18 lat przesiedział w więzieniu, mimo że był niewinny, a jego niewinność potwierdzały zeznania 12 osób, które twierdziły, że w noc zabójstwa 15-letniej Małgorzaty Kwiatkowskiej, Tomasz Komenda był w miejscu oddalonym o prawie 30 kilometrów od miejsca popełnienia zbrodni. Ponadto do miejsca tego nie kursował żaden środek lokomocji publicznej, a nie ustalono, aby w tą feralną noc ktokolwiek zamawiał tam nocny kurs taksówką. Musiał zatem trasę tę (w jedną noc) pokonać dwukrotnie (ca najmniej 10 godz), a do tego doliczyć należy czas spędzony na dyskotece i czas niezbędny do dokonania zabójstwa. Circa 5 godzin.

Jak się czują dziś policjanci z dochodzeniówki (bo akurat tą jedną sprawą wydział kryminalny się nie zajmował) z KWP we Wrocławiu, prokuratorzy prowadzący tę sprawę i sędziowie (wszystkich instancji), którzy wydali wyrok. Coś mi uporczywie podpowiada, że sen nadal mają spokojny. Wyrok w istocie świadczący, albo o totalnym braku inteligencji, albo cynicznym wyrachowaniu nakazującym im skazać kogokolwiek, kogo tylko można by do tej sprawy przypisać. Odnosi się to do wszystkich mających związek z oskarżeniem Tomasza Komendy (wtedy 23 lata).

Wstyd mi za moich kolegów, tym bardziej że w czerwcu 2000 roku dołączyłem do wydziału kryminalnego KWP we Wrocławiu, a wcześniej przez lata z nim współpracowałem. Nie wiem, kto z nich się tą sprawą zajmował i mówiąc prawdę nawet nie bardzo chciałbym o tym wiedzieć. Szanuje ich za wiele naprawdę wielkich osiągnięć i szacunek ten chciałbym jednak zachować.

Zabójstwo Małgorzaty Kwiatkowskiej zostało dokonane 8 miesięcy przed zabójstwem Anny Kembrowskiej i Roberta Odżgi, z tą różnicą, że zabójcy z Narożnika nadal pozostają na wolności, a skazany na 25 lat więzienia Tomasz Komenda zapewne opuści niedługo jego mury, po spędzeniu 18 lat za kratami. Wyjdzie na wolność, ponieważ znaleźli się ludzie, którzy nie odpuścili i przedstawili twarde dowody niewinności chłopaka, który połowę swego życia spędził za murami. I lat tych nie zwróci mu żadną kwota zadość uczynienia za doznaną niewyobrażalna wielką krzywdę. Zdaje sobie sprawę, co musiał w wiezieniu przejść skazany prawomocnie za „sprawy majtkowe”, zwane tak przez pensjonariuszy zakładów karnych.

Jestem dumny, że żaden sprawca jakiegokolwiek przestępstwa kryminalnego, z którym miałam związek prowadząc czynności wykrywacze, nie trafił za kraty bezpodstawnie.

Jestem dumny, że w żadnej sprawie kryminalnej, której nie udało się mnie, albo moim kolegom z KWP w Wałbrzychu, wykryć, nie doszło do sytuacji zwanej powszechnie „drukowaniem sprawcy”, chociaż w kilku sprawach mogliśmy tak uczynić, mając 100% przeświadczenie, że dana osoba jest winna zbrodni. A wykrywalność mieliśmy bardzo wysoką, jedną z najwyższych w kraju.

 

Tragedia Tomasza Komendy nie jest czymś wyjątkowym, bo sam miałem możliwość zetknięcia się z podobnymi sprawami, chociażby skazanie na 25 lat za zabójstwo wałbrzyskiego antykwariusza dwóch młodych chłopaków. Skazanych bez żadnych dowodów winy, na podstawie bzdurnych i łatwych do negatywnego zweryfikowania zeznań świadka anonimowego. W tym przypadku żaden sąd (łącznie z Najwyższym( bzdur tych nie chciał dostrzec, tak jak w przypadku T. Komendy, który na miejscu zbrodni nie mógł być, bo był we Wrocławiu.

Z miejscowością Gajków, odległą od Wrocławia o 18 km, łączy się sprawa zabójstwa (mam większość materiałów procesowych), które z 18 na 19 maja 1999 roku. Skazany na 25 lat mieszkaniec Gajkowa twierdził, że był w tym czasie (około 24.00) we Wrocławiu (miał niepodważalnych świadków)mi kiedy są apelacyjny zarządził przeprowadzenie eksperymentu procesowego, to okazał się, że faktycznie nie mógł być w tej godzinie w miejscu gdzie dokonano zabójstwa. Bo w jego pobliżu pojawił się 2 godziny później. I co zrobił sąd apelacyjny? Ano czas zabójstwa przesunął o 2 godziny, co pozwoliło mu na utrzymanie wyroku w mocy. I Sąd Najwyższy klepnął to bez żadnych refleksji.

Aktualnie za kratami przebywa (jutro jadę do niego na widzenie) mieszkaniec Wałbrzycha, Wojciech Pyłka (mam zgodę na używanie jego personaliów), skazany prawomocnie na zabójstwo swego przyjaciela, dokonane z 23 na 24 stycznia 2008 roku. Rzecz w tym, że w tym właśnie czasie przebywał w Policyjnej Izbie Zatrzymań KMP w Wałbrzychu na ul. Mazowieckiej. Dowody jego pobytu w tym przybytku znajdują się w archiwach KWP we Wrocławiu. A on dalej siedzi i nikt nic z tym nie robi. Sąd Najwyższy również się tym nie interesował.

W mojej milicyjno-policyjnej karierze miałem do czynienia z około 460 zabójstwami, czego w około 200 przypadkach sprawca w chwili popełnienia nie był nam znany. Nie wszystkie udało się nam wykryć (wykrywalność w tej kategorii około 97%), ale tam gdzie sprawce ustaliliśmy, dowody były twarde i niepodważalne. Tylko w jednym przypadku – sprawa zabójstwa Kazimiery Gurlit ze Świdnicy i Jerzego Godlewskiego z Jeleniej Góry – nie udało mi się znaleźć bezpośrednich dowodów winny, ale poszlaki jakie zebrałem (bo sprawę prowadziłem w pojedynkę) były tak silne, że sądy wszystkich instancji nie miały żadnych wątpliwości i Ryszarda R. ps. Brzytwa skazały dwukrotnie na 25 lat, co się jednak niestety nie mogło sumować.

 

Sprawy niewykryte, gdzie sprawców ich znaliśmy, ale nie mieliśmy twardych dowodów:

 

1. Zabójstwa Jerzego Wilczyńskiego i Marii Zagrodzkiej dokonane w czerwcu 1980 roku w Polanicy Zdrój – sprawce ustaliliśmy, a nawet został zatrzymany. Jednak prokuratura z uwagi na „niezbyt przekonywujące” dowody nie zdecydowała się na wniesienie aktu oskarżenia.

 

2. Zabójstwo na tle seksualnym mieszkanki Świdnicy (RO krypt. Róża) latem 1981 roku – sprawa umorzona z powodu niewykrycia sprawców. W 1983 na podstawie przeprowadzonych (w pojedynkę) ponownych czynności doprowadziłem do ustalenia 3 sprawców, ale prokuratura uznała, że dowody nie są wystarczające.

3. Zabójstwo małżeństwa Florus w Dusznikach zimą 1984/1985 – sprawcę ustaliliśmy Emil. P. skazany później na 25 lat za zabójstwo pod Krakowem, gdzie swego pracodawce zalał za życia cementem w beczce), ale znów nie byliśmy w stanie przedstawić niepodważalnych dowodów jego winy.

4. Zabójstwo dziewczyny w Mieroszowie – lato 1985. Sprawca ustalony operacyjnie, jednakże dla prokuratury zbyt mało dowodów na postawienie zarzutu. Zdecydowano się na kwalifikację samobójstwa i sprawa została umorzona

5. Zabójstwo 3- letniej Moniki w Boguszowie – Gorcach 20.06.1986 – sprawca ustalony w tzw. sposób operacyjny, co jednak dla prokuratury nie było wystarczające.

6. Zabójstwo mężczyzny latem 1987 lub 1988 w Szymanowie k. Dobromierza (wcześniej zakwalifikowane jako wypadek drogowy) – sprawca ustalony, jednakże dla prokuratury mieliśmy zbyt mało dowodów, aby zdecydowała się na oskarżenie.

7. Styczeń 1994 – zabójstwo ks. Kilana w Ludwikowicach – sprawców ustaliliśmy w sposób operacyjny ale nie budzący naszych wątpliwości. Jednakże prokuratura uznała, ze przedstawiliśmy za mało dowodów winy, bo w większości tylko (ale bardzo mocne poszlaki.

8. Zabójstwo dziecka o imieniu Karina (zam. W-ch ul. 11 listopada) we wrześniu 1997 – sprawce ustaliliśmy, ale dla prokuratury mieliśmy zbyt mało dowodów. Po jakimś czasie popełnił samobójstwo.

9. Zabójstwo Bogdana Kowalskiego ps. Klekot z Polanicy 11.09.2001, dokonane w Dusznikach Zdr. którego rozkawałkowane zwłoki znaleziono na wysypisku śmieci pomiędzy Polanica a Dusznikami. Wcześniej, w sprawie usiłowania pozbawienia go życia (dwa ciosy nożem w czasie snu), przekonałem do złożenia zeznań w sprawi usiłowania zabójstwa, co doprowadziło do zatrzymania i aresztowania sprawcy. PO tym fakcie zaginął, a po paru dniach zwłoki znalazły się na wysypisku śmieci. Ustaliliśmy sprawcę i mieliśmy włos zdatny do badań na DNA, ale wg prokuratury było to za drogo. Sprawa została umorzona.

Te kilka przykładów (podobnych mogło być jeszcze kilka - np. sprawa tzw. „Amerykanina” w Wałbrzychu prowadzona przez KRP - ale już nie pamiętam). Większość z tych przypadków miała miejsce w czasach, gdzie pozostawione przez sprawce ślady biologiczne nadawały się jedynie do identyfikacji grupowej. Przy dzisiejszej technice wszyscy oni otrzymaliby wyroki. Myśmy musieli jednak przedstawiać inne twarde dowody winy, które nie zawsze udało się zdobyć, albo potwierdzić procesowo. Zawsze jednak mogliśmy naszych podejrzewanych zbić na kwaśne jabłko i spowodować ich przyznanie, a następnie podrzucić kilka drobiazgów będących własnością ofiar. Nigdy na takie coś się nie zdobyliśmy i nawet nie przychodziło to komuś do głowy. Tak było dawniej.

Napisz komentarz (18 Komentarzy)

Stawianie na cokołach, otoczonych nimbem bohaterów, bandytów i kryminalistów jest zwykłą aberracją umysłową, spowodowaną niewątpliwym wyprostowaniem się z powodów politycznych zwojów mózgowych. Porażeni tą przypadłością najbardziej prominentni politycy PiS i PO przed kilku laty (przypomnę, że akcję rozpoczął b. prezydent RP L. Kaczyński, a do szczęśliwego końca doprowadził b. prezydent RP B. Komorowski), nakazali uchwalenie oddawania honorów członkom różnych kryminalnych band oraz tym, którzy z okrzykiem „Bóg Honor i Ojczyzna” na ustach mordowali niewinnych ludzi za to, że byli innej wiary, innej narodowości, że wzięli z nadania „pańską ziemie”, że uczyli w szkołach, roznosili listy, no i mieli w końcu odmienne poglądy polityczne, który się dzisiejszym „bohaterem” zupełnie nie podobały. Ci którzy tak uczynili sami pozbawili się honoru i  godności. Ci, którzy tak postępują, głoszą wszem i wobec, że mordowanie dzieci, kobiet i starców może być uznane za czyn bohaterski, wystarczy tylko, aby tak uznali ci, którzy szczycą się swymi prawicowymi poglądami, a przez zupełny przypadek ślep los powierzył im rządy w ponoć demokratycznym kraju.

Jeżeli taką filozofią usprawiedliwia się te brutalne i prymitywne w swej istocie zbrodnie, tym samym daje innym (w tym przeciwnikom politycznym obecnej władzy) moralne prawo zabijania ludzi tylko z tego powodu, że są oni z innej opcji politycznej, albo słuchają się tych, którzy w danym momencie rządzą. I niech mi nikt nie wyjeżdża z tym, że tak zwana „komusza” władza została Polakom narzucona, bo przeniesiona na bagnetach Armii Czerwonej, a władza obecna jest władzą zdobytą w demokratycznych wyborach. Owszem została tak wybrana, ale w tej chwili korzysta już tylko pozorów legalności z tej prostej przyczyny, że dopuściła się złamania polskiej konstytucji. Stworzenie i utrzymywanie przy życiu niekonstytucyjnego systemu politycznego, jest rzeczywistym, aczkolwiek formalnym a nie zbrojnym, zamachem stanu. Zatem władza, która zarządza państwem w ramach nielegalnego systemu, który sama wprowadziła, siłą rzeczy sama staje się władzą nielegalną, bo atrybut legalności utraciła w wyniku złamania Konstytucji.

Czy zatem ci, którzy przyjdą po tej władzy, będą usprawiedliwiać i stawiać na pomnikach tych, którzy podejmą walkę, stosując metody „Burego”, „Ognia” i im podobnych (dzisiejszych „żołnierzy wyklętych”). Czy usprawiedliwiając się inną ideologią i koniecznością obalenia niesłusznych bo niekonstytucyjnych rządów, będą mogli zabijać nie tylko obcym im ideowo polityków, ale także ich zwolenników wraz z ich całymi rodzinami? Rabować lub palić dobytek ich całego życia? Czy zbrodnie te będą usprawiedliwiane, stając się powodem do budowania im pomników? Czy wyroki podejmowane przy butelce wódki (kiedyś bimbru) przez przypadkowych rzezimieszków, zostaną uznane za zgodne z literą prawa ?

* * *

Wrocławscy politycy SLD zapalili na placu przed kościołem Garnizonowym 187 zniczy, które mają symbolizować dzieci pomordowane przez żołnierzy wyklętych. Liczba ta obejmuje tylko lata 1944 – 1948 i zostało przyjęta po wielu pracach badawczych prowadzonych przez IPN. Dodam jeszcze, ze z ich rak padłu ponadto ponad 5 tysięcy osób cywilnych, z reguły mieszkańców małych miasteczek i wsi. Prawda zamiast kultu – podkreślają inicjatorzy akcji. A prawda jest taka, że zdecydowana większość (bo byli też i prawdziwi bohaterowie)dokonywała zwykłych napadów rabunkowych, za które i dziś grożą wysokie kary.

* * *

Posłużę się komentarzem z Onet Forum, bo autor pisze to, co i ja od wielu lat piszę i powtarzam.

Adam Kaders- Uniwersytet Jagielloński

(…) A tak swoją drogą to żołnierze wyklęci to ci, co to po wojnie latali po lasach i strzelali do Polaków za poglądy polityczne, strzelali do chłopów bo brali ziemię, którą Państwo zabrało obszarnikom, strzelali do milicjantów, żołnierzy, którzy wrócili z Berlina, strzelali do bezbronnych cywili? To ci, którzy zamiast przyłączyć się do reszty społeczeństwa i odbudowywać zniszczoną Warszawę i cały kraj chcieli żeby tego nie robiono? To ci, którzy modlili się o III wojnę światową? To ci, którzy nie chcieli aby wszyscy mogli chodzić za darmo do szkoły, mieli prawa pracownicze, pracę bez wyzysku i równe szanse oraz powszechny dostęp do lecznictwa? To ci, którzy chcieli powrotu Polski przedwojennej? Zwolennicy jednej pary butów na całą rodzinę? Strzelania do robotników i Berezy Kartuskiej? To ci co pijani wchodzili do wsi i zarzynali każdego co im się nie spodobał? Hmm.... To ja nie chcę władzy, która czci takich ludzi.”

* * *

Chcącym wiedzieć więcej proponuje lekturę artykułu z „Przeglądzie”. Warto przeczytać, bo warto wiedzieć.

https://www.tygodnikprzeglad.pl/wykleci-malo-swieci/

 

Napisz komentarz (9 Komentarzy)

  Ostatnia niedziela (14 stycznia) - to był naprawdę zadziwiający dzień. Pisiorom złość dupkę ściska, że nie są w stanie wyzwolić w ludziach tyle radości, wzajemnego szacunku i miłości do bliźniego swego. Pisiory mogą jedynie zwołać zastępy ponurych łysoli, pełnych nienawiści i żądzy przemocy. Jurek Owsiak we wczorajszych Faktach TVN24 potwierdził, że polskie ambasady totalnie olały  Orkiestrę.  Pracownicy ambasady w Pekinie spotykali się z jej wolontariuszami potajemnie. I tylko Max (z Wałbrzycha ) naiwnie wierzy, że pojawiająca się w Necie informacja o „tajnym” piśmie skierowanym z polskiego MSZ do polskich placówek dyplomatycznych na świecie, zakazującym im jakiegokolwiek promowania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, to jedynie taka „fake news”, bo MSZ stwierdziło, że żadnego takiego polecenia nie było. Niektórym wygodniej się żyje w takim błogim przeświadczeniu, że niewygodna prawda, to właśnie tylko „fake news”.

* * *

Ciekawi mnie, kiedy wreszcie do świadomości rodaków przebije się zapomniana prawda o czasach Służby Zdrowia w okresie PRL, kiedy to cały personel medyczny opłacany był z budżetu państwa, tak jak m.in. funkcjonariusze wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania, prokuratorzy i sędziowie, nauczyciele. Nie funkcjonowały żadne organa pośrednie, takie kie jak obecnie NFZ, które jedynie generują straty, bo stanowią tylko i wyłącznie urzędniczą narośl, nie mającą z leczeniem nic wspólnego. Państwo decydowało o tym jakie stawki na jakich stanowiskach przysługiwały medycznemu personelowi (tzw. taryfikatory obejmujące wykształcenie, staż pracy, pełniona funkcję itp.), państwo płaciło za media, a zakupiony sprzęt był wykorzystywany wtedy, kiedy było to niezbędne i nikomu nie przychodziło do głowy liczyć ile kosztuje (wirtualnie) godzina pracy danego urządzenia. Państwo kupowało sprzęt medyczny i płaciło lekarzom, ponieważ służba zdrowia miała jedyny cel, czyli leczenie obywateli. A nie, tak jak obecnie, wypracowywanie zysków, przez co człowiek zszedł na bardzo daleki plan, oddając miejsce pieniądzom.

* * *

Piszę o tym pod wrażeniem wczorajszych informacji o sytuacji w szpitalu miejskim w Kluczborku, gdzie w całym obiekcie została jedynie jedna osoba – ordynator szpitala, który jeszcze stara się pomoc, chociażby tylko w minimalnym zakresie. Starosta powiatu kluczborskiego oferuje miesięczne wynagrodzenie w wysokości od 11 do 16 tyś. (70 zł/h), plus dodatki za dyżury oraz mieszkanie, ale nikt się nie zgłasza, a jeden który to uczynił, zażądał 140 zł za godzinę. Taka sama sytuacja jest w odległym o 20 km Oleśnie. Dochodzi do tego, że karetki pogotowia przywożą chorych i potrzebujących nagłej pomocy do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego i pozostawiają pacjenta samego sobie, bo na SOR nie ma lekarzy. Rodziny zawałowców mogą od razu zamawiać trumny. Tak nigdy w Polsce jeszcze nie było. Nie lubię spiskowych teorii, ale zaczynam podejrzewać, że być może chodzi o to, aby ten dobrze wyposażony i odremontowany szpital zamknąć, by po jego upadku za marne grosze ktoś mógł go kupić i otworzyć szpital prywatny dla bogatych.

* * *

Niekiedy zastanawiam się, czy polska klasa polityczna (od lewa do prawa) zna system kanadyjski, w którym studia medyczne są płatne, a ci których na nie nie jest stać, podpisują z państwem umowę pożyczki (opłata za naukę), którą później, jako lekarze muszą spłacać przez 10 – 15 lat. W tym czasie muszą pracować w państwowej służbie zdrowia, a po zwróceniu tego, co im państwowo pożyczyło, mogą sobie prowadzić prywatne praktyki. Dlaczego podobnego rozwiązania nie można zaprowadzić w Polsce? Tego nie wiem i to mnie trochę drażni.

* * *

Obwieszczenie o zgłaszaniu sędziów-kandydatów na członków nowej KRS marszałek Sejmu opublikował 4 stycznia. Do tej pory jednak żadne kandydatury nie wpłynęły do Sejmu - informuje "Rzeczpospolita". Raduje się serce moje, ale wiem, że tylko na krótko niestety, bo jak w każdej społeczności, tak i w tej, czarne owce nie są raczej wyjątkiem.

Napisz komentarz (5 Komentarzy)

   W rządzie premiera Morawieckiego mamy 22 ministrów i 106 ich zastępców. W rządzie Leszka Millera było 15 ministrów i 60 zastępców. To dowód na to, że dobra zmiana realizuje swe zapowiedzi o tak zwanym tanim państwie, bo przecież ministrów mogłoby być np. 60, a zastępców 300. A co, rządzenie to przecież niełatwa rzecz.

* * *

Na zaprzysiężeniu staro-nowego rządu PZPR (Prezesa Zarządu Partii Rządzącej) A. Duda znów wyskoczył przed szereg, chcąc zapewne pokazać PZPR, że i on chce grać na rządowych skrzypcach. Dlatego tez zaproponował członkom tego rządu, aby z każdymi problemami przybiegali do niego, a on postara się im pomóc. Ciekawe czy zostało to uzgodnione z PZPR, chociaż ja odnoszę wrażenie, że nie, bo PZPR nie znosi, aby ktoś się w jego sprawy nosa wtykał. Nie po to A. Dudę namaszczał na wykonawce jego woli, ale wygląda na to, iż Duda uwierzył w swe zdolności do kierowania tym, co się w kraju dzieje.

* * *

Rekonstrukcja rządu pokazała też, że opozycja miała rację żądając usunięcia nieudolnych i szkodzących interesom państwa i jego obywateli ministrów, ponieważ wszystkim wskazanym PZPR dał kopa. Fakt, że po jakimś czasie, ale przecież nie mógł pokazać, że opozycji ustępuje. Wszak nie interes państwa był tu ważny, a interes rządzącego, czyli PZPR.

* * *

Mariusz zwany „Płaszczakiem” rzucony został na wojsko, co dowodzi, że rządzić (bo nie kierować) potrafi wszystkim. I chociaż przez policjantów uważany był za postać komiczną, a przez opozycję za niezbyt sprawnego intelektualnie, to do rządzenia wojskiem będzie nadawał się akuratnie. Dużo zapewne nie zmieni, bo będzie to zależało jakie PZPR wyda mu dyspozycje, ale emerytowani wojskowi mogą być pewni, że prace nad ustawą represyjną (emerytalną) wobec byłych żołnierzy Wojska Polskiego z czasów PRL dostaną przyspieszenia, jak F-16 na dopalaczu.

* * *

Policjanci nie mogą się cieszyć z tego, co ich po zmianie ministerialnego szefa czekać będzie. Minister Brudziński to inny typ człowieka. Gościu o bardzo silnej osobowości, intelektualnie bardzo wydolny, ale też pamiętliwy i cyniczny jak mało kto, no i zakochany bez pamięci w PZPR. Obywatele winni wiedzieć przede wszystkim, że nowy policyjny capo di tutti capi znany jest tez z tego, że nie odpuszcza wszystkim tym, którzy chociażby nawet nie świadomie nastąpili na jego eleganckie kamasze. Wiedzę fachową posiada, bo w czasach szkolnych trzy miesiące przesiedział w areszcie pod zarzutem dokonywania rozbojów, z czego wprawdzie sąd go uniewinnił, ale jak organy ścigania działają chyba doskonale zapamiętał.

* * *

Łukasz Szumowski, który księcia pana zastąpił na stanowisku ministra zdrowia, jest jednym z 4 tysięcy lekarzy, którzy podpisali Deklarację Wiary, przez co widać, że w Ministerstwie Zdrowia niewiele się zmieni. A o prawie do aborcji i programie In Vitro kobiety powinny zapomnieć.

* * *

Szkoda tylko minister Anny Streżyńskiej od cyfryzacji, jedynej kompetentnej i sprawnej minister w rządzie administrowanym przez „Becię Broszkę”, którą PZPR wyrzucił ponieważ miała konkretny plan i nie zgadzała się na różne głupkowate pomysły rodzące się w główkach podwładnych PZPR.

* * *

Henryk Kowalczyk wiele nie zmieni, bo podziela poglądy pogromcy polskich drzew, a zwłaszcza Puszczy Białowieskiej i choć na ochronie środowiska zna się w takim samym stopniu jak Zbigniew Ziobro na medycynie, to jednak wiernie stał u boki Szyszko podczas wielu spędów mających na celu mordowanie leśnej i polnej zwierzyny. Oczywiście nie stał bezczynnie, bo lufa grzała mu się niesamowicie za każdym razem.

* * *

No i Antoni, znawca lotniczych katastrof. Nie uchroniła go jego podkomisja, która jest już tuż tuż od odkrycia dowodów na to, iż Lecha Kaczyńskiego zamordował Putin do spółki z Tuskiem. Widać, że i PZPR miał go serdecznie dosyć za to, iż polską (i tak słabiutką) armię całkowicie położył na łopatki, bo mu się zamarzyli chłopaczkowie latający z karabinami po lesie, których mógłby często odwiedzać i oglądać ich wytężone torsy, kiedy w karnym ordynku staliby przed nim na baczność. Nie zginie. Jest posłem, więc solidną kasiorę i tak co miesiąc za nic nierobienie dostanie. A mi się marzy jedynie, że może w nerwach PZPR zaszkodzi.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

Właśnie skończyłem czytać książkę Janusza Rolickiego „Nieznośny urok PRL” i mam problem, jak ją ocenić. Janusz Rolicki, znany dziennikarz, niespełniony polityk (PZPR, SLD, Samoobrona RP), napisał swego czasu kilka książek poświęconych Edwardowi Gierkowi, co było efektem wielogodzinnych rozmów, jakie przeprowadził z byłym I sekretarzem KC PZPR. Dzięki tym rozmowom, ale także i dokumentom, jakie mu E. Gierek pokazał, mógł zajrzeć za kulisy wielkiej „gierkowskiej dekady” lat 1970-1980, która zapoczątkowała wielki skok gospodarczy PRL, lecz także niestety i późniejsze kłopoty ekonomiczne, jakie były nieuchronnym następstwem zaciągniętych na Zachodzie kredytów dolarowych, których nieuchronna spłata wisiała nad Polską, ale przede wszystkim nad PZPR, jak miecz Damoklesa. „Nieznośny urok PRL” to powieść z tak zwanym kluczem, w której część bohaterów występuje pod swoim prawdziwym nazwiskiem (Edward i Stanisława Gierek, Piotr. Jaroszewicz, Breżniew, Gromyko), przy czym pozostali pod zmienionymi nazwiskami. Jednakże dla dociekliwego czytelnika, łatwymi do rozszyfrowania.

Nie mam zamiaru opisywać całej fabuły, ponieważ książkę czyta się dobrze, chociaż odnosi się ona do wydarzeń raczej powszechnie znanych. Mnie spodobała się narracja, która w bardzo przystępny, bo zrozumiały praktycznie dla każdego, wyjaśnia dlaczego E. Gierek podejmował takie, a nie inne decyzje i kto oraz z jakich powodów przeszkadzał mu skutecznie, aby mógł Polskę skutecznie wyprowadzić z ekonomicznego i politycznego dołka.

Po jej przeczytaniu zupełnie innym okiem spojrzałem na czerwcowe podwyżki cen żywności w 1976 roku, które doprowadziły do kolejnego buntu tak zwanej wielkoprzemysłowej klasy robotniczej i ku mojemu zdumieniu dowiedziałem się, z jakich to prawdziwych powodów PZPR z tego pomysłu się wycofała. Bo Gierek uczynił tak pod wpływem cynicznej groźby Breżniewa i Gromyki, że jeżeli podwyżki zostaną wprowadzone w życie, to ZSRR zakręci kurki wszelkich dostaw ropy naftowej i innych surowców, bez których polska gospodarka z miejsca padłaby jak przysłowiowy pies Pluto. Groźba taka padła podczas wielkiego spotkania przywódców bratnich państw stowarzyszonych w Układzie Warszawskim i RWPG w Berlinie w 1976 roku.

Jednym słowem w obronie robotników z Gdańska i Radomia stanął tow. Leonid, co skutecznie załamało polską gospodarką z tego prostego powodu, że nie byliśmy w stanie zwiększyć naszego eksportu za dewizy na Zachód, ponieważ niskie ceny niesamowicie zwiększały popyt wewnętrzny, co ogałacało rynek z praktycznie wszystkich towarów. A to z kolei powodowało wielkie niezadowolenie klasy robotniczej, która zmuszona była stać w kolejkach. I nikt się jakoś nie przejmował tym, że tylko dewizami mogliśmy nasze kredyty spłacać, a tow. Leonid Breżniew nie zgodził się, aby doprowadzić do wymienialności złotówki, która zżerał tzw. rubel transferowy.

Kiedy się tę książkę przeczyta, łatwiej będzie o zrozumienie, że wtedy w PRL nic nie było takie, jak dziś o tym sądzimy. Z drugiej jednak strona książka ta ma strasznie niezrozumiały wątek fabularny, z którym Janusz Rolicki nie potrafił dać sobie rady. I tak absolutnie nie jest wyjaśnione kto i po co potajemnie zaserwował znanej dziennikarce i telewizyjnej redaktorce, członkini Komitetu do Spraw Radia i Telewizji "Polskie Radio i Telewizja" tak zwaną pigułkę gwałtu, aby następnie umieścić w jej hotelowym łóżku asystenta tow. Gierka, gołego jak święty turecki, któremu taki sam środek zaserwowano. Zresztą i ją również ktoś rozebrał do rosołu, a działo się to podczas wspomnianej wizyty w Berlinie, albowiem dziennikarkę bez żadnego jasno wyjaśnionego przez autora powodu, umieszczono w składzie oficjalnej delegacji partyjnej. Dwie te osoby serdecznie się nie cierpiały, a mimo to na ostatnich kartach powieści znajdujemy ich w prywatnym łóżku redaktorki, która po powrocie z Berlina podjęła heroiczną decyzję zerwania wszelakich kontaktów z komuchami. Myślę, że jeżeli już autor wątek ten w powieści umieści, to powinien doprowadzić do jego całkowitego wyjaśnienia, czego jednak ku mojemu zdumieniu nie uczynił. Szkoda też, że nie wyjaśnił kulis i ewentualnego celu przygotowanej prowokacji prasowej, dotyczącej podwyżek cen planowanych przez Partię i rząd.

Natomiast do tragicznego zakończenia doprowadził trochę infantylnie przedstawiony wątek nieszczęśliwej pozamałżeńskiej miłości 60-letniego sekretarza KC PZPR, Zastępce Członka Biura Politycznego KC PZPR i jednocześnie wicepremiera rządu PRL1, do 24-letniej początkującej dziennikarki telewizyjnej, której szefową była owa wspomniana członkini polskiej delegacji do Berlina. Związek ten zakończył się dla nich tragicznie, a na jego tle Janusz Rolicki pokazał, jakie kanalie służyły w polskich służbach specjalnych. Myślę, że bardzo jednostronnie, a poza tym chyba nie bardzo się w tym wszystkim szczególnie orientował, bo miesza zakresy obowiązków służbowych i zasady hierarchii panującej w tych służbach. I dlatego – tak myślę - ten fabularny wątek znacznie poziom tej powieści obniża. Ale przeczytać warto dla jej historyczno-politycznego wątku i dlatego szczególnie ją polecam.

1. Sprawdziłem w Wikipedii i nie znalazłem żadnego wicepremiera rządu Piotra Jaroszewicza, który umarłby w 1976 roku.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Polska powoli staje się państwem policyjnym, o czym z każdym tygodniem, a na pewno miesiącem, jest coraz głośniej i coraz więcej przykładów pojawia się w obiegu medialnym. Nie jest to jeszcze coś w rodzaju terroru, bo mimo wszystko do tego wciąż dosyć daleko, ale ludzie już zaczynają się bać. Bać PiS i długich rąk Jarosława. Sam niedawno przekonałam się, że odwaga znów strasznie podrożała, a strach powoduje, że zerwaniu ulegają nawet więzy przyjaźni. Otóż jakiś czas temu spytałem się mojego przyjaciela, czy nie zechciałby podpisać listy osób wspierających projekt ustawy niwelującej pisowskie represje nałożone na funkcjonariuszy mundurowych III RP, którzy w przeszłości, chociażby tylko przez jeden dzień, byli funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa. Nie było problemu i listę podpisał wraz ze swoją życiową partnerką, albowiem wielokrotnie wyrażał swój zdecydowany sprzeciw wobec bezprawnych poczynań PiS.

Jędrek nigdy w jakimkolwiek mundurze nie chodził, ale przez lata utrzymywał kontakt zarówno ze mną, jak i naszym wspólnym (a moim drugim) przyjacielem, który – tak się złożyło – zanim został policjantem, był funkcjonariuszem SB. Noc sylwestrową, razem z Jędrkiem i jego dziewczyną, spędzaliśmy w tym samym gronie nie mającym ze służbami mundurowymi nic wspólnego i w pewnym momencie rozmowa zeszła na akcję zbierania podpisów pod projektem ustawy FSSM RP. W jej trakcie Jędrek zaczął wyrażać wątpliwość, czy słusznie uczynił podpisując się pod tą listą, co wzbudziło tylko moje zdziwienie, ale nie przywiązywałem do tego większej uwagi, a zgłaszane przez niego wątpliwości po prostu zbagatelizowałem.

Dwa dni później, pod wieczór, Jędrek wraz z partnerką pojawił się w moim domu i od razu przystąpił do tematu. Oświadczył, abym jego podpisy na liście wykreślił, a kiedy dowiedział się, że zostały już wysłane do Warszawy, zdecydowanie (i dosyć agresywnie) oświadczył, że postąpiłem nie po koleżeńsku, albowiem zmusiłem go do podpisania tej listy poparcia, przez co on teraz będzie miał kłopoty, bo ktoś zapewne będzie sprawdzał, kto te listy podpisał. I przeze mnie został narażony na groźbę utraty wszystkiego tego, czego się w życiu dorobił, ponieważ „zmusiłem go do stawania w obronie ubeków”. Tak się dosłownie wyraził. Ja skądinąd wiedziałem, że parę godzin wcześniej rozmawiał przez telefon z naszym wspólnym przyjacielem, którego zapewniał, że w razie czego on jest zawsze gotowy do udzielenia mu wszelakiej pomocy. W pierwszym momencie zacząłem sobie z niego trochę pokpiwać, że faktycznie ma się czego bać, bo zapewne jakieś pisowskie szwadrony śmierci wpadną do jego domu i będą go chcieli za ten podpis powiesić na suchej gałęzi, ale kiedy ponownie zarzucił mi, że ja jego oraz jego dziewczynę zmusiłem do złożenia podpisu, przez co od kilku dni jego ciśnienie przekracza 200 jednostek, co przy jego chorym sercu naraża go na wielkie niebezpieczeństwo, po prostu nie zdzierżyłem. W efekcie wyrzuciłem go wraz z tą jego narzeczoną za drzwi i wyraziłem nadzieję, że już się u mnie więcej nie pokaże, a po porady prawne niech biega do adwokata, bo ja nie mam zamiaru utrzymywać z nim jakichkolwiek kontaktów.

Żona, która była mimowolnym świadkiem tego żenującego wydarzenia, stwierdziła, że zachowałem się nazbyt emocjonalnie, bo w sumie taka błahostka nie powinna ważyć na naszej wieloletniej przecież przyjaźni. Ja jednak uznałem, że nie mogę przyjaźnić się z tak zwykłym tchórzem, który na dodatek zarzucił mi kłamliwie, iż go do czegoś zmusiłem, narażając jego i jego życiowe sukcesy na jakieś wielkie niebezpieczeństwo. Moje doświadczenie mówi mi, że najłatwiejsi do pozyskania w charakterze donosicieli są właśnie tacy tchórzliwi osobnicy. A ja nie chciałbym mieć w swoim otoczeniu kogoś, komu z powodu jego tchórzostwa przestałem ufać.

Napisz komentarz (8 Komentarzy)