Opisując na łamach DB2010 tragiczne dla Wojciecha Pyłki zderzenie z profesjonalistami z KMP i Prokuratury Rejonowej w Wałbrzychu, informowałem, że w jego sprawie mec. Magdalena Szczubeł z Wałbrzycha wystosowała do Sądu Najwyższego wniosek o wznowienie prawomocnie zakończonego postępowania. Czyli de facto o skierowanie sprawy do Sądu Okręgowego w Świdnicy, albowiem po wydaniu orzeczenia ujawniły się nowe fakty lub dowody nie znane przedtem sądowi, wskazujące, że skazany nie popełnił zarzucanego mu przestępstwa. To tak zwane w języku sądowym novum, udało mi się wyłapać po naprawdę bardzo szczegółowej analizie akt procesowych, które dostarczył mi Wojciech Pyłka z prośbą, abym się tej sprawie przyjrzał tzw. policyjnym okiem. I to, co w tych dokumentach procesowych odkryłem, zostało wykorzystane do sprecyzowania wniosku o wznowienie, albowiem chodzi o fakty, które wskazują na poważne prawdopodobieństwo błędności prawomocnego wyroku skazującego, na co Sąd Najwyższy w wielu swoich orzeczeniach wskazywał. Warunkiem – według tego sądu– jest to, aby te nowe ujawnione fakty mogły podważyć prawdziwość przyjętych uprzednio ustaleń. Wniosek pełnomocnika procesowego Wojciecha Pyłki spowodował, że Sąd Najwyższy zwrócił się do Sądu Okręgowego w Świdnicy o nadesłanie całości akt sprawy sprawy i po przeprowadzonej analizie wniosek został przyjęty do rozpoznania, co już samo w sobie było wskazówką, że podniesione w nim argumenty są na tyle poważne, że sąd ten pochyli się nad nimi na rozprawie wznowieniowej. Następnie akta zostały skierowane do Prokuratury Krajowej, aby uzyskać od niej opinię, co do zasadności wniosku i tu mam dla czytelników DB 2010, ale zwłaszcza dla policjantów z KMP w Wałbrzychu oraz nadzorującej śledztwo pani prokurator informację, że Prokuratura Krajowa wniosek o wznowienie poparła. Widać siła argumentów wynikających ze wskazanych nowych faktów, dotarła również do świadomości prokuratorów z Prokuratury Krajowej, albowiem prokuratura ta, czego dowodem są liczne przykłady, nie jest zbyt podatna na wskazywane w podobnych wnioskach argumenty.

W tym przypadku stało się inaczej i 18 stycznia 2021 roku Prokuratura Krajowa skierowała do Sądu Najwyższego pismo (sygn. PK IV Kw 56.2020), w którym wnosi o przeprowadzenie czynności sprawdzających, polegających na ustaleniu abonentów telefonów komórkowych (tu wskazane we wniosku ich numery) i przesłuchanie ich na okoliczności związane z Januszem (...), jak również na okoliczności dotyczące połączeń SMS mających miejsce 24, 25 i 30 stycznia 2008 roku, a więc po czasie wskazanym w akcie oskarżenia i w uzasadnieniu wyroków I i II instancji, jako czasie, w którym Janusz (...) już nie żył. Jednakże najważniejszą moim zdaniem konstatacją Prokuratury Krajowej jest to, że według niej „Konieczność dokonania tych ustaleń jawi się szczególnie w związku z tym, że czas zgonu Janusza (…) ustalono z powołaniem się na ostatnie połączenie telefoniczne z jego telefonu, z kolei czas jego zgonu ma istotne znaczenie dla oceny wyjaśnień i zeznań złożonych w sprawie.” I właśnie to końcowe zdanie oddaje clou problemu.

Otóż w wznowionym postępowaniu sądowym obrońcy Wojciecha Pyłki z łatwością wykażą to, co ja opisuję w sporządzonej na jego prośbę analizie akt, a mianowicie, że z ustaleń procesowych dokonanych przez wałbrzyskich policjantów i nadzorującą śledztwo panią prokurator, absolutnie nie wynika, że zgon Janusza Laskowskiego miał miejsce w nocy z 23 na 24 stycznia 2008 r. Z akt śledztwa w sposób nie budzący wątpliwości wynika, że datę taką przyjęto dopiero pod koniec lipca, kiedy ktoś wreszcie zorientował się, że 23 stycznia wieczorem Janusz Laskowski dwukrotnie łączył się z oficerem dyżurnym KMP, co jak byk stało w billingu połączeń telefonicznych, będącym jednym z najważniejszych dowodów procesowych. Billingi te zostały sporządzone PTK Centertel 4 lipca i przekazane do Prokuratury Rejonowej, ale dopiero 8 sierpnia przeprowadzona została analiza nagrania rozmowy Janusza z oficerem dyżurnym KMP. Dowodzi to czegoś dla mnie niesamowitego, a konkretnie tego, że profesjonaliści z KMP (jak i z Prokuratury) nie wpadli na pomysł, aby wszczynając śledztwo przeanalizować książkę interwencji zlecanych w styczniu przez oficera dyżurnego KMP. Wprost niebywałe przy śledztwach dotychczas podejrzenia zabójstwa.

Przypomnę, że Pyłce zarzut zabójstwa postawiono już 24 kwietnia, opierając się na bełkotliwych wyjaśnieniach Bogumiła K. (zresztą szybko odwołanych), a w zarzucie nie poddano nawet w przybliżeniu, kiedy tego zabójstwa miał dokonać, bo jak widać profesjonaliści z organów ścigania, sami wówczas tego nie wiedzieli. Tak jak miał się ten biedny Pyłka bronić, kiedy nie miał absolutnie żadnych szans na wskazanie swego alibi na czas domniemanego zabójstwa? Sam bym się w takiej sytuacji nie wybronił. Czy policjanci, prokurator i sędziowie sądów dwóch instancji tego faktu nie dostrzegli? A może dostrzegali, ale był im strasznie niewygodny. Wznowienie postępowania sądowego da też szansę na udowodnienie, że koronny dowód z zeznania świadka Teresy J., która rozmawiała z Bogumiłem K. po tym, kiedy rzuciła kamykiem w okno Janusza, jest wielce niewiarygodny i to nie tylko dlatego, że nikt nie sprawdził grafiku pracy tej kobiety. A to właśnie na jego podstawie uznała, że rozmowa ta miała prawdopodobnie miejsce 23 stycznia. Podkreślam szczególnie użyte przez nią słowo „prawdopodobnie”, co zostało przecież w protokole przesłuchania zapisane. Jednak to nie ten dowód jest najważniejszy, ale zeznanie konkubiny Bogumiła K. i jej sąsiadki Iwony S., z których jak byk wynika, że 23 stycznia 2008 r. po dwukrotnej policyjnej interwencji, Bogumił K. około 22:00 przyszedł do mieszkania Iwony S. z zakrwawioną rękę i już z niego nie wychodził.

Tak więc historia z wpuszczeniem, czy w ogóle z bytnością Wojciecha Pyłki w tym dniu w mieszkaniu Laskowskiego, przedstawiona przez Bogumiła K. i przyjęta przez sąd jako najbardziej wiarygodne jego wyjaśnienie, jest po prostu jawną kpiną z art. 2, 4 i 7 kodeksu postępowania karnego i z logiki w ogóle. W aktach sprawy znajduje się notatka urzędowa (k.683), sporządzona 8 sierpnia 2008 r. przez funkcjonariusza sekcji dochodzeniowo-śledczej KMP, z której wprost wynika, że to on przeprowadził analizę zapisów połączeń telefonicznych „w okresie w jakim mogło dojść do zdarzenia” (czyli 23-24.08.2008) i ustalił, iż w okresie tym do Laskowskiego dzwoniły tylko dwie osoby, a konkretnie wspomniana już Iwona S. i Katarzyna M., czyli jedna z jego znajomych zamieszkała w gminie Bierutów powiat oleśnicki. Natomiast on sam zadzwonił tylko do Katarzyny S. o godzinie 02:00 w nocy, co analizujący ten dokument uznał za godzinę graniczną do wyznaczenia czasu zgonu i zadowolony z siebie na tym analizę ową zakończył. Ale gdyby nie był tak podekscytowany swym odkryciem i spojrzał na dalsze pozycje billingu, bez trudu by odkrył, że telefon Janusza Laskowskiego był czynny po południu w dniu 24 stycznia, następnie 25 stycznia i na koniec 30 stycznia.

I tak Wojciech Pyłka został oskarżony bez wyjaśnienia kto i w jakiej sprawie (oraz z którego miejsca) wysyłał SMS na numer telefonu Laskowskiego i odbierał te nadawane przez niego. Ten ktoś (dwie osoby zresztą) z nieboszczykiem esemesować nie mogły i dlatego Sąd Najwyższy i Prokuratura Krajowa uznały, że należy to wyjaśnić trakcie wznowionego procesu. Szkoda tylko, że ‘kurza ślepota” policjantów, prokuratorów i sądu I i II instancji spowodowało, że Pyłka bezpowrotnie stracił 13 lat ze swego życia.

Sprawa Wojciecha Pyłki. "Jest tragiczna, jak sprawa Tomka Komendy" - Wrocław (onet.pl)

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Kiedy w ubiegły czwartek odbierałem w jednym z punktów na Podzamczu numer tygodnika DB 2010, spotkałem uroczą panią, która mnie nie znając, wygłosiła taką oto opinię, że szkoda, iż ten co w tygodniku publikował „teksty polityczne” nagle tego zaprzestał, bo to co pisał, było dla niej jak tlen. Mocno to mnie podbechtało, więc szybko się ujawniłem i owa pani zaapelowała do mnie, abym powrócił do tych moich „politycznych” felietonów.

Przestałem je pisać po wygranych przez Zjednoczoną Prawicę wyborach do narodowego sejmu i wygranej narodowego prezydenta, ponieważ straciłem wiarę w to, że pisanie takich felietonów czemukolwiek służy, więc nie widzę sensu „naprawiania świata”, bo i tak tego co piszę, nikt sobie do serca nie bierze. Przyznam jednak, że rozmowa ze wspomnianą panią, trochę zaburzyła moje podejście do tego problemu, a ponieważ nadarzyła się okazja krytycznego podejścia do najnowszego wyskoku niedouczonych w zakresie wiedzy prawniczej wilczków „Solidarnej Polski” w sprawie likwidacji prawa obywatela do odmowy przyjęcia mandatu, pozwolę sobie na niepolityczne, bo raczej merytoryczne, zabranie w tej sprawie głosu.

Otóż sprawa ma się tak, że prawnicze tuzy „Solidarnej Polski” umyśliły sobie, iż do obowiązującego prawa, które pozwala obywatelowi na odmowę przyjęcia wystawionego mu mandatu za jakieś naruszenie obowiązujących przepisów, wprowadzić zmiany, które z grubsza rzecz biorąc, będą polegać na tym, że nawet jak odmówi, to funkcjonariusz publiczny mandat wystawi i w razie jego nieuiszczenia, sprawa zostanie skierowana do postępowania komorniczego. Jednym słowem funkcjonariusz państwowy mający prawo do nakładania mandatu, uzyska w ten sposób status sędziego, chociaż munduru na sędziowską togę zamieniać nie będzie musiał. Oczywiście, tak jak w przypadku orzeczeń sądowych, od takiego policyjnego wyroku będzie obywatelowi przysługiwała „apelacja” w postaci odwołania się w ciągu 7 dni do sądu, która będzie musiała zawierać pełny wykaz wszystkich dowodów wskazujących na niewinność obywatela. Czyli to on będzie musiał udowadniać, iż wielbłądem nie jest, co już samo w sobie jest niesamowitym kuriozum prawnym. Pomijam tu wymogi proceduralne takiego odwołania, które będą od obywatela wymagały dosyć dobrej znajomości często dla niego mało zrozumiałych przepisów proceduralnych, od zachowania których zależy los złożonego odwołania.

Tak więc mózgowcy z ZP umyślili sobie, aby obywatel w ciągu tych 7 dni zebrał – to znaczy procesowo udokumentował – dowody swojej niewinności, a następnie zgodnie z obowiązującymi przepisami dołączył je do wniosku o unieważnienie mandatu. I tu znajduje się kolejna pułapka, ponieważ jeżeli obywatel już po wniesieniu odwołania znajdzie lub zabezpieczy ewidentne dowody swojej niewinności, to już ich sądowi przedłożyć nie będzie mógł, bo nowo wymyślone „prawo” będzie tego zakazywało, a więc jego oprawo do obrony zostanie totalnie zdewastowane. Kolejna dewastacja dotyczy obowiązującego przecież przepis Konstytucji, który stanowi, że każdy zostaje uznanym za winnego jedynie w drodze prawomocnego wyroku sądowego. Tymczasem narodowi politycy „Solidarnej Polski” umyślili sobie, że mandat karny będzie podlegać egzekucji komorniczej nawet po wniesieniu odwołania do sądu, czyli mandat nałożony przez policjanta ma waloru orzeczenia prawomocnego. Wprawdzie ukarany w złożonym wniosku będzie miał prawo do wystąpienia o wstrzymanie wykonalności kary nałożonej mandatem do czasu prawomocnego orzeczenia, ale konia z rzędem temu, kto udowodni, iż każdy taki wniosek zostanie pozytywnie rozpatrzony. Poza tym nie wszyscy zwykli zjadacze chleba o takiej możliwości mają pojęcie, a więc będą musieli pozbyć się sporej kasy, aby skorzystać z pomocy zawodowego prawnika, co i tak nie daje gwarancji wygranej. A ponieważ taki mandat może sięgać nawet 5 tys. zł, do tego koszty obrońcy, koszty sądowe (w przypadku przegranej), mogą sprawić, że taki upierdliwy obywatel żądający poszanowania swoich obywatelskich praw, może płynąć na niezłą kasę, które zapewni narodowemu rządowi zaspokajanie swoich różnych niekoniecznie narodowych potrzeb.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest uzasadnienie do tego projektu, albowiem wynika z niego, że bystrzaki z ZP postanowili pochylić nad trudnym losem obywatela, który według nich odmawiając przyjęcia mandatu, działa pod presją emocji, przez co tylko sam sobie szkodzi, albowiem – UWAGA UWAGA – jak mandat zapłaci, to już nie może się od tego odwołać, więc później tego żałuje, ale jest już za późno. Więc dobrotliwe narodowe państwo od traumy tej go uwolni, dając mu możliwość odwołania się do sądu od nałożonego nań mandatu. Powinien to docenić, bo przecież odmowa przyjęcia mandatu przyczynia się jednocześnie do nadmiernego obciążenia sądów zbędnymi postępowaniami. Przełamując ogarniającą mnie chęć do szaleńczego chichotu zwrócę tylko uwagę, że odebranie prawa do odmowy przyjęcia mandatu niczego tu nie zmieni, ponieważ nie spowoduje to zmniejszenia liczby odwołań. Wszak odmowa przyjęcia mandatu spowodowana jest przekonaniem, że został on nałożony niesłusznie lub bezpodstawnie. Na dodatek wygląda na to, że narodowi posłowie, którzy ten projekt złożyli, nie sprawdzili wcześniej, iż sprawy dotyczące odmów przyjęcia mandatów, to w skali roku jedynie 1% wszystkich wszczynanych w sadach postępowań. Zresztą jakoś się temu nie dziwię, bo mam wrażenie, że pojemność ich czaszek nie pozwala na rozwiniecie jakiejś głębszej myśli. Uzasadnię to w ten sposób, że jeśli ci mózgowcy tak bardzo martwią się o dobrostan ukaranych mandatem, to powinni wnieść poprawkę rodzaju, że prawo do wniesienia odwołania od mandatu przysługuje również w przypadku jego przyjęcia, co możliwość traumy tym faktem spowodowaną z miejsca zlikwiduje. W tym miejscu chcę zatem wszystkich poinformować, że zgodnie z art. 101 §1 kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia, każdy prawomocny mandat karny podlega niezwłocznie uchyleniu, jeżeli grzywnę nałożono za czyn niebędący czynem zabronionym jako wykroczenie albo na osobę, która popełniła czyn zabroniony przed ukończeniem 17 lat, albo gdy ustawa stanowi, że sprawca nie popełnia wykroczenia z przyczyn, o których mowa w art. 15–17 Kodeksu wykroczeń.

Nie mam wątpliwości (w ślad za wielkimi prawniczymi autorytetami), że ten jak najbardziej niekonstytucyjny i niezgodny ze standardami cywilizowanego świata projekt zmian, na ma celu nałożenie obywatelowi obroży z kagańcem, aby przede wszystkim uniemożliwić mu publiczne wyrażanie swojej opinii o aktualnie rządzących. Zwłaszcza na różnego rodzaju manifestacjach. Dlatego zwracam uwagę, że art. art. art.15 -16 kodeksu wykroczeń stanowią, że nie popełnia wykroczenia, kto w obronie koniecznej odpiera bezpośredni bezprawny zamach na jakiekolwiek dobro chronione prawem, albo kto działa w celu uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego dobru chronionemu. Myślę, że wielu sędziów, którzy sędziowskiemu ślubowaniu jeszcze się nie sprzeniewierzyli uzna, iż niepodporządkowanie się bezprawnym rozporządzeniom ministra łamiącym Konstytucję, która jest dobrem chronionym przez prawo, żadnym wykroczeniem nie jest i nałożone i prawomocne mandaty uchyli. Trzeba tylko umieć się bronić, ale aby to czynić, trzeba się przysługującym każdemu z nas prawem zapoznać.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Od „zawsze”, bo od swych młodzieńczych lat, w których zacząłem pojmować to, co się wokół mnie dzieje, wiedziałem, co to znaczy być przyzwoitym, albowiem moja mama nie tylko mi to tłumaczyła, ale też wielokrotnie powtarzała, abym zawsze starał się takim być. Nie miałem więc problemu, aby zgodnie z jej wolą o to przynajmniej się starać. I kiedy po latach, od nieodżałowanego Władysława Bartoszewskiego, usłyszałem, że kiedy nie będziemy wiedzieli jak się zachować, to po prostu mamy zachować się przyzwoicie, wiedziałem dobrze, co ten wielce doświadczony życiowo człowiek chciał nam przekazać.

Nadeszły jednak takie czasy, że słowo traci swój pierwotny sens i znaczenie, więc aby się w pieniącym wokół mnie chaosie nie pogubić, zajrzałem do mojego starego słownika (z okresu PRL), by sobie przypomnieć, że przyzwoitość, to nic innego jak przestrzeganie dobrych obyczajów i norm etycznych. Mówiąc inaczej to moralność, skromność, uczciwość i obyczajność. 

Niestety, coraz rzadziej z takimi postawami się spotykam, a kiedy przysłuchuję się wieściom płynącym z naszego polskiego światka politycznego, za każdym razem nachodzi mnie refleksja, że czasy obecne z tak rozumianą przyzwoitością mają coraz mniej wspólnego. Słyszę oto, że druga osoba w państwie zabawia się gdzieś na południowym wschodzie polski z nieletnią czy nawet małoletnią ukraińską prostytutką, co ponoć nagrane zostało przez prowadzących tam burdele przedstawicieli rosyjskojęzycznej mafii, współpracującej z niektórymi (na szczęście już byłymi) funkcjonariuszami CBŚP, a człowiek ten w spokoju dalej pełnił powierzoną mu zaszczytną funkcję państwową. Widać więc, że w całkowite zapomnienie odeszła stara maksyma, iż nawet „żona cezara musi być wolna od jakiegokolwiek cienia podejrzeń”. Wprawdzie, kiedy się okazało, że z rządowych samolotów uczynił dla siebie, swojej rodziny i znajomych prywatną podniebną taksówkę, stanowisko stracił, ale nie dlatego, że zachował się nieprzyzwoicie, tylko dlatego, jak ogłosił prezes Jarosław, że vox populi vox dei, czyli głos ludu (jest) głosem Boga.

Przyznam, że po ogłoszeniu wyników niedawnych wyborów parlamentarnych trochę zgłupiałem, kiedy usłyszałem, że głosami ludu tenże człowiek ponownie do polskiego sejmu został wybrany. I nie wiem, czy pomylił się prezes Jarosław, czy sam Bóg, który swą wolę ogłasza decyzjami ludu. Zwłaszcza tego pracującego ze wsi i miasteczek.

Łapię się za głowę z przerażenia, kiedy słyszę, że kryształowo przyzwoity człowiek, tak przyzwoity, iż nie było potrzeby czekania na efekty sprawdzenia go przez służby specjalne, wybrany na najważniejszego kontrolera wszystkiego co w kraju można skontrolować, okazał się zwykłym kolesiem panów z grupy towarzyskiej zwyczajowo zwanej mafią. Mało tego, kierując organem walczącym z tzw. mafią watowską, nie widział i nie wiedział (ponoć), że ulokowała się ona również w kierowanym przez niego ministerstwie, kierowana przez jego w tym ministerstwie prawą rękę. Ponadto, ten tak szlachetny i kryształowo uczciwy obywatel i patriota, oszukiwał podległych mu urzędników (a tym samym nas wszystkich), kombinując na wszelkie sposoby, aby płacić jak najmniejsze podatki.

Mając takie przykłady uczciwości (więcej nie będę wymieniał, bo stron w tygodniku by zbrakło), nawet się nie zdziwiłem, że oto z list partyjnych prezesa Jarosława na poselską posadę wystartowała pani, która w poprzedniej kadencji sejmu nie miała żadnych oporów, aby głosować na tak zwane dwie ręce. Czyli bezczelnie dopuściła się ordynarnego oszustwa parlamentarnego, a jednocześnie przestępstwa przekroczenia uprawnień służbowych, o co nawet prokurator okręgowy z Warszawy miał pretensję, stawiając jej stosowny zarzut.

I kiedy myślałem, że nic mnie w tej materii już nie zaskoczy, nagle okazało się, że mojej wyobraźni wiele jeszcze brakuje, bo oto dowiaduję się, że prezes Jarosław postanowił, aby do organu nadal uporczywie zwanego Trybunałem Konstytucyjnym, desygnować panią, która podczas obrad sejmowej komisji sprawiedliwości głosowała za ustawowym przepisem, chociaż miała, jako doktor nauk prawnych, pełną świadomość, że przepis ten jest absolutnie niekonstytucyjny. Przypomnę jej ówczesną argumentację: ”Z powodu umowy politycznej będę głosowała tak jak mój klub, natomiast podzielam w pełni pogląd pana ministra Warchoła i uważam, że zapis jest wprost jaskrawie sprzeczny z konstytucją w swoim brzmieniu.”

Nie wysilając się na własny, posłużę się komentarzem jednej wielce przeze mnie szanowanej dziennikarki, że jaki Trybunał, taka kandydatka. Smutne to niesamowicie, ale jakże prawdziwe.

Taki sam brak wyobraźni nie pozwolił mi nawet na cień przypuszczenia, że do tego szczątkowego organu (wg zasady, że organ mało używany ulega zanikowi) prezes Jarosław raczy desygnować swojego „prokuratora stanu wojennego”, którego cyniczne szczerzenie uzębienia, sztucznego tak samo jak jego „kombatancka” przeszłość, powoduje niekontrolowane przeze mnie odruchy zaciskania pięści.

Nie to, abym miał cokolwiek przeciw „prokuratorom stanu wojennego”, bo znam wielu takich bardzo przyzwoitych i zawodowo rzetelnych prokuratorów, a i sam byłem funkcjonariuszem publicznym tamtych czasów. Chodzi mi o to, iż zwykła przyzwoitość – jaką wpoiła mi moja mama, starsza od Jadwigi Kaczyńskiej tylko o dwa lata – nie pozwala desygnować na to stanowisko człowieka z taką przeszłością, po tym jak brutalnie pozbawiło się rent i emerytur ludzi, którzy w swych życiorysach zawodowych mieli chociażby tylko kilka dni służby organach bezpieczeństwa PRL, a po transformacji ustrojowej dalej wiernie i ofiarnie przez lata służyli państwu i społeczeństwu. To już nie tylko brak przyzwoitości, lecz zwykłe – nie tylko polityczne – draństwo i kpina z polskiej i światowej opinii publicznej.

Problem w tym, że jak mawiała moja mama, człowiek nieprzyzwoity, opinię publiczną ma w pewnym szczególnym miejscu, będącym antypodami głowy. Przypomniała mi się trawestacja znanego popularnego powiedzenia, często używana (w czasach moich prawniczych studiów) przez dziekana Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego docenta1 Andrzeja Kordika, który lubił mawiać, pokaż mi swój nocnik, a powiem ci kim jesteś. Zdaje mi się, że obraz nocnika, zarówno prezesa jak i jego kolejnych już nominatów, mam w głowie i absolutnie nie muszą mi go pokazywać.

1. W okresie Polski przedwojennej oraz w Polsce Ludowej do 1987 roku docentura była stanowiskiem pośrednim pomiędzy adiunktem a profesorem nadzwyczajnym. Z wyjątkiem lat 1965-1969 tytuł ten przyznawany był osobom posiadającym stopień doktora lub doktora habilitowanego.

Napisz komentarz (1 Komentarz)

 Zastanawiam się kim jest człowiek, który zlecił w KWP we Wrocławiu wszczęcie dochodzenia w sprawie przestępstwa, które jako żywo nie miało miejsca. Czym on się kierował? Bo z mojego punktu widzenia musiał to być osobnik z niesamowicie przerośniętym ego, które wywołuje absolutne przekonanie, iż można mu wszystko, zwłaszcza mieć w dupsku prawo, a szczególnie innych ludzi, do których zapewne nie czuje nic innego niż pogardę.

Nie wiem, kto takie polecenie wydał, nie wiem jakie pełni w KWP we Wrocławiu stanowisko, więc z pewnością, iż nie urażam niczyich dóbr osobistych, mogę śmiało stwierdzić, że jest to niesamowity cymbał.

Jak nazwać kogoś, kto zgłasza swoim byłym podwładnym przestępstwo wiedząc, że nie miało ono miejsca, podpowiada kodeks karny.

Ale jak nazwać kogoś, kto tak postępuje, bo nie zdaje sobie sprawy z tego, że mu robić tego nie wolno? Niech każdy sam sobie odpowie. Ja nie potrafię, bo skończył mi się zasób określeń, a nie chcę takiego kogoś określić mianem, na które nie zasługuje, bo jest zbyt dla niego łagodne.

Złożyliśmy zawiadomienie do prokuratury. Czekamy na efekt, chociaż mamy świadomość, że to nie czasy, kiedy na sprawiedliwość liczyć można było jak kiedyś na Zawiszę Czarnego.

Napisz komentarz (9 Komentarzy)

 Ponoć 4 czerwca 1989 roku „Solidarność” całkowicie pogrążyła tzw. komunę, odnosząc nad nią druzgocące zwycięstwo i odsyłając ją w niebyt historii. Ponoć, … bo taki przekaż bez przerwy sączy się od 30 lat, wykoślawiając obraz z tamtej rzeczywistości.

Jeżeli ta „komuna” została rzucona na kolana, to kto wprowadził Polskę do NATO i Unii Europejskiej, kto przeforsował napisanie nowej konstytucji, w obronie której zacięcie dziś staje wielu twardogłowych "antykomunistów" z lat 80-tych. Oni wprawdzie nadzwyczaj obłudnie i cynicznie z przestrzeni publicznej wypychają polską lewicę (tę, która czasów PRL w czambuł nie potępia), ale z drugiej strony, bez tej lewicy ponieśliby jeszcze bardziej sromotną klęskę w walce z pisowskimi zagonami.

Jak to było z tym wielkim zwycięstwem nad „komuną” w czerwcu 1989 roku, piszę w felietonie zamieszczonym w DB 2010 z 06.06.2019 (Załącznik).

 

Załączniki:
Plik
Pobierz plik (DB2010 z 06.06.2019.png)4 czerwca - niechciana prawda
Napisz komentarz (4 Komentarze)

 Jest rzeczą oczywistą, że w aktualnej sytuacji SLD nie miał raczej wyboru i aby nie ryzykować utraty miejsc w Parlamencie Europejskim, zdecydował się na przystąpienie do Koalicji Europejskiej. Z oporami, ale się z tym musiałem pogodzić, jako że zawsze byłem realistą i starałem się kierować rozumem, a nie emocjami. Niekiedy bywa to trudne, ale zawsze wówczas trzeba mieć na uwadze długofalowe skutki podejmowanych decyzji. W sytuacji, w jakiej postawił Polskę prezes Jarosław, lepszego wyjścia nie było.

Oczywiście można mieć – i ja mam – do SLD pretensje, że w tak głupi sposób zmarnotrawił olbrzymie poparcie, jakie uzyskał zaraz po tym, kiedy ludzie odczuli na własnej skórze, czym jest XIX-wieczna forma kapitalizmu, a taki nam „Solidarność” pospołu z Balcerowiczem, na początku lat 90-tych, zafundowała. Przejmując ster rządów, ze strachu przed prawicową opinią publiczną (pamiętne: Lewicy wolno mniej), a także po części z własnych merkantylnych interesów niektórych swych prominentnych członków, Sojusz stosunkowo szybko i łatwo zapomniał, że był partią stającą w obronie słabszych ekonomicznie obywateli, żyjących z pracy własnych rąk i umysłów. Zbyt szybko stał się partią liberalną i to go zgubiło.

Obecnie, znajdując się w zasadzie na obrzeżach polskiej sceny politycznej, musi robić wszystko, aby z niej na zawsze już nie zniknąć. A jedynym na to sposobem, jest przyłączenie się do silniejszego, licząc na to, że w parze z nim, uda mu się coś dla siebie ugrać. Ale myślę, że w SLD wiedzą, że taki „myk” można i należało zrobić w przypadku wyborów do Parlamentu Europejskiego, ale jeżeli chodzi o wybory do parlamentu krajowego, to aby marnie nie zginać, musi pójść pod własnym szyldem.

Dlaczego? O tym przy następnej okazji.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)