Kiedy słucham (bo staram się nie czytać) wypowiedzi różnych intelektualnych tuzów, stanowiących tzw. intelektualne zaplecze pewnego posła, który wyobraża sobie siebie, jako Naczelnika Pastwa, jakim był swego czasu marszałek Piłsudski, zastanawiam się nad tym, czy ów poseł nie dolewa lub dosypuje swoim służkom do picia i jedzenia jakowyś tajemniczych ingrediencji. Podejrzenie takie rodzi się we mnie za każdym razem, kiedy słyszę i widzę, jak z kamiennymi twarzami plotą niesamowite bzdury, uznając je za prawdy objawione, kiedy w rzeczywistości stanowią one zaprzeczenie temu wszystkiemu, co nazywamy logiką i wiedzą, nie wspominając już o przyzwoitości.

Weźmy chociażby taką pierwszą lepszą z brzegu sprawę, jak publikacja fotografii (wizerunku) osób, którym nie postawiono żądnych zarzutów i w sprawie których nie toczą się jakiekolwiek postępowania karne. To, że jakiś niedouczony prostak z partyjną legitymacją (co wg niego daje mu patent na mądrość wszelką) bredzi, jakoś mniej mnie porusza, niż kiedy brednie takie słyszę z ust osób, które pełnią ważne funkcje państwowe i chociażby tylko z tego względu, winny przestrzegać podstawowych zasad prawnych. A oni nie tylko bredzą, ale brednie te zamierzają wprowadzić w życie w postaci ustaw. Pocieszam się, że opublikowano wizerunki osób, którym owej ingrediencji rządzący nie byli JESZCZE w stanie dosypać lub dolać i dlatego pójdą z pozwami do sądów cywilnych, gdzie sprawy o zadośćuczynienie za doznaną krzywdę1 bez problemów wygrają. Przy zadośćuczynieniu nie ma potrzeby dowodzić powstania jakiejś materialnej szkody, bo wystarczy wskazanie tylko faktu naruszenia prawa, które to naruszenie krzywdę wywołało. A Policja naruszyła je bez żadnej wątpliwości, wspominając chociażby tylko kodeks postępowania karnego czy prawo prasowe. Szkoda tylko, że na pewne bardzo wysokie zadośćuczynienia wypłacane będą z budżetu, a więc z naszej kieszeni. Mocno wierzę w to, że z nastaniem lepszych czasów, kiedy pojęcie prawo i sprawiedliwość odzyska swoje prawdziwe znaczenie, ci wszyscy, którzy szkody w budżecie z tego tytułu spowodowali, zostaną zmuszeni do wyrównania ich z własnych dochodów.

Odradzałbym przy tym kierowania zawiadomień do prokuratury, bo w wyniku zmian w prawie, jakie zaordynowała nam postsolidarnościowa prawica, nie ma to żądnego sensu, albowiem dwukrotna odmowa wszczęcia lub umorzenia postanowienia prokuratury, zamyka wszelką dalszą drogę prawną. No chyba, że ktoś się zdecyduje, aby w następstwie takiego postępowania organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości, wystąpić o sprawiedliwość do trybunału międzynarodowego. Myślę, że droga cywilna jest o wiele łatwiejsza i skuteczna i w związku z tym rozumiem stwierdzenie (byłego pisiora) Ludwika Dorna, że "czuje krew w powietrzu". Jest to oczywiście metafora odnosząca się do tego, że w takich postępowaniach pisowska krew zostanie mocno upuszczona, a całe to towarzystwo po prostu ośmieszone. Bo według L. Dorna, jedyną najbardziej skuteczną bronią przed kaczystowską demokraturą jest ich totalne ośmieszanie. Ośmieszanie tego co czynią łamiąc prawo, udając bez przerwy, że naprawiają Polskę i ratują obywateli przed czyhającą zewsząd na nich zgubą.

Będąc przy Dornie, to nie mogę powstrzymać się przed uwagą, że zaobserwowałem bardzo ciekawe zjawisko. Otóż ludzie, którzy kiedy tylko się z tego pisowskiego zaklętego kręgu wyrwą, z miejsca odzyskują nie tylko rozum, ale i przyzwoitość. Niekiedy, a w zasadzie coraz częściej, słuchanie ich sprawia mi przyjemność. Bo nawet i Giertych ostatnimi czasy do rzeczy nie tylko gada. Widać wyraźnie, że do owej kaczej ingrediencji dostępu już nie mają. I oby takich było jak najwięcej.

* * *

Wiedział co czyni zwykły poseł nakładając Trybunałowi Konstytucyjnemu kaganiec na twarz. Poseł, który nie pełni żadnych konstytucyjnych funkcji, a mimo to przez wszystkich (w tym przede wszystkim przez media i opozycję) traktowany jest nie tylko jako wyrocznia, ale jako faktyczny i niepodzielny władca Polski. Teraz oto raczył ogłosić, że wprowadzi nową ordynację wyborczą do samorządu terytorialnego, która zacznie obowiązywać od dnia, kiedy zostanie uchwalona. I z miejsca wywołało to lament opozycji, która jakby w ogóle nie zwracała uwagi na inne jej założenia (tej nowej ordynacji oczywiście), z których wynika, że ów władyka opowiada o wprowadzeniu dwukadencyjności. To się nawet niektórym przedstawicielom opozycji podoba, bo jak mówią (równym głosem z PiS) doprowadzi to do tego, iż zostaną rozwalone rzekomo istniejące do tej pory lokalne kliki. Problem w tym, że nikt nie przedstawił jakichkolwiek rzetelnych badań wskazujących na istnienie całej sieci samorządowych klik. Nikt rozsądny z faktu, iż w ciągu roku nawet kilka tysięcy kierowców powoduje jakieś poważne kolizje, nie wyprowadzi tezy, że należałoby odebrać prawo jazdy wszystkim kierowcom, a prawo do poruszania się drogami nadać jedynie tym, którzy prawo jazdy otrzymali dopiero za rządów "dobrej zmiany".

I nikt jakoś nawet się nie zająknie, że aby taki system wprowadzić trzeba by zmienić Konstytucję RP, a na to PiS nie ma wystarczającej władzy. Bo przecież ten najwyższy akt gwarantuje każdemu dorosłemu obywatelowi czynne i bierne prawo wyborcze. Tak więc żadna kadencyjność biernego prawa wyborczego ograniczać nie może. Nie można też pozbawiać obywateli prawa czynnego, które pozwala im wybierać tego kogo chcą, niezależnie od tego ile razy już go wcześniej wybierali. Trzeba tylko im dać instrument umożliwiający wcześniejsze odebranie mandatu w przypadku sprzeniewierzenia się hasłom i głoszonemu programowi. A więc wystarczy obniżyć próg ważności referendum i demokracji stanie się zadość.

Te wszystkie dyskusje i pogaduszki na temat dwuinstancyjności dowodzą tylko, jak niska świadomość prawna panuje pośród kwiatu narodu, czyli pań i panów posłów, jak również dziennikarzy. I dlaczego to mnie wcale nie dziwi?

1 Zadośćuczynienie za krzywdę, obok odszkodowania za szkodę o charakterze majątkowym, jest jedną z dwóch kluczowych instytucji służących ochronie interesów osób poszkodowanych na skutek czynów niedozwolonych. Ma ono jednak służyć naprawieniu innego rodzaju uszczerbku w dobrach poszkodowanego niż szkoda majątkowa, gdyż jego celem jest zrekompensowanie krzywdy w postaci przede wszystkim negatywnych przeżyć czy też cierpień psychicznych i fizycznych, których poszkodowany doznaje w związku z zaistniałym czynem niedozwolonym.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Ufff ... prawie już udało mi się powrócić do środowiska osób zdrowych, a tu nagle znów coś mi w krtani szwankuje i na kaszel się zbiera. To samo z kichaniem, które powoli wraca. No, ale psychicznie czuję się o niebo lepiej, wiec wykorzystam czas, aby nadrobić chociaż trochę ten stracony.

* * *

Kiedy dopadła mnie najwyższa gorączka (39,5°C), co miało miejsce późnym wieczorem 14 stycznia, przekonany byłem, że złapałem od córki wirusa grypy, ale czas pokazał, że nie z grypą miałem do czynienia. Oczywiście to tylko mojej domysły, bo do lekarza nie pojechałem, ani nawet nie prosiłem, aby on przyjechał do mnie. Jeszcze tej samej nocy miałem przedziwny sen, a tak naprawdę coś takiego przeżyłem pierwszy raz w życiu. Otóż śniło mi się przez całą noc bez przerwy to samo, tak jakby taśma z snem zaczęła się kręcić "na okrągło". I tak przez cała noc, a budziłem się z 5 razy. Raz zlany potem, innym razem w wyniku takiego zimna, że po prostu cały dygotałem. Było to potwornie męczące, bo kiedy zasypiałem, wszystko zaczynało się od nowa. Chodziło o poszukiwanie jakichś danych w Internecie i polegało to na tym, że jak znalazłem hasło i rozwinąłem tekst, to musiałem wchodzić coraz głębiej, klikając o zaznaczone przez kogoś słowa i tak dalej i dalej. Nie mogłem się od tego uwolnić, a zdawałem sobie sprawę, że dzieje się tak, albowiem muszę dotrzeć do jakiejś tajemnicy. Kolejnej nocy śniło mi się, że otrzymałem dostęp do takiego programu komputerowego, który mógł zmieniać rzeczywistość do 10 tysięcy lat do przodu. Po prostu wpisywałem jakieś autentyczne zdarzenie i komputer analizował wszystkie możliwe jego skutki, podając czas ich występowania i miejsca. Wprowadzając zmiany w wydarzeniu mogłem przyszłością dowolnie sterować. Poza tym program ten miał tak zbudowany interfejs, że pisując tylko jedno słowa w oddzielnych plikach lub folderach wyrzucał mi, w chronologicznym porządku, wszytko to, gdzie słowo takie wystąpiło. Nie jestem w stanie tego opisać bo w zasadzie snów nie pamiętam, a ponadto piszę po kilku godzinach od czasu jak się obudziłem. I również sen ten trwał nieprzerwanie, mimo kilkakrotnego przebudzenia się, ponieważ za każdym razem tak bylem zlany potem, jakbym w ubraniu do wanny z woda co chwile wskakiwał. A sen kręcił się, jak nie przymierzając "Rondo" Ravela.

* * *

Na szczęście mam to już wszystko z sobą i od wtorku (17.01.br.) jestem na nogach. Kamień spadł mi z serca, bo nie mogłem odżałować, że uwagi na chorobę nie będę mógł być w piątek na rozprawie, jaka dwaj (a może nawet i trzej) radni PiS, wytoczyli Romanowi Gilecie, ponieważ zrobili w majty ze strachu, że im Roman maczetą głowy poobcina. A tak się na to szykowałem, bo swym psim węchem poczułem, że będę miał okazją, aby mocno sobie z tych pisowskich bohaterów podworować do woli. Okazało się jednak, że adwokat Romana nagle mocno zaniemógł i wylądował w szpitalu, więc termin rozprawy zostanie przeniesiony, przez co okazja do obśmiania "bohaterów" nie ucieknie.1

* * *

W sobotę (20.01.br.) miałem jechać z grupą moich dawnych przyjaciół z organizacji młodzieżowej do Wrocławia, na spotkanie organizowane przez Stowarzyszenie "Pokolenie" z okazji 40 rocznicy powstania ZSMP. Wczoraj, sterroryzowany przez żonę, pojechałem (razem z nią) do przychodni, aby lekarz stwierdził, czy mogę w zlocie zabrać udział. Okazało się, że nie, bo mam niezaleczoną infekcję w układzie oddychania. Muszę więc przez 5 dni łykać antybiotyk i rygorystycznie przestrzegać ZOM-u, czyli Zakazu Opuszczania Mieszkania. Tak wiec nie jadę. Pocieszam się jedynie tym, że przynajmniej ominie mnie "nagłe zderzenie z czasem", co zapewne wywołałoby we mnie niejedną smutną refleksję.

* * *

Kończąc tych kilka uwag osoby ozdrowiałej - chociaż nie do końca - nie mogę zapomnieć o moich najwierniejszych czytelnikach, czyli takich "nowhere man", dla których jedyną strawą duchową są historyjki, jakie na tej stronie (i nie tylko) opisuję i którymi oni tak mocno się karmią, że zaraz doznają rozkosznego dla nich uczucia, czyli potrzeby olbrzymich torsji, czym starają się urozmaicić moje teksty. Niestety, z uwagi na moje mocno rozwinięte poczucie estetyki, bez przerwy zmuszony jestem na wskazywanie im właściwego dla nich miejsca, czyli szamba, w kto rym mogą się do woli taplać i pławić. Ale o tym więcej następnym razem.

1 Z ostatniej chwili: termin rozprawy został przeniesiony na 7 marca br.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

No i dopadło mnie przeziębienie, przez co od wczoraj czuję się jakby przejechał po mnie wóz drabiniasty, a na dokładkę koń kopnął mnie ze dwa razy. Gorączki nie ma, bo jak kiedyś wytłumaczył mi lekarz, mój organizm jest tak zbudowany, że nie ma w nim zdolności do samoobrony, Normalnie, podwyższeniem ciepłoty ciała organizm broni się przed wirusami, które właśnie gorączka zabija. Dlatego też radzę sobie starymi metodami na wewnętrzne ogrzanie organizmu, czyli gorące mleko z masłem i miodem oraz z wyciśniętym jednym ząbkiem czosnku. Na szczęście gorące mleko zabija przykry zapach czosnku, co w moim przypadku i tak nie ma większego znaczenia bo nie wychodzę z domu. Drugim starym, ale wielokrotnie w czasach studenckich sprawdzonym sposobem, jest mikstura zwana "DUPĄ KURCZAKA", co tak naprawdę oznacza mocno podgrzane piwo (jedna butelka 0,33 l) zmieszane z koglem-moglem z jednego kurzego żółtka. Po wypiciu jednego albo drugiego "lekarstwa" ( najlepiej jedno rano, a drugie wieczorem) należy ciepło się ubrać i przekryć się kołdrą, a najlepiej dwiema. Efekt bardzo mokrego podkoszulka (i nie tylko) murowany, co oznacza, że organizm został od środka rozgrzany w odpowiednim stopniu, pozwalającym na wymordowanie przynajmniej części wirusów. Jak twierdza specjaliści od chorób, zwykle każdy z nas przeziębia się 2-4 razy w roku i jest to normalne zjawisko w życiu każdego człowieka. Pozostaje tylko nauczyć sobie z nim radzić. Radzę więc sobie jak mogę i tylko złość mnie ściska, że przez te wirusy musiałem odwołać kilka zaplanowanych spotkań, no i na nic nie mam ochoty, nawet do napisania tych kilku słów musiałem się przymusić.

* * *

Pozostając przy chorobowych sprawach, to nie mogę się powstrzymać od pewnych nostalgicznych wspomnień. Otóż w czasach, ponoć słusznie minionych, kiedy człowiek był chory, dzwonił do lekarza, a jak nie miał telefonu (co raczej było regułą), biegł do najbliższej budki telefonicznej. Kiedy i nawet budki nie było w pobliżu, to ktoś z najbliższych (lub nawet sąsiad) szedł do przychodni zdrowia i zgłaszał chorobę, w wyniku czego lekarz pojawiał się w mieszkaniu. Niekiedy trzeba było czekać, ale nikt nie odważył się zaproponować choremu, aby wziął tyłek w troki pofatygował się do przychodni. W tamtych, ponoć okropnych czasach, służba zdrowia nie miała konkurencji w postaci prywatnych praktyk medycznych. Studia medyczne były - tak jak i obecnie - finansowane przez państwo, więc każdy lekarz pracując w państwowych placówkach zdrowia, chorego traktować musiał jak pacjenta, a nie kranik z którego do jego kieszeni ciekły pieniążki. Były to więc czasy, kiedy to lekarz jechał do chorego, a nie chory do lekarza, co wydaje się nie tylko logiczne, ale jak najbardziej normalne w świecie. W czasach obecnych jest zgoła odmiennie, czego sam kilka dni temu doświadczyłem. Otóż, zanim sam zaniemogłem, przydarzyło się mojej córce zachorować na grypę, co nie tylko wiąże się z fatalnym samopoczuciem, wielkim osłabieniem ale też i wysoka gorączką. Zwykle, co najmniej, 39 °C. Córka miała 39,8 °C, więc o 8-mej rano pojechałem do Przychodni Zdrowia na Piaskowej Górze, gdzie chciałem uzgodnić wizytę domową. Argumentowałem, że ma tak wysoką gorączkę, iż osobista wizyta w przychodni jest wykluczona, albowiem może grozić to bardzo niebezpiecznymi powikłaniami. Wiem, bo jakieś 10 lat temu, przez swą lekkomyślność, sam tego doświadczyłem. Pani z okienka absolutnie wykluczyła taką ewentualność, twierdząc, że wizyty domowe świadczone są tylko w przypadku osób nie mogących się poruszać, przez co zmusiła mnie do zarejestrowania córki na wizytę, czyli osobiste zgłoszenie się do lekarza w przychodni. Wygląda na to, że wg współczesnej ochrony zdrowia (oni nawet oficjalnie porzucili "komuszą" nazwę "Służba Zdrowia) osoba nawet z temperaturą 40°C jest ruchowo sprawna, do czasu aż w wyniku wysokiej temperatury nie straci przytomności. Wynika z tego, że aby uzyskać pomoc w postaci domowej wizyty, trzeba się doprowadzić do stanu nieprzytomności. Wydaje mi się, że jest to sprawa dla prokuratora, ale z drugiej strony wiem, że on z miejsca odmówi wszczęcia dochodzenia, bo - jak wskazują tysiące przykładów -zarówno lekarze jak i prokuratorzy, konstytucyjne prawa obywatela mają dokładnie poniżej miejsca, gdzie kończą się plecy. Po wizycie zapytałem się córki, co jej lekarz przepisał i okazało się, że Gripex, czyli lek na przeziębienie, który bez recepty każdy może sobie kupić w aptece. Podkreślę, że lekarz ten zdiagnozował GRYPĘ. Aby było bardziej ponuro, a nawet złowieszczo, to przypisał jej antybiotyk, a nawet absolwenci gimnazjów wiedzą, że antybiotyki wirusów nie zwalczają, a niepotrzebne stosowanie powoduje powstawania coraz to bardziej odpornych na leki bakterii. Może lekarz nie wie, że grypa jest chorobą wywołaną wirusami ... W tym kraju wszystko jest możliwe.

* * *

W sytuacji wyżej opisanej, nie może dziwić moja racjonalna ze wszech miar decyzja, aby szanownym lekarzom tyłka nie zawracać, bo nie mam zamiaru, będąc chorym, jechać do przychodni, by się narazić na jakieś nieprzewidziane komplikacje. Pozostaję więc wrócić do starych metod, aby niepotrzebnie konowałom nie przysparzać tego, czego oni tak mocno pożądają.

Napisz komentarz (8 Komentarzy)

No i doczekałem się zimy, która około 10:30 objawiła się na Podzamczu dosyć obfitym opadem śniegu. I co najciekawsze, leży on dalej, chociaż już ze trzy godziny upłynęły. I jakoś tak przy okazji przypomniał się mi stary jak świat dowcip na temat śniegu. Pierwszy raz usłyszałem go na studiach, a więc w czasie głębokiej "komuny" i pamiętam, że bardzo wtedy nas śmieszył. A było to tak: czym się różni kominiarz od śniegu? Nie, nie tym, że pierwszy jest umorusany sadzą na czarno, a śnieg jest biały. Różni się tym, że kominiarz musi o szóstej rano wstawać do pracy, a śnieg może sobie jeszcze poleżeć.

* * *

Obejrzałem w Nowy Rok, na kanale TVP Kultura, film Smarzowskiego „Drogówka”. Widziałem go już raz parę lat temu, ale wtedy nie siedziałem tak mocno w temacie i film mnie po prostu wkurzył. Dziś, znając ileś tam faktów dotyczących nie tylko wałbrzyskich policjantów, jestem skłonny uwierzyć Smarzowskiemu że pokazał, oczywiście celowo przerysowany, obraz współczesnej policji. Tak się złożyło, że rano kupiłem i przeczytałem wywiad z nowym przewodniczącym ZG NSZZ Policjantów, który bardzo mnie pozytywnie zaskoczył. Oczywiście nie wywiad, a przewodniczący. Podpisuję się pod nim obydwiema rękami, chociaż w dwóch miejscach się z nim nie zgadzam. Po pierwsze, przedstawił on zbyt wyidealizowany obraz polskiej policji, co jaskrawo stoi w sprzeczności z tym, z czym spotykają się zwykli obywatele, którzy nawet jak złamią jakiś przepis, to czynią to ze zwykłej pomyłki lub nawet nieświadomości, a traktowani są jak jakiś margines społeczny, dla którego policjanci nie maja żadnego szacunku, chociaż nie mają też żadnego prawa, aby tak się do nich odnosić. Do wywiadu z Rafałem Jankowskim, Chuck Norrisem z Komendy Głównej jeszcze powrócę, ale winnym miejscu.

* * *

Mówiłem i pisałem swego czasu, że Jarosław Kaczyński, kiedy jeszcze nie był nadprezesem IV RP, objawiał pewien polityczny geniusz. I co, nie miałem racji? Przez cały rok tylko o nim się mówi i pisze i od niego zależy wszystko to, co się w Polsce aktualnie dzieje. Nawet nielegalne posiedzenie Sejmu uchodzi uchodzi na sucho, bo to on, nadprezes IV RP Jarosław o tym decyduje i nikt mu nie podskoczy. Pisiory twórczo i cynicznie rozwijają hasło, że białe to nie białe i patrząc bezczelnie w ok kamery cynicznie – ale jednak głupkowato – udowodniają, że zwołane do Sali Kolumnowej posiedzenie klubu PiS (dozwolone tylko dla druhów nadprezesa IV RP |Jarosława), było niczym innym, jak kontynuacją posiedzenia plenarnego Sejmu, w trakcie którego (bez wymaganego kworum, bo klub PiS to jednak nie cały sejm) przyjęto bardzo ważne ustawy, w tym o budżecie państwa.

* * *

Natomiast na lewicy rozbijanie SLD od wewnątrz trwa w najlepsze. I co mnie najbardziej dziwi, czynią to członkowie SLD w terenie, którzy wielce obrażeni tym, że ponoć się nic w tej partii nie dzieje, oddają swe legitymacje i głoszą pochwały pod adresem pani |Nowackiej, która organizacja ma śladowe poparcie społeczne. Zastanawiam się po kiego czorta oni się kiedyś do SLD zapisywali. I jakoś nie mogę opędzić się przed myślą natrętną, że postąpili tak, ponieważ zdawało im się, że dzięki temu będą mogli na coś korzystnego dla siebie liczyć. Teraz, kiedy SLD znalazł się poza sejmową burtą i w świecie realnej polityki przestał się liczyć, opuszczają partyjny pokład jak okrętowe szczury. Jestem przekonany, że kiedy Sojusz odbije się od dna – a prędzej czy później to musi nastąpić – powracać będą nachalnie, z tą samą nadzieją, że na coś korzystnego będą mogli dla siebie liczyć. Najbardziej śmieszy mnie i irytuje ich tłumaczenie, że w SLD nic się nie dzieje. Jakie to żałosne. Bo zamiast zabrać „dupy w troki” i wziąć się do roboty, oni ręce załamują, że inni za nich czegoś zrobić nie chcą lub być może – nie czując ich wsparcie – nawet nie chcą.

* * *

Rację ma Ryszard Bugaj, uważający się za osobę o lewicowych poglądach, mówiąc że wygrana opozycji nie zmieni sytuację. Nie zmieni, bo to PO i PSL otworzyli puszkę Pandory, dzisiaj nadprezes IV RP Jarosław obficie korzysta. Nie można przecież zapomnieć, kto pierwszy okradł emerytów mundurowych z pieniędzy, kto pozbawił asysty wojskowej chowanych do grobu polskich oficerów, którzy szlify oficerskie zdobyli w czasach PRL , kto powołał IPN i CBA, kto uchronił Z. Ziobro przed Trybunałem Stanu, kto nie był w stanie doprowadzić do skazania szefa |CBA Kamińskiego. Jedyna szansa na PRAWDZIWĄ zmianę daja siły polskiej lewicy, ale na to niestety się nie zanosi, albowiem polska lewica jest zajeta niszczeniem samej siebie.

* * *

Parę już dni temu, bo 30.12.2016, - prof Lewicki z katolickiego Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, politolog i amerykanista, opowiadał w „Faktach po faktach” TVN 24 takie pierdoły, że uszy bolały, a ręce z rozpaczy opadały mi na podłogę. Wg tego profesora (???) Putin sterował wyborami w USA, dzięki czemu wygrał Trump. I czynić tak będzie w nieodległych wyborach w Niemczech i Francji. Jednym słowem PUTIN jest najpotężniejszym politykiem świata, który w każdym jego zakątku rozdaje karty. |I na dodatek znaczone. A ponadto bredził też, że ewentualne dogadanie się Trumpa z Putinem jest dla świata szalenie niebezpieczne. Wynika z tego, że niebezpieczne jest każde porozumienie, czyli zgoda, natomiast kłótnia jest gwarantem bezpieczeństwa, pokoju i wszelkiej szczęśliwości. I mówił to niby profesor. Widać było, że siedzący obok niego Wojciech Brochwicz nie mógł ukryć momentami wielkiego absmaku.

* * *

Lepiej już było, a DOBRA ZMIANA już się skończyła. Kolega otrzymał pismo z MZBM o podwyżce czynszu, co zostało wytłumaczone tym że po ustaleniu najniższego uposażenia na poziomie 2000 zł, zarząd musi mieć pieniądze na podwyżki. Tak DOBRA ZMIANA wygląda. Ponadto drożeje wszystko.  Kiedy ropa kosztowała 110 USD za baryłkę, to litr benzyny kosztował znacznie poniżej 5-ciu zł. Teraz baryłka kosztuje 40 USD, a litr benzyny powyżej 5 zł. To także efekt znacznego osłabienia złotówki. A kiedy drożeje benzyna, drożeje wszystko. W dosłownym tego słowa znaczeniu. To też dobra zmiana, tyle że DOBRA INACZEJ.

* * *

Kilka dni temu w TVN 24 - Fakty po faktach: Szumski (reżyser) opowiada - bredząc o swoich traumatycznych przeżyciach w Iraku czy też w Syrii, że wojska sowieckie (tak się wyraził), zamykały kwartały miasta i mordowały tam wszystkich. Nawet ciał później nie można było znaleźć. Tak gadał w Faktach w TVN 24, a słuchająca go wielce nabożnie red. Pohanke nawet się nie skrzywiła, widać łykała te rewelacje jak kaczka chleb na wodzie. Bo o Rosję przecież chodziło. Czegoż to ludziska nie bredzą ... W innym dniu, jakiś gostek od Kukiza (mgr prawa z KUL) haniebne rzeczy mówił o Generale Jaruzelskim i Kiszczaku, że to sowieccy mordercy wierni Moskwie, którzy zamordować chcieli tysiące Polaków.  Nieudolnie bronił go Iwański z SLD, ale raczej zniechęcił do tego co mówił, bo jak zwykle smędził przeokrutnie.  JA DAŁBYM SMARKOWI W PYSK I WYSZEDŁ ZE STUDIA.

Napisz komentarz (9 Komentarzy)

Nie bez pewnego zdziwienia dowiedziałem się rano od ekspedientki w sklepie, że dziś jest ostatnie losowanie Dużego Lotka. Dlatego też postanowiłem zaryzykować stratę 4 zł,, które zainwestowałem w tę grę hazardową. Przy okazji dowiedziałem się, że to już jutro Sylwester, a więc pojutrze będę wściekły że za krótką chwilę znów będzie zima i Nowy Rok. To tylko krótka chwila, bo w moim wieku czas pędzi jak rączy mustang po prerii. Dosyć optymistyczne założyłem, że może w ostatnim losowanie lotka w tym roku, los się do mnie uśmiechnie i te 10 baniek zgarnę. Z drugiej strony, gdy tak się stanie, będę miał żal do całego świata oto, że kiedy było 30 baniek do wyjęcia, to opatrzność, tak jak przez całe życie, o mnie zapomniała. Ale cóż. Ryzyk fizyk, niech stracę.

* * *

Pojechałem wczoraj rano do Sądu Okręgowego w Świdnicy, gdzie otrzymałem (jako dziennikarz) uwierzytelnioną kopię (po anonimizacji) wyroku uniewinniającego dwóch wałbrzyskich policjantów wraz z uzasadnieniem. Jeszcze nie czyhałem, ale na pewno zacznę w Nowym Roku, ponieważ moje przemyślenia w tej sprawie mam zamiar ponownie opublikować w DB 2010.

* * *

Również wczoraj listonosz przyniósł mi list z KWP we Wrocławiu, a w nim zaświadczenie Wydziału Ochrony Informacji Niejawnych KWP, że nigdy nie byłem funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa, co bez jakiejkolwiek wątpliwości wynika z mojej teczki personalnej. Drugi dokument pochodzący z Wydziału Kadr KWP, to Protokół Warunków Służby (dotyczy oczywiście mojej skromnej osoby) zawierający szczegółowy wykaz zajmowanych stanowisk oraz związanych z nimi dat. Dokument ten również zawiera stwierdzenie: "Podinspektor Janusz Bartkiewicz przez cały okres służby pracował w pionie operacyjnym, do jego podstawowych obowiązków należało:"... i tu 18 punktów, w których te obowiązki wyliczono. Na drugiej stronie znajduje się dosyć charakterystyczny opis warunków służby, która wówczas pełniłem, wiec przedstawiam go jako fotokopie. Czyni e tak, aby wreszcie zatkać wredne pyski, które bez przerwy zarzucają mi, jakobym był tzw. ubekiem. Ciemnota nie wie, że Urząd Bezpieczeństwa Publicznego został rozwiązany w listopadzie 1956 roku. Miałem wtedy 7 lat.

* * *

I mimo najszczerszych zamiarów, przez cały dzień nie napisałem chociażby linijki II rozdziału "Tajemnicy zbrodni pod Narożnikiem". Usprawiedliwiam się, że to przez nowy telefon (android) Galaxy S6, który wczoraj wieczorem przywiózł mi kurier. Nie wie dlaczego nie można skopiować książki telefonicznej (zapisanej na urządzeniu ) na kartę SIM. Być może to zbyt trudne dla mnie? - To oczywiście żart taki. W każdym razie większość dnia zajęło mi przenoszenie (przepisywanie) ponad 400 nr telefonów i nazwisk ich właścicieli, a także czyszczenie "starego" aparatu (Galaxy S4). I tak prawie każdego dnia, a czas jak raczy mustang na prerii ...

Napisz komentarz (6 Komentarzy)

Święta święta ... i po świętach, chociaż jeszcze Nowy Rok jeszcze przede mną. Żona zakończyła urlop i wróciła do pracy, przez co jest szansa na to, że odzyskam swój stały rytm tak bardzo rozchwiany od 1 grudnia, a nawet chyba kilka dni wcześniej. Wiele się przez ten czas wydarzyło, ale nawet nie chce mi się tego komentować. Nie wiem dlaczego, ale czuję jakąś awersje do komentowania wydarzeń politycznych, jakich świadkiem, przez ostatni czas i obecnie, byłem. Postanowiłem zatem skupić się bardziej na dokończeniu mojego sztandarowego zamiaru, czyli napisania, a w zasadzie skończenia, dwóch książek. Jedna, jak wiadomo, poświęcona historii zatrzymania, oskarżenia i skazania dwóch nieletnich mieszkańców Wałbrzycha, którym system ścigania i wymiaru sprawiedliwości wcisnął udział w zabójstwie wałbrzyskiego antykwariusza w marcu 2000 roku.

Będzie to kryminalna powieść paradokumentalna1 z tak zwanym drugim dnem, co na pewno wywoła poruszenie w środowisku byłych, a być może i obecnych, przedstawicieli organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Ale nie jest moim zamiarem, aby powieść ta była jakimś kierowanym do nich przesłaniem i mam nadzieję, że nikt tego tak nie będzie odbierał. Zamiarem moim jest pokazanie, jak łatwo - z bardzo prozaicznych powodów - można złamać komuś życie, a następnie robić wszystko, aby prawda nigdy nie ujrzała światła dziennego.

Pierwotnie książkę zatytułowałem "Zwiewność sumienia, czyli z życia psów miasta średniej wielkości". Z czasem tytuł ten ewoluował, aby przybrać już ostateczną postać, czyli, "Zapach sumienia". Jestem przekonany, że tytuł ten w pełni odda sens tego, co w powieści mam zamiar przedstawić.

Druga książka, którą już od dłuższego czasu piszę (ciągle poprawiając), to w zasadzie moje wspomnienia dotyczące zakończonej niepowodzeniem, prowadzonej przeze mnie sprawy, mającej na celu wykrycie sprawców zabójstwa pary studentów na szczycie Narożnika na terenie Parku Narodowego Góry Stołowe, jakie miało miejsce 17 sierpnia 1997 roku. Opowieść ta w 95% zawiera informacje oparte na dokumentach procesowych, wspomnieniach moi kolegów, a także własnych, a więc śmiało mogę powiedzieć, że będzie miała wszelkie cechy dokumentu. Zawarty w niej wątek fabularny dotyczy jedynie rozmów jakie wtedy miedzy sobą prowadziliśmy, aczkolwiek nie są one jednoznaczną fikcją, albowiem staram się - pamiętając ich sens i atmosferę - przedstawić je tak, jak na pewno wtedy przebiegały i czego tyczyły. Moim głównym celem jest - poza oczywiście utrwaleniem pamięci o Annie Kembrowskiej i Robercie Odżga - próba ustalenia po latach powodów, dla których nie zdołaliśmy ustalić, wówczas i obecnie, sprawców tej zbrodni. Tak więc zabieram się do pisania ...

* * *

Po napisaniu tego tekstu, doszedłem do wniosku, że jednak roli komentatora bieżących wydarzeń chyba nie porzucę. Zajrzałem do tekstów pisanych kilkanaście miesięcy temu i ze zdziwienie skonstatowałem, że dotyczą one spraw, o których już z kretesem zapomniałem. A więc moje komentarze mają jednak dla mnie znaczenie, jako coś w rodzaju almanachu, z czego w przyszłości będę mógł skorzystać, kiedy pamięć stanie się bardzo wymagająca. Ale co tam ...

1. Powieść mająca cechy dokumentu, ale nie w pełni udokumentowana, dopuszczająca własne interpretacje autora;

Napisz komentarz (4 Komentarze)