Pan Błaszczak wreszcie obudził się z zimowego snu, gdy z TVN 24 dowiedział się, że w maju 2016 roku publicznie grzmiał, że sprawa śmierci Igora Stachowiaka na terenie Komisariatu Policji Wrocław- Śródmieście zostanie szybko wyjaśniona, a wszyscy winni pociągnięci do odpowiedzialności. Policjant, który torturował Igora, po 3 miesiącach zawieszenia, wrócił do roboty i został dzielnicowym. Pozostali współuczestnicy tych tortur przeszli do pracy w pionie kryminalnym. Natomiast komendant tego komisariatu awansował na zastępcę komendanta KMP we Wrocławiu - w czasie trwającego śledztwa.

Teraz pan Błaszczak, kiedy obejrzał to, co znajdowało się w materiałach dowodowych prokuratury i BSW KGP, kazał zwolnić tylko tego jednego osobnika noszącego policyjny mundur. A co z pięcioma pozostałymi, którzy byli wspólnikami tego haniebnego PRZESTĘPCZEGO wyczynu? Policjant ma stać na straży prawa, a więc jeżeli widzi, że ktoś - nawet jego kolega z komisariatu - dopuszcza się przestępstwa, jego obowiązkiem jest reagowanie na to. Jeżeli nie reaguje, a dalej uczestniczy, to dopuszcza się przestępstwa jako jego współuczestnik, przez co jego odpowiedzialność jest tego samego rodzaju. Aż trudno przyjąć do wiadomości, że spośród pięciu pozostałych, obecnych przy katowaniu Igora, nie znalazł się NIKT, kto zechciałby tę kaźń przerwać. A oni stali i zachęcali, a także przesłuchiwali (w łazience) katowanego człowieka. To, że przesłuchiwali i katowali go w łazience wynika z faktu, że pozostałe pomieszczenia są monitorowane, jednakże bez wątpliwości dowodzi, iż jest to stała praktyka. Ile takich lub podobnych wydarzeń ściany tej łazienki widziały.

Jest rzeczą pewną, że policjanci ci mieli wspólników, którzy usunęli zapisy z kamer wewnętrznego monitoringu najbardziej newralgicznych miejsc tego komisariatu. Zapisy takie można usunąć jedynie ze stanowiska dowodzenia, a więc bez wiedzy oficera dyżurnego uczynić tego nie można. Policja dziczeje?

A co z ich przełożonymi do szczebla komendanta wojewódzkiego, którzy BEZ WĄTPLIWOŚCI wszystkie pokazane w TVN 24 nagrania widzieli? Dzisiaj Komendant Główny wnioskował do ministra o zdjęcie ze stanowiska komendanta wojewódzkiego we Wrocławiu i to samo uczynił w stosunku do 2 zastępców (w tym niejakiego Niziołka, bohatera kilku moich felietonów) oraz komendanta miejskiego policji. A pozostali? Dlaczego nie ma informacji, że wszyscy zamieszani w tę straszliwą aferę nie zostali natychmiast zawieszeni i poddani postępowaniu dyscyplinarnemu. Przecież zgodnie z ustawą o Policji postępowanie dyscyplinarne można wszcząć niezależnie od toczącego się postępowania karnego i po stwierdzeniu niepodważalnych przecież faktów, policjantów (?) tych wywalić na zbity pysk.

Każdy kto oglądał to nagranie widzi, że Igor Stachowiak spokojnie rozmawia z policjantami, którzy go legitymują. Dał im nawet swój dowód i z ciekawością przygląda się ich poczynaniom, coś im tłumacząc. Po chwili przyjeżdża drugi radiowóz i policjanci, którzy nim przyjechali, od razu chcą chłopaka zakuć w kajdanki, chociaż nie mają do tego żadnego prawa. Ale widać albo nie znają, albo w zadku mają stosowne przepisy o zasadach i metodach stosowania przymusu bezpośredniego. Jest to przekroczenie uprawnień, a więc karalne przestępstwo. Ale nawet dzisiaj rzecznik prasowy KGP, niejaki Ciarka, wmawia, że Igor Stachowiak był pod wpływem narkotyków i dlatego jego zachowanie było tak agresywne !!!! Wstydu chłopina nie ma i gada to, co mu przełożeni gadać kazali. Bezmyślnie więc wykonuje rozkaz, tak jak ci policjanci, którzy działali na polecenie dyżurnego komisariatu. Każdy, kto oglądał, widział, że rażony prądem z paralizatora,chłopak, leży na ziemi ze skutymi z przodu rękami. Użycie paralizatora w takiej sytuacji jest przekroczeniem uprawnień, a więc karalne przestępstwo. Każdy kto to oglądał, widział i słyszał, że dyżurny ze stanowiska dowodzenia wydawał dyspozycję kogo jeszcze zatrzymać, opisując wygląd osób, które zdarzenie filmowały. Wskazuje to dowodnie, ze przebieg interwencji oglądał na monitorach, a więc widział zachowanie się chłopaka. Jednakże dyżurny ten wydaje polecenie "wyłapywania bandytów", co inni policjanci skrupulatnie wykonują. Czynią to jednak ze świadomością, że wskazani im "bandyci", czy jak ich zwali "reporterzy" nie dopuścili się żadnego czynu karalnego, bo filmowanie w przestrzeni publicznej jet legalne. Lecz mimo to w stosunku do tych osób stosowali nielegalną przemoc fizyczną i środki przymusu bezpośredniego (kajdanki), a także dopuścili się kradzieży ich prywatnych telefonów komórkowych (zapewne smartfonów). W każdym przypadku, kiedy policjant otrzymuje polecenie, którego realizacja może doprowadzić do naruszenia prawa, ma obowiązek prawo zażądać wydania takiego polecenia na piśmie. Jeżeli tego nie uczyni, dopuszcza się tego samego, co wydający polecenie, przestępstwa. I dlatego część policjantów po prostu dziczeje, bo czują się coraz bardziej bezkarni, a ci funkcjonariusze, którzy się z tym nie godzą, milczą i robią swoją robotę. Milczą, bo boją się utracić pracę, boją się tego, że zostaną brutalnie zniszczeni, przez tych, którzy uważają, iż są naprawdę bezkarni. Ale jak długo jeszcze?

Minister Błaszczak "wyrzuca" z Policji wszystkich tych funkcjonariuszy, którzy w swoich życiorysach mają chociażby epizod ze służbą w MO. Kradnie emerytury i renty tym policjantów, którzy mają w życiorysach epizody ze służbą w SB. Żaden z nich nie dopuścił się takiego bestialstwa, a jednak zostali - w różnych zakresach - ukarani. Nad policjantami z nowego zaciągu demokratycznej Polski, rozpostarto parasol ochronny, co widać po tym ile spraw prokuratura umarza, albo w ogóle nie przyjmuje do prowadzenia, mimo, że ludzie wychodzą z komisariatów obici jak ulęgałki. Widać to po tym, że przełożeni takich policjantów stają wprost na głowach, aby udowadniać, że ludzie obili się sami, albo zrobili to jacyś przestępcy. Myślę, że w tym drugim przypadku maja rację. Uczynili to przestępcy, jeno że w komisariatach.

Co zrobi minister Błaszczak? Co zrobi Komendant Główny Policji? Człowiek honoru w takiej sytuacji podałby się do dymisji, ale o tym akurat nie słychać. Dlaczego? Chyba wiem.

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski podał się do dymisji (fakt, wymuszonej przez Tuska), po tym, jak w celi powiesił się (?) jeden ze sprawców porwania i zabójstwa Olewnika. W prawdziwie demokratycznych państwach jest to najzwyklejsza regułą. U nas - w III i IV RP - ludzie się do stołków przyspawają i robią wszystko, aby się nie dać od nich dospawać. A TVN 24 i tzw. opozycja sejmowa niepotrzebnie robią z tego sprawę polityczną, bo za rządów PO tacy właśnie funkcjonariusze byli równie skutecznie pod wspomnianym parasolem chronieni.

Napisz komentarz (2 Komentarze)

Celowo 8 i 9 maja nie pisałem nic na wielkiego zwycięstwa nad III Rzeszą i jej kapitulacji, która miała miejsce 8 maja 1945 roku. Czekałem na jakąkolwiek informacje na ten temat w telewizorni i okazało się, że TVPiS, TVN24 i TV Polsat w jednym domu stoją. Nic ... zero informacji, tak jakby II wojna światowa nie miała swego końca. Być może gdzieś w jakichś wiadomościach informacja o rocznicy zakończenie II wojny światowej temat przemknął, ale już o udziale I Armii Wojska Polskiego (idącej od wschodu) w szturmie Berlina, ani złamanego słowa. Sami się z tego zwycięstwa wypisujemy, chociaż to Stalin naszych żołnierzy z I i II Armii WP zaprosił na defiladę zwycięstwa w Moskwie. Podobna defilada jaka miała miejsce w Londynie, odbyła się bez polskiego udziału. Tak Angole (i w ogóle zachodni koalicjanci) podziękowali Polskim Siłom Zbrojnym na Zachodzie, za ich wkład w walkę z Hitlerem. Na zachodnich frontach, u boku zachodnich aliantów walczyło w sumie 240 tys. polskich żołnierzy, którzy odznaczyli się w bitwach i Narvik i Tobruk, w bitwie pod Falaise, o Monte Casino, w przełamaniu Wału Atlantyckiego, w operacji Market Garden. To polscy lotnicy ocalili Londyn. Natomiast w I i II Armii Wojska Polskiego walczyło w sumie 167 tys. żołnierzy, którzy w sporej ilości szli z Sielc, przez Lenino., Lublin, Warszawę, Kołobrzeg i Berlin. Natomiast II Armia WP składała się w większości z żołnierzy Armii Krajowej i to oni ponieśli krwawo żniwo w operacji Łużyckiej, będącej częścią operacji berlińskiej, zakończonej zdobyciem Budziszyna. Warto też dodać 100 tys. żołnierzy zbrojnego podziemia, którzy swoją cegiełkę do porażki hitlerowców położyli.

* * *

Pierwszą kapitulację Niemiec przyjął od admirała Hansa-Georga von Friedebu 4 maja 1945 roku (wydelegowanego przez następcę Hitlera, admirała Karla Dönitza), naczelny dowódca wojsk brytyjskich na froncie zachodnim, marszałek Bernard Montgomery. Akt kapitulacji dotyczył wojsk niemieckich w północno-zachodnich Niemczech, Danii i Holandii.

Drugą kapitulację przyjął naczelny aliancki dowódca, generał Dwight Eisenhower, w Reims 7 maja o godzinie 2.41 nad ranem, w obecności przedstawiciela Armii Czerwonej w naczelnym dowództwie sił alianckich generała Iwan Susłoparowa. Przewidywał on przerwanie walk 8 maja o godzinie 23.01.

Ale była też i trzecia kapitulacja, ponieważ z aktem podpisanym przez Eisenhowera nie zgodził się Stalin (i słusznie) i doprowadził do ponownego podpisania jej w dniu 8 maja 1945, co miało miejsce w byłym kasynie oficerskim szkoły saperskiej w dzielnicy Berlina Karlshorst. Poza Keitlem, jako przedstawiciele głównych rodzajów niemieckich sił zbrojnych, kapitulację podpisali von Friedeburg i generał lotnictwa Hans-Jürgen Stumpff. Jako przedstawiciel naczelnego dowództwa radzieckich sił zbrojnych w roli sygnatariusza wystąpił marszałek Gieorgij Żukow, alianci zachodni powierzyli to zadanie brytyjskiemu generałowi lotnictwa Arthurowi Tedderowi.

* * *

Różni pseudo historycy spod sztandarów IPN, niedouczeni politycy i wszelkiej maści ignorancka mierzwa, od 1989 roku bredzi o tym, jakoby dla Polski II wojna światowa zakończyła się dopiero w 1989 roku z chwilą utworzenia rządu Tadeusza Mazowieckiego. Jednak okazuje się, ze i ta data jest już kontestowana, albowiem współczesna polska bolszewia głusi, że ci co w 1989 roku przejęli władze, to tacy sami zdrajcy i kolaboranci, jak władze niegdysiejszej PRL. Jednakowoż według wspólnej POPiS-owej interpretacji historii Polska Rzeczpospolita Ludowa była terenem okupowanym, a rządzili nią renegaci i konfidenci Moskwy. Jak było naprawdę mówią fakty.

* * *

Naprawdę, to tylko w latach stalinizmu panującego w Polsce (1948-1953), była ona - jak i wszystkie państwa dawnego bloku wschodniego) absolutnie zależna od woli Stalina, jednakże z biegiem lat, rządząca w Polsce PZPR powoli radziecki gorset z siebie zrzucała. Gwałtowne przyspieszenie tego procesu miało miejsce po 1956 roku, co widać szczególnie w stosunku do polskich władz tak zwanego świata Zachodu. Jeżeli ktoś nie wierzy, niech sprawdzi, że od 1956 roku Polska, obok ZSRR, była jedynym w bloku wschodnim państwem, które było oficjalnie odwiedzane przez przywódców zachodnich mocarstw:

- 1967 - prezydent Francji Charles de Gaulle;

- 1970 - kanclerz RFN Willy Brandt;

- 1972 - prezydent USA Richard Nixon

- 1975 - prezydent USA Gerald Ford

- 1975 - prezydent Francji Giscard d' Estaing

- 1977 - kanclerz RFN Helmut Schmidt

- 1979 - prezydent USA Jimmy Carter

- 1988 - premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher

Pomijam już przywódców dziesiątek innych państw z całego świata. I pytanie - ale wyłącznie dla inteligentnych: - czy wielcy tego świata marnowaliby czas aby spotykać się z marionetkami stojącymi na czele terenów okupowanych? Czy ci wymienieni przywódcy zgłaszali się do I sekretarzy KC KPZR po zgodę na wizytę na terenach okupowanych?

Napisz komentarz (2 Komentarze)

Zgodnie z zapowiedzią pojechałem wczoraj (06.05.2017)do Świdnicy na spotkanie (godz. 11:00 Klub Bolko) z europosłem SLD Januszem Zemke. Spodziewałem się, że na to spotkanie dojedzie większa grupa osób z Wałbrzycha, których POPiS-owy bolszewizm dotknął swymi - nie tylko ekonomicznymi - represjami. Niestety, poza Stanisławem Deską, Krzyśkiem Kobusińskim (którego przez zarost na twarzy w pierwszej chwili nie poznałem) i Krzyśkiem Dymalskim, poza mną z Wałbrzycha nikogo nie było. Dopisała za to reprezentacja byłych mundurowych z MON i MSW ze Świdnicy i Świebodzic. Miło było spotkać się z kilkoma dawno nie widzianymi kolegami.

Razem z Januszem Zemke, w klubie Bolko pojawili się działacze z wojewódzkiego kierownictwa SLD z Wrocławiu, z Markiem Dyduchem na czele. Byli też przedstawiciele władz samorządowych ze Świdnicy z panią prezydent Beatą Moskal-Słaniewską.

Tematem spotkania były, ogólnie rzecz biorąc, problemy związane z działalnością Sojuszy w kraju i na łonie - że tak powiem - Unii Europejskiej - ale przyszedł czas na zadawanie pytań, więc skorzystałem i jako pierwszy zadałem Januszowi Zemke pytanie, dotyczące tego, co Sojusz zamierza uczynić, aby sprawa represji ekonomicznych i politycznych w stosunku do byłych funkcjonariuszy służb mundurowych była nie tylko przedmiotem kameralnych dyskusji i różnego rodzaju petycji, ale stała się naprawdę bardzo nośnym tematem dni naszych powszednich. Co Sojusz chce uczynić, aby sprawa ta stała się tematem tak zwanej ulicy, bo wszyscy zdajemy sobie doskonale sprawę, że ta "ulica" w zdecydowanej większości wyraża stanowisko, że "dobrze im tak, bo mają za duże emerytury, kiedy inni przymierają głodem". I tylko MY wiemy, że jest to bardzo niesprawiedliwe, a jedyny, piszący o tych sprawach "Dziennik Trybuna" to za mało, bo prawicowe media tylko niechęć do mundurowych rodem z PRL, podsycają. Zwłaszcza TVPiS, TV TRWAM i TVN 24, nie wspominając o innych niszowych telewizjach. Po za mną, drugim pytającym się o ten sam problem był Wiesiek Hyży.

Odpowiadając na nasze pytania, Janusz Zemke zwrócił przede wszystkim uwagę na to, że tzw. ustawa dezubekizacyjna to nie jest tylko pomysł PiS, albowiem to Platforma w 2009 roku pierwsza zainicjowała ekonomiczne represje wobec funkcjonariuszy, którzy przed 1990 rokiem służyli w SB, zmieniając przelicznik emerytury z 2,6 % na 0,7% za każdy rok służby. PiS-owskie represje poszły dalej i współczynnik ten obniżyły (od października 2017) do 0%. I słusznie w tym miejscu Janusz Zemke zauważył, że dla kryminalistów odsiadujących kary pozbawienia wolności, współczynnik przeliczeniowy wynosi 0,3%. Te fakty mówią same za siebie.

Warte podkreślenie jest to, że te dwa akty (bezprawia - JB) prawne można uznać za przykłady prawa represyjnego, albowiem łamią konstytucyjne zakazy stosowania odpowiedzialności zbiorowej oraz naruszania praw nabytych.

W dalszej części wystąpienia Janusz Zemke realistycznie zauważył, że jak na razie, w tej sprawie siły i możliwości SLD są równe zeru, albowiem nie ma on swej reprezentacji w Sejmie. Stało się tak też i dlatego, że część byłych funkcjonariuszy służb mundurowych dała się uwieść socjalnej bajce PiS i wielce obrażona na SLD, odwróciła się od tej partii. A to SLD właśnie jako jedyna siła polityczna obecna w parlamencie była przeciwna nie tylko ustawie o IPN, CBA i ustawie dezubekizacyjnej. I także dziś, jako jedyna partia polityczna twardo stoi na stanowisku, że zarówna tamta pierwsza ustawa represyjna, jak i ta obecna, jest złamaniem Konstytucji RP, a objęci represjami nie mają co liczyć na wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Z powodów wiadomych. Przypomnę tylko, że również wtedy (2010 rok) nie mieli oni co na TK liczyć, bo organ ten, pod przewodem wielkiego obrońcy prawa, praworządności i zasad konstytucyjnych, niejakiego Andrzeja Rzeplińskiego, uznał, represje i złamanie konstytucji za wyraz sprawiedliwości dziejowej. Tak wiec PiS miało swego godnego poprzednika.

Obecnie najważniejszą rzeczą jaką można uczynić, to doprowadzić do sytuacji, aby projekt ustawy obywatelskiej, znoszącej w całości "ustawę dezubekizacyjną", trafił do sejmu i stał się przedmiotem konsultacji społecznych. Bo nawet jeżeli nie zostanie (a nie zostanie) przyjęty, to w nowej kadencji sejmu (2019-2023), będzie go można z "zamrażarki" wyjąć i procedować. Rzecz w tym, że aby byli mundurowi mieli swych godnych zaufania obrońców, lewica w przyszłych wyborach musi wejść do parlamentu. A wejdzie jedynie wtedy, kiedy ci od niej odwróceni, powraca i oddadzą na nią swój głos. Wejście SLD do sejmu (i senatu) spowoduje, że żadna prawicowa partia nie uzyska samodzielnej większości i SLD może stać się "języczkiem u wagi", a wówczas - jak stwierdził Janusz Zemke - warunkiem Sojuszu - nie podlegającym dyskusji - będzie uchylenie tej ustawy represyjnej w całości.

Sojusz aktywnie wspiera prace Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych, w jej pracach zmierzających do opracowania projektu "ustawy naprawczej", ale aby mogła ona zostać wprowadzono pod obrady komisji sejmowych projekt musi uzyskać wsparcie co najmniej 100 tysięcy obywateli. I dlatego też niezbędna będzie szeroka akcja zbierania podpisów, w co powinny włączyć się wszystkie stowarzyszenia wchodzące w skład Federacji.

Na razie każdy, kto będzie dotknięty represją, po otrzymaniu nowej decyzji emerytalnej, będzie musiał wystąpić z pozwem do sądu (nie wcześniej), a Federacja wraz z prawnikami z SLD będzie ich wspierać merytoryczną pomocą prawną.

Tyle - w wielkim skrócie - o tym, co na temat pisowskich represji miał nam do powiedzenia poseł Janusz Zemke.

Napisz komentarz (9 Komentarzy)

Andrzej Duda, już na wieki, przestał być dla mnie prezydentem Polski. On jest tylko prezydentem PiS i tak będę go nazywał, bo na miano prezydenta Polski ABSOLUTNIE NIE ZASŁUGUJE. Zresztą zastanawiam się, czy nie wytoczyć mu pozwu cywilnego o naruszenie moich dóbr osobistych, a także procesu karnego, za publicznie wygłoszone przez niego słowa, w wywiadzie udzielonym TVP Historia 30 kwietnia 2017 roku.

* * *

Przeszedł wczoraj przez Warszawę wielki pochód ludzi, którzy mają serdecznie dość bolszewickiej hucpy, jaką nam do kilkunastu miesięcy rządzący serwują. Jednakże hasło, pod którym odbywała się ta manifestacja, wydaje mi się ciut przesadzone, bo mimo wszystko, nikt jeszcze w Polsce wolności nam nie odebrał i nie odbiera. Zdaję sobie sprawę, że bolszewickie siły powoli do tego zmierzają, ale póki nie opanują wszystkich centrów strzegących naszych konstytucyjnych praw, to z wolności jeszcze w pełni korzystamy. Musimy zatem walczyć nie o wolność, ale o to, aby w Polsce przede wszystkim PRAWO BYŁO PRZESTRZEGANE, bo tylko od tego, czy nasze życie będzie regulowane prawem, czy samowola rządzących, wolność nasza będzie zależeć. A widać wyraźnie, że Platforma z panem Schetyną na czele, zapomniała, jak przez 8 lat naginała prawo do własnych celów. I co najważniejsze, nie tylko politycznych. Dlatego popieram decyzję władz SLD, ze się do tej platformerskiej akcji nie przyłączyła. Lewica winna walczyć o wolność OD WYZYSKU, czym akurat pan Schetyna i Petru brzydzą się instytucjonalnie.

* * *

Lewicę mamy taką jaką jest i na razie na lepszą się nie zanosi. A więc dajmy jej szansę na to, aby mogła stworzyć silną przeciwwagę dla POPiS-owego  bolszewizmu, czyli wykorzystywania parlamentarnej większości do narzucania obywatelom systemu hołubiącego bogatych i silnych, kosztem uboższych i słabych, którzy dziś nie mają swojej parlamentarnej reprezentacji. Jak na razie jedyną siłą zdolną jeszcze skutecznie walczyć o wejście do parlamentu jest SLD, dlatego też, chociażby ze ściśniętymi szczękami, wspierajmy to ugrupowanie, w myśl zasady, że jak się nie ma co się lubi, to lubi się to, co się ma. Już raz mogliśmy się przekonać, że odwracając się od SLD i oddając glosy na PO, stworzyliśmy sytuację, że partia polityczna, na którą głos oddało niecałe 20% wszystkich uprawnionych do glosowania, zdobyła w parlamencie samodzielność i różnego rodzaju hopsztosy wyczynia, o czym w kampanii wyborczej suwerenowi nie mówiła. Stało się tak również dlatego, że to ci obrażeni na SLD umożliwili nadejście tzw. dobrej zmiany. Czy ktoś jeszcze pamięta, że w ostatniej kampanii wyborczej przestrzegałem przed tym na łamach DB 2010, apelują do sympatyków lewicy by nie zmarnowali swych kartek wyborczych i na PO nie głosowali?

* * *

W MON, według posłów PO, powstał alternatywny ośrodek decyzyjny. Panowie Berczyński, Nowaczyk i Misiewicz mieli dostęp do dokumentacji ws. zakupu śmigłowców Caracal. Posłowie PO osobiście sprawdzali dokumentację dotyczącą przetargu na te śmigłowce i to co ustalili, pokazuje, jak bardzo bolszewizm rządzących niszczy polskie państwo przez to, że żadne przepisy, żadne zasady, żadne procedury, rządzących nie obowiązują. To znaczy, obowiązują ich, ale oni mają je w swoich, coraz bardziej obrastających tłuszczem, dupskach. I niech ci nieudacznicy z PO nie opowiadają bajek, niech nie mamią ponownie obywateli, że jak bolszewię pogonią od władzy, to zrobią z nimi porządek. Przez niedawne 8 lat, kiedy rządzili i psocili sobie do woli, nie byli w stanie postawić nie tylko przed sądami, ale nawet przed Trybunałem Stanu, tych, którzy podobne do dzisiejszych brewerie wyczyniali w latach 2005 - 2007.

* * *

A zresztą ... na pohybel kmiotom wszelakim.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

   Trochę czasu opłynęło od dnia, kiedy ostatni raz coś tu napisałem. Tak się porobiło, że znów nie miałem na to czasu, bez przerwy zajmując się sprawami, które napadają mnie z dnia na dzień. Później napadło mnie wiosenne przeziębienie i groziła mi angina, ale mężnie walcząc - bez pomocy medykamentów - dałem sobie radę. I kiedy będąc już przekonany żem zdrów jak ryba, wyściubiłem na kilka tylko godzin nos poza własne mieszkanie, już po dwóch dniach poczułem, że coś znów nie jest tak. Tym razem udałem się do przychodni, gdzie dowiedziałem się, że złapałem infekcyjne zapalenie gardła. Otrzymałem receptę, ale znów postanowiłem, że będę się leczył sam, co dało ten efekt, iż zdrowy jestem, a przypisane mi antybiotyki nawet apteki nie opuściły. Na pewno organizm jest mi bardzo wdzięczny, że go tymi antybiotykami nie trułem.

* * *

Ponad połowę kwietnia i pierwszy tydzień maja spędzam w towarzystwie żony, która musiała wreszcie pójść na zaległy urlop wypoczynkowy. Z tego powodu więc bez rozwalił mi się całkowicie "tryb dzienny" i bez przerwy wydaje mi się, że jest sobotą, albo niedziela. Przez to fałszywe przekonanie nie mogę się skupić, bo w zasadzie w te dni raczej nie robię tego, co robię w ciągu tygodnia. "Na szczęście" już od poniedziałku idzie do pracy, wiec będę miał szanse powrócić w stare utarte koleiny, co rokuje, że może wreszcie ruszę z pisaniem, tego, co sobie założyłem jeszcze w ubiegłym roku. I tak fajnie żarło, póki nie zorientowałem się, że piszę w zasadzie bez planu, czyli wcześniej przygotowanej konstrukcji chronologicznej i faktograficznej. Zacząłem wszystko od nowa, ale po jakimś czasie pogubiłem się z tym, co napisałem wcześniej z tym, co napisałem obecnie. Ponownie wszystko rozłożyłem na czynniki pierwsze i od kilku dni robię porządek z całością dokumentacji. Musze ja posegregować i opisać, tak abym wiedział, co w książce umieścić, a czym sobie głowy nie zajmować. Muszę przeanalizować kilkaset stron dokumentów, a na kolejne kilkaset czekam. Bo wystąpiłem do pana prokuratora, o dopuszczenie mnie do kolejnych kilkuset stron dokumentów procesowych. Ale najważniejsze jest to, ze wreszcie mam plan nie tylko w głowie, ale i na papierze. I od tego powinienem zaczynać.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)

Czy ktoś jeszcze pamiętaj, że 26 kwietnia 1920 roku w Polsce, która tak niedawno wtedy odzyskała niepodległości, polska policja strzelała do polskich robotników? To właśnie tego dnia od kul policji zginęło 9 poznańskich kolejarzy, uczestników strajku w sprawie podniesienia ich wynagrodzenia za pracę. Dziś wszyscy  wiedzą o "poznańskim czerwcu 1956", o grudniowych wydarzeniach na Wybrzeżu w 1980 i 1981, o wydarzeniach w kopalni "Wujek" w 1981, ale nikt prawie nie wie co wydarzyło się w Poznaniu 26 kwietnia 1920 roku. Czy życie 9 poznańskich kolejarzy  było mniej warte niż życie robotników z czasów PRL? Chyba tak ponieważ o tych z 1920 roku nawet ponoć robotnicza "Solidarność" nie chce pamiętać.

* * *

Tak wydarzenia te wspomina uczestnik tamtych wydarzeń Jan Kaczmarek:

Pochód wzmocniony pracownikami dworca poznańskiego obejmował około 3000 ludzi. Gdy czołówka była pod Zamkiem, koniec pochodu był gdzieś na moście Uniwersyteckim. Dano znak zatrzymania pochodu. Grupy stojące na jezdni weszły na chodnik, by nie tamować ruchu. Delegacja weszła do gmachu nie zatrzymana przez kordon. Po kilku minutach wyszedł Karol Rzepecki, który wówczas sprawował obowiązki naczelnika Wydziału Spraw Wewnętrznych, a zarazem był prezydentem policji państwowej na województwo poznańskie. Stanął na schodach wiodących do bramy zamkowej i słyszeliśmy, jak spokojnie wydawał rozkazy:

- Pierwszy szereg klęknij! Złóż broń! Patrzyliśmy na to spokojnie, nie rozumiejąc, po co każe policji odbywać te ćwiczenia. Usłyszeliśmy trzeci rozkaz:

- Na moją komendę ognia!

Równocześnie w prawicy tego zbira ukazał się rewolwer, z którego wystrzelił w górę.
Wówczas część manifestantów zaczęła uciekać w ulicę Wały Zygmunta Augusta (obecnie Kościuszki). Salwę dano z odległości 30 kroków. Była ona nierówna. Wielu policjantów przed strzałem obejrzało się na rozkazodawcę, chcąc się upewnić, czy dobrze usłyszeli rozkaz. (...) Uczestnicy pochodu nie mieli żadnych agresywnych zamiarów, chcieli tylko swym tłumnym wystąpieniem poprzeć rokowania swych delegatów. Dla robotników, którzy spokojnie oczekiwali na odpowiedź rządców regionu, te nagłe strzały były tak niespodziewane, że w pierwszej chwili pochód rozpierzchł się w boczne ulice. Starsi pamiętają zapewne, że wówczas na placu pomiędzy wieżą zamkową a Uniwersytetem stał cokół po pomniku Bismarcka. We dwóch, z nieznanym mi z nazwiska warsztatowcem, nieśliśmy jednego z ciężko rannych do Uniwersytetu. W drodze, aby odpocząć i wygodniej ująć rannego, położyliśmy go na stopień cokołu. Dopadł do niego podkomisarz policji.
Ranny nie zważał na niego, a może w swym bólu nawet go nie zauważył. Wciąż jęczał: cholery, katy, mordercy!Podkomisarz zawołał na nas: odejść!

Równocześnie skinął na idącego za nim policjanta. Myślałem, że nas odpędza, a sam chce się zaopiekować rannym. Odszedłem parę kroków. Obejrzałem się i zobaczyłem policjanta stojącego bez karabinu, a komisarza podnoszącego karabin nad głową rannego. Unosząc karabin ruchem wahadłowym ugodził go trzykrotnie w głowę.

Ja i stojący obok mnie kolega dopadliśmy do niego. Policjant wyrwał mu karabin z rąk. Zacząłem krzyczeć:

- Koledzy, dobijają rannych! Podkomisarz, trzymając mnie, odpinał olstrę pistoletu. Uderzyłem go w szczękę, tak że cofnął się o krok. Policjant zagrodził mi drogę. Wracamy! - wrzasnął i wymownym ruchem ręki pokazał na nadbiegających kolejarzy. Obaj zaczęli biec ku bramie zamkowej.

* * *

26 kwietnia 1937 roku, a więc równo osiemdziesiąt lat temu, bombowce niemieckiego Legionu Condor niemieckiego korpusu ekspedycyjnego Luftwaffe, zamieniły baskijską Guernikę w dymiące pogorzelisko. W wyniku bombardowania zginęło około 3000 osób, a kilkaset zostało rannych. W samym mieście ofiarami byli głównie cywile, zniszczeniu uległy przede wszystkim budynki cywilne. Z faszystowskimi rebeliantami gen. Franco i jego nazistowskimi pomagierami z III Rzeszy, bohatersko walczyło ok. 5 tysięcy polskich ochotników, w tym w XIII Brygadzie Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego. I to od niej przyjęło się nazywać ich dąbrowszczakami. Dziś żyje ich jeszcze zaledwie garstka. Dwa lata później dąbrowszczacy stanęli do walki z żołdakami Hitlera, którzy 1 września najechali na |Polskę, a ci sami lotnicy z Luftwaffe obracali w perzynę polskie wsie i miasta, w tym stolicę Polski Warszawę. W 2007 roku hiszpańscy politycy zajęli się losem "Dąbrowszczaków" ponieważ pisowski rząd pierwszej IV RP, nowelizując ustawę o kombatantach, pozbawił ich należnych im kombatanckich świadczeń. 17 kwietnia 2007 r., hiszpański Senat zobowiązał rząd, aby objął dąbrowszczaków - którzy, jak wszyscy kombatanci Brygad Międzynarodowych, w 1996 roku uzyskali obywatelstwo hiszpańskie - opieką prawną i materialną, a także zwrócił się do Unii Europejskiej, by "przyglądała się sprawie i w razie potrzeby działała w ich obronie." Stanowisko i działania polskiego rządu "stanowi nie tylko złamanie praw człowieka, lecz także - w tym rażącym wypadku - prostej i szlachetnej ludzkiej godności" - napisali w przyjętej 17 kwietnia 2007 roku uchwale hiszpańscy senatorowie wszystkich frakcji.A hiszpański rząd, na mocy ustawy z 1996 roku, przyznał dąbrowszczakom hiszpańskie emerytury kombatanckie. Dzisiaj ipeenowska bolszewia robi wszystko, aby wymazać ich z pamięci Polaków, nakazując zmiany nazw ulic i placów noszące ich miano, co dowodzi tylko jednego, a mianowicie tego, że nasi współcześni bolszewicy okropnie boją się by pamięć o "Dąbrowszczakach " w narodzie przetrwała. Oni robią wszystko, aby w narodzie przetrwała pamięć o takich "bohaterach" jak "Ogień", Bury, czy "Łupaszka". Po prostu zgroza.

* * *

26 kwietnia 1977 r., w garażu aresztu śledczego w Katowicach na stryczku zakończył żywot zabójca czternastu kobiet, Zdzisław Marchwicki, uznany za "Wampira z Zagłębia". Godzinę później powieszono jego brata Jana, któremu przypisano rolę kierowniczą w popełnionych przez brata zbrodniach. Nie od dziś wiadomo, że przypisanych zbrodni Zdzisław Marchwicki nie popełnił, a do skazania doszło tylko dlatego, że prowadzący sprawę bali się przyznać, iż zbyt pochopnie poinformowali Edwarda Gierka (jego bratanica Jolanta Gierek byłą ostatnią ofiarą "wampira"), że sprawcę wszystkich 17 zbrodni mają już ustalonego i lada chwila dojdzie do jego zatrzymania.

Napisz komentarz (0 Komentarzy)