W czasie wtorkowej rozprawy (25.09.2018) prokurator z IPN podkreślał szczególnie, że Leszek Lamparski nie działał pod wpływem błędu co do zgodności z prawem, albowiem jego zdaniem mógł się zapoznać dokładnie z treścią dekretu o stanie wojennym, a wówczas wiedziałby, że akt ten jest bezprawny. Apelację prokuratora w całej rozciągłości wsparła oskarżycielka posiłkowa, która dodatkowo odniosła się do krzywd, jakich doznała podczas pobytu w ośrodku dla internowanych, na co przecież gen. Lamparski absolutnie żadnego wpływu nie miał i nie może za to ponosić odpowiedzialności. W części merytorycznej wystąpienia stwierdziła jedynie, że w całej rozciągłości popiera treść apelacji prokuratorskiej. Natomiast mecenas Świteńki, który na wstępie bardzo mocno zaakcentował, że rozumie i podziela negatywna opinie dotyczącą stanu wojennego, zwracał jednak uwagę sądu na to, że przedmiotem rozprawy jest zarzut popełnienia 92 zbrodni przeciwko ludzkości, poprzez zastosowanie prawa, które w przekonaniu oskarżycieli jeszcze nie istniało, a więc słuszne żale oskarżycielki nie mieszczą się w ramach postawionego zarzutu.

Zwrócił przy tym uwagę na to, że instytucja internowania znana była w ustawodawstwie okresu międzywojennego, w czasie istnienia PRL, a także w czasach współczesnych i w każdym obowiązującym w tym czasie systemie prawnym, decyzja o internowaniu miała i ma charakter decyzji administracyjnej. Przypomniał też, że według orzecznictwa sądów (tym również NSA) dla oceny zgodności z prawem decyzji administracyjnej istotne jest tylko to, czy decyzja taka oparta jest na obowiązującym akcie prawnym. A więc w sprawie tej o złamaniu prawa mowy być nie może, albowiem ówczesne, jak i współczesne prawo upoważnia komendantów komend każdego szczebla do wydawania decyzji administracyjnych. Dla ich ważności – a w tym przypadku decyzji o internowaniu – nie ma znaczenia, czy powód internowania był zastosowany zgodnie z prawem. Tak więc wydając decyzje o internowaniu 92 osób, prawa nie złamał, a do przeprowadzenia oceny zgodności z prawem samych podstaw internowania, treść i zakres postawionego mu zarzutu nie daje sądowi żadnych prawnych możliwości.

Ponadto nie można oceniać tamtego wydarzenia, zaistniałego w ramach określonego systemu prawnego i stosowanych wówczas zasad i zwyczajów dotyczących tworzenia i stosowania prawa, przez pryzmat dzisiejszego demokratycznego państwa i jego systemu prawnego i etycznego. System prawny tamtego okresu dopuszczał możliwość obowiązywania ustawy od dnia jej uchwalenia, co zresztą dopuszczalne było również w pierwszych latach po 1989 roku, więc brak publikacji dekretu nie może być podstawą zarzutu, iż gen. Leszek Lamparski podpisując decyzje o internowaniu wskazanych przez Służbę Bezpieczeństwa osób, działał w oparciu o nieistniejące (nieobowiązujące) jeszcze prawo.

Istotnym jest fakt, że gen. Lamparski nie miał wówczas żadnej możliwości (zwłaszcza prawnej) sprawdzenia, czy dekret o stanie wojennym jest legalny. Zdaniem mecenasa Switeńkiego, aby apelacja prokuratorska była zasadna, prokurator winien udzielić odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób Leszek Lamparski miałby sprawdzić, czy wydany dekret o stanie wojennym jest zgodny z prawem. Czy miałby dzwonić do swoich kolegów komendantów z pytaniem, czy oni również stosowne polecenia (rozkazy) otrzymali, czy też zwrócić się z takim pytaniem np. do ministra spraw wewnętrznych? Wiadomym jest przecież, że tak postąpić nie mógł, bo za takie postępowania groziłaby mu odpowiedzialność nie tylko dyscyplinarna, ale i karna. Mógł oczywiście odmówić wykonania rozkazów, albo popełnić honorowe samobójstwo, ale niezdecydowanie się na taki krok, nie może być podstawą do oskarżenia, iż wydając zgodnie z prawem decyzje administracyjne, jednocześnie prawo to złamał.

Przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego ruszyły w marcu 1981 roku, w efekcie czego komendanci wojewódzcy otrzymali gotowe druki wszelkich dokumentów dotyczących zatrzymywania, a następnie internowania określonych osób (były to druki ścisłego zarachowania), a więc na ich treść i podane tam podstawy prawne nie miał żadnego wpływu. Natomiast cała korespondencja dotycząca przygotowania stanu wojennego miała miejsce jedynie pomiędzy odpowiednimi departamentami MSW i odpowiadającymi im wydziałami Służby Bezpieczeństwa na szczeblach komend wojewódzkich, kierowanych i nadzorowanych bezpośrednio przez wojewódzkich szefów Służby Bezpieczeństwa. Milicja nadzorowana i kierowana przez komendantów wojewódzkich MO w proces ten nie była zaprzęgnięta, a więc komendant wojewódzki nie był w stanie zapoznawać się z jej treścią. W stosownym czasie otrzymał jedynie odpowiedni szyfrogram, nakazujący mu wdrożenie czynności zgodnie z zaleceniami zawartymi w kopertach, które do tego dnia leżały zalakowane w jego szafie pancernej. Rozkaz ministra spraw wewnętrznych nakazywał mu podpisanie dostarczonych mu (wypełnionych) decyzji administracyjnych, co wykonał, albowiem obowiązujące prawo nakładało na niego taki obowiązek.

Na zakończenie mecenas Świteńki odniósł się do części sformułowanego zarzutu dotyczącego popełnienia zbrodni przeciwko ludzkości. Stwierdził, że tak postawiony zarzut jest obrazą pamięci ofiar takich zbrodni popełnionych nie tylko w czasie wojny światowej, ale także wobec ofiar wielkiego głodu na Ukrainie z lat 30-tych, zbrodni przeciwko ludzkości popełnionych we współczesnej Serbii, czy innych mających miejsce w naszej najnowszej historii świata i Europy. Trudno się z taką konstatacją nie zgodzić.

Wychodząc z sądu zastanawiałem się dlaczego sąd I instancji postępowania tego w ogóle nie umorzył, albowiem podstawa aktu oskarżenia była zbrodnia komunistyczna, która uległa przedawnieniu. Prokuratura zaś zastosowała prawny kruczek doczepiając zbrodnie przeciwko ludzkości, ponieważ akurat ta zbrodnia przedawnieniu nie ulega. Mam nadzieję, że wydając wyrok Sąd Okręgowy kierować będzie jedynie literą prawa, a nie obowiązującym obecnie interpretacjami stricte politycznymi. Z drugiej jednak strony operacja krypt. Efekt Mrożący, zakreśla coraz większe kręgi, więc kto wie … Optymistą być jest coraz trudniej.

* * *

Bardzo oryginalną konstrukcję prawną przedstawił ostatnio prokurator Krzysztof Opania z prokuratury Okręgowej w Łodzi, prowadzącej śledztwo w sprawie przestępstw popełnionych przez policjantów, prokuratorów oraz sędziów, związanych z oskarżeniem i skazaniem Tomasza Komendy z Wrocławia. Karalność tego rodzaju czynów wprawdzie się już przedawniła, więc ich sprawcy śpią spokojnie, ponieważ nie sądzę, aby sumienie ich w jakiś sposób dręczyło. Ale być może spokój ich snu zostanie zakłócony z uwagi na to, że prokuratorzy pracują nad uzasadnieniem wskazującym, że nie ujawniając dowodów niewinności i zatajając dowody winny innych, osoby odpowiedzialne działały w tzw. czynnie ciągłym, a więc przestępstwo trwa do dnia dzisiejszego, a więc przedawnienie ich nie obejmuje. Jeżeli to się utrzyma, to sprawcy nieszczęść Radka Krupowicza, Patryka Rynkiewicza i Wojciecha Pyłki (wszyscy z Wałbrzycha), również spokój snu stracą, a ja uczynię wszystko, aby stać się tak mogło.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Na 25 września Sąd Okręgowy w Świdnicy wyznaczył rozprawę apelacyjna w sprawie generała Leszka Lamparskiego, którego prokurator z IPN oskarżył o 92 zbrodnie przeciwko ludzkości. Z tego w rzeczywistości bzdurnego zarzutu Sąd Rejonowy – jako sąd I instancji – generała oczywiście uniewinnił, przez co na pewno bardzo mocno podpadł wiadomo komu i tylko czekam na informację, że sędziowie orzekający w tym składzie (trzech sędziów zawodowych) zostaną wezwani przez srogie oblicze sędziów Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, a tak naprawdę kolegów prokuratorów tego prokuratora z IPN. Operacja pod kryptonimem „Efekt mrożący” wszak już się rozpoczęła, czego doświadczyć mogli ci sędziowie, którzy się na dewastację ich niezależności i niezawisłości nie zgadzają.

Na rozprawę spóźniłem się parę minut, ponieważ optymistycznie założyłem, że do Świdnicy dojadę w czasie jak zwykle, czyli nie dłuższym niż 20 minut. Dlatego spod domu ruszyłem o 08.20, aby mieć czas na znalezienie miejsca do parkowania. Zaraz za Mokrzeszowem dogoniłem sznur samochodów (chyba z dwadzieścia parę), które wlokły się za dużym ciągnikiem, jadącym nie szybciej niż 30km/h. I tak aż do Słotwiny. Kiedy już zaparkowałem samochód niedaleko Aresztu Śledczego zostało mi tylko 10 minut aby dojść do sądu i ustalić numer sali. Postanowiłem, że podbiegnę kawałek i na ul. Różanej zahaczyłem stopą o wystającą płytę chodnikową i poczułem nagle jak ciężar mego ciała poddał się nagłemu wzrostowi przyciągania ziemskiego. W mocno pochylonej pozycji uczyniłem jeszcze kilka kroków, zastanawiając się, czy skierować się w strunę ceglanego muru AŚ, czy też usiłować przybrać pozycję bardziej pionową. Niestety dokonałem fatalnego wyboru i opcja druga całkowicie nie wypaliła, przez co rymnąłem jak długi (190 cm) na chodnik. Na szczęście dawne lekcje karate przydały się i robiąc półobrót upadłem na prawy bok. Niestety źle ułożyłem dłoń, przez co doznałem niewielkiego urazu w postaci zerwania skory. Pozbierałem się jakoś i do sądu zdążyłem, a od spotkanego mecenasa Jerzego Świteńkiego dowiedziałem się, że rozprawa odbędzie się w sali 109. Stanąłem więc pod drzwiami i czekałem. Po jakimś czasie na korytarzu zrobiło się pusto, co mnie trochę zdziwiło, bo zniknął mi z oczy mecenas Świetnki, z którym przede chwilą jeszcze rozmawiałem. Za moment podeszła do mnie pani, w której rozpoznałem oskarżycielkę posiłkową, bardzo mocno na gen. Lamparskiego rozeźloną, albowiem 13 grudnia 1981 roku była jedną z działaczek „Solidarności”, objętych decyzja o internowaniu. Na marginesie tylko wspomnę, że razem z jej (nieżyjącym już) mężem studiowaliśmy (w jednej grupie) na Wydziale Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego i pamiętam, że były to czasu kiedy obaj (zresztą w większym gronie) nieźle balowaliśmy. Stare dobre czasy.

Pani owa spytała się mnie, czy rozprawa się już rozpoczęła, więc zgodnie z prawdą poinformowałem ją, że jeszcze nikt jej nie wywołał. Mówiąc to podszedłem do drzwi, aby przeczytać tzw. wokandę i ku memu zdziwieniu zauważyłem na jej samym dole dopisek, że rozprawy z sali nr 109 zostały przeniesione do sali nr 110. Szybko więc razem tam się udaliśmy, ale nasze spóźnienie miało dla mnie ten fatalny skutek, że sąd nie zezwolił mi na nagrywanie rozprawy, twierdząc, że prokurator rozpoczął już swą przemowę, a więc rozprawa trwa. Nie omieszkał jednak przepytać mnie co do tożsamości i powodu dla którego na rozprawę przybyłem. Korzystając z okazji poinformowałem go, że w zasadzie interesuje mnie nagranie wyroku z uzasadnieniem i wówczas pan sędzia podyktował do protokołu, że jeżeli w dniu dzisiejszym będzie ogłoszony wyrok, to mogę go nagrywać. Ku memu zmartwieniu okazało się, że wyrok będzie jednak ogłoszony w innym terminie, a konkretnie w dniu 4 października br. o godz. 11.00 w sali ne 110. Tak więc pozostaje mi jedynie streścić z pamięci i poczynionych notatek, to co się na sali sądowej działo. Ale o tym napiszę w kolejnym odcinku.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Dawno już tu nie pisałem, ale nie dlatego, że brak mi tematów, ale dlatego, że po prostu brakuje mi czasu. Nad czym bardzo ubolewam. Nawet pisanie mojego sztandarowego dzieła, czyli historii o zbrodni pod Narożnikiem 17 sierpnia 2997 roku, mocno zaniedbałem. Wszystko dlatego, że doszedłem do wniosku, iż czas najwyższy, aby moje prywatne archiwum jakoś uporządkować, czyli mówiąc dzisiejszym językiem, zdigitalizować, a jego papierową część wywieść na skup makulatury. Myślę, że sporo kasy na tym zarobię, bo będzie tego grubo ponad 200 kilo. Najbardziej cieszy się Dana (żona), którą moje papierowe „skarby” mocno już wkurzają. No cóż, dla niewtajemniczonego, to tylko kupa bezużytecznego papieru rozłożonego gdzie tylko się da – oczywiście chodzi o pokój, który zaanektowałem na swoją pracownię - i nikt nie ma prawa niczego tam ruszać, a już nie daj boże przekładać lub przesuwać. Mimo pozornego bałaganu, ja doskonale wiem, gdzie się co znajduje.

Przypomniała mi się pewna scenka, kiedy swego czasu, do mojej służbowej szafy zajrzał naczelnik wydziału (kryminalnego) płk. Eugeniusz Karłowski.

- Większego burdelu w tej szafie to już chyba mieć nie możesz - rzucił z przekąsem, widząc jej zawartość, ponieważ nie zdążyłem przymknąć nogą jej metalowych drzwi.

- Naczelniku, to tylko z pozoru jest burdel, a tak naprawdę wszystko znajduje się na swoim miejscu, czyli jest to burdel uporządkowany – odpowiedziałem mu zgodnie z prawdą.

- Tak? No to daj mi teczkę ... - tu wymienił kryptonim sprawy operacyjnej, jaką prowadziłem w lutym tego roku. Był sierpień, więc myślał, że mnie zaskoczy.

- Proszę bardzo – odpowiedziałem i sięgnąłem ręką na trzecią od góry półkę, do kupki znajdującej się na jej prawym końcu.

Był wyraźnie zaskoczony, albowiem wydawało mu się, że będę jej gorączkowo poszukiwał i wywalał wszystko na podłogę. A tu masz babo placek. Szast prast i teczka do dyspozycji.

Widziałem jak Franto z „Dziadkiem” skrywali swoje rozbawienie, aby szef nie pomyślał sobie, że się z niego naigrywają.

- No, masz szczęście, ale i tak uważam, że w ciągu najbliższych dni musisz z tym zrobić porządek i część tych papierzysk przekazać do archiwum – chciał prawdopodobnie zamknąć temat, wykazując jednocześnie swoją naczelnikowską dezaprobatę wobec tego, co w mojej szafie zobaczył.

- Ma się rozumieć, naczelniku, ale większość tych papierów jest mi potrzebna, bo w razie potrzeby nie będę latał, aby odpowiednie informacje z archiwum wyciągać – nie dawałem za wygraną i po chwili, uznając mojej racje, albo nie chcąc wdawać się w dalsze dyskusje, zmienił temat, jakby sprawy w ogóle nie było.

Było to w połowie lat 80-tych XX wieku i nawet nie mieliśmy świadomości, że kiedyś będziemy dysponować komputerami, w których bez problemu wszystko będzie można zapisać i w razie potrzeby szybko z tego skorzystać.

Obecnie w mojej „pracowni” stoją trzy komputery stacjonarne, dwa laptopy i jeden tablet. I wszystkie wykorzystuję praktycznie każdego dnia … no może kilka razy w tygodniu. Dzięki temu wszystko więc w zasięgu ręki, wiem gdzie co jest zapisane, więc papiery na makulaturę i zabieram się ponownie do pisania książki i prowadzenia „Dziennika Szarego Obywatela”.

PS.

Najsmutniejsze jest to, że wszystkie przywołane w tej historyjce osoby już dawno nie żyją i pozostaje mi jedynie o nich sympatycznie wspominać, ponieważ właśnie bardzo sympatycznymi osobami byli.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   Jak zwykle z pewnym opóźnieniem rozpocząłem lekturę tygodnia Przegląd (nr 34/2018, którego okładkę zdobi fotografia dwóch cywilów (dawniej mundurowi mówili o nich per cywilbanda), którzy z nakazu prezesa Jarosława Polskęzbawa, pełnią najważniejsze funkcje związane z naszą armią czyli Wojskiem Polskim, a w zasadzie z tym, co po czasach PRL z armii tej zostało. Jeden został powołany na funkcję prezydenta, a drugi na funkcję ministra obrony narodowej. Problem w tym, że obaj na wojsku i jego potrzebach znają się tak, jak ja na rozmnażaniu turkucia podjadka, czego efektem jest dalsza dewastacja nie tylko samego wojska, jak i rozmienianie na drobne społecznego szacunku dla tej formacji.

Fotografia owa przedstawia postać dawnego towarzysza pancernego, czyli umundurowanego w zbroję husarza, dymającego na piechotę w towarzystwie tych niszczycieli. Jest to prawdopodobnie jeden z tych zbrojnych, którzy podczas niedawnej parady „oręża” polskiego, maszerowali w skwarze po warszawskiej ulicy z trudem dźwigając na sobie pancerze i kopie, bo chyba koni dla nich zabrakło, a może Putin im je podiwanił.

Oglądając tę paradę w telewizji i widząc maszerujących per pedes husarzy, poczułem się z lekka zażenowany, a następnie śmiech mnie ogarnął, kiedy przypomniałem sobie wielką paradę Wojska Polskiego z 1966 roku, z okazji 1000 lecia Polski. To dopiero był pokaz realnej siły wszystkich rodzajów wojsk, przed którymi drżeli sztabowcy państw NATO, co nawet do dzisiaj wspominają z wielkim podziwem.

Kiedy jednak skończyłem się śmiąc, naszła mnie chwila refleksji i uzmysłowiłem sobie, że to co zobaczyłem |(i miliony oglądające pardę na żywo i w telewizji), było niczym innym, jak tylko alegorią odnoszącą się do obecnego stanu naszego wojska. Kiedyś postrachu europejskich sztabowców, dziś tylko budzący śmiech politowania na widok tego złomu, jakim polskie wojsko dysponuje. Złomem na gąsienicach podarowanym nam przez Niemców, złomem na wodzie, jako pozostałość po czasach PRL i tym, jaki podarował nam rzad USA, złomem latającym, który również pozostał po latach świetności okresu PRL oraz tym sprzedanym nam przez Jankesów za ciężkie miliardy, oraz złomem pływającym, po jaki do Australii wybrał się pan Duda z swoją małżonką, która za funkcję małżonki dostaje rządową pensję. To nie żart, to pierwszy taki przypadek w dziejach Polski.

I ci dwaj zmęczeni husarzy chyba na to chcieli zwrócić uwagę rządzących, bo kiedyś polska husaria byłą postrachem tych, którzy na Polskę zbrojnie najeżdżali, rozbijając w puch ich armie stawające w polu przeciw Polakom. Husaria była najbardziej doborową polską formacją zbrojną w okresie od XVI do XVIII wieku, zdobywając sobie miano jednej z najgroźniejszych formacji wojskowych swoich czasów. Dopiero początek XVIII wieku przyniósł stopniowy zanik jej siły bojowej, który związany był z ogólnym kryzysem państwa.

A ci dwaj przedstawiciele cywilbandy, których widać na okładce Przeglądu, są nadzwyczaj z siebie zadowoleni, co zapewne jest efektem ich całkowitej ignorancji, arogancji, braku wiedzy historycznej i zdolności analitycznego myślenia. Czas więc na zmianę, która zagwarantuje, że los wojska zostanie oddany w ręce wojskowych specjalistów, których Macierewicz z Dudą z Polskiego Wojska – w haniebny sposób – usunęli, a którzy zagwarantują, że naszych granic i naszego bezpieczeństwa będzie bronił doskonale wyszkolony i uzbrojony polski żołnierz, a nie jacyś jankescy żołdacy, których zadaniem jest pilnowanie ekonomicznych i politycznych interesów Stanów Zjednoczonych.

Naszych granic nie upilnują też oddziały małomiasteczkowych i wiejskich siurków, na których swą „potęgę” oprzeć zechciał wujcio Antoni, któremu się wydaje, że jego sobotnio-niedzielne „wojsko” da sobie radę z doborowymi oddziałami rosyjskiego Specnazu, gdyby kiedykolwiek Putin zechciał do Polski wysłać. Pytanie tylko, po jaką cholerę miałby to czynić?

Myślę, że Antoni doskonale zdawał sobie sprawę z tego fikcyjnego zagrożenia od wschodu i dlatego mógł się świetnie bawić, tworząc oddziały tych śmiesznych w sumie wojaków. Tylko dlaczego zabawy te urządza sobie z moich podatków? Nich se kuźwa kupi kilka pudeł ołowianych żołnierzyków i sobie na stole w kuchni przestawia w dowolne szyki i miejsca.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

  Coraz bardziej zaczynam się po prostu wkurzać na to wszystko, co w Polsce wyczyniają kaczyści. Moje wkurzanie się jest w zasadzie bezsilne, więc tylko pisaniem mogę dać upust moim emocjom. Ratuję się tym, że zaczynam się z tego wszystkiego po prostu śmiać, bo to co ci kaczyści wyczyniają, jest nie tylko wkurzające, ale przede wszystkim tak głupie, że śmiech tylko może być właściwą reakcją. Śmiech i drwina. Oczywiście mam nadzieję, że przyjdzie czas na inne, na pewno bardziej skuteczne działania. Weźmy na ten przykład taka ustawę, którą kaczyści obniżyli sędziom wiek, od którego przysługuje im możliwość przejścia w stan spoczynku. Do tej pory był to dzień, w którym sędzia osiągnął 70 rok życia i mógł on poprzez proste oświadczenie złożone na piśmie, pracować jeszcze przez kolejne 5 lat. Obecnie po ukończeniu 65 lat musi przedstawić zaświadczenie lekarskie (co jest niezgodne z konstytucją) i oczekiwać na opinię członków jakiegoś gremium, które bezprawnie nazywa się Krajową Rada Sądownictwa. Kaczyści nawet nie są w stanie wytłumaczyć, dlaczego tak postąpili, bo do czystki politycznej przyznać się nie chcą. Jeżeli więc nie jest to czystka, to oznacza tylko tyle, iż uważają, że sędziowie po ukończeniu 65 lat są na tyle umysłowo niewydolni, że powinni dać sobie spokój z sądzeniem. No cóż, ja właśnie skończyłem 69 lat i wygląda na to, że według kaczystów jestem takim umysłowym wrakiem, który nie potrafi dokonać analizy najprostszego wydarzenia czy treści dwu zdaniowego tekstu. Jeżeli tak myślą naprawdę, to powinni odesłać na śmietnik swego prezesa, który urodził się w tym samym co ja roku i miesiącu. Powinni odejść na emeryturę wszyscy posłowie, którzy ten próg wiekowy przekroczyli. Mało tego, nie tylko posłowie, ale i wszyscy politycy oraz wszyscy, którzy jakąkolwiek płatną pracę wykonują. Zwieńczeniem tego winna być ustawa, przeprowadzona przez sejm, senat i A. Dudę w ciągu 48 godzin, zakazującą Polakom (wszystkim bez wyjątku) pracy po osiągnięciu 65 lat. Koniec kropka. Nie stanie się tak, ale nie dlatego, że byłoby to już zbyt wielkim kretynizmem, ale dlatego, że kaczyści nie są zdolni zaprzestać doić Polskę ile się tylko da. Nie po to tę DOJNA ZMIANĘ wprowadzali.

* * *

W swych ciasnych kaczych rozumkach nawet im myśl nie zaświta taka, że tymi swoimi pomysłami obrażają samego Donalda Trumpa, który rządzi w USA i ma pretensje do kierowania losami całej kuli ziemskiej, a na karku ma już 72 lata, a więc dawno przekroczył granicę wiekową, po której wg kaczystów ludzki mózg zamienia się to, co w głowie ma każdy kaczor, bo na pewno kaczka w ich ocenie jest od kaczora głupsza. Wiadomo, ma znosić jajka i kwakać.

* * *

Zakłamywanie Historii to już prawie 30-letnia tradycja postsolidarnościowej Polski, co w obecnych czasach jest wyróżnikiem PiS i PO, czyli POPiS-u. Ale nie tylko prawicowych polityków, bo i prawicowe media, nawet te antypisowskie, lubią robić wodę z mózgu swym czytelnikom, słuchaczom i widzom. Ostatnio mocno wnerwiła mnie niejaka Kolenda-zalewska z TVN24, która robi wszystko, aby udawać na obiektywną dziennikarkę, z której ust tylko prawda i sama prawda spływa. A jest to niestety prawda trzeciego rodzaju w skali ks. Tischnera. Otóż do tej pory red. K-Z aż się śliniła stając w obronie sędzi Gersdorf i to, że wyznaczyła ona na swego następcę sędziego Iwulskiego, bardzo się jej podobało i zawzięcie broniła go przed atakami kaczystów wszelkiej maści i proweniencji. I oto nagle Sędzia Iwulski przestał być kimś z jej bajki.Stało się tak bo IPN ujawnił, że sędzia ten orzekał w siedmiu rozprawach w stanie wojennym, w których oskarżeni byli działacze „Solidarności”, łamiący obowiązujące w PRL. Kolęda- Zalewska w rozmowie z małżeństwem Wujców miała mocno za złe temu sędziemu, że o tych sprawach nie pamiętał. A przecież toczyły się one prawie 40 lat temu. Ciekawe, czy Wujec i jego żona tak doskonale pamiętają w szczegółach wszystkie sprawy jakimi się wówczas zajmowali. Na pewno nie, ale oni jakoś mniej, niż redaktorka, do sędziego mieli pretensje. Praktycznie były one niewielkie, bo dotyczyły tylko pamięci. A red. K-Z oburzało to, że on wówczas sądził. A co miał innego robić? Sędziowie sądzili tak jak wymagało od nich ówczesny prawo, bo innej możliwości po prostu nie mieli. Sędzia Iwulski powiedział, że mógłby wprawdzie odmówić udziału w składzie wojskowego sądu, ale wówczas stanąłby przed innym sądem za odmowę rozkazu, bo był wtedy powołany do wojska i wylądował by więziennym. A on takiej odwagi sobie nie miał, do czego się przyznaje i do czego miał wówczas prawo. Jakoś red. K-Z i innym nie przychodzi do głowy, że gdyby na przykład wszyscy uczciwi odmówili pełnienia funkcji sędziów, to stanowiska te zajęłyby zwykłe szumowiny,prawdziwi nominanci Moskwy z radzieckim paszportem. Polscy prawdziwi patrioci (ci, nie pisani wielkimi literami, tylko, normalni, uczciwi ludzie) wiedzieli o tym i dlatego decydowali się na pełnienie wszelkich funkcję w państwie, bo to było ich państwo i nie chcieli aby funkcje te pełnili towarzysze radzieccy. Ale polskiej prawicy, tej w mediach publicznych i prywatnych, takie coś po prostu do głowy nie przychodzi. A wielka szkoda. Wygląda na to, że oni wszyscy się kaczyzmem zarazili, przez co im kacze łby na szyjach powyrastały, jako organy politycznie inwazyjne.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

 Niekiedy się zastanawiam nad tym, czy politycy z obozu obecnie rządzącego Polską posła i prezesa wypełniają tylko jego wolę, czy też niekiedy dopuszczają się różnych wybryków, wymykających się – nie wiadomo dlaczego – jego uwadze. Kiedyś dotyczyło to tzw. Misiewiczów, których za przykładem byłego ministra od wojska, inni polityczni podwładni prezesa, upychali się się tylko da, za kasę jaką się tylko dało dla nich z budżetu państwa wyszarpać. Z tym, że wysokość ich uposażeń była odwrotnie proporcjonalna do ich wykształcenia i kompetencji. Lud prosty – któremu wg jednego z bardów PiS, wszystko da się wmówić – w pewnym momencie jednak dał głos swego niezadowolenia i prezes, uznając, iż vox populi, vox dei, nakazał owych Misiewiczów pogonić precz. Jednakże jeden taki pozostał i mając wolną rękę, zmajstrował tak idiotyczną ustawę, że wywołała ona nie tylko protesty „totalnej opozycji” parlamentarnej i tej pozaparlamentarnej w kraju, ale także wielkie zdziwienie i niezadowolenia na świecie, a już osobliwie w Izraelu i USA.

W obronie wykwitu intelektu autora owej ustawy, stanął sam prezes, a za nim cała rzesza jego podwładnych, łącznie z tym pełniącym funkcję prezydenta, którzy gromkim głosem oświadczyli urbi et orbi, że raz uchwalonej ustawy bronić będą jak niepodległości, bo nie po to Polska powstała z kolan, aby teraz jacyś obcy pluli nam w twarz. Na takie dictum mocno zeźliły się władze Izraela (premier i Kneset) oraz prezydent USA i zdecydowana większość amerykańskiego Kongresu, przez co drzwi do Gabinetu Owalnego w Białym Domu na długo zatrzasnęły się przed nosami naszych najwyższych reprezentantów politycznych. I kiedy prezydent Trump uroczyście podejmował prezydenta któregoś z postradzieckich krajów azjatyckich, gdzie o demokracji trudno raczej mówić, to nasz najwyższy przedstawiciel mógł się jedynie spotkać z burmistrzem Jersey City, aby usłyszeć od niego, że to nie Polska będzie decydować, gdzie miasto ma sobie wybudować sobie park rekreacyjny.

Amerykańskie ultimatum było bardzo czytelne i wnet usłyszeliśmy od prokuratora generalnego, że ta doskonała ustawa – w obronie której jeszcze dzień wcześniej jako minister od sprawiedliwości gotów był prawie swe życie oddać – jest całkowicie do luftu i należy skierować ją do urzędu pełniącego rolę Trybunału Konstytucyjnego, aby ten obadał, co w niej jest niezgodnego z konstytucją. Trochę mnie to zdziwiło, bo do tej pory ludzie prezesa akurat ten najwyższy akt prawny RP, traktowali jak rolkę wiadomego papieru produkowanego w Fabryce Papieru KACZORY sp. z o.o., ale wiadomym wszystkim było, iż to jedynie wybieg taki. I wszystko jakoś na pewien czas umilkło, aby nagle wybuchnąć informacją o wielkim sukcesie kolejnego nominanta prezesa, który zastąpił na stanowisku jedną panią, niegdysiejszą burmistrzynie w Brzeszczach.

Sukces polegać ma na tym, że ustawa ta, będąca przedmiotem światowej awantury politycznej i dyplomatycznej została zmieniona zgodnie z życzeniami wyrażonymi przez Kongres USA i premiera państwa Izrael. Wielki to sukces zaiste, bo osiągnięty pod amerykańską groźbą wycofania ich wojskowych baz z terenu Polski i jednocześnie efektom supertajnych rozmów polskich supertajnych przedstawicieli z przedstawicielami Izraela toczonymi w siedzibie Mosadu (izraelska agencja wywiadowcza) w Tel Awiwie i w Wiedniu. Ciekawostką też jest i to, że tekst zmian inkryminowanej ustawy (o IPN) konsultowany był przez izraelskich historyków, co też zapewne uznać należy za wielkie osiągniecie polskiej dyplomacji. O tych tajnych rozmowach poinformowała świat izraelska telewizja Kanał 10, dzięki czemu wieści te do Polski dotarły również.

Ktoś zapyta, dlaczego akurat tym się zająłem, kiedy grozi nam wszystkim totalna zapaść sądownictwa, wdrożenie art. 7 Traktatu Unii i na dodatek wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie ustawy o Sądzie Najwyższym? Otóż w zasadzie z powodu mojej szczególnej wrażliwości na hipokryzję i cynizm obecnie rządzących. Otóż od lat gdzie mogą i kiedy mogą (obecnie mogą wszędzie i zawsze) krzyczą wielkim głosem, że w czasach PRL nasz kraj nie był państwem suwerennym i wszelkie decyzje ponoć zapadały w Moskwie, gdzie po wskazówki wyjeżdżali moskiewscy sługusi z polskim (?) paszportem. Następnie dzięki „solidarnościowej rewolucji” Polska odzyskała w pełni swą suwerenność, a gdy władze zdobył prezes i jego akolici, wstała z kolan, odzyskując też swą przynależną jej godność i honor. I co się nagle okazuje?

Otóż okazuje się to, że to obce siły, stosując szantaż i groźby, piszą dla Polski ustawy, regulujące jej wewnętrzne sprawy. Jakiego więc rodzaju jest to suwerenność, bo wydaje mi się, że niczym się nie różni od tej z czasów genseka Breżniewa, który narzucił światu zasadę ograniczonej suwerenności stanowiącej, że w tzw. obozie socjalistycznym obowiązuje ograniczenie suwerenności poszczególnych jego państw na rzecz całej wspólnoty, co w praktyce oznaczało interesy ZSRR. Doktryna ta w zasadzie niczym nie różniła się i nie rożni od współczesnych doktryn amerykańskich, według których Stany Zjednoczone są uprawnione do użycia sił militarnych w dowolnym miejscu świata, w przypadku kiedy uznają to korzystne dla swych interesów.

Okazuje się więc, że Polska po to tylko z kolan powstała, aby szybciutko paść plackiem przed Wielkim Bratem zza oceanu, do którego tak jak za czasów Breżniewa jeżdżą po wskazówki, ci co o suwerenności ględzą dniami i nocami. To, co się stało za przyczyną niesamowitego intelektu autora tejże ustawy, jest dla Polski bardzo niebezpieczne. Kiedy ktoś przed dyktatem ustąpi raz, pokazuje swą słabość i uczyni to za każdym razem, gdy silniejszy od niego tego zażąda. Więc nie zdziwmy się, że być może w nieodległej już przyszłości leżące plackiem przed Wielkim Bratem polskie elyty polityczne, równie pokornie przyjmą do realizacji uchwaloną w kwietniu 2018 roku przez Kongres USA ustawę 447 (Just Act). Daje ona Departamentowi Stanu możliwość wspomagania organizacji międzynarodowych zrzeszających ofiary Holocaustu m.in. w zakresie odzyskania majątków, które nie mają spadkobierców. I chociaż po II wojnie światowej Polska Rzeczpospolita Ludowa uchwaliła, że mienie poniemieckie i tzw. mienie porzucone (nie mające spadkobierców) przechodzi na skarb państwa, to przecież stać się tak nie mogło, albowiem według najwyższych polskich władz państwowych, Polska wówczas jako państwo nie istniała. Tak więc stan prawny owego mienia nadal pozostaje nieuregulowany i nie ma żadnych przeszkód prawnych uniemożliwiających oddania go na rzecz żydowskich organizacji międzynarodowych skupiających ofiary Holocaustu, będącego efektem obłąkańczej doktryny nazizmu. Ale to my dziś leżymy plackiem, ciesząc się, że znów możemy zrobić „łaskę” naszym łaskawcom z USA i Izraela. A autora tego swoistego „trojańskiego konia” nie spotkała żadna kara, no chyba że jest nią kandydowanie na prezydenta. Nie, nie … na razie tylko stołecznego miasta Warszawa.

Napisz komentarz (22 Komentarzy)