talerzu. I na koniec wisienka na torcie.

Świadek – były prominentny funkcjonariusz KMP w Wałbrzychu – przez dwa miesiące nie otrzymał wezwania na przesłuchanie, ale zamiast tego otrzymał od prokuratora pismo z zapytaniem, o której godzinie 7-8 miesięcy miał kontakt z jednym z zarażonych koronawirusem funkcjonariuszy KMP, tak jakby prokurator nie wiedział, że pisemna odpowiedź nie ma żadnej mocy procesowej. No i w pytaniu chodziło przede wszystkim o konkretną datę i godzinę tego spotkania (zarażony policjant wykonywał czynności w jednym z wałbrzyskich urzędów), czego tenże kandydat na świadka nie koniecznie musi pamiętać. Policjanci podejrzewają, że właśnie o to chodzi, bo gdyby się w pisemnej odpowiedzi pomylił, to wówczas prokurator mógłby odstąpić od jego formalnego przesłuchania z uwagi na to, że jest niewiarygodny. A przecież chodziło o to, że mógłby on potwierdzić, że w określonym nawet tylko z grubsza czasie, zarażony funkcjonariuszy na terenie urzędu wykonywał zlecone mu przez przełożonych obowiązki służbowe.

Na zakończenie słów kilka na temat genezy dobrych kontaktów z funkcjonariuszami BSW KGP jednego z objętych zawiadomieniem. Otóż jestem przekonany, że zarazki choroby toczącej wałbrzyską komendę, zostały zostały zaimplantowane ze Świdnicy, kiedy na kierownicze (wysokie) stanowiska zaczęli być przenoszeni funkcjonariusze z tamtejszej Komendy Powiatowej, niekiedy „zatrzymując się” na krótki czas w innych nieodległych od Wałbrzycha komendach i komisariatach. Nazwaliśmy je z kolegami „świdnickimi wirusami”. Jestem w legalnym (co pragnę wyraźnie podkreślić) posiadaniu, wraz z kilkoma byłymi (emerytowanymi) wysokimi oficerami policji ze Świdnicy, wielu ciekawych dokumentów i informacji dotyczących podobnej choroby toczącej tamtejszą komendę, w czasach, kiedy pracowali tam, przeniesieni później do Wałbrzycha, podopieczni jednego z „bohaterów” moich kilku wcześniejszych felietonów publikowanych na łamach DB2010. Na wszelki wypadek informuję, że dokumenty te, chociaż całkowicie legalne, znajdują się w depozycie kilku zaufanych byłych funkcjonariuszy, niekoniecznie z terenu województwa dolnośląskiego.

Napisz komentarz (4 Komentarze)

   Zgodnie z zapowiedzią z ubiegłego tygodnia pozwalam sobie na skomentowanie odpowiedzi Oficera Prasowego KMP podkom. Marcina Świeżego, udzielonej mi 29 września br., która zapewne mocno usatysfakcjonowała jego przełożonych, a sądzę, że i sam jest z niej wielce zadowolony, ale mnie niestety pogrążyła w smutku. A smutno mi się stało z tego powodu, że zostałem potraktowany jak nachalny ignorant, co to da się zwieść byle rzuconym mu słowem. Otóż nie, Panie Rzeczniku. Być może nie wie Pan, ale jestem nie tylko upierdliwym reporterem tygodnika DB2010, ale też emerytowanym wyższym oficerem Policji, który w tej robocie przysłowiowe zęby zjadł i – co w tej sprawie ma niebagatelne znaczenie – prawnikiem z wykształcenia, które uzyskałem w czasach, kiedy prawo się studiowało, a nie zliczało się tylko egzaminacyjne testy.

Aby jednak Czytelnik mógł się dokładnie zorientować w czym rzecz, zaprezentuję postawione pytania, z których pierwsze dotyczyło opisywanych w tygodniku DB2010 w (nr 14/525 i 15/526) przypadków wysyłania do służby lub nakazywania podejmowania innych działań służbowych, w sytuacjach zagrażających im zarażeniem się koronawirusem. Zapytałem też, czy prawdą jest, że wobec przełożonych tych funkcjonariuszy zostały wszczęte postępowania dyscyplinarne, ale po uznaniu ich winnych, Komendant Miejski odstąpił od ich ukarania i okazało się, że sytuacja taka miała miejsce.

I ta odpowiedź od razu utwierdziła mnie w przekonaniu, iż skarżący się, i proszący o pomoc wszystkich, którzy pomocy mogą udzielić, policjanci, mają słuszne pretensje i żal o to, że traktowani są jak pańszczyźniani chłopi na folwarku. Aby słowa moje nie były gołosłowne, przywołam więc pewne przepisy z Ustawy o Policji, które regulują wszystkie sprawy związane z postępowaniem dyscyplinarnym. Otóż zgodnie z art. 135j tej ustawy przełożony dyscyplinarny (tu Komendant Miejski) może po uznaniu winy funkcjonariusza, odstąpić od wymierzenia kary, ale pod pewnym bardzo istotnym warunkiem, że stopień szkodliwości dla służby nie jest znaczny, a właściwości i warunki osobiste policjanta oraz dotychczasowy przebieg służby uzasadniają przypuszczenie, że pomimo odstąpienia od ukarania będzie on przestrzegał dyscypliny służbowej oraz zasad etyki zawodowej.

Czyli Komendant Miejski Policji uznał, że narażenie zdrowia (i życia) wielu funkcjonariuszy, ich rodzin i bliżej nieokreślonej liczby mieszkańców Wałbrzycha, a także komplikacje w grafikach pełnionej służby (zwolnienia chorobowe, kwarantanny), to tylko taki mały pikuś. I już nie tylko wałbrzyscy policjanci, ale i ja, wiem dokładnie w którym miejscu ma ich Pan Komendant. Tym bardziej, że owi policjanci, a dzięki niektórym z nich i ja, wiemy, że warunki osobiste tego przełożonego oraz dotychczasowy przebieg służby i przestrzeganie etyki zawodowej są tego rodzaju, iż każdy inny szeregowy policjant z miejsca wyłapał by pajdę z najwyższej półki, nie wspominając o innych konsekwencjach prawnych. Wiadomo jednak, że w sprawie „covidowej” toczy się w Prokuraturze Okręgowej postępowanie i ciekawi mnie jak w przypadku uznania winy tegoż przełożonego, prokuratura potraktuje samego komendanta, który prawdopodobnie dopuścił się czynu określonego w kodeksie karnym jako przestępstwo niedopełnienia obowiązków służbowych.

Kolejne dwa pytania dotyczyły bandyckiego napadu z użyciem niebezpiecznego narzędzia, jaki miał miejsce około godziny trzeciej w nocy na terenie Podzamcza, niedaleko zresztą Komisariatu I i dziwnej co najmniej zmianie kwalifikacji tego czynu, na lekki uszczerbek na zdrowiu, co mnie jako prawnikowi i byłemu policjantowi kryminalnemu wydaje się po prostu jawną kpiną z prawa i z pokrzywdzonego tym czynem człowieka. Pisałem o tym dosyć szczegółowo w DB 2010 nr 35 z 23 września („O kuchnia Olek”), dlatego z wielkim zaciekawieniem czekałem na odpowiedź Oficera Prasowego KMP. No i doczekałem się, ale zamiast rzeczowej informacji, Pan Rzecznik potraktował mnie zwykłym„ble ble ble”, z którego praktycznie nic nie wynika, poza tym, że Pan Rzecznik uważa mnie za wspomnianego na wstępie ignoranta.

Otóż szanowny Panie Rzeczniku, musi Pan wiedzieć, że gdybym chciał się dowiedzieć jakie są procedury obowiązujące dyżurnego oficera jednostki, to bez trudu znalazłbym wszelkie niezbędne przepisy tego dotyczące w Internecie, więc pańskie obszerne informacje o obowiązujących procedurach są dla mnie – proszę się nie obrażać – naprawdę tylko śmiesznie i zgoła dziecinne.

Ale już śmiesznym nie jest to, że dopuszcza się Pan podawania – w odpowiedzi na zapytanie prasowe – nieprawdy, przy czym użyty przeze mnie zwrot, jest w tym przypadku wielkim eufemizmem. Muszę więc Pana poinformować, że z osobą napadniętą rozmawiałem kilka razy i doskonale wiem, że po zszyciu mu w szpitalu odniesionej rany, został dowieziony do Komisariatu I i tam przesłuchany przez policjantów, którzy w protokole przyjęcia zawiadomienia o przestępstwie i w protokole przesłuchania w charakterze świadka (pokrzywdzonego), ów czyn przestępczy zakwalifikowali jako tzw. rozbój z dwójką, czyli napad rabunkowy z użyciem niebezpiecznego narzędzia. I to na podstawie tych dokumentów procesowych dyżurny Komisariatu I przesłał stosowny meldunek oficerowi dyżurnemu Komendy Wojewódzkiej.

Taki sam meldunek został też wysłany do oficera dyżurnego KWP przez dyżurnego Komisariatu II, po tym jak kilka dni wcześniej, tak samo opisany mężczyzna i również używający noża do tapet (przez kierownico KMP zwanego urządzeniem do regulacji długości tapety), dokonał napadu rabunkowego na kobietę, która nad ranem ul. Gdyńską wracała z pracy. I też tym nożem zranił ją w rękę, co na Komisariacie II zakwalifikowano jako czyn określony w art. 280 § 2 k.k.

W moim przekonaniu ta (z KP II) właśnie kwalifikacja spowodował, że ktoś z KMP nakazał post factum zmianę kwalifikacji przyjętej na KP I, aby poprawić statystykę kryminalną Komendy Miejskiej, bo niewykryte napady z użyciem niebezpiecznego narzędzia, w KWP są niemile widziane. Tylko, że taka kreatywna statystyka to przestępstwo, i czy aby nie dlatego sprawą tą zainteresował się wrocławski odział Biura Spraw Wewnętrznych KGP, który niedawno nagle nawiedził wałbrzyską komendę i sprawdzał, to co opisałem? Bo jakoś mi się nie chce wierzyć, aby panowie z BSW zostali przekonani, że to Komendant Komisariatu I miał uprawnienia do zmiany kwalifikacji, co ewentualnie można uczynić po przeprowadzeniu podstawowych czynności procesowych, ale nie na podstawie „widzi mi się” Komendanta. Obojętnie czy Komisariatu, czy Komendy Miejskiej. Opowieści o tym, że zmiana kwalifikacji na art.157 §1 kk w żaden sposób nie wpłynie na proces wykrywczy są po prostu głupie, bo tak samo przyjęcie art. 280 §2 na proces ten wpływu żadnego również mieć nie powinno.

Tak więc jedyną logiczną przyczyną zmiany kwalifikacji, była chęć poprawienia statystki, o czym już wspomniałem. No i na koniec muszę Pana Rzecznika trochę podszkolić, aby wiedział (i przekazał swoim przełożonym), że kiedy ktoś chce komuś odebrać jakąś rzecz i aby swój zamiar zrealizować, używa (grozi użyciem) jakiegokolwiek niebezpiecznego narzędzia, to wcale nie musi rzeczy tej nawet ręką dotknąć. I jeżeli napadnięty od razu ucieknie i swojej własności nie odda, to i tak mamy zdarzenie z art.280 §2, tylko że poprzedzone art. 13 § 1 kk, czyli usiłowaniem dokonania takiego napadu. A rozbój ma się do lekkiego uszkodzenia ciała tak samo, jak odpowiedź Pana Rzecznika do rzetelnie udzielonej informacji.

PS

Od dłuższego czasu wałbrzyscy policjanci alarmują, kogo mogą i gdzie tylko mogą, o tym, co dzieje się w KMP w Wałbrzychu. A dzieje się bardzo źle, dlatego też alarmujące pisma wysyłają do KWP i KGP oraz do Prokuratury, z nadzieją, ktoś wreszcie poważnie się zabierze, aby policyjną wałbrzyską stajnię Augiasza wreszcie wyczyścić. Informują również i mnie, mając świadomość, że DB2010 czyta co najmniej kilkanaście tysięcy mieszkańców (nie tylko) Wałbrzycha, przez co być może tych wszystkich nieprawidłowości nie da się bezkarnie zamieść pod dywan. I dlatego też do problemów zgłaszanych przez policjantów będziemy jeszcze wielokrotnie powracać.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   Zgodnie z zapowiedzią z ubiegłego tygodnia („Tragifarsy odsłona pierwsza” DB2010 nr36/2021) kontynuuję temat dotyczący tego, co dzieje się na białoruskim odcinku naszej granicy, objętym strefą stanu wyjątkowego, który kilka dni temu został przedłużony na kolejne 60 dni. Od razu zwracam uwagę na bardzo charakterystyczną zmianę w tłumaczeniu powodów, dla których zarówno ogłoszenie, jak i przedłużenie stanu wyjątkowego było i jest warunkiem niezbędnym i koniecznym. W pierwszej wersji stan wyjątkowy miał zabezpieczyć nas przed grożącą nam inwazją ze strony nie tyle Białorusi, co całej rosyjskiej potęgi, kierowanej przez ponoć krwiożerczego prezydenta Putina. Oczywiście powód ten nie został oficjalnie podany, ale wynikał wprost z licznych publicznych wypowiedzi bojącego się igły strzykawki prezydenta Dudy, premia IV RP uznanego przez sąd za kłamcę oraz samego ich szefa, wicepremiera ds. bezpieczeństwa (a jakże) narodowego. Namacalnym dowodem tego zagrożenia były zorganizowane (przy naszych granicach) wielkie rosyjsko-białoruskie manewry wojenne, w których miało brać udział 200 tys. sołdatów. Faktycznie, groza naród polski mogła ogarnąć, zważywszy, że IV RP pod bronią ma niecałe 100 tys. wojaków, z których znaczna część całe swoje wojskowe życie spędza za mniejszymi lub większymi biurkami, a kontakt z bronią palną miała dosyć dawno i to w bardzo ograniczonym zakresie.

Oczywiście nie biorę tu pod uwagę dzielnych wiarusów z oddziałów Obrony Terytorialnej Kraju, którymi sprawną ręką zarządza mistrz wojskowej taktyki i strategii, niejaki Macierewicz.,Człowiek, który się Ruskim nie kłania, chociaż ponoć różnie to zawżdy bywało, o czym w książce „Macierewicz i jego tajemnice” napisał Tomasz Piątek, który ujawnił w niej liczne powiązania tego pana z putinowską Rosją. Opis tych powiązań tak mocno Macierewicza zbulwersował, że złożył na niego zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa do departamentu d/s wojskowych Prokuratury, zarzucając mu "publiczne znieważanie lub poniżanie konstytucyjnego organu RP" oraz "stosowanie przemocy lub groźby wobec funkcjonariusza publicznego w celu podjęcia lub zaniechania czynności służbowych". I tak szybko je je złożył, tak samo w szybkich abcugach je wycofał i … zapadła cisza. Taka sama, jak ta, która zapadła po tym, kiedy się te wielkie manewry (powtarzane cyklicznie od wielu lat) skończyły i 2500 rosyjskich żołnierzy i 50 żołnierzy z Kazachstanu (bo tylu tylko ich tam ćwiczyło), z Białorusi wróciło do swych koszar i „ruskim zagrożeniu” nikt już nie wspominał, aby się na śmieszność nie wystawiać.

W związku z tym w obiegu publicznym funkcjonuje tłumaczenie, że stan wyjątkowy wprowadzono po to, aby uniemożliwić nieprzychylnym rządowi dziennikarzom, szwendanie się w pobliżu granicy (sam to kilka razy z ust pisowskich dygnitarzy słyszałem), którzy swą obecnością zagrażają istotnym czynnościom taktyczno-operacyjnym, prowadzonym przez funkcjonariuszy Straży Granicznej, a także przez policyjne i wojskowe „szwadrony”, które ściągnięto z terenu nieomal całej Polski. Rzecz w tym, że nikt z tych pisowskich dygnitarze nie był i nie jest w stanie powiedzieć, na czym owe „taktyczne i operacyjne czynności” mają polegać, a mnie się po prostu wydaje, że chodzi po prostu o pilnowanie szczelności polskiej granicy. Czyli dokładnie to samo, co pogranicznicy czynili do czasu wprowadzenia stanu wyjątkowego.

Po co więc ta prymitywna ściema z użyciem wojennego języka? Odpowiedź przyniosło samo życie w momencie, kiedy cały świat miał okazję zobaczyć to, co szczelnym kordonem mundurowych miało być skutecznie zasłonięte. Prawdziwy obraz tego, co miało być utajnione, pokazały zdjęcia i nagrania filmowe z ośrodka dla uchodźców w miejscowości Michałowo, która stała się już w świecie sława w takim samym stopniu, jak Kiejkuty, gdzie w tajnym ośrodku MSWiA poddawano torturom, zabronionym nie tylko przez polskie prawo, bezprawnie przetrzymywanych obywateli państw muzułmańskich. Tak samo jak „Kiejkuty”, hasło „dzieci z Michałowa” na lata pozostanie symbolem tego, co się nigdy w cywilizowanym świecie – zwłaszcza po tragedii II wojny światowej – stać nie powinno.

Kiedy oglądałem to w telewizji, bez przerwy miałem w oczach widok uzbrojonych w pistolety maszynowe niemieckich wachmanów, wyłapujących żydowskie dzieci, które wybierały się poza mury getta po żywność. I nie uważam, aby to porównanie było zbyt drastyczne, dlatego, że takie fotografie, przedstawiające muzułmańskich maluchów pilnowanych przez uzbrojonych w broń maszynową polskich żołnierzy, obiegły cały świat i zapewne w milionach głów takie samo skojarzenie wywołały.

Kto nie wierzy, niech odszuka w Internecie zdjęcie „małego Dawidka” idącego ulica pod eskortą uzbrojonych po zęby esesmanów i porówna małe dzieci pilnowane przez osobników w polskich mundurach, uzbrojonych w broń maszynową. Jednym słowem niewyobrażalna hańba. Inaczej tego określić nie jestem w stanie.

Pytanie, co się stało z dziećmi z Michałowa, do tej pory nie znalazło prawdziwej odpowiedzi. Rzeczniczka Straży Granicznej, jak mantrę, kłamliwie powtarza, że grupa migrantów z tymi dziećmi (w wieku od kilkunastu miesięcy) została odstawiona do linii granicznej, co jest oczywistym eufemistycznym określeniem lasów tam rosnących, gdzie ludzi tych pozostawiono na pastwę losu i zimna. I pani ta zapewne po służbie, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, udała się do domu, gdzie być może przytuliła do siebie jakieś małe dziecko, bez żadnej refleksji, że jeszcze nie tak dano, inne przerażone dziecko pozostawiła gdzieś w przygranicznych lasach, narażając je nie tylko na utratę zdrowia, ale być może i na utratę życia.

Głęboko w mej ateistycznej pamięci zapadły słowa siostry Małgorzaty Chmielewskiej, że pomiędzy rozumem a sercem nie ma i nie powinno być sprzeczności, a to, co się na polsko-białoruskiej granicy dziej, jest cyniczną demoralizacją sumień. A ja dodam od siebie, że jest to brutalnym gwałtem na istocie człowieczeństwa. I to wszystko miało być osłonięte szczelnym kordonem, aby się Polacy nie dowiedzieli, co przed nimi zechciał ukryć wicepremier ds. bezpieczeństwa narodowego i jego podwładni w osobach prezydenta i premiera IV RP. Nie udało się i już wiemy i nie zapomnimy.

Przeraża mnie jednak myśl, że świadomość tego okrucieństwa nie do wszystkich jednak dociera, czego namacalnym dowodem są wypowiedzi wielu przedstawicieli prostego ludu, który wciąż wymienionych zbawicieli narodu popiera, zapominając, że wszyscy ludzie pochodzą z tego samego adamowego żebra. Ja natomiast, uznając, że wszyscy mamy tego samego przodka, który kiedyś zszedł z drzewa na ziemię, powoli zaczynam wierzyć, że oto jestem świadkiem procesu odwrotnego. Procesu, w efekcie którego powoli na mentalne drzewa powracamy, stając się coraz bardziej prymitywnymi osobnikami, dbającymi tylko o to, aby nikt obcy z naszych gałęzi „bananów” nam nie podkradał. I na koniec chciałbym bardzo wyraźnie zaakcentować, że jestem zdeklarowanym zwolennikiem ochrony naszych i unijnych granic, co jednakże nie pozbawia mnie poczucia przyzwoitości i współczucia dla naprawdę potrzebujących. Kiedyś – przecież nie tak dano – sami tego od innych oczekiwaliśmy i się nie zawiedliśmy. Tylko, że pamięć mamy niesamowicie krótką, ponieważ stała się ona już tylko narodową. I jakoś nikt nie chce pamiętać, że chaos na Bliskim Wschodzie wywołany został przez amerykańską agresję na kraje muzułmańskie, w okupacji których brali też udział i nasi polscy żołnierze. A to do czegoś nas, mimo wszystko, zobowiązuje.

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (Daniej i dziś.jpg)Kiedyś - Obecnie
Napisz komentarz (2 Komentarze)

Tak jak się spodziewałem, kierownictwo wałbrzyskiej KMP wyniosłym milczeniem zareagowało na moje felietony poświęcone temu, co w tej instytucji, publicznej przecież, się dzieje. W sumie to jestem z tego zadowolony, bo gdybym nie opisywał prawdy, to reakcja powinna być natychmiastowa, więc mam podstawy do stwierdzenia, że milczenie jest potwierdzeniem. To, że kierownictwo milczy, nie oznacza, że tak samo postępują ich aktualni lub byli podwładni, którzy niekiedy są lub byli traktowani jak poddani. Mogę śmiało tak twierdzić, ponieważ nadal dopływają do mnie różne informacje, potwierdzające taki stan rzeczy. Ponieważ czekam na efekty prowadzonego w Prokuraturze Okręgowej dochodzenia, na razie zawieszam komentowanie skrywanych w KMP wydarzeń, dotyczących zwyczajów panujących wśród kadry kierowniczej (oczywiście, nie całej) tej jednostki. Podejrzewam jednak, że nic się nie zmieni, ponieważ pracujący tam funkcjonariusze będą zaciskać zęby i milczeć, aby się nikomu nie narazić i roboty nie stracić, co rozumiem z uwagi na to, że rządzący rzucili nowe „pincet plus” dla policjantów w postaci takiej podwyżki (na rękę, czyli netto), o czym dowiedziałem się z mediów. I słusznie, bo ta podwyżka, cytując klasyka (klasyczkę?) „im się po prostu należała”, chociaż w obecnie panującej sytuacji politycznej, wygląda mi to na zwyczajną próbę kupienia sobie przychylności funkcjonariuszy, którym od wielu lat o podwyżkach uposażenia kazano zapomnieć.

Rządzący czują, że nadchodzą gorące czasy i chcą mieć pewność, że funkcjonariusze staną za nimi murem, tak jak uboga część społeczeństwa, wyznająca zasadę, „uni dajo”. Ano „dajo”, tylko że może się okazać, iż „zażądajo” od nich zbyt wiele.

W przestrzeni publicznej pojawia się coraz więcej rozrzuconych to tu to tam kropek, które jednak dosyć łatwo połączyć jedną linią, pozwalającą mi domniemywać prawdziwe intencje rządzącej partii politycznej, a na pewno jej bardzo ścisłego, bo jednoosobowego, kierownictwa. Przedstawię tu kierunek moi domniemań, opierając się na faktach, o których ostatnio w przestrzeni medialnej głośno. Na pierwszy ogień idzie oczywiście wprowadzenie jednego ze stanów nadzwyczajnych, na co się nie zdecydowano w czasie szalejącej pandemii, chociaż istniejąca sytuacja epidemiologiczna tego jak najbardziej wymagała. Można też było skorzystać z art. 31 ust. 3 konstytucji i wprowadzić pewne ustawowe zakazy lub nakazy, które zmuszałyby ludzi do określonego zachowania, na przykład w zakresie obowiązku noszenia tzw. maseczek. Wówczas policjanci nie łamaliby prawa nakładając mandaty za ich brak, ponieważ, jak się słusznie okazuje, sądy masowo takie mandaty (i inne dotyczące np. wolności zgromadzeń) uchylają, ponieważ ministerialnymi zarządzeniami nie można łamać konstytucyjnych praw i wolności obywatelskich, o czym mowa w ust. 1 i 2 wspomnianego art. 31.

I gdyby się tak stało, to nikt nie byłby narażany na złapanie koronawirusa od różnych - przepraszam za ostrość wyrażenia – prymitywnych buraków, wchodzących do publicznych lokali bez tej osłony na twarzy. I nic takim prostakom zrobić nie można, bo ustawowego obowiązku jak nie było tak nie ma. Tak samo jak nie ma lekarstwa na chamstwo i głupotę, z jaką się np. spotkałem ostatnio na stacji paliw Orlenu przy ul. Wieniawskiego, gdzie jeden z takich buraków za zwróconą mu uwagę (i jego żonie) o konieczności noszenia maseczki na terenie tego obiektu, zapytał „Jebnąć cię” , a kiedy wyraziłem zgodę, zagroził mi doniesieniem „na Policję”, że się zachowuję agresywnie. I nawet zrobił mi zdjęcie, chociaż ja na twarzy maseczkę miałem. Ot buraczana inteligencja. Zresztą, aby mu ułatwić to doniesienie i identyfikację mojej osoby, maseczkę na chwilę z twarzy zdjąłem.

Ale ad rem.

Wprowadzenie stanu nadzwyczajnego w przygranicznym z Białorusią pasie nie miało żadnego faktycznego uzasadnienia, bo jeżeli nawet Straż Graniczna nie dawała sobie rady z falą imigrantów zwożonych nad granicę przez reżim Łukaszenki, to wystarczyłoby nad tę granicę skierować duże siły wojskowe, aby ją uszczelnić, nawet bez potrzeby stawiania niebezpiecznych dla ludzi i zwierząt kolczastych zasieków. Jednak stan wyjątkowy wprowadzono, a ilość nielegalnych przekroczeń rośnie lawinowo, o czym donoszą same władze, a także niemieckie media, które informują ilu takich imigrantów, którzy przekroczyli biołorusko-polską granicę, ujawnia się w Niemczech, prosząc o międzynarodową opiekę. I Niemcy ich do Polski (chociaż mogliby) nie deportują, tylko tą opieką otaczają i umieszczają w specjalnych ośrodkach i nikt z nich tam z głodu, zimna i wycieńczenia nie umiera.

Muszę tu od razu zaznaczyć, że jestem absolutnie za tym, aby polskich granic przed takim imigranckim zalewem chronić, ale też jestem absolutnie za tym, aby przy tej okazji nie naruszać obowiązującego w Polsce międzynarodowego prawa, bo kiedy takim nieszczęśnikom uda się granicę przekroczyć, to nie wolno ich zwozić ponownie nad granice i wypychać ich na białoruską stronę. Wspomniane prawo (liczne konwencje i pakty) tego zabraniają, a ostatnio Straż Graniczna cynicznie się do tego przyznaje, ponieważ opiera się na niezgodnym z konstytucją zarządzeniem ministra Wąsika. Ponadto w sejmie leży projekt ustawy na takie zachowanie zezwalający. To będzie kolejny atut dla Komisji Europejskiej uzasadniający konieczność wstrzymania miliardów euro dopłat z europejskiego Funduszu Odbudowy, przy zastosowaniu klauzuli „pieniądze za praworządność”.

Wprowadzenie stanu wyjątkowego w pasie przygranicznym ma faktycznie jeden zasadniczy cel, który nawet dla ślepego i głuchego jest widoczny i słyszalny. Chodzi o to, aby do tej strefy przygranicznej nie dopuścić dziennikarzy, którzy mogliby relacjonować, co się tam dzieje i co rządzący tam wyprawiają. Bo poza dziennikarzami nie dopuszcza się tam też pomocy medycznej, prawnej, Caritasu, PCK itp., co jest jaskrawym jawnym i niesamowicie cynicznym naruszeniem wszelkich obowiązujących Polskę konwencji międzynarodowych. Po co więc rządzącym taka niebezpieczna gra?

Jestem przekonany, iż jest to testowanie zachowań społecznych w reakcji na wprowadzenie stanu wyjątkowego, na wypadek niepomyślnych dla prezesa wszystkich prezesów, a zbliżających się nieuchronnie wyborów parlamentarnych. Dlatego w sejmie leży już projekt zmiany regulaminu sejmowego, dotyczący trybu i zasad przedłużenia stanu wyjątkowego, gwarantujący rządzącym bezpieczną większość w postaci nawet jednego tylko głosu. Bez debaty i wniosków o odroczenie, czy zamkniecie posiedzenia.

Aby stworzyć odpowiednią atmosferę społeczną, minister Kamiński Mariusz zdecydował się już kolejny raz na złamanie prawa i podczas sławetnej a niedawnej konferencji, ujawnił tajne informacje operacyjne, prezentując przy okazji zdjęcia o charakterze pornograficznym, jakie w efekcie działań operacyjnych uzyskano z aparatów fotograficznych uchodźców. Jest to złamanie prawa, bo aby tak można było postąpić, przeciwko tym ludziom musiałyby toczyć się indywidualne sprawy karne, a na kopiowanie „zasobów” telefonów komórkowych musiałoby być wydane indywidualne postanowienia prokuratury. A takich postępowań nie ma i nie ma takich postanowień. Minister Kamiński i Wąsik mogą się jednak czuć bezpiecznie, bo już raz prezydent Duda, z chęci „ulżenia sądom”, tych panów ułaskawił, przyznając tym samym, że dopuścili się zarzucanych im przestępstw, za które zresztą zostali skazani prawomocnymi wyrokami. No cóż, wiadomo od dawna, że historia lubi się powtarzać, tyle jeno, że już w postaci tragifarsy. Tragifarsy bardzo dla Polaków i Polski niebezpiecznej. Temat ten dokończę w następnym tygodniu.

Napisz komentarz (2 Komentarze)