Obrywa mi się od moich kolegów, że wyraziłem negatywną opinię o pani Lempart (Strajk Kobiet), która pozwala sobie na plucie i wulgarne zachowanie wobec pojedynczych policjantów, którzy wykonując polecenia służbowe, stoją w szyku zwartym. Moja negatywna opinia dotyczyła ZACHOWANIA SIĘ tej pani, a nie tego, o co wraz z tysiącami innych kobiet od lat walczy. Bo jestem z nimi, ale to nie znaczy, że z tego tytułu MOIM OBOWIĄZKIEM ma być aprobata zwyczajnego chamstwa i prostactwa.

Jako JEDYNY w Wałbrzychu, a być może i całym regionie, napisałem i opublikowałem w wałbrzyskim tygodniku – chyba będzie już ze 4 lata temu – felieton zatytułowany STOP BANDYTOM W MUNDURACH. Chodziło o tych „funkcjonariuszy”, którzy na terenie komisariatu znęcali się nad zatrzymanymi, co w jednym przypadku skończyło się jego śmiercią. Zbrodnia popełniona na Igorze Stachowiaku miała miejsce później.

I wówczas spotkałem się z falą hejtu ze strony nie tylko części wałbrzyskich policjantów (powtarzam, części), ale także ze strony niektórych moich znajomych, kolegów-emerytów z wspólnej służby, którzy zarzucali mi, że pluję we własne gniazdo.

Dziś, gdy zabieram głos, wołając, że nikt nie ma prawa obrażać policjanta, który nie dopuścił się żadnego haniebnego czynu, ale wykonuje polecenia przełożonych, bo jest w formacji, gdzie działa się na rozkaz, spotykam się z zarzutami, że bronię niby łajdaków, którzy biją kobiety pałkami teleskopowymi, czy łamią prawo w czasie zatrzymań, albo niezgodnego z prawem legitymowania obywateli.

Nie chcę już tego wszystkiego od nowa tłumaczyć. Wspomnę więc tylko, że od samego początku stanąłem w obronie b. funkcjonariuszy SB, którzy po weryfikacji rozpoczęli służbę w formacjach mundurowych III RP, chociaż doskonale wiedziałem, jakich łajdactw dopuszczali się niektórzy funkcjonariusze tej formacji. Ale ocenę każdego z nich należy opierać na indywidualnych dokonaniach i przewinach.

Tak więc drodzy koledzy i koleżanki, miejcie to też na uwadze, kiedy dziś mi zarzucacie, że bronię przestępców w mundurach.

Jako ateista „od urodzenia” powiadam wam, że zaprawdę po czynach takich poznacie. Więc miarkujcie swe zacietrzewienie.

Napisz komentarz (1 Komentarz)

 Niejaka Lempart która jest ponoć szefową Strajku Kobiet, zwyzywała i opluła wczoraj - 28.11.2020 - policjantów stojącym w ordynku na jednej z ulic Warszawy. W ten sposób bardzo widowiskowo i wzniośle uczciła 102 rocznicę uzyskania przez Polki prawa wyborczego. Musi być z siebie niesamowicie dumna. 

Uważam, że Maria Lempart swoim chamskim zachowaniem Strajkowi Kobiet, a przede wszystkim wszystkim manifestującym na ulicach niesamowicie szkodzi. Proszę o wybaczenie, ale dla mnie to zwykła prostaczka, która sobie uzurpowała prawo znieważania wszystkich w koło i to w mało wyszukany sposób.

Należy potępiać i piętnować brutalność Policji, ale nie można obrażać i traktować jak szmatę każdego funkcjonariusza wysłanego na ulice przez swoich przełożonych. Owszem, uważam, że jak szmatę należy traktować policjanta, który Konstytucję i prawa obywatela ma w dupie, a wysłanie go na ulice traktuje, jako okazję do uwolnienia swoich prymitywnych cech osobowości.

żaden sposób nie można traktować policjantów w taki sposób, jak potraktowała ich w 2009 roku koalicja PO-PSL-PiS i 2017 roku koalicja Zjednoczona Prawica czyli de facto PiS, którzy wszystkich funkcjonariuszy mundurowych, byłych zweryfikowanych funkcjonariuszy SB potraktowała z buta jak przestępców, nie pozwalając im na prawo do indywidualnego osądzenia.

Nie można traktować wszystkich funkcjonariuszy w taki sposób, jak to w stosunku do funk. MO opowiadał wczoraj w TVN 24 niejaki Maciej Karczyński, były policjant i były rzecznik prasowy ABW. Otóż powiedział, że do Policji wstąpił w 1991 roku, ale do Milicji Obywatelskiej nigdy by nie wstąpił.

Przy tym ów pan wyraził przekonanie, że według niego w czasach PRL porządku w państwie (było takie jakie było, bo inne być wówczas nie mogło) powinni pilnować gangsterzy, a być może wolał, aby czynili to funkcjonariusze ówczesnej NKWD, przysłani z Moskwy. Dziwi mnie ten jego stosunek do dawnej Milicji, ponieważ jego własny ojciec i wujek byli jej funkcjonariuszami w Szczecinie.

Czyżby nowy Pawka Korczagin się objawił? Ojciec i wujek zapewne są z niego bardzo dumni, a tu masz - co za siurpryza - on nimi gardzi.

Tak też i pani Lempart nie ma prawa obrażać policjantów (im gremio) za to, że kazano im wyjść na ulice, a ona wczoraj obrażała tych, którzy żadnego niezgodnego z prawem działania nie podjęli. Czyżby walała, aby zamiast nich w tym miejscu stali funkcjonariusze Straży Narodowej niejakiego Bączkiewicza, Rycerze Chrystusa, czy jakieś inne Brygady Maryi?

Nie cieszy mnie to, że jakaś „chamówa” uzurpuje sobie prawo bycia twarzą i symbolem tych jakże słusznych manifestacji.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

 Tak się złożyło, że w moim milicyjno-policyjnym życiu tylko kilka razy – chyba trzy – brałem udział w operacyjnym zabezpieczeniu tłumu, który wbrew obowiązującym przepisom, gromadził się na ulicach miast. Miało to miejsce za czasów PRL (1982 r.), ale tylko jeden raz przydarzyło mi się podjąć interwencję.

Miało to miejsce w Dzierżoniowie, gdzie na Pl. Wolności (to taki centralny plac w tym mieście spełniający rolę Rynku), gdzie zebrało się kilkuset manifestantów, którzy w sposób pokojowy żądali uwolnienia z internowania Lecha Wałęsy. Wokół nich i w okolicznych uliczkach zgromadzeni byli umundurowani funkcjonariusze MO, - mogło ich być nie więcej niż setka - którzy jednak nie ruszyli „do boju”, aby skandujący tłum pałować, jak też nie widziałem, aby milicjanci kogoś legitymowali.

Jako funkcjonariusz operacyjny z wydziału kryminalnego KW MO w Wałbrzychu (WUSW jeszcze nie było) wraz moimi kolegami z wydziału oraz sekcji kryminalnej KP MO w Dzierżoniowie, zostaliśmy skierowani do operacyjnego rozpoznania sytuacji w tłumie. Naszym zadaniem było rozpoznanie prowodyrów nawołujących do agresywnych zachowań, lub takie podejmujących i wskazywanie ich umundurowanym funkcjonariuszom, którzy mieli ich następnie wylegitymować albo nawet zatrzymać. Tylko w skrajnych przypadkach byliśmy zobowiązani do podjęcia dyskretnych działań bezpośrednich, ale przeprowadzonych w taki sposób, aby nie doprowadzać do podgrzania emocji tłumu. Nie mieliśmy żadnych pałek i broni, a jedynie Ręczne Miotacze Gazu (RMG) dla ewentualnej obrony własnej. Używanie ich w innych w celach było wręcz zabronione.

Byłem świeżo po kursie oficerskim MO na Akademii Spraw Wewnętrznych i doskonale pamiętam wykłady dotyczące działań oddziałów zwartych MO w takich przypadkach, jak w Dzierżoniowie. Uczono nas dokładnie tego, co było zawarte w rozkazie skierowanym do nas, przed wejściem w tłum. Obserwować, umiejętnie odseparować, aby umożliwić przejęcie danej osoby przez mundurowych.

Kiedy w tym tłumie zauważyłem młodzieńca, – około 17 lat – który na ul. Świdnickiej rzucił pod koła oznakowanego radiowozu „przebijającego” się powolutku przez tłum tzw. jeża, mającego przebić opony pojazdu, poszedłem za nim i kiedy wyszedł na chodnik, aby się spokojnie i bezpiecznie oddalić, podszedłem do niego, dyskretnie pokazałem mu tak zwaną blachę i poprosiłem, aby zachowywał się spokojnie. Wziąłem go pod rękę i zamierzałem wyprowadzić go jak najdalej od tłumu, aby w stosownej sytuacji przekazać go mundurowym. Niestety, ktoś w tym tłumie się zorientował i w naszym kierunku ruszyła grupa kilkunastu (a może kilkudziesięciu) osób z okrzykiem „zabić gliniarza” czy coś w tym rodzaju, a w powietrzu zaczęły latać rzucane kamienień, mutry od śrub i właśnie takie stalowe kolczatki. Miałem szczęście, że ulicą do której już doszliśmy, a w zasadzie dobiegliśmy, przejeżdżał radiowóz i zdążył nas zabrać.

Później w dzierżoniowskiej komendzie przez kilka godzin ROZMAWIAŁEM z tym chłopakiem, czego efektem było ujawnienie przez niego tzw. „zbrojowni” w Zakładach „Diora”, gdzie produkowano i magazynowano broń w postaci samodziałów, rurek z materiałami wybuchowym i właśnie te nieszczęsne stalowe „jeże”.

Wspominam to na widok „mięśniaków” w cywilnych ubraniach, bez żadnego policyjnego oznakowania, którzy będąc w zachowującym się pokojowo tłumie zaczęli wyciągać z niego kobiety, a kiedy spotkali się ze słuszną SAMOOBRONĄ, wyciągnęli pałki teleskopowe i zaczęli nimi te kobiety grzmocić.

Demonstrujący mieli prawo sądzić, że te umięśnione typy, to członkowie nacjonalistycznych bojówek, które tak samo wyglądały i tak samo zachowywały się podczas „wielkiego marszu kobiet w Warszawie i podczas tzw. Marszu Niepodległości”. Mieli prawo tak myśleć, ponieważ praworządni gliniarze nigdy by tak nie postąpili, ponieważ jest to NIEZGODNE Z PRAWEM, które oni mają nie tylko chronić ale i (przede wszystkim ) przestrzegać.

W policyjnych przepisach nie ma mowy o „nieumundurowanych oddziałach zwartych Policji”, a więc brak policyjnego oznakowania, stawiał tych panów na równi z naziolami i kibolami, walczącymi z Policją w Dniu Niepodległości. 

Nałożenie później przez niektórych z nich opasek z napisem Policja niczego nie zmienia. Tym bardziej, że obowiązujące rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji z 20 maja 2009 r. w sprawie umundurowania policjantów (Dz.U.2009.90.738), opasek z napisem „Policja”, jako częścią umundurowania nie wymienia. A opaski takie każdy może sobie kupić w różnych internetowych (i nie tylko) sklepach.

 

Napisz komentarz (3 Komentarze)

 Serce rosło na ten widok ... Gnom zlał się ze strachu w porcięta i umknął do domu Gapetto. Bojówki Skazanego ale Ułaskawionego też tam się pojawiły, ale bały się napadać - jak w dniu poprzednim - na Polaków i tylko przepalały benzynę kupowaną z naszych podatków i setkami stali na ulicy.

Marionetki Gnoma w po zapewnieniu Polkom horroru piekła rodzenia płodów bez mózgów, z organami na zewnątrz, otrzymały nowe zadanie.

Teraz mają uznać za niezgodny z Konstytucją starszy od niej przepis prawa cywilnego, respektowany od dziesięcioleci, według którego przedsiębiorca może żądać odszkodowania od Skarbu Państwa za działalność tegoż Państwa, jeżeli z tego tytułu poniósł szkodę materialną. Państwo, które niekiedy musi takie niekorzystne dl przedsiębiorców działa przeprowadzić, wymyśliło zgodne z Konstytucją stany nadzwyczajne, w tym stan klęski żywiołowej.

Ponieważ Gnom bał się, że jego Kukiełka drugi raz wyborów nie wygra, nie wprowadził stanu klęski żywiołowej, co dziś pozwala przedsiębiorcom występować na drogę sądową o wysokie odszkodowania. Wielokrotnie wyższe od tych, jakie by im przysługiwały na podstawie ustawy o stanie klęski żywiołowej.

Umyślił więc Gnom sobie, że żona ps. Wolfganga uzna, iż te przepisy kodeksu cywilnego są niezgodne z Konstytucją i po ptokach. Tak jak z przepisami o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży.

Chodzi o art. 417 kodeksu cywilnego.

Obecnie Gapetto wprowadza rozporządzeniami przepisy, które chociaż z uwagi na pandemię są słuszne, to jednak są niezgodne z Konstytucją, ponieważ tylko ustawa może ograniczyć czasowo wolności obywatelskie zapisane w Konstytucji. Zamiast więc wprowadzić stan klęski żywiołowej, znów burzą cały system prawny, oparty na Konstytucji i ustawach. A ludzie w sądach będą musieli walczyć o swoje, więc sądy są z każdym dniem upartyjniane, aby Gnom przegranymi nie musiał się zamartwiać.

Podano wiadomość, że Kukiełka złapała koronę … kuźwa, najgorsze, że nie wypada powiedzie, jakie nadzieje z tym zaczęły się w mojej głowie wykluwać.

Napisz komentarz (43 Komentarzy)

 17 września 1939 roku Armia Czerwona wkroczyła do Polski, a jedną z osobistych dla mnie konsekwencji tego wydarzenia, było zamordowanie w 1940 roku przez NKWD w Kozielsku, mojego wujka Tadeusza Drożdża. 

81 lat temu, 17 września 1939 roku, Armia Czerwona wkroczyła do Polski, realizując postanowienia Paktu Ribbentrop – Mołotow. Dlaczego Stalin pakt taki z Hitlerem zawarł, to całkiem osobna historia i wiele razy na ten temat się wypowiadałem i pisałem. Nie negując faktu, że był to akt jawnej agresji, nie trudno jednak nie zauważyć, że był on również efektem dalekowzrocznej polityki Stalina, który nie miał najmniejszej wątpliwości, że prędzej czy później Hitler wyda rozkaz ataku na Związek Radziecki. Nie przewidział jedynie, że atak ten nastąpi tak szybko. Jednakże ta decyzja Stalina – o podpisaniu Paktu i wkroczeniu Armii Czerwonej na tereny Polski, w rezultacie uchroniła ZSRR przed klęską, a tym samym miała decydujący wpływ na dalsze losy wojny, w tym z jej zakończeniem podpisaną kapitulacją w maju 1945 roku. 

Niemcy od 3 września 1939 roku nieustająco ponaglali Stalina, ażeby zajął obszary, ustalone w pakcie Ribbentrop-Mołotow jako strefa interesów ZSRR, ale Stalin zwlekał z podjęciem takiej decyzji. Mimo wszystko czekał na to, jak zachowają się wobec niemieckiej agresji na Polskę Wielka Brytania i Francja. A jak ta pomoc - określona przecież w podpisanych z Polską umowach sojuszniczych – wyglądała, wiedzieć powinien każdy Polak. 17 września Stalin uznał, że nie ma na co czekać, bo kiedy Hitler uderzy na niego, również i on pomocy od Anglii, Francji czy USA nie otrzyma. 

Gdyby nie to, że Armia Czerwona we wrześniu 1939 roku przesunęła granice ZSRR o 300 km na zachód, w 1941 roku hitlerowskie hordy pod murami Moskwy stanęłyby na długo przed nadejściem zimy. A to właśnie sroga rosyjska zima w głównej mierze w 1941 roku spowodowała zatrzymanie impetu natarcia Niemców. Dzięki temu Hitler Moskwy nie zdobył, a Stalin uzyskał czas na przygotowanie się do dalszej obrony, a następnie ofensywy na zachód. Czym się to skończyło, wszyscy wiemy. 

Nie zmienia to faktu, że 17 września ZSRR dokonał wrogiej agresji, ale jednocześnie nie można zapomnieć, że mimo tej agresji Polska nie znalazła się w ZSRR w stanie wojny. Wieczorem 17 września Naczelny Wódz wydał następujący rozkaz: 

"Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony albo próby rozbrojenia oddziałów. (...) Miasta, do których podejdą bolszewicy, powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii". 

Władze polskie wzywając do unikania walki z Armią Czerwoną nie uznały jej wkroczenia za powód do wypowiedzenia wojny i nie zerwały stosunków dyplomatycznych z Moskwą. Jedyną ich reakcją była paniczna ucieczka do Rumunii, do czego się przygotowywały czekając na granicy z tym państwem już od 15 i 16 września. A więc wiele godzin przed tym, kiedy Stalin wydał rozkaz wkroczenia do Polski.

17 września mój wujek Tadeusz Drożdż, jako członek Związku Strzeleckiego, przyłączył się z grupą kolegów do jednego z oddziałów Polskiego Wojska, do którego prawdopodobnie rozkaz Naczelnego Wodza nie dotarł i brał udział w walkach, jakie oddział ten stoczył z oddziałami Armii Czerwonej. Zostali rozbici i poszli do niewoli, a wujek Tadek, jako syn policjanta, trafił do Kozielska, gdzie też został później zamordowany strzałem w tył głowy.

Wiem o tym, ponieważ po wojnie, do mojej ciotki Longiny Drożdż, która w 1946 roku wraz z mamą i siostrami (ojciec był w Armii Andersa) wróciła z Sybiru, dotarł jej przedwojenny bliski kolega Ryszard Soroka i opowiedział o okoliczności śmierci Tadeusza Drożdża. On sam uniknął jej przez przypadek, ponieważ kula wystrzelona w kierunku jego głowy, tylko go ogłuszyła, a strzelający enkawudzista był przekonany o swej skuteczności. Nocą Soroka wygrzebał się spod zwału trupów i udało mu się uciec.

Napisz komentarz (11 Komentarzy)

 Po tym, kiedy doszedłem do wniosku, iż wszelkie gazetowe politykowanie nie ma sensu, co stało się po niedawnym wyborze nominanta prezesa Jarosława na staro-nowego prezydenta III RP, ogłosiłem na łamach DB2010, że nie będę się już polityką zajmować. Jednak czas leczy rany i koryguje wcześniejsze postanowienia, będące efektem określonych stanów emocjonalnych. Doszedłem więc do wniosku, że jednak w sprawach politycznych znów głos muszę zabrać, ponieważ dzieją się rzeczy brzydkie, wymagające komentarza. Używając określenia „rzeczy brzydkie”, mam przede wszystkim na myśli, obrzydliwe dla mnie fałszowanie historii, zwłaszcza tej najnowszej, dotyczącej czasów, w których żyłem, i których byłem pilnym obserwatorem i komentatorem, osobiście uczestnicząc w wielu dziejących się na różnych płaszczyznach wydarzeniach. Do zabrania głosu w temacie polityczno-historycznym, dotyczącym obchodów 40-lecia podpisania tzw. Porozumień Sierpniowych, zmusiły mnie publikacje z tym związane, jakie pokazały się w wałbrzyskich tygodnikach, a które jak mniemam, inspirowane były przez jedną osobę, na co wskazuje powtarzalność niektórych argumentów (w ich dosłownym brzmieniu), budowa zdań i używanie tych samych zwrotów i niektórych fraz. Niestety, publikacje te zawierały jawne bądź ukryte wątki, będące zwykłymi fałszerstwami naszej historii, lub używając bardziej stonowanego języka, spełniały rolę „gumki myszki”, wymazującej ze świadomości społecznej prawdziwy obraz tamtych historycznych wydarzeń.

Nie chcąc się na ten temat rozpisywać, przechodzę do konkretów. Pierwszym z nich, to przypomnienie, że w sierpniu 1980 roku żadnego związku zawodowego o nazwie „Solidarność” nie było, bo związek taki został zarejestrowany dopiero 10 listopada 1980 roku. Porozumienia sierpniowe zostały natomiast podpisane (z przedstawicielami rządu PRL, czyli w istocie z kierownictwem PZPR) przez różne komitety strajkowe, reprezentujące strajkujące załogi robotnicze w największych państwowych zakładach produkcyjnych, dających w czasach PRL zatrudnienie i stabilizację zawodową i życiową całemu polskiemu społeczeństwu. Zakładach, które przez tzw. obecnie komunę zostały odbudowane z wojennych zgliszcz, unowocześnione lub zbudowane od podstaw. Najbardziej znane i wiodące w całym ruchu strajkowym, były komitety strajkowe w Stoczni Szczecińskiej i Gdańskiej, przy czym pierwsze porozumienie podpisane zostało w Szczecinie. Bardzo znamienny jest więc fakt, że te najważniejsze dla współczesnej historii Polski porozumienia zostały podpisane w miastach, które dzięki temu, że w 1944 roku władzę przejęli tzw. komuchy, znalazły się w granicach Polski, co formalnie zostało potwierdzone dopiero dzięki usilnym staraniom I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki. Przypomnę, że starania Gomułki prowadzone były wbrew intencjom I sekretarza KC KPZR Nikity Chruszczowa i zakończone zostały układem podpisanym 7 grudnia 1970 roku przez premiera Józefa Cyrankiewicza i kanclerza RFN Williego Brandta. Układ ten gwarantował nienaruszalność polskiej granicy na Odrze i Nysie, przez co de facto strajkujący w stoczniach Szczecina i Gdańska robotnicy, tak samo jak strajkujący w Wałbrzychu górnicy, mogli mieć pewność, że nie zagraża im jakakolwiek zmiana polskich granic. Taką samą pewność uzyskali wszyscy Polacy, niezależnie od tego, czy w sierpniu 1980 roku strajkowali, czy nie.

Fałszowanie historii tamtych wydarzeń jest wprost bezczelne i cyniczne, ponieważ w Polsce żyje jeszcze kilka milionów obywateli, którzy wówczas mieli co najmniej 20 lat, a więc tamte czasy pamiętają. I pamiętają zapewne, że na murze otaczającym Stocznię Gdańską wisiało hasło „Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Takie same hasło wisiało, dziś już historycznej, sali BHP, która współcześnie została przekształcona w muzeum. W placówkę, w której jako relikwie eksponowane są nawet stare butelki po wodzie mineralnej, pitej wówczas także przez prowadzących negocjacje i podpisujących porozumienie „komuchów”. Ale to historyczne, tak jak te butelki, hasło zostało wymazane, ponieważ stało się bardzo niewygodne dla tych, którzy wykorzystali fakt, iż robotnicy strajkują przeciw władzy, aby zmusić ją do wprowadzenia zasad, jakie winne obowiązywać w socjalizmie.

Dziś bezczelną kpiną z tamtych strajkujących jest wmawianie im i dzisiejszemu społeczeństwu, że strajkowali wówczas o prywatyzację całych branż przemysłowych, wielkich zakładów pracy, ziemi, zwrot majątków, budynków i mieszkań ich przedwojennych właścicielom, chociaż cały ten majątek został po II wojnie odbudowany z ruin rękami milionów prostych i w sumie bardzo ubogich ludzi przez tzw. komuszą władzę. Dziś ci, którzy w tamtych latach jeździli tramwajami, dziś jeżdżą rządowymi wypasionymi limuzynami za setki tysięcy złotych oraz zarabiają (jak i członkowie ich rodzin) dziesiątki tysięcy miesięcznie, tylko dlatego, że strajkujących oszukali w najbardziej ordynarny sposób i po podpisaniu umowy społecznej przy Okrągłym Stole, od razu doprowadzili do jej złamania i zaczęli grabić wszystko to, co do tej pory było państwowe i służyło wszystkim. Dziś służy jedynie wybrańcom lub wielkim oszustom gospodarczym i finansowym, między którymi dziś w zasadzie należy postawić znak równości.

W wałbrzyskich wspominkach przeczytałem o śp. Jurku Szulcu, który w Wałbrzychu podpisywał 2 września 1980 roku trzecie w Polsce porozumienie pomiędzy strajkującymi, a przedstawicielami ówczesnej władzy. Znałem Go osobiście, ponieważ od 1976 roku byłem pracownikiem Zarządu Wojewódzkiego ZSMP w Wałbrzychu, a on w tym czasie był etatowym wiceprzewodniczącym ZSMP na KWK „Wałbrzych”. Nie jedną rozmowę z nim przeprowadziłem, niekiedy przy napojach skłaniających do szczerych wypowiedzi i ujawniania swych przekonań, więc wiem doskonale, że to nie ówczesny ustrój stał mu kością w gardle, ponieważ wiedział, ile mu nie tylko on sam osobiście zawdzięcza. Najbardziej wkurzała go, jak i wielu innych młodych aktywistów i działaczy tego związku – w znakomitej większości członków PZPR – panująca wśród decydentów „jaśniepańska” postawa, przekonanie o wyłącznej ich racji, nepotyzm i niekiedy zwykłe, ale dosyć powszechne skur ……. two. Oszustwa przy naliczeniu wypłat, narzucane normy, złodziejstwo, oszukiwanie na BHP itp. itd. Ale to wcale nie znaczyło, że mu się ustrój nie podobał, że chciał walczyć o jego obalenie i odbudowanie polskiego kapitalizmu. I dlatego, chcąc mieć większy wpływ na to, co się na kopalni i w mieście działo, starał się zostać wybranym na sekretarza kopalnianej organizacji partyjnej. Był przebojowy, a więc niebezpieczny dla partyjnego betonu, więc żadnych szans nie miał. Dlatego, aby móc walczyć, zorganizował strajk na szybie „Chrobry”, a od 2 września 1980 roku tworzył struktury NSZZ „Solidarności” w kopalniach naszego miasta i regionu.

Nie walczył o kapitalizm, który m.in. spowodował likwidację wałbrzyskiego przemysłu, w tym kopalń, a jego samego w latach 1995 -2009 uraczył bezrobociem. Czy naprawdę tego pragnął, czy właśnie o to, razem z innymi robotnikami, walczył? Już nam nie odpowie i nie zareaguje na setki bredni wypowiadanych i pisanych przez niesamowicie liczne rzesze tych, o których w tamtych czasach nikt nie słyszał.

Napisz komentarz (23 Komentarzy)