Janusz "Bartek" Bartkiewicz

TRYBUNA MYŚLI NIESKRĘPOWANEJ

czwartek, 01 październik 2026 11:50

Imperializm zależy od właściciela ale on kosztów nie ponosi

  •  
Oceń artykuł
(0 głosów)

 

Bezustannie słyszę o rosyjskim imperializmie. I nie mam najmniejszego zamiaru zaprzeczać jego istnieniu. Rosja napadła na Ukrainę, okupuje część jej terytorium i próbuje siłą narzucić sąsiadowi swoją wolę. Tylko że mam paskudny zwyczaj stosowania tych samych kryteriów wobec wszystkich. Jeżeli więc napaść silnego państwa na słabsze jest imperializmem, chciałbym wiedzieć, jak nazywamy podobne działania, kiedy dokonują ich Stany Zjednoczone.

Bo z amerykańskim imperializmem mamy osobliwy problem językowy. On prawie nigdy nie nazywa się imperializmem. Nazywa się „obroną demokracji”, „stabilizacją”, „operacją antyterrorystyczną”, „ochroną interesów bezpieczeństwa”, „przywracaniem porządku”, ewentualnie po prostu „operacją wojskową”.

Wietnam, Kambodża, Grenada, Irak, Afganistan, Syria, Federalna Republika Jugosławii, Sudan, Serbia, Libia (to tylko niektóre przykłady), bombardowania, operacje specjalne, ingerencje w Ameryce Łacińskiej — wszystko to najwyraźniej należy do zupełnie innej kategorii moralnej.

Wygląda na to, że imperialistą zostaje się bowiem nie od tego, co się robi, lecz najwyraźniej od tego, po której stronie świata się to robi.

Kiedy robi to Putin — imperializm.

Kiedy robi to Waszyngton — geopolityka.

Bardzo wygodny słownik, ale problem pojawia się, kiedy próbuję rozmawiać o przyczynach wojny na Ukrainie. Natychmiast słyszę, że winny jest Putin. Owszem, ponieważ decyzję o pełnoskalowej napaści podjęła Rosja i to ona ponosi odpowiedzialność za jej rozpoczęcie. Ale mnie interesuje również pytanie, czy tej wojny można było uniknąć.

Przez lata było przecież wiadomo, że możliwość wejścia Ukrainy do NATO Moskwa traktuje jako przekroczenie czerwonej linii, nakreślonej jeszcze za czasów Gorbaczowa, kiedy ten zgodził się na obalenie Muru Berlińskiego i połączenia NRD i NRF w jedno niemieckie państwo. Przekroczenie tej linii przez NATO (czytaj USA) można uważać za wyraz imperializmu, bezprawne albo absurdalne. Tyle że ona istniała i każdy poważny strateg musiał to uwzględniać.

Nie uwierzę, że stratedzy NATO, a przede wszystkim Amerykanie, byli tak naiwni, iż możliwość rosyjskiej reakcji nawet nie przyszła im do głowy. Dlatego wolno chyba zapytać, czy prowadzona polityka zmniejszała ryzyko wojny, czy je zwiększała. Samo pytanie najwyraźniej stało się jednak podejrzane, bo w Polsce najbezpieczniej jest nie pytać, aby nie zostać okrzykniętym „ruską onucą”, jak czyni to wielu moich facebookowych znajomych. Dla nich sprawa jest prosta jak końcówka bambusa: Putin napadł, więc wcześniejsza historia została anulowana.

Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy zamiast przemówień polityków zaczniemy oglądać rachunki.

Europa ograniczyła zakupy rosyjskich surowców energetycznych. Stany Zjednoczone zwiększyły swoją rolę jako dostawca energii, a europejskie państwa rozpoczęły gigantyczne zakupy uzbrojenia, którego znaczna część pochodzi również z USA. Do tego dochodzi amerykańska presja gospodarcza na państwa nadal kupujące rosyjskie surowce. Jestem przekonany, że w przypadku rosyjskiej presji gospodarczej nazwalibyśmy to zapewne szantażem. Natomiast w przypadku amerykańskiej nazywa się to polityką handlową.

Nie twierdzę, że ktoś kiedyś usiadł w Waszyngtonie nad wielką mapą świata i zaplanował cały ciąg wydarzeń. Nigdy nie byłem zwolennikiem spiskowej teorii dziejów, ale potrafię liczyć.

Bo jeżeli Europa traci dostęp do wcześniejszych źródeł stosunkowo taniej energii, zwiększa zakupy amerykańskiego gazu i ropy, kupuje amerykańskie uzbrojenie, a jej energochłonny przemysł ma coraz większe problemy z konkurencyjnością, to wolno chyba zapytać: kto na tym interesie zarabia? Ale nie wolno nigdy zapomnieć o tym, że wojna jest tragedią dla tych, którzy giną, natomiast dla innych bywa znakomitym biznesem.

Potem europejskie media odkrywają ze zgrozą, że rośnie AfD i rozpoczyna się rytualne zdziwienie. Skąd się ci wyborcy biorą? Może przylecieli z Marsa? A może zwyczajnie mieszkają w Niemczech, płacą rachunki, pracują w zakładach przemysłowych, obserwują sytuację własnych przedsiębiorstw i coraz mniej interesuje ich tłumaczenie, że wszystkie ponoszone koszty są ceną za obronę wartości? Fakt, wartości są niezwykle ważne, tyle że rachunek za gaz nadal trzeba zapłacić w euro.

Podobny mechanizm obserwuję w Polsce. Rosną ugrupowania Mentzena i Brauna, a komentatorzy zastanawiają się, jak to możliwe. Więc może zamiast kolejnego seminarium o populizmie należałoby zapytać ich wyborców? Może część społeczeństwa po prostu nie chce już słyszeć, że każda wątpliwość dotycząca Ukrainy jest rosyjską narracją, każde pytanie o koszty pomocy jest egoizmem, a każda próba rozmowy o interesach Polski świadczy o putinizmie? Wyborca może być cierpliwy.

Ale jak długo?

2769367