Znów mnie sprawy pilne, aczkolwiek nie moje, oderwały od klawiatury na kilka dni,. W sumie zły jestem bardzo, bo już drugi tydzień nie jestem w stanie napisać chociażby kilku stron mojej książki o Narożniku. Rodzi się ona z coraz większym bólem i przyznam szczerze, że już że dwa razy myślałem o tym, aby to wszystko walnąć do kąta i zająć się czymś innym. Tylko czym? Pracować mi się nie chce, bo ani takiej potrzeby, ani zbytniej możliwości nie mam. Na piwko do „Fantazji” też mi się nie chce chodzić, zwłaszcza, że po likwidacji „Stodoły” starzy znajomi gdzieś się zaszyli i nasze nie tak dawne, niekiedy gorące, dyskusje odeszły w niebyt. Ostatnio w tym opuszczonym pomieszczeniu zauważyłem jakiś ruch, więc być może ktoś się zdecydował na reaktywację tego pubu. Dobrze by było, bo wygodnie. Pod samym prawie nosem.

* * *

Na niedawnym spotkaniu z okazji 75 urodzin i 35 rocznicy otrzymania przez Lecha Wałęsę nagrody Nobla Wałęsy, miała miejsce dosyć głośna uroczystość zorganizowana w Gdańsku na cześć jubilata. Oczywiście Jarek Despotek, Jędruś Kelnerek i Mateuszek Kłamczuszek swą obecnością jublu nie zaszczycili, ale wcale się temu nie dziwię i mówiąc prawdę, lata mi to koło siedzenia, a nawet zwisa obojętnym kalafiorem. Zdaje się, że nawet ten były komandos z „Czerwonych Beretów” WP czasów PRL, a obecny szef związku, który nieudolnie udaje robotniczy związek zawodowy, pokłonić się swemu byłemu idolowi nie przybył. Było za to wielu innych, w tym przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. I to właśnie ten facet rozsierdził mnie najbardziej.

* * *

Wygłaszając peany na cześć „wielkiego” Lecha, Donaldo przejmująco opowiadał o tym, jak haniebnie postępują dzisiejsi władcy Rzeczpospolitej, którzy każdego dnia posługują się kłamstwem, wymazując prawdę z polskiej historii, którą chcą napisać od nowa i oczywiście po swojemu. A to bardzo Tuska złości i obraża, bo w tej historii miejsca dla Lecha Wałęsy zabraknie. Zresztą nie tylko dla niego. Zasadniczo się z nim zgadzałem, ale tylko do pewnego momentu, a mianowicie do chwili, kiedy zaczął odczytywać tekst życzeń, pod którymi podpisali się ponoć wszyscy przywódcy Unii Europejskiej. Im się nie dziwię, bo być może Polska ich tak mało w rzeczywistości obchodziła, że po prawie 30 latach nic z tego, się w niej działo, nie pamiętają. Ale Tusek … Polak i ponoć historyk, bredni takich nie powinien Polakom i światu serwować.

* * *

Otóż Tusku zaczął czytać: „Lechowi Wałęsie, bohaterowi polskiej i europejskiej solidarności, pierwszemu prezydentowi odrodzonej Rzeczpospolitej ...” Myślałem, że kopnę w telewizor. O żeż ty ruda łachudro, historyku z bożej łaski. Przed chwilą opowiadałeś o wierutnych kłamstwach pisiorów, co to chcą historię pisać na nowo, a sam co czynisz? Łeż jak bura suka (sukę oczywiście przepraszam) bez wstydu i honoru, bo doskonale wiesz, że pierwszym prezydentem odrodzonej Rzeczpospolitej był generał Wojciech Jaruzelski, dzięki któremu nie tylko powstać ona mogła, ale także bez napięć i zawirowań przetrwać pierwsze miesiące, co pozwoliło na ustabilizowanie się solidarnościowej władzy.

* * *

Nie wiem czy Tusku jest tylko prymitywnym i cynicznym kłamcą, czy też zwykłym bęcwałem, który nawet najnowszej historii własnego kraju nie zna. Nie mnie to osądzać, ale uważam, że od dziś nie ma prawa komukolwiek kłamstwa zarzucać. Tymi słowami skierowanymi do Wałęsy, utracił do tego prawo całkowicie i na zawsze. Chyba, że odszczeka. Najgorsze jest to, że lewica (SLD) na ten temat milczy jak zaklęta. Czyżby tego nie zauważyła ? Dlaczego się nie dziwę?

Napisz komentarz (3 Komentarze)

 Za każdym razem kiedy złamię dane sobie samemu przyrzeczenie, że już nie będę oglądał niedzielnych porannych programów publicystycznych w TV Polsat News (godz.09.00), TVP Info (godz.10.00) i TVN 24 (godz. 10.45) z udziałem przedstawicieli polskiej politycznej piaskownicy, przez następne co najmniej dwie godziny muszę to odreagować, biorąc do ręki jedną z książek, które cierpliwie czekają na półce na swą kolejkę. Ma to tę dobrą stronę, że czas na lekturę wydłuża mi się o te dwie godziny, co dla mojego dobrego samopoczucia ma zbawienny charakter.

Dzisiaj obejrzałem w całości program Polsatu, ale tylko dlatego, że występował tam Włodzimierz Czarzasty, aktualny przewodniczący SLD. Bardzo go lubię i szanuję, bo chociaż niekiedy coś mu się wyrwie, to jednak gada do rzeczy i nie boi się mówić w oczy nawet nieprzyjemnej dla kogoś prawdy. Program w TVN 24 obejrzałem dlatego, że chociaż wprawdzie Konrad Piasecki nie zwykł zapraszać polityków SLD, to byli tam lubiany przeze mnie poseł Adam Szłapka (Nowoczesna) i europoseł Krzysztof Hetman (PSL). Natomiast program na TVP Info wyłączyłem już po 10 minutach, aczkolwiek brali w nim udział przedstawiciele lewicy w osobach Dariusza Jońskiego (albo Krzysztofa Gawkowskiego – już nie pamiętam) z SLD i Adriana Zandberga z partii Razem. Nie tylko dlatego, że mam lewicowe poglądy, uznałem, iż tylko ci dwaj mówili do rzeczy, a obecni w studio partyjni funkcjonariusze Jarosława plotą kompletne bzdury. I ciągle, każdego dnia ten niedogotowany makaron nawijają nam na uszy. Ciągle to samo i ciągle tak samo.

Ja to rozumiem, bo kłamstwo to potężny oręż w politycznej walce i pisiory, jak nikt inny, zdają sobie z tego sprawę. Dlatego też, wbrew oczywistym faktom i wyrokom sądowym, wbrew logice i zwykłej ludzkiej przyzwoitości kłamią jak z nut. Tak jakby zdolności do kłamstwa wyssali z mlekiem matek. A już szczególne prym wśród wiodą Jarek Despotek, Jędruś Kelnerek i Mateuszek Kłamczuszek. Oczywiście – co do tego nie mam żadnych wątpliwości - główny propagandowy przekaz płynie każdego dnia od Jarka Despotka. Mówią, że są to gotowce odpowiedzi na każde możliwe pytanie i interpretacje każdego zdarzenia, wysyłane poprzez SMS-y lub na skrzynki pocztowe. Wydaje się to wielce prawdopodobne, bo wszyscy oni mówią – sorry – wszyscy oni kłamią tak samo.

Jestem przekonany, że jest to taktyka oparta na znajomości nazistowskiej propagandy, kierowanej w III Rzeszy przez skazanego w procesie norymberskim na karę śmierci nazistowskiego zbrodniarza, ministra propagandy III Rzeszy, Josepha Goebbelsa. Twierdził on, że „kłamstwo wypowiedziane raz pozostaje kłamstwem, ale kłamstwo wypowiedziane tysiąc razy staje się prawdą.” Dzieje się tak za sprawą naszego mózgu, który jest już tak skonstruowany, że przystosowuje się do wielokrotnie powtarzanego kłamstwa i po jakimś czasie kłamstwa ta włącza do swojej sfery myślowej, traktując właśnie jak prawdę. I dzięki temu, że kłamstwa wypluwane codziennie poprzez najbardziej zakłamaną tubę polityczną, jaką jest TVP, a zwłaszcza TVP Info, trafiają do milionów obywateli wsi i małych miasteczek (bo tam ta telewizja ma największa oglądalność), pisiorom w sondażach ciągle nie spada. Ma to ten efekt uboczny, że oni sami zaczynają w te kłamstwa wierzyć i wydaje się im, że tylko oni są wyjątkowo przez naród kochani, co jeszcze bardziej popycha ich do dalszych cynicznych, często bardzo prymitywnych kłamstw. Takie swoiste perpetuum mobile.

I żeby była jasność … absolutnie nie uważam, że na ten przykład taka Platforma Obywatelska wolna była od kłamstw. Również kłamała niekiedy jak z nut, ale nie czyniła z tego swego podstawowego oręża politycznego, a przyłapana na nim, potrafiła się do tego przyznać. No, może nie w każdym przypadku, ale jednak. A to, co robią pisiory przekracza już granice wszelkiej nie tylko przyzwoitości, ale też i cierpliwości. Dla mnie osobiście, to takie polityczne zwykłe łobuzy.

Stare żydowskie przysłowie mówi, że kłamstwo może zaprowadzić bardzo daleko, ale nie daje nadziei na powrót. Życzę więc tym kłamcom, aby się im to żydowskie przysłowie spełniło

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 W czasie wtorkowej rozprawy (25.09.2018) prokurator z IPN podkreślał szczególnie, że Leszek Lamparski nie działał pod wpływem błędu co do zgodności z prawem, albowiem jego zdaniem mógł się zapoznać dokładnie z treścią dekretu o stanie wojennym, a wówczas wiedziałby, że akt ten jest bezprawny. Apelację prokuratora w całej rozciągłości wsparła oskarżycielka posiłkowa, która dodatkowo odniosła się do krzywd, jakich doznała podczas pobytu w ośrodku dla internowanych, na co przecież gen. Lamparski absolutnie żadnego wpływu nie miał i nie może za to ponosić odpowiedzialności. W części merytorycznej wystąpienia stwierdziła jedynie, że w całej rozciągłości popiera treść apelacji prokuratorskiej. Natomiast mecenas Świteńki, który na wstępie bardzo mocno zaakcentował, że rozumie i podziela negatywna opinie dotyczącą stanu wojennego, zwracał jednak uwagę sądu na to, że przedmiotem rozprawy jest zarzut popełnienia 92 zbrodni przeciwko ludzkości, poprzez zastosowanie prawa, które w przekonaniu oskarżycieli jeszcze nie istniało, a więc słuszne żale oskarżycielki nie mieszczą się w ramach postawionego zarzutu.

Zwrócił przy tym uwagę na to, że instytucja internowania znana była w ustawodawstwie okresu międzywojennego, w czasie istnienia PRL, a także w czasach współczesnych i w każdym obowiązującym w tym czasie systemie prawnym, decyzja o internowaniu miała i ma charakter decyzji administracyjnej. Przypomniał też, że według orzecznictwa sądów (tym również NSA) dla oceny zgodności z prawem decyzji administracyjnej istotne jest tylko to, czy decyzja taka oparta jest na obowiązującym akcie prawnym. A więc w sprawie tej o złamaniu prawa mowy być nie może, albowiem ówczesne, jak i współczesne prawo upoważnia komendantów komend każdego szczebla do wydawania decyzji administracyjnych. Dla ich ważności – a w tym przypadku decyzji o internowaniu – nie ma znaczenia, czy powód internowania był zastosowany zgodnie z prawem. Tak więc wydając decyzje o internowaniu 92 osób, prawa nie złamał, a do przeprowadzenia oceny zgodności z prawem samych podstaw internowania, treść i zakres postawionego mu zarzutu nie daje sądowi żadnych prawnych możliwości.

Ponadto nie można oceniać tamtego wydarzenia, zaistniałego w ramach określonego systemu prawnego i stosowanych wówczas zasad i zwyczajów dotyczących tworzenia i stosowania prawa, przez pryzmat dzisiejszego demokratycznego państwa i jego systemu prawnego i etycznego. System prawny tamtego okresu dopuszczał możliwość obowiązywania ustawy od dnia jej uchwalenia, co zresztą dopuszczalne było również w pierwszych latach po 1989 roku, więc brak publikacji dekretu nie może być podstawą zarzutu, iż gen. Leszek Lamparski podpisując decyzje o internowaniu wskazanych przez Służbę Bezpieczeństwa osób, działał w oparciu o nieistniejące (nieobowiązujące) jeszcze prawo.

Istotnym jest fakt, że gen. Lamparski nie miał wówczas żadnej możliwości (zwłaszcza prawnej) sprawdzenia, czy dekret o stanie wojennym jest legalny. Zdaniem mecenasa Switeńkiego, aby apelacja prokuratorska była zasadna, prokurator winien udzielić odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób Leszek Lamparski miałby sprawdzić, czy wydany dekret o stanie wojennym jest zgodny z prawem. Czy miałby dzwonić do swoich kolegów komendantów z pytaniem, czy oni również stosowne polecenia (rozkazy) otrzymali, czy też zwrócić się z takim pytaniem np. do ministra spraw wewnętrznych? Wiadomym jest przecież, że tak postąpić nie mógł, bo za takie postępowania groziłaby mu odpowiedzialność nie tylko dyscyplinarna, ale i karna. Mógł oczywiście odmówić wykonania rozkazów, albo popełnić honorowe samobójstwo, ale niezdecydowanie się na taki krok, nie może być podstawą do oskarżenia, iż wydając zgodnie z prawem decyzje administracyjne, jednocześnie prawo to złamał.

Przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego ruszyły w marcu 1981 roku, w efekcie czego komendanci wojewódzcy otrzymali gotowe druki wszelkich dokumentów dotyczących zatrzymywania, a następnie internowania określonych osób (były to druki ścisłego zarachowania), a więc na ich treść i podane tam podstawy prawne nie miał żadnego wpływu. Natomiast cała korespondencja dotycząca przygotowania stanu wojennego miała miejsce jedynie pomiędzy odpowiednimi departamentami MSW i odpowiadającymi im wydziałami Służby Bezpieczeństwa na szczeblach komend wojewódzkich, kierowanych i nadzorowanych bezpośrednio przez wojewódzkich szefów Służby Bezpieczeństwa. Milicja nadzorowana i kierowana przez komendantów wojewódzkich MO w proces ten nie była zaprzęgnięta, a więc komendant wojewódzki nie był w stanie zapoznawać się z jej treścią. W stosownym czasie otrzymał jedynie odpowiedni szyfrogram, nakazujący mu wdrożenie czynności zgodnie z zaleceniami zawartymi w kopertach, które do tego dnia leżały zalakowane w jego szafie pancernej. Rozkaz ministra spraw wewnętrznych nakazywał mu podpisanie dostarczonych mu (wypełnionych) decyzji administracyjnych, co wykonał, albowiem obowiązujące prawo nakładało na niego taki obowiązek.

Na zakończenie mecenas Świteńki odniósł się do części sformułowanego zarzutu dotyczącego popełnienia zbrodni przeciwko ludzkości. Stwierdził, że tak postawiony zarzut jest obrazą pamięci ofiar takich zbrodni popełnionych nie tylko w czasie wojny światowej, ale także wobec ofiar wielkiego głodu na Ukrainie z lat 30-tych, zbrodni przeciwko ludzkości popełnionych we współczesnej Serbii, czy innych mających miejsce w naszej najnowszej historii świata i Europy. Trudno się z taką konstatacją nie zgodzić.

Wychodząc z sądu zastanawiałem się dlaczego sąd I instancji postępowania tego w ogóle nie umorzył, albowiem podstawa aktu oskarżenia była zbrodnia komunistyczna, która uległa przedawnieniu. Prokuratura zaś zastosowała prawny kruczek doczepiając zbrodnie przeciwko ludzkości, ponieważ akurat ta zbrodnia przedawnieniu nie ulega. Mam nadzieję, że wydając wyrok Sąd Okręgowy kierować będzie jedynie literą prawa, a nie obowiązującym obecnie interpretacjami stricte politycznymi. Z drugiej jednak strony operacja krypt. Efekt Mrożący, zakreśla coraz większe kręgi, więc kto wie … Optymistą być jest coraz trudniej.

* * *

Bardzo oryginalną konstrukcję prawną przedstawił ostatnio prokurator Krzysztof Opania z prokuratury Okręgowej w Łodzi, prowadzącej śledztwo w sprawie przestępstw popełnionych przez policjantów, prokuratorów oraz sędziów, związanych z oskarżeniem i skazaniem Tomasza Komendy z Wrocławia. Karalność tego rodzaju czynów wprawdzie się już przedawniła, więc ich sprawcy śpią spokojnie, ponieważ nie sądzę, aby sumienie ich w jakiś sposób dręczyło. Ale być może spokój ich snu zostanie zakłócony z uwagi na to, że prokuratorzy pracują nad uzasadnieniem wskazującym, że nie ujawniając dowodów niewinności i zatajając dowody winny innych, osoby odpowiedzialne działały w tzw. czynnie ciągłym, a więc przestępstwo trwa do dnia dzisiejszego, a więc przedawnienie ich nie obejmuje. Jeżeli to się utrzyma, to sprawcy nieszczęść Radka Krupowicza, Patryka Rynkiewicza i Wojciecha Pyłki (wszyscy z Wałbrzycha), również spokój snu stracą, a ja uczynię wszystko, aby stać się tak mogło.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Na 25 września Sąd Okręgowy w Świdnicy wyznaczył rozprawę apelacyjna w sprawie generała Leszka Lamparskiego, którego prokurator z IPN oskarżył o 92 zbrodnie przeciwko ludzkości. Z tego w rzeczywistości bzdurnego zarzutu Sąd Rejonowy – jako sąd I instancji – generała oczywiście uniewinnił, przez co na pewno bardzo mocno podpadł wiadomo komu i tylko czekam na informację, że sędziowie orzekający w tym składzie (trzech sędziów zawodowych) zostaną wezwani przez srogie oblicze sędziów Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, a tak naprawdę kolegów prokuratorów tego prokuratora z IPN. Operacja pod kryptonimem „Efekt mrożący” wszak już się rozpoczęła, czego doświadczyć mogli ci sędziowie, którzy się na dewastację ich niezależności i niezawisłości nie zgadzają.

Na rozprawę spóźniłem się parę minut, ponieważ optymistycznie założyłem, że do Świdnicy dojadę w czasie jak zwykle, czyli nie dłuższym niż 20 minut. Dlatego spod domu ruszyłem o 08.20, aby mieć czas na znalezienie miejsca do parkowania. Zaraz za Mokrzeszowem dogoniłem sznur samochodów (chyba z dwadzieścia parę), które wlokły się za dużym ciągnikiem, jadącym nie szybciej niż 30km/h. I tak aż do Słotwiny. Kiedy już zaparkowałem samochód niedaleko Aresztu Śledczego zostało mi tylko 10 minut aby dojść do sądu i ustalić numer sali. Postanowiłem, że podbiegnę kawałek i na ul. Różanej zahaczyłem stopą o wystającą płytę chodnikową i poczułem nagle jak ciężar mego ciała poddał się nagłemu wzrostowi przyciągania ziemskiego. W mocno pochylonej pozycji uczyniłem jeszcze kilka kroków, zastanawiając się, czy skierować się w strunę ceglanego muru AŚ, czy też usiłować przybrać pozycję bardziej pionową. Niestety dokonałem fatalnego wyboru i opcja druga całkowicie nie wypaliła, przez co rymnąłem jak długi (190 cm) na chodnik. Na szczęście dawne lekcje karate przydały się i robiąc półobrót upadłem na prawy bok. Niestety źle ułożyłem dłoń, przez co doznałem niewielkiego urazu w postaci zerwania skory. Pozbierałem się jakoś i do sądu zdążyłem, a od spotkanego mecenasa Jerzego Świteńkiego dowiedziałem się, że rozprawa odbędzie się w sali 109. Stanąłem więc pod drzwiami i czekałem. Po jakimś czasie na korytarzu zrobiło się pusto, co mnie trochę zdziwiło, bo zniknął mi z oczy mecenas Świetnki, z którym przede chwilą jeszcze rozmawiałem. Za moment podeszła do mnie pani, w której rozpoznałem oskarżycielkę posiłkową, bardzo mocno na gen. Lamparskiego rozeźloną, albowiem 13 grudnia 1981 roku była jedną z działaczek „Solidarności”, objętych decyzja o internowaniu. Na marginesie tylko wspomnę, że razem z jej (nieżyjącym już) mężem studiowaliśmy (w jednej grupie) na Wydziale Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego i pamiętam, że były to czasu kiedy obaj (zresztą w większym gronie) nieźle balowaliśmy. Stare dobre czasy.

Pani owa spytała się mnie, czy rozprawa się już rozpoczęła, więc zgodnie z prawdą poinformowałem ją, że jeszcze nikt jej nie wywołał. Mówiąc to podszedłem do drzwi, aby przeczytać tzw. wokandę i ku memu zdziwieniu zauważyłem na jej samym dole dopisek, że rozprawy z sali nr 109 zostały przeniesione do sali nr 110. Szybko więc razem tam się udaliśmy, ale nasze spóźnienie miało dla mnie ten fatalny skutek, że sąd nie zezwolił mi na nagrywanie rozprawy, twierdząc, że prokurator rozpoczął już swą przemowę, a więc rozprawa trwa. Nie omieszkał jednak przepytać mnie co do tożsamości i powodu dla którego na rozprawę przybyłem. Korzystając z okazji poinformowałem go, że w zasadzie interesuje mnie nagranie wyroku z uzasadnieniem i wówczas pan sędzia podyktował do protokołu, że jeżeli w dniu dzisiejszym będzie ogłoszony wyrok, to mogę go nagrywać. Ku memu zmartwieniu okazało się, że wyrok będzie jednak ogłoszony w innym terminie, a konkretnie w dniu 4 października br. o godz. 11.00 w sali ne 110. Tak więc pozostaje mi jedynie streścić z pamięci i poczynionych notatek, to co się na sali sądowej działo. Ale o tym napiszę w kolejnym odcinku.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Dawno już tu nie pisałem, ale nie dlatego, że brak mi tematów, ale dlatego, że po prostu brakuje mi czasu. Nad czym bardzo ubolewam. Nawet pisanie mojego sztandarowego dzieła, czyli historii o zbrodni pod Narożnikiem 17 sierpnia 2997 roku, mocno zaniedbałem. Wszystko dlatego, że doszedłem do wniosku, iż czas najwyższy, aby moje prywatne archiwum jakoś uporządkować, czyli mówiąc dzisiejszym językiem, zdigitalizować, a jego papierową część wywieść na skup makulatury. Myślę, że sporo kasy na tym zarobię, bo będzie tego grubo ponad 200 kilo. Najbardziej cieszy się Dana (żona), którą moje papierowe „skarby” mocno już wkurzają. No cóż, dla niewtajemniczonego, to tylko kupa bezużytecznego papieru rozłożonego gdzie tylko się da – oczywiście chodzi o pokój, który zaanektowałem na swoją pracownię - i nikt nie ma prawa niczego tam ruszać, a już nie daj boże przekładać lub przesuwać. Mimo pozornego bałaganu, ja doskonale wiem, gdzie się co znajduje.

Przypomniała mi się pewna scenka, kiedy swego czasu, do mojej służbowej szafy zajrzał naczelnik wydziału (kryminalnego) płk. Eugeniusz Karłowski.

- Większego burdelu w tej szafie to już chyba mieć nie możesz - rzucił z przekąsem, widząc jej zawartość, ponieważ nie zdążyłem przymknąć nogą jej metalowych drzwi.

- Naczelniku, to tylko z pozoru jest burdel, a tak naprawdę wszystko znajduje się na swoim miejscu, czyli jest to burdel uporządkowany – odpowiedziałem mu zgodnie z prawdą.

- Tak? No to daj mi teczkę ... - tu wymienił kryptonim sprawy operacyjnej, jaką prowadziłem w lutym tego roku. Był sierpień, więc myślał, że mnie zaskoczy.

- Proszę bardzo – odpowiedziałem i sięgnąłem ręką na trzecią od góry półkę, do kupki znajdującej się na jej prawym końcu.

Był wyraźnie zaskoczony, albowiem wydawało mu się, że będę jej gorączkowo poszukiwał i wywalał wszystko na podłogę. A tu masz babo placek. Szast prast i teczka do dyspozycji.

Widziałem jak Franto z „Dziadkiem” skrywali swoje rozbawienie, aby szef nie pomyślał sobie, że się z niego naigrywają.

- No, masz szczęście, ale i tak uważam, że w ciągu najbliższych dni musisz z tym zrobić porządek i część tych papierzysk przekazać do archiwum – chciał prawdopodobnie zamknąć temat, wykazując jednocześnie swoją naczelnikowską dezaprobatę wobec tego, co w mojej szafie zobaczył.

- Ma się rozumieć, naczelniku, ale większość tych papierów jest mi potrzebna, bo w razie potrzeby nie będę latał, aby odpowiednie informacje z archiwum wyciągać – nie dawałem za wygraną i po chwili, uznając mojej racje, albo nie chcąc wdawać się w dalsze dyskusje, zmienił temat, jakby sprawy w ogóle nie było.

Było to w połowie lat 80-tych XX wieku i nawet nie mieliśmy świadomości, że kiedyś będziemy dysponować komputerami, w których bez problemu wszystko będzie można zapisać i w razie potrzeby szybko z tego skorzystać.

Obecnie w mojej „pracowni” stoją trzy komputery stacjonarne, dwa laptopy i jeden tablet. I wszystkie wykorzystuję praktycznie każdego dnia … no może kilka razy w tygodniu. Dzięki temu wszystko więc w zasięgu ręki, wiem gdzie co jest zapisane, więc papiery na makulaturę i zabieram się ponownie do pisania książki i prowadzenia „Dziennika Szarego Obywatela”.

PS.

Najsmutniejsze jest to, że wszystkie przywołane w tej historyjce osoby już dawno nie żyją i pozostaje mi jedynie o nich sympatycznie wspominać, ponieważ właśnie bardzo sympatycznymi osobami byli.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   Jak zwykle z pewnym opóźnieniem rozpocząłem lekturę tygodnia Przegląd (nr 34/2018, którego okładkę zdobi fotografia dwóch cywilów (dawniej mundurowi mówili o nich per cywilbanda), którzy z nakazu prezesa Jarosława Polskęzbawa, pełnią najważniejsze funkcje związane z naszą armią czyli Wojskiem Polskim, a w zasadzie z tym, co po czasach PRL z armii tej zostało. Jeden został powołany na funkcję prezydenta, a drugi na funkcję ministra obrony narodowej. Problem w tym, że obaj na wojsku i jego potrzebach znają się tak, jak ja na rozmnażaniu turkucia podjadka, czego efektem jest dalsza dewastacja nie tylko samego wojska, jak i rozmienianie na drobne społecznego szacunku dla tej formacji.

Fotografia owa przedstawia postać dawnego towarzysza pancernego, czyli umundurowanego w zbroję husarza, dymającego na piechotę w towarzystwie tych niszczycieli. Jest to prawdopodobnie jeden z tych zbrojnych, którzy podczas niedawnej parady „oręża” polskiego, maszerowali w skwarze po warszawskiej ulicy z trudem dźwigając na sobie pancerze i kopie, bo chyba koni dla nich zabrakło, a może Putin im je podiwanił.

Oglądając tę paradę w telewizji i widząc maszerujących per pedes husarzy, poczułem się z lekka zażenowany, a następnie śmiech mnie ogarnął, kiedy przypomniałem sobie wielką paradę Wojska Polskiego z 1966 roku, z okazji 1000 lecia Polski. To dopiero był pokaz realnej siły wszystkich rodzajów wojsk, przed którymi drżeli sztabowcy państw NATO, co nawet do dzisiaj wspominają z wielkim podziwem.

Kiedy jednak skończyłem się śmiąc, naszła mnie chwila refleksji i uzmysłowiłem sobie, że to co zobaczyłem |(i miliony oglądające pardę na żywo i w telewizji), było niczym innym, jak tylko alegorią odnoszącą się do obecnego stanu naszego wojska. Kiedyś postrachu europejskich sztabowców, dziś tylko budzący śmiech politowania na widok tego złomu, jakim polskie wojsko dysponuje. Złomem na gąsienicach podarowanym nam przez Niemców, złomem na wodzie, jako pozostałość po czasach PRL i tym, jaki podarował nam rzad USA, złomem latającym, który również pozostał po latach świetności okresu PRL oraz tym sprzedanym nam przez Jankesów za ciężkie miliardy, oraz złomem pływającym, po jaki do Australii wybrał się pan Duda z swoją małżonką, która za funkcję małżonki dostaje rządową pensję. To nie żart, to pierwszy taki przypadek w dziejach Polski.

I ci dwaj zmęczeni husarzy chyba na to chcieli zwrócić uwagę rządzących, bo kiedyś polska husaria byłą postrachem tych, którzy na Polskę zbrojnie najeżdżali, rozbijając w puch ich armie stawające w polu przeciw Polakom. Husaria była najbardziej doborową polską formacją zbrojną w okresie od XVI do XVIII wieku, zdobywając sobie miano jednej z najgroźniejszych formacji wojskowych swoich czasów. Dopiero początek XVIII wieku przyniósł stopniowy zanik jej siły bojowej, który związany był z ogólnym kryzysem państwa.

A ci dwaj przedstawiciele cywilbandy, których widać na okładce Przeglądu, są nadzwyczaj z siebie zadowoleni, co zapewne jest efektem ich całkowitej ignorancji, arogancji, braku wiedzy historycznej i zdolności analitycznego myślenia. Czas więc na zmianę, która zagwarantuje, że los wojska zostanie oddany w ręce wojskowych specjalistów, których Macierewicz z Dudą z Polskiego Wojska – w haniebny sposób – usunęli, a którzy zagwarantują, że naszych granic i naszego bezpieczeństwa będzie bronił doskonale wyszkolony i uzbrojony polski żołnierz, a nie jacyś jankescy żołdacy, których zadaniem jest pilnowanie ekonomicznych i politycznych interesów Stanów Zjednoczonych.

Naszych granic nie upilnują też oddziały małomiasteczkowych i wiejskich siurków, na których swą „potęgę” oprzeć zechciał wujcio Antoni, któremu się wydaje, że jego sobotnio-niedzielne „wojsko” da sobie radę z doborowymi oddziałami rosyjskiego Specnazu, gdyby kiedykolwiek Putin zechciał do Polski wysłać. Pytanie tylko, po jaką cholerę miałby to czynić?

Myślę, że Antoni doskonale zdawał sobie sprawę z tego fikcyjnego zagrożenia od wschodu i dlatego mógł się świetnie bawić, tworząc oddziały tych śmiesznych w sumie wojaków. Tylko dlaczego zabawy te urządza sobie z moich podatków? Nich se kuźwa kupi kilka pudeł ołowianych żołnierzyków i sobie na stole w kuchni przestawia w dowolne szyki i miejsca.

Napisz komentarz (2 Komentarze)