Tusk gra w brydża tak, jakby grał w pokera
W sobotę, 19 września, odbyła się konwencja Nowej Lewicy pod hasłem „Lewica Dowozi – 1000 dni za nami, 1000 dni przed nami”, podczas której podsumowano 1000 dni udziału Lewicy w rządzie Donalda Tuska i przedstawiono jej wizję dla Polski na kolejne 1000 dni. Zaprezentowano również raport podsumowujący najważniejsze osiągnięcia Lewicy w tym rządzie.
I fajnie, tylko jakoś nie zauważyłem, aby ta wiadomość wzbudziła większe zainteresowanie w prorządowych mediach. O samej konwencji oczywiście informowano, ale trudno było odnieść wrażenie, że bilans dokonań Lewicy stał się wydarzeniem, któremu poświęcono szczególnie dużo miejsca.
A szkoda, ponieważ aby obecna koalicja mogła poważnie myśleć o utrzymaniu władzy po następnych wyborach, jej politycy powinni wreszcie zrozumieć dość prostą prawdę: nie wystarczy, że Koalicja Obywatelska będzie silna. Potrzebni są również silni koalicjanci. Dlatego w interesie całego obecnego obozu rządzącego powinno być zrobienie wszystkiego, aby zarówno Lewica, jak i PSL uzyskały poparcie na poziomie co najmniej 10 procent.
Nie chodzi przy tym o próg wyborczy, bo ten dla samodzielnie startującego komitetu partyjnego wynosi 5 procent. Chodzi o coś znacznie ważniejszego – o sposób, w jaki w Polsce przelicza się głosy na mandaty. Posłów nie rozdziela się partiom proporcjonalnie do ich wyniku uzyskanego w całym kraju, lecz w poszczególnych okręgach, przy zastosowaniu metody d’Hondta. I właśnie tutaj zaczyna się polityczna arytmetyka, której – mam czasem wrażenie – część polityków obecnej koalicji nie chce dostrzec.
Partia może więc uzyskać w skali kraju 6 czy 7 procent głosów, spokojnie przekroczyć próg wyborczy, a mimo to w wielu okręgach nie zdobyć mandatu albo zdobyć tylko jeden. Jeżeli natomiast jej poparcie zbliża się do 10 procent lub ten poziom przekracza, zwiększa się możliwość skutecznego uczestniczenia w podziale mandatów w większej liczbie okręgów. Nie ma oczywiście żadnej magicznej granicy 10 procent, po której przekroczeniu Kodeks wyborczy zaczyna rozdawać mandaty garściami. Jest natomiast arytmetyka metody d’Hondta, wielkość poszczególnych okręgów i konkurencja kilku list o ograniczoną liczbę miejsc.
Dlatego owe 10 procent dla Lewicy i podobny wynik PSL traktuję nie jako granicę prawną, lecz jako poziom politycznie bardzo istotny. Chodzi o to, aby partnerzy Koalicji Obywatelskiej nie wczołgiwali się do Sejmu tuż nad progiem wyborczym, ale weszli do niego z reprezentacją na tyle liczną, aby wspólnie można było zbudować większość wynoszącą co najmniej 231 posłów.
I właśnie z tego powodu osłabianie własnych koalicjantów wydaje mi się strategią co najmniej osobliwą. Koalicja Obywatelska może odebrać Lewicy dwa czy trzy punkty procentowe i z zadowoleniem odnotować własny wzrost w sondażach. Tyle że po wyborach może się okazać, że polityczny zysk największej partii nie zrekompensował mandatów, których słabszy koalicjant nie zdobył w poszczególnych okręgach. W wyborach do Sejmu procent poparcia i procent mandatów nie są przecież tym samym.
Dlatego zamiast politycznie podjadać własnych partnerów, należałoby raczej zadbać o to, aby wyborcy wiedzieli, co ci partnerzy rzeczywiście zrobili przez lata uczestnictwa w rządzie. Dotyczy to szczególnie Lewicy, której osiągnięcia bardzo często przedstawiane są jako dokonania „rządu”, bez wyraźnego wskazania, kto dane rozwiązanie przygotował, forsował i doprowadził do jego uchwalenia.
A przecież Lewica ma się czym pochwalić. Jednym z najbardziej oczywistych przykładów jest renta wdowia. Wypłaty rozpoczęły się 1 lipca 2025 roku, a po roku ze świadczenia skorzystało już ponad milion osób. Rozwiązanie to było jednym z politycznych priorytetów resortu kierowanego przez Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk.
Podobnie jest ze zmianą zasad obliczania stażu pracy. Projekt powstał w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Od 2026 roku do stażu zaczęto wliczać między innymi okresy pracy na umowach zlecenia i prowadzenia działalności gospodarczej, także z wcześniejszych lat, jeżeli zostaną odpowiednio udokumentowane. Nie jest to zmiana kosmetyczna, ponieważ staż może wpływać między innymi na wymiar urlopu, dodatek stażowy, nagrody jubileuszowe, okres wypowiedzenia czy wysokość odprawy.
Można do tego dodać działania dotyczące akademików. Dzięki przepisom przyjętym w 2025 roku uczelnie uzyskały możliwość korzystania z Funduszu Dopłat BGK na budowę, remonty i modernizację domów studenckich. Według danych Ministerstwa Nauki z marca 2026 roku złożono wnioski na prawie 464 miliony złotych, co ma się przełożyć na ponad 3200 nowych albo zmodernizowanych miejsc dla studentów i doktorantów.
Można oczywiście dyskutować, czy to dużo, czy mało, oraz ile ze swojego programu Lewica zrealizowała, a ile nadal pozostaje na papierze. To jest normalna polityczna dyskusja. Trudniej natomiast oczekiwać od wyborcy, aby przypisał jej zasługi za rozwiązania, o których dzień po dniu słyszy jedynie, że wprowadził je „rząd”.
Polska lewica nie ma przy tym własnej potężnej tuby medialnej, za pomocą której mogłaby codziennie przypominać obywatelom o swoich dokonaniach. Jest w dużej mierze zdana na media publiczne, a te – przynajmniej w moim odbiorze – jakoś szczególnie chętnie politycznej odrębności Lewicy nie eksponują. Sukces ministra staje się sukcesem rządu, sukces resortu – sukcesem koalicji, a nazwisko i partyjna przynależność autora danego rozwiązania gdzieś po drodze znikają.
I tego właśnie najbardziej nie rozumiem. Koalicja Obywatelska nie potrzebuje przecież w przyszłym Sejmie słabej Lewicy i słabego PSL. Potrzebuje partnerów możliwie silnych, ponieważ po wyborach nie będzie miało większego znaczenia, czy KO zdobyła dwa, czy trzy punkty procentowe więcej kosztem któregoś z nich. Będzie natomiast miało znaczenie, ilu posłów wspólnie wprowadzą do Sejmu partie zdolne utworzyć większość.
I tu dochodzę do tytułowego brydża.
Mam bowiem wrażenie, że Donald Tusk prowadzi swoją polityczną grę tak, jakby siedział przy pokerowym stole. W pokerze każdy z pozostałych graczy jest przeciwnikiem. Jeżeli jeden zgarnia pulę, pozostali ją tracą, więc osłabienie każdego z nich jest dla niego korzystne.
W brydżu obowiązuje zupełnie inna logika. Można mieć świetne karty, znakomicie licytować i bezbłędnie rozgrywać, ale siedzący naprzeciwko człowiek nie jest przeciwnikiem. Jest partnerem. Jego karty są częścią wspólnej gry, jego siła zwiększa nasze możliwości, a jego słabość staje się również naszym problemem.
I dokładnie tak wygląda sytuacja Koalicji Obywatelskiej. Każdy procent odebrany Lewicy czy PSL może bardzo ładnie wyglądać na sondażowym słupku KO. Jeżeli jednak osłabiony partner straci przez to mandaty w kolejnych okręgach, po wyborach może się okazać, że Tusk wygrał rywalizację z własnymi koalicjantami, ale razem z nimi przegrał większość potrzebną do utworzenia rządu.
Można więc wygrać wybory, mieć największy klub w Sejmie i urządzić sobie z tej okazji bardzo efektowny wieczór wyborczy, a następnego ranka odkryć, że do 231 mandatów jednak zabrakło kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu posłów.
Bo w pokerze wygrywa się kosztem pozostałych graczy. W brydżu wygrywa się razem z partnerem. A Tusk najwyraźniej gra w brydża tak, jakby grał w pokera — próbuje ograć również tych, z którymi powinien wygrać.








