Kilka niespodziewanych wydarzeń zakłóciło mój normalny rytm dnia i praktycznie do dnia dzisiejszego w stare koleiny jakoś nie mogę ponownie wskoczyć. Pierwszą tego przyczyną była moja choroba (najpierw zwykłe przeziębienie, a następnie zapalenie oskrzeli), w czasie której trudno było mi się skupić na pisaniu, do czego zresztą straciłem wtedy serce. Jak już się z choróbska dźwignąłem, to kilka osób zwrócił się do mnie o pomoc, ponieważ jak twierdziły, stały się ofiarami niezgodnych z prawem postępowań naszych dzielnych wałbrzyskich stróżów prawa. Zająłem się tylko dwoma zdarzeniami, z których jeden będzie przedmiotem mojego felietonu w najnowszym wydaniu tygodnika. DB 2010. Trochę czasu mi to zajęło. Następnie zorientowałem się, ze mam straszny bałagan w mojej skrzynce pocztowej i przez kolejne dwa dni musiałem wszytko przejrzeć, aby zdecydować się, co wywalić, a co zostawić. Później przyszła pora na uporządkowanie mojego prywatnego archiwum, z którego korzystam przy pisaniu moich książek, których zresztą od 1 styczna nawet nie dotknąłem z braku czasu. Archiwum porządkuje nadal, bo zacząłem sie w nim sam już gubi. Na szczęście, każdego wieczora zapisywałem w swoim nowym smartfonie najważniejsze - moim zdaniem - wydarzenia dnia, które następnie przesyłałem na skrzynkę pocztową.

Oto one, zapisane w kolejności od najmłodszego, do najstarszego wpisu.

10.02.2017- Rozczarowanie

Największe rozczarowanie, jeżeli chodzi o sędziów przeżyłem w SN przy sprawie Radka i Patryka, kiedy pani sędzia tłumaczyła mi, co miałem na myśli kiedy w latach 2002-2003 pisałem notatki służbowe dotyczące moich ustaleń w sprawie sprawców zabójstwa antykwariusza.  Wprawdzie wg prawa notatka nie jest dowodem, ale dowodem jest przesłuchanie jej autora. W tym przypadku sąd za dowód przyjął to, co wytłumaczyła mi pani przewodnicząca składu orzekającego SN, uznająca, że ona wie lepiej ode mnie, co miałem na myśli kiedy je tworzyłem.

IROKEZI

Bardzo spodobało mi się usłyszane w telewizorze powiedzenie Indian z plenienia Irokezów: Żyj tak, byś płakał, a świat się radował. Umieraj tak, byś ty się radował, a świat płakał.

9 lutego 2017 - Sąd a Konstytucja

W sprawach z policjantami trzeba w sądzie odwoływać się do art. mówiącego o równości wobec prawa. Chodzi o to że  sądy w przypadku sprawy opartej na "słowo za słowo" zawsze daje wiarę policjantowi. A takie traktowanie wyłącza równość wobec prawa.  Myśl taka przyszła mi do głowy, słysząc prof. Łętowską, która w TVN 24 (Fakty po faktach) apelowała, aby sądy zaczęły odważniej odwoływać się do Konstytucji, albowiem jest to prawo najwyższe. Pani Profesor tak pięknie się o polskich sędziach wyrażała (że nawet jak przepisy są złe, to zawsze na końcu jest człowiek i jest to człowiek prawy), że o mało się ni popłakałem. Przeszło mi, kiedy przypomniałem sobie o sędzim z Sadu Apelacyjnego z Wrocławia, kory wraz z żoną - wałbrzyską nauczycielką - dorabiał sobie, kradnąc sprzęt elektroniczny w różnych wałbrzyskich (i nie tylko) marketach. Karierę rozpoczął w SR w Wałbrzychu, następnie w SO w Świdnicy. Może prof. Łętowska jeszcze o nim nie usłyszała.

Pożegnanie

Bardzo poruszające było pożegnanie z wojskiem dowódcy generalnego rodzajów sił zbrojnych gen. Mirosława Różańskiego, który polskim generałom, szczególnie tym ostatnio mianowanym i awansowanym, oprócz instrukcji i regulaminów, zarekomendował lekturę konstytucji i ustaw, aby mogli poznać, czym jest polityczno-strategiczna dyrektywa obronna, czym są plany reagowania obronnego, czy program pozamilitarnych przygotowań obronnych. Żegnając się w obecności wykonującego funkcje prezydenta oraz w przytomności (???) ministra od ON Macierewicza, egzemplarz Konstytucji wymownie trzymał w ręku.

Wg prof. Łętowski szczególnie chodziło mu o art. 26, który mówi, że wojsko zapewnia bezpieczeństwo przed wrogiem zewnętrznym, a więc nie może stanąć przeciwko własnemu narodowi. Było to naprawdę bardzo poruszające i dające wiele do myślenia. Generał odszedł sam bo nie był w stanie pogodzić się z tym, co Antek wraz z Miśkiem z wojskiem wyprawiają. Mina Antka nie do podrobienia.

8 lutego- Piotr K. z Wałbrzycha

Zgłaszają się ludzie szukający pomocy ale ja nie mam biura, ani nawet sekretarki. Jestem sam. Ale tu postanowiłem pomoc. Bo nie chodzi już o to, że został poturbowany przez policjanta z drogówki, ale o to, że policjanci i złamali procedury oraz prawa obywatela, a także popełniając czyny karalne, wyprodukowali kolejnego przestępcę, niszcząc mu jego dobrą opinię, a także jego zaufanie do organów państwa..

5 lutego- Misiewicz

Niejaki Zybertowicz o Misiewiczu: jest to młody człowiek o tak silnej osobowości, że niektórzy wojskowi drżą przed nim ze strachu. Z uwagi na to, to nie on psuje wizerunek MON, ale ci właśnie wojskowi. Daję słowo, że tak powiedział w programie "Kawa na ławę". Pomyślałem sobie, że wojskowi nie obawiają się osobowości Miśka, tylko jego możliwości w zakresie władzy personalnej. Boją się o pracę lub stanowiska, co oczywiście marną opinię im wystawia. Widać pojęcie honoru oficerskiego odeszło dawno do lamusa. Myślę że stało się tak po 1989 roku.

Gangster i Kluska

Gangster bandyta dostaje prawie 300 tys. zł odszkodowania bo "cela była za ciasna", a przedsiębiorca Kluska, któremu zniszczono życia i zmarnowano cały dorobek życia (b. spory, bo liczący dziesiątki milionów zł.) otrzymał tylko 5 tys. zł. Tak jak i inni zniszczeni, którym sądy przyznały ochłapy. Są momenty, ze nawet wbrew samemu sobie, myślę, iż Ziobro ma rację robiąc z sądami porządki. Tylko kto zrobi porządek z nim samym?

Kaczka i Merkel

Spotkanie Merkel - Kaczyński uznawane powszechnie za najważniejsze ze wszystkich spotkań, jest dla Dudy i Szydło nie tylko kompromitujące ale i poniżające. Bo to nie z nimi Merkel ustala główne kierunki ewentualnej współpracy o raz działania na rzecz umocnienia UE. Niemcy dobrze wiedzą, kto w Polsce cugle w łapkach trzyma.

3 lutego- Policjanci

Prawdopodobnie stałem się dla wałbrzyskich policjantów wrogiem nr 1. Teraz stanę się nim na pewno, bo znowu ktoś się do mnie zwrócił o pomoc. Młody człowiek na starcie w dorosłe życie.  Rok temu ślub, 5 miesięcy temu zostaje ojcem. Nigdy dotychczas nie miał żadnych kontaktów z policją, nie miał problemów z prawem i oto nagle staje się przestępcą, bo jakiś policjant nie potrafi nawiązać  kontaktu z innym człowiekiem. Zamiast normalnej rozmowy, zamiast opanowania i zachowania wymaganych procedur, nadmierna pobudliwość i agresja. To samo przeżyła niedawno Barbara Szymela, której grozi że stanie się kolejnym przestępcą wyprodukowany przez panów policjantów.  Po takim przypadkowym kontakcie z policjantem obywatel staje się szybciutko podejrzanym, potem oskarżonym i skazanym, bo prokurator oczywiście wiarę daje policjantowi. Tak samo postępuje sąd, albowiem te dwie instytucje nie wiadomo dlaczego roztaczają nad nimi szczególny parasol ochronny. Kiedy to się skończy i kiedy obywatel nie będzie musiał się policji bać? I co najciekawsze, że znów chłopaki z drogówki i znów dokładnie taki sam scenariusz.

31 stycznia - Sytuacja: PiS i opozycja

Sytuacja wygląda tak, że z jednej strony stoją karne pułki Smoleńskiem zgromadzone pod jednym dowództwem, a z drugiej pozbawione tego i często mocno że sobą skłócone watahy pospolitego ruszenia.

 25 stycznia- Łaskawość

Kierujący samochodem policjant z KMP, tak samo jak każdy inny obywatel, w momencie zbliżania się do przejścia dla pieszych obowiązany jest do zachowania szczególnej ostrożności.  Pan policjant (po służbie) jechał o wiele za szybko, ale na tyle wolno, że mógł  trójkę pieszych idących prawidłowo po pasach ominąć (trzy pasy ruchu) lub wyhamować. Pan policjant odmówił składania wyjaśnień, a pan prokurator wystąpił do sądu o umorzenie postępowania. Pokrzywdzeni i tak mają szczęście że policja nie oskarżyła ich o uszkodzenie policyjnego samochodu, bo przecież to oni, wg prokuratora źle ocenili szybkość samochodu i mogli uniknąć  doprowadzenia do wypadku. Czy taka pobłażliwość prokuratury wynika z profesji sprawcy? Aż boję się na to pytanie odpowiadać  bo znów zostanę zaatakowany. Na szczęście mądry był sędzia i wniosek prokuratury olał.

C.D.N

Napisz komentarz (1 Komentarz)

Jakieś robactwo napisało do mnie, - oczywiście anonimowo, a jakże - że ponieważ tak bardzo "walczyłem o resocjalizacje zabójców", to ani chybi to ja wpadłem na pomysł, aby Radek K. zajął się dilerką narkotyków. No i oczywiście, pierwsza przepustka Patryka, jaką otrzymał w ciągu już 16-letniego pobytu za kratami, nie była przypadkowa, bo Patryk przyjechał, aby zaopatrzyć się w dragi, którymi miał handlować w zakładzie karnym. No i oczywiście bardzo się martwi, czy kiedy doradzałem Radkowi ten handel, byłem trzeźwy

Bydlak może takie brednie wypisywać, bo wydaje mu się, że jest anonimowy, więc popisuje się wielką odwagą. Złudne to przekonanie, bo w Necie nic anonimowego nie ma. Wystarczy trochę wysiłku i czasu. Nawet nie muszę się zastanawiać, czy brednie te powtórzyłby w oczy Radkowi lub Patrykowi. Mogę tylko zagwarantować, że gdyby to powiedział w mojej obecności, to miejsca prostaka (a w zasadzie prostego chama) strzeliłbym w pysk, bo na prostego chama innego lekarstwa nie ma.

No i ciekawostka taka:

W marcu 2000 roku, w dniu zabójstwa antykwariusza Henryka Śliwowskiego, ale na jakiś czas przed jego dokonaniem, Radek zadzwonił na nr tel. babci Patryka i jak wynika z billingu rozmowa trwałą 7 sekund. Na tej podstawie - po roku - dopasowano Patryka jako wspólnika Radka, a sąd uznał, że te 7 sekund wystarczyło, aby mogli się umówić na realizację przyjętego planu. Sąd oczywiście nie zadał sobie pytania (bo nie umiałby znaleźć odpowiedzi), w jaki sposób i kiedy obydwoje kontaktowali się z trzecim domniemanym współsprawcą. Jest to o tyle zastanawiające, że praktycznie w tym samym czasie z telefonu znajdującego się w mieszkaniu Radka wykonano kilka innych połączeń, a między innymi do mieszkania trzech braci, notowanych w bazie kryminalnej Policji, oraz innego - notowanego w tej samej bazie - osobnika, który następnie w procesie zeznawał jako świadek i dawał alibi osobie, która wg mnie brała udział i kierowała całym przebiegiem akcji.

Jeżeli chodzi o Patryka, to odnotowany kontakt telefoniczny był jedynym (poza oczywiście majaczeniem świadka anonimowego) dowodem jaki przedstawiła prokuratura, co sąd z wielką przyjemnością łyknął i łyka do dnia dzisiejszego. Oczywiście z miejsca odmówił wiarygodności wyjaśnień Patryka, że w czasie kiedy ktoś z mieszkania Radka telefonował do mieszkania jego babci, to była w nim tylko właśnie owa babcia i dlatego rozmowa trwała tak krotko.

Wspominam o tym dlatego, że albo 16, albo 17 stycznia 2016 roku zadzwonił do mnie Radek i powiedział, że chciałby się ze mną spotkać, bo chce porozmawiać. W zasadzie rozmowa dotyczyła tego, czy w dalszym ciągu mam zamiar napisać książkę o wydarzeniach związanych z zabójstwem antykwariusza. Potwierdziłem i poinformowałem, że w zasadzie ma już napisane ok. 3/4 planowanego tekstu, ale potrzebuję się z nim spotkać jeszcze przynajmniej raz, aby dokończyć (i nagrać) poprzednio prowadzone z nim rozmowy. Ponieważ jednak jestem chory (zapalenie oskrzeli) umówiliśmy się, że zadzwonię do niego w poniedziałek, czyli 23 stycznia i umówimy termin spotkania. 19 stycznia o 19:53 zadzwoniła do mnie jego mama informując mnie, że właśnie dzisiaj, przed południem, do mieszkania "wjechała" policja i po przeszukaniu, ujawniła 0,6 kg sprasowanego haszyszu.

I tak się teraz zastanawiam, kiedy panowie policjanci wpadną do mnie, abym wyjaśnił, jakie przestępcze związki łączą mnie z Radkiem i co wiem na temat jego kontaktów z handlarzami narkotyków. Wszak przed zatrzymanie telefonował do mnie i rozmawialiśmy prawie 15 minut. W sprawie Patryka wystarczyły owe nieszczęsne 7 sekund.

Na wszelki wypadek mam już przygotowane szczoteczki do zębów, pastę, gruby sweter, takież same skarpety i cebulę. No i już tak zupełnie na marginesie informuję szanowne organa ścigania, ze alibi mam naprawdę bardzo mocne, bo praktycznie nie do podważenia.

Napisz komentarz (14 Komentarzy)

9 stycznia 2017 roku zmarł wybitny polski humanista, socjolog i filozof, prof. Zygmunt Bauman, który dla polskiej prawicy (tej całej zgrupowanej w POPiS i ich politycznych okolicach) stał się problemem społecznym i przedmiotem brutalnego ataku ze strony - a jakże - IPN. Jednakże nie o tym będę pisał, bo nie miałoby to większego sensu, bo i tak żadnego nieprzejednanego nie przekonam do niczego. O Zygmuncie Baumanie pierwszy raz w życiu usłyszałem na wykładzie z socjologi w 1968 roku, kiedy bylem studentem I roku Katedry Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego. Było to już po tzw. wydarzeniach marcowych i w czasie, kiedy Gomułka zarządził "eksmisję" obywateli Polskich pochodzenia żydowskiego, którym polskie władze wydawały paszporty w jedną stronę. Do tej pory podstawowym podręcznikiem socjologi była praca Z. Baumana (niestety tytułu już nie pamiętam), aż tu nagle, z dnia na dzień, okazało się, że Bauman jest prawicowym odszczepieńcem oraz dysydentem i tak naprawdę to bzdury pisze, mieszając studentom w głowach. Niektórzy nasi wykładowcy, z widoczną wyraźnie niechęcią i zażenowaniem, informowali nas, iż od tej pory mamy korzystać wyłącznie tylko z podanych nam pozycji, wśród których Z. Baumana nie było.

Przeczytałem wczoraj fragment wywiadu z prof. Baumanem, zatytułowanego "Dokąd zmierza ten świat?" zamieszczony w tygodniku Przegląd nr 3/2017, który w całości zamieszczony był w tym tygodniku 23 lutego 2015 roku1. Myślę, że warto wywiad ten przeczytać w całości i głęboko zastanowić się nad jego sensem. Dedykuję go zwłaszcza tym wszystkim, którzy uważają się za ludzi lewicy, a tak naprawdę zapomnieli o tym, co pojęcie "lewica" znaczy i jaki ma sens. Najbardziej zapadły mi w pamięci takie m.in. stwierdzenia profesora:

- Żyjemy w kasynie, w którym – jak to w kasyna naturze – cudza wygrana jest równa mojej stracie, a bank z reguły na swoje wychodzi. Trudno się dziwić, że – jak pan powiada – „czujemy się zgorszeni tym, że jacyś inni upominają się o siebie”. Ba, zagrożeni się czujemy. Nie dziw, że łypiemy na sąsiada podejrzliwie: każdy jest potencjalnym konkurentem, każdy winnym, zanim swojej niewinności dowiedzie (jeśli, rzecz jasna, pozwolimy mu dostarczyć dowody). Socjalizm ery przemysłowej był poza wszystkim innym fabryką solidarności. Neoliberalizm ery konsumpcyjnej jest poza wszystkim innym fabryką wzajemnej nieufności, zawiści i rewindykacyjnego pieniactwa.

- Jak dawniej tak i dziś lewica znaczy – w największym skrócie – bunt przeciw znieczulicy na ludzką niedolę. A w praktyce, jak to już wiele razy powtarzałem, znaczy ona trzymanie się dwóch otwarcie głoszonych lub domyślnych zasad: po pierwsze, że obowiązkiem społecznej wspólnoty jest zbiorowe ubezpieczenie wszystkich jej członków przed ciosami indywidualnego losu, a po drugie, że podobnie jak nośność mostu mierzy się nie przeciętną nośnością jego przęseł, lecz nośnością najsłabszego z przęseł, tak i jakość społeczeństwa mierzy się nie przeciętnym standardem życia (np. przeciętnym dochodem), lecz standardem najsłabszego z jego ogniw.

- W wielkim więc skrócie i uproszczeniu mogę tylko stwierdzić, że błogi spokój jest ostatnią w kolejce wiarygodnych prognoz. Podział na elitę i całą resztę, na ukontentowanych i wyeksmitowanych, garstkę wygranych i masę przegranych, jest jak składnica prochu obsługiwana przez namiętnych palaczy. Za Jurijem Łotmanem, wielkim rosyjskim literaturoznawcą i filozofem, posługuję się przenośnią pola minowego, o którym wiemy, że materiałów wybuchowych na nim mnóstwo, że do wybuchów dojść musi, tyle że nie da się z góry przewidzieć, gdzie i kiedy nastąpią.

* * *

W dniu dzisiejszym protestować w całej "akademickiej Polsce" będą nasi żakowie, którzy protestem tym chcą dać znać zwykłemu posłowi Jarosławowi Kaczyńskiemu, że bardzo im się nie podoba to, co z Polską zamierza on uczynić, aby tylko tylko na wszelkie piedestały, na wieki wieków, swego zmarłego brata Lecha poustawiać. Wrocławscy studenci (inicjatorzy tej ogólnopolskie akcji) szczególnie wyraźnie podnoszą, że nie są " z ramienia żadnej partii ani nie jesteśmy przez nikogo sponsorowani. Nie idziemy walczyć za czyjąś wygraną tylko za siebie. My polityków "zatrudniamy" i mamy prawo im powiedzieć czego chcemy."Zastanawiam się, jakie kroki wobec tychże studentów, podejmie minister Błaszczak i czy znów zaangażuje przeciw nim policje i prokuraturę, która manifestujących potraktuje jak zwykłych przestępców, stosujących przemoc i groźbę w celu obalenia konstytucyjnych rządów RP. Ciekawy jestem, czy pojawi się wreszcie hasło: ZIMA WASZA, WIOSNA NASZA, na wzór tego, jakie pojawiło się po 13 grudnia 1981 roku na transparentach manifestujących członków "Solidarności" i tak zwanej demokratycznej opozycji, dzięki czemu dziś, nie tylko studenci, na ulice w obronie demokracji wychodzić muszą coraz częściej i liczniej.

* * *

Niemieckie prasa coraz częściej pisze o tym, że szeregowy poseł z Polski w nos się śmieje całej Unii Europejskiej i jej wszystkim instytucjom, robiąc w Polsce, co mu się tylko zechce. Nie zważa przy tam na żadne obowiązujące organa państwowe i partie polityczne konstytucyjne nakazy i zakazy, bo zarówno samą Konstytucję, jak i wszelkie inne prawa na niej oparte, ma dokładnie tam, gdzie w tym samym miejscu, gdzie "oni mogą panu majstrowi skoczyć tam, gdzie pan może pana majstra w dupę pocałować."2Szeregowy poseł zdaje doskonale sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, jako osoba nie pełniąca żadnych funkcji państwowych, nie może zostać postawiony przed Trybunałem Stanu, a wiec nikt nie będzie mu bronił brana udziału w każdych następnych wyborach do polskiego parlamentu. Bo jak nawet dokona zmiany Ordynacji Wyborczej i wprowadzi dwukadencyjność, to na pewno nie będzie ona dotyczyła posłów. A jeżeli tak, to on z w tej nowej ordynacji będzie stanowił wyjątkowy wyjątek, co będzie oczywistą oczywistością. Po drugie - aby zagrozić zwykłemu posłowi sankcjami przeciw Polsce, UE będzie musiała przekonać do tego Orbana z Węgier, na co się na razie nie zanosi. Ale nawet jak się uda, to i tak z sankcji nic nie wyjdzie, bo szeregowy poseł ma w zanadrzu Polxit, co dla Unii wcale nie byłoby korzystne. Tak więc EU pierdu, pierdu, a zwykły poseł, jako szlachcic na zagrodzie. A co ...

1. Kliknij w zaznaczone.

2. Ze skeczu "Ucz się Jasiu, ucz", Kabaretu "Dudek" z przełomu lat 60 i 70 XX wieku.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Kiedy słucham (bo staram się nie czytać) wypowiedzi różnych intelektualnych tuzów, stanowiących tzw. intelektualne zaplecze pewnego posła, który wyobraża sobie siebie, jako Naczelnika Pastwa, jakim był swego czasu marszałek Piłsudski, zastanawiam się nad tym, czy ów poseł nie dolewa lub dosypuje swoim służkom do picia i jedzenia jakowyś tajemniczych ingrediencji. Podejrzenie takie rodzi się we mnie za każdym razem, kiedy słyszę i widzę, jak z kamiennymi twarzami plotą niesamowite bzdury, uznając je za prawdy objawione, kiedy w rzeczywistości stanowią one zaprzeczenie temu wszystkiemu, co nazywamy logiką i wiedzą, nie wspominając już o przyzwoitości.

Weźmy chociażby taką pierwszą lepszą z brzegu sprawę, jak publikacja fotografii (wizerunku) osób, którym nie postawiono żądnych zarzutów i w sprawie których nie toczą się jakiekolwiek postępowania karne. To, że jakiś niedouczony prostak z partyjną legitymacją (co wg niego daje mu patent na mądrość wszelką) bredzi, jakoś mniej mnie porusza, niż kiedy brednie takie słyszę z ust osób, które pełnią ważne funkcje państwowe i chociażby tylko z tego względu, winny przestrzegać podstawowych zasad prawnych. A oni nie tylko bredzą, ale brednie te zamierzają wprowadzić w życie w postaci ustaw. Pocieszam się, że opublikowano wizerunki osób, którym owej ingrediencji rządzący nie byli JESZCZE w stanie dosypać lub dolać i dlatego pójdą z pozwami do sądów cywilnych, gdzie sprawy o zadośćuczynienie za doznaną krzywdę1 bez problemów wygrają. Przy zadośćuczynieniu nie ma potrzeby dowodzić powstania jakiejś materialnej szkody, bo wystarczy wskazanie tylko faktu naruszenia prawa, które to naruszenie krzywdę wywołało. A Policja naruszyła je bez żadnej wątpliwości, wspominając chociażby tylko kodeks postępowania karnego czy prawo prasowe. Szkoda tylko, że na pewne bardzo wysokie zadośćuczynienia wypłacane będą z budżetu, a więc z naszej kieszeni. Mocno wierzę w to, że z nastaniem lepszych czasów, kiedy pojęcie prawo i sprawiedliwość odzyska swoje prawdziwe znaczenie, ci wszyscy, którzy szkody w budżecie z tego tytułu spowodowali, zostaną zmuszeni do wyrównania ich z własnych dochodów.

Odradzałbym przy tym kierowania zawiadomień do prokuratury, bo w wyniku zmian w prawie, jakie zaordynowała nam postsolidarnościowa prawica, nie ma to żądnego sensu, albowiem dwukrotna odmowa wszczęcia lub umorzenia postanowienia prokuratury, zamyka wszelką dalszą drogę prawną. No chyba, że ktoś się zdecyduje, aby w następstwie takiego postępowania organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, wystąpić o sprawiedliwość do trybunału międzynarodowego. Myślę, że droga cywilna jest o wiele łatwiejsza i skuteczna i w związku z tym rozumiem stwierdzenie (byłego pisiora) Ludwika Dorna, że "czuje krew w powietrzu". Jest to oczywiście metafora odnosząca się do tego, że w takich postępowaniach pisowska krew zostanie mocno upuszczona, a całe to towarzystwo po prostu ośmieszone. Bo według L. Dorna, jedyną najbardziej skuteczną bronią przed kaczystowską demokraturą jest ich totalne ośmieszanie. Ośmieszanie tego co czynią łamiąc prawo, udając bez przerwy, że naprawiają Polskę i ratują obywateli przed czyhającą zewsząd na nich zgubą.

Będąc przy Dornie, to nie mogę powstrzymać się przed uwagą, że zaobserwowałem bardzo ciekawe zjawisko. Otóż ludzie, którzy kiedy tylko się z tego pisowskiego zaklętego kręgu wyrwą, z miejsca odzyskują nie tylko rozum, ale i przyzwoitość. Niekiedy, a w zasadzie coraz częściej, słuchanie ich sprawia mi przyjemność. Bo nawet i Giertych ostatnimi czasy do rzeczy nie tylko gada. Widać wyraźnie, że do owej kaczej ingrediencji dostępu już nie mają. I oby takich było jak najwięcej.

* * *

Wiedział co czyni zwykły poseł nakładając Trybunałowi Konstytucyjnemu kaganiec na twarz. Poseł, który nie pełni żadnych konstytucyjnych funkcji, a mimo to przez wszystkich (w tym przede wszystkim przez media i opozycję) traktowany jest nie tylko jako wyrocznia, ale jako faktyczny i niepodzielny władca Polski. Teraz oto raczył ogłosić, że wprowadzi nową ordynację wyborczą do samorządu terytorialnego, która zacznie obowiązywać od dnia, kiedy zostanie uchwalona. I z miejsca wywołało to lament opozycji, która jakby w ogóle nie zwracała uwagi na inne jej założenia (tej nowej ordynacji oczywiście), z których wynika, że ów władyka opowiada o wprowadzeniu dwukadencyjności. To się nawet niektórym przedstawicielom opozycji podoba, bo jak mówią (równym głosem z PiS) doprowadzi to do tego, iż zostaną rozwalone rzekomo istniejące do tej pory lokalne kliki. Problem w tym, że nikt nie przedstawił jakichkolwiek rzetelnych badań wskazujących na istnienie całej sieci samorządowych klik. Nikt rozsądny z faktu, iż w ciągu roku nawet kilka tysięcy kierowców powoduje jakieś poważne kolizje, nie wyprowadzi tezy, że należałoby odebrać prawo jazdy wszystkim kierowcom, a prawo do poruszania się drogami nadać jedynie tym, którzy prawo jazdy otrzymali dopiero za rządów "dobrej zmiany".

I nikt jakoś nawet się nie zająknie, że aby taki system wprowadzić trzeba by zmienić Konstytucję RP, a na to PiS nie ma wystarczającej władzy. Bo przecież ten najwyższy akt gwarantuje każdemu dorosłemu obywatelowi czynne i bierne prawo wyborcze. Tak więc żadna kadencyjność biernego prawa wyborczego ograniczać nie może. Nie można też pozbawiać obywateli prawa czynnego, które pozwala im wybierać tego kogo chcą, niezależnie od tego ile razy już go wcześniej wybierali. Trzeba tylko im dać instrument umożliwiający wcześniejsze odebranie mandatu w przypadku sprzeniewierzenia się hasłom i głoszonemu programowi. A więc wystarczy obniżyć próg ważności referendum i demokracji stanie się zadość.

Te wszystkie dyskusje i pogaduszki na temat dwuinstancyjności dowodzą tylko, jak niska świadomość prawna panuje pośród kwiatu narodu, czyli pań i panów posłów, jak również dziennikarzy. I dlaczego to mnie wcale nie dziwi?

1 Zadośćuczynienie za krzywdę, obok odszkodowania za szkodę o charakterze majątkowym, jest jedną z dwóch kluczowych instytucji służących ochronie interesów osób poszkodowanych na skutek czynów niedozwolonych. Ma ono jednak służyć naprawieniu innego rodzaju uszczerbku w dobrach poszkodowanego niż szkoda majątkowa, gdyż jego celem jest zrekompensowanie krzywdy w postaci przede wszystkim negatywnych przeżyć czy też cierpień psychicznych i fizycznych, których poszkodowany doznaje w związku z zaistniałym czynem niedozwolonym.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Ufff ... prawie już udało mi się powrócić do środowiska osób zdrowych, a tu nagle znów coś mi w krtani szwankuje i na kaszel się zbiera. To samo z kichaniem, które powoli wraca. No, ale psychicznie czuję się o niebo lepiej, wiec wykorzystam czas, aby nadrobić chociaż trochę ten stracony.

* * *

Kiedy dopadła mnie najwyższa gorączka (39,5°C), co miało miejsce późnym wieczorem 14 stycznia, przekonany byłem, że złapałem od córki wirusa grypy, ale czas pokazał, że nie z grypą miałem do czynienia. Oczywiście to tylko mojej domysły, bo do lekarza nie pojechałem, ani nawet nie prosiłem, aby on przyjechał do mnie. Jeszcze tej samej nocy miałem przedziwny sen, a tak naprawdę coś takiego przeżyłem pierwszy raz w życiu. Otóż śniło mi się przez całą noc bez przerwy to samo, tak jakby taśma z snem zaczęła się kręcić "na okrągło". I tak przez cała noc, a budziłem się z 5 razy. Raz zlany potem, innym razem w wyniku takiego zimna, że po prostu cały dygotałem. Było to potwornie męczące, bo kiedy zasypiałem, wszystko zaczynało się od nowa. Chodziło o poszukiwanie jakichś danych w Internecie i polegało to na tym, że jak znalazłem hasło i rozwinąłem tekst, to musiałem wchodzić coraz głębiej, klikając o zaznaczone przez kogoś słowa i tak dalej i dalej. Nie mogłem się od tego uwolnić, a zdawałem sobie sprawę, że dzieje się tak, albowiem muszę dotrzeć do jakiejś tajemnicy. Kolejnej nocy śniło mi się, że otrzymałem dostęp do takiego programu komputerowego, który mógł zmieniać rzeczywistość do 10 tysięcy lat do przodu. Po prostu wpisywałem jakieś autentyczne zdarzenie i komputer analizował wszystkie możliwe jego skutki, podając czas ich występowania i miejsca. Wprowadzając zmiany w wydarzeniu mogłem przyszłością dowolnie sterować. Poza tym program ten miał tak zbudowany interfejs, że pisując tylko jedno słowa w oddzielnych plikach lub folderach wyrzucał mi, w chronologicznym porządku, wszytko to, gdzie słowo takie wystąpiło. Nie jestem w stanie tego opisać bo w zasadzie snów nie pamiętam, a ponadto piszę po kilku godzinach od czasu jak się obudziłem. I również sen ten trwał nieprzerwanie, mimo kilkakrotnego przebudzenia się, ponieważ za każdym razem tak bylem zlany potem, jakbym w ubraniu do wanny z woda co chwile wskakiwał. A sen kręcił się, jak nie przymierzając "Rondo" Ravela.

* * *

Na szczęście mam to już wszystko z sobą i od wtorku (17.01.br.) jestem na nogach. Kamień spadł mi z serca, bo nie mogłem odżałować, że uwagi na chorobę nie będę mógł być w piątek na rozprawie, jaka dwaj (a może nawet i trzej) radni PiS, wytoczyli Romanowi Gilecie, ponieważ zrobili w majty ze strachu, że im Roman maczetą głowy poobcina. A tak się na to szykowałem, bo swym psim węchem poczułem, że będę miał okazją, aby mocno sobie z tych pisowskich bohaterów podworować do woli. Okazało się jednak, że adwokat Romana nagle mocno zaniemógł i wylądował w szpitalu, więc termin rozprawy zostanie przeniesiony, przez co okazja do obśmiania "bohaterów" nie ucieknie.1

* * *

W sobotę (20.01.br.) miałem jechać z grupą moich dawnych przyjaciół z organizacji młodzieżowej do Wrocławia, na spotkanie organizowane przez Stowarzyszenie "Pokolenie" z okazji 40 rocznicy powstania ZSMP. Wczoraj, sterroryzowany przez żonę, pojechałem (razem z nią) do przychodni, aby lekarz stwierdził, czy mogę w zlocie zabrać udział. Okazało się, że nie, bo mam niezaleczoną infekcję w układzie oddychania. Muszę więc przez 5 dni łykać antybiotyk i rygorystycznie przestrzegać ZOM-u, czyli Zakazu Opuszczania Mieszkania. Tak wiec nie jadę. Pocieszam się jedynie tym, że przynajmniej ominie mnie "nagłe zderzenie z czasem", co zapewne wywołałoby we mnie niejedną smutną refleksję.

* * *

Kończąc tych kilka uwag osoby ozdrowiałej - chociaż nie do końca - nie mogę zapomnieć o moich najwierniejszych czytelnikach, czyli takich "nowhere man", dla których jedyną strawą duchową są historyjki, jakie na tej stronie (i nie tylko) opisuję i którymi oni tak mocno się karmią, że zaraz doznają rozkosznego dla nich uczucia, czyli potrzeby olbrzymich torsji, czym starają się urozmaicić moje teksty. Niestety, z uwagi na moje mocno rozwinięte poczucie estetyki, bez przerwy zmuszony jestem na wskazywanie im właściwego dla nich miejsca, czyli szamba, w kto rym mogą się do woli taplać i pławić. Ale o tym więcej następnym razem.

1 Z ostatniej chwili: termin rozprawy został przeniesiony na 7 marca br.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

No i dopadło mnie przeziębienie, przez co od wczoraj czuję się jakby przejechał po mnie wóz drabiniasty, a na dokładkę koń kopnął mnie ze dwa razy. Gorączki nie ma, bo jak kiedyś wytłumaczył mi lekarz, mój organizm jest tak zbudowany, że nie ma w nim zdolności do samoobrony, Normalnie, podwyższeniem ciepłoty ciała organizm broni się przed wirusami, które właśnie gorączka zabija. Dlatego też radzę sobie starymi metodami na wewnętrzne ogrzanie organizmu, czyli gorące mleko z masłem i miodem oraz z wyciśniętym jednym ząbkiem czosnku. Na szczęście gorące mleko zabija przykry zapach czosnku, co w moim przypadku i tak nie ma większego znaczenia bo nie wychodzę z domu. Drugim starym, ale wielokrotnie w czasach studenckich sprawdzonym sposobem, jest mikstura zwana "DUPĄ KURCZAKA", co tak naprawdę oznacza mocno podgrzane piwo (jedna butelka 0,33 l) zmieszane z koglem-moglem z jednego kurzego żółtka. Po wypiciu jednego albo drugiego "lekarstwa" ( najlepiej jedno rano, a drugie wieczorem) należy ciepło się ubrać i przekryć się kołdrą, a najlepiej dwiema. Efekt bardzo mokrego podkoszulka (i nie tylko) murowany, co oznacza, że organizm został od środka rozgrzany w odpowiednim stopniu, pozwalającym na wymordowanie przynajmniej części wirusów. Jak twierdza specjaliści od chorób, zwykle każdy z nas przeziębia się 2-4 razy w roku i jest to normalne zjawisko w życiu każdego człowieka. Pozostaje tylko nauczyć sobie z nim radzić. Radzę więc sobie jak mogę i tylko złość mnie ściska, że przez te wirusy musiałem odwołać kilka zaplanowanych spotkań, no i na nic nie mam ochoty, nawet do napisania tych kilku słów musiałem się przymusić.

* * *

Pozostając przy chorobowych sprawach, to nie mogę się powstrzymać od pewnych nostalgicznych wspomnień. Otóż w czasach, ponoć słusznie minionych, kiedy człowiek był chory, dzwonił do lekarza, a jak nie miał telefonu (co raczej było regułą), biegł do najbliższej budki telefonicznej. Kiedy i nawet budki nie było w pobliżu, to ktoś z najbliższych (lub nawet sąsiad) szedł do przychodni zdrowia i zgłaszał chorobę, w wyniku czego lekarz pojawiał się w mieszkaniu. Niekiedy trzeba było czekać, ale nikt nie odważył się zaproponować choremu, aby wziął tyłek w troki pofatygował się do przychodni. W tamtych, ponoć okropnych czasach, służba zdrowia nie miała konkurencji w postaci prywatnych praktyk medycznych. Studia medyczne były - tak jak i obecnie - finansowane przez państwo, więc każdy lekarz pracując w państwowych placówkach zdrowia, chorego traktować musiał jak pacjenta, a nie kranik z którego do jego kieszeni ciekły pieniążki. Były to więc czasy, kiedy to lekarz jechał do chorego, a nie chory do lekarza, co wydaje się nie tylko logiczne, ale jak najbardziej normalne w świecie. W czasach obecnych jest zgoła odmiennie, czego sam kilka dni temu doświadczyłem. Otóż, zanim sam zaniemogłem, przydarzyło się mojej córce zachorować na grypę, co nie tylko wiąże się z fatalnym samopoczuciem, wielkim osłabieniem ale też i wysoka gorączką. Zwykle, co najmniej, 39 °C. Córka miała 39,8 °C, więc o 8-mej rano pojechałem do Przychodni Zdrowia na Piaskowej Górze, gdzie chciałem uzgodnić wizytę domową. Argumentowałem, że ma tak wysoką gorączkę, iż osobista wizyta w przychodni jest wykluczona, albowiem może grozić to bardzo niebezpiecznymi powikłaniami. Wiem, bo jakieś 10 lat temu, przez swą lekkomyślność, sam tego doświadczyłem. Pani z okienka absolutnie wykluczyła taką ewentualność, twierdząc, że wizyty domowe świadczone są tylko w przypadku osób nie mogących się poruszać, przez co zmusiła mnie do zarejestrowania córki na wizytę, czyli osobiste zgłoszenie się do lekarza w przychodni. Wygląda na to, że wg współczesnej ochrony zdrowia (oni nawet oficjalnie porzucili "komuszą" nazwę "Służba Zdrowia) osoba nawet z temperaturą 40°C jest ruchowo sprawna, do czasu aż w wyniku wysokiej temperatury nie straci przytomności. Wynika z tego, że aby uzyskać pomoc w postaci domowej wizyty, trzeba się doprowadzić do stanu nieprzytomności. Wydaje mi się, że jest to sprawa dla prokuratora, ale z drugiej strony wiem, że on z miejsca odmówi wszczęcia dochodzenia, bo - jak wskazują tysiące przykładów -zarówno lekarze jak i prokuratorzy, konstytucyjne prawa obywatela mają dokładnie poniżej miejsca, gdzie kończą się plecy. Po wizycie zapytałem się córki, co jej lekarz przepisał i okazało się, że Gripex, czyli lek na przeziębienie, który bez recepty każdy może sobie kupić w aptece. Podkreślę, że lekarz ten zdiagnozował GRYPĘ. Aby było bardziej ponuro, a nawet złowieszczo, to przypisał jej antybiotyk, a nawet absolwenci gimnazjów wiedzą, że antybiotyki wirusów nie zwalczają, a niepotrzebne stosowanie powoduje powstawania coraz to bardziej odpornych na leki bakterii. Może lekarz nie wie, że grypa jest chorobą wywołaną wirusami ... W tym kraju wszystko jest możliwe.

* * *

W sytuacji wyżej opisanej, nie może dziwić moja racjonalna ze wszech miar decyzja, aby szanownym lekarzom tyłka nie zawracać, bo nie mam zamiaru, będąc chorym, jechać do przychodni, by się narazić na jakieś nieprzewidziane komplikacje. Pozostaję więc wrócić do starych metod, aby niepotrzebnie konowałom nie przysparzać tego, czego oni tak mocno pożądają.

Napisz komentarz (8 Komentarzy)