Na początku było słowo …
Osiemdziesiąt osiem lat temu radio pełniło funkcję, którą dzisiaj w dużej mierze przejął Internet. Wieczorem 30 października 1938 roku CBS nadała słynne słuchowisko Orsona Wellesa „Wojna światów”, stylizowane częściowo na relację reporterską z inwazji Marsjan. Do historii przeszła opowieść o panice, jaką audycja miała wywołać wśród Amerykanów i chociaż późniejsze badania wskazywały, że jej rzeczywista skala została mocno wyolbrzymiona, to jednak znaczna część Amerykanów faktycznie panice uległa. Marsjanie jednak nie przepadli. Mam czasami wrażenie, że po osiemdziesięciu ośmiu latach zmieniono im tylko paszporty.
* * *
Od pewnego czasu podobnymi opowieściami raczą nas Donald Tusk, Radosław Sikorski, Władysław Kosiniak-Kamysz i Włodzimierz Czarzasty, wspomagani przez sporą armię pomniejszych politycznych kompanionów oraz dziennikarzy, dla których spokojna wiadomość ma tę zasadniczą wadę, że znacznie gorzej się sprzedaje. Strach natomiast sprzedaje się znakomicie. Ma odpowiednią dramaturgię, dobrze wygląda w pasku na dole ekranu, zapewnia oglądalność i pozwala przez kilka godzin dyskutować w studiu o tym, co może się wydarzyć. No i o czym nie można zapomnieć, taki czy inny prowojenny komentarz to wymierna kasa, popularnie zwana „wierszówką”.
Nie twierdzę przy tym, że zagrożenia nie ma. Rosja prowadzi wojnę przeciwko Ukrainie, używa rakiet i dronów, a Polska leży tuż obok teatru działań wojennych. Niedawne ostrzeżenia Donalda Tuska dotyczące możliwości rosyjskich ataków hybrydowych z użyciem dronów lub rakiet opierają się, według niego, na informacjach wywiadowczych NATO, Ukrainy i USA. To jest fakt, którego nie ma sensu ignorować, ale jednocześnie w mojej głowie „wyją syreny alarmowe i zapalają się czerwone lampki ostrzegawcze”.
Spyta ktoś dlaczego?
Ano dlatego, że jeszcze nie zapomniałem jak ongiś prezydent Aleksander Kwaśniewski i premier Leszek Miller wysłał w bój naszych żołnierzy, aby walczyli i ginęli w imię amerykańskich interesów. Bezpardonowy i morderczy atak na Iran w 2003 roku kosztował życie od około 200 000 do ponad 1 miliona ludzi, w tym ok. 50 tys irackich żołnierzy i bojowników.
Zginęło też 28 Polaków, w tym 22 żołnierzy Wojska Polskiego, 3 pracowników Biura Ochrony Rządu (BOR), 2 dziennikarzy (Waldemar Milewicz, Mounir Bouamrane z Telewizji Polskiej) i 1 były żołnierz jednostki GROM (pracujący dla prywatnej firmy ochroniarskiej).
Zginęli, bo angielski i amerykański wywiad ustalił, że Irak dysponuje bronią chemiczną i biologiczną, i jest gotowy jej użyć. Jednakże po tym, jak irackie państwo legło w gruzach), z czego do dziś się nie może podnieść) okazało się, że żadnej takie broni nie było, a te brytyjskie i amerykańskie wywiady skłamały celowo, aby Stanom Zjednoczonym dać pretekst do napaści. A celem jej było zawładnięcie irackich złóż ropy naftowej, co się z resztą stało.
I dlatego te syreny i czerwone światło alarmowe w mojej głowie ostrzegają przed kolejnymi kłamstwami dotyczącymi obecnego i niby nieuchronnego zagrożenia ze strony Rosji.
Zresztą czym innym jest świadomość zagrożenia, a czym innym tworzenie atmosfery, w której obywatel ma odnieść wrażenie, że wraże ruskie bomby spadną mu na głowę może jutro, a najdalej pojutrze.
Strach jest zresztą niezwykle użytecznym instrumentem politycznym. Wystraszone społeczeństwo łatwiej akceptuje gigantyczne wydatki na zbrojenia, bo człowiek, któremu pokazano nadlatującą rakietę, raczej nie zapyta, ile kosztowała i kto na niej zarobił. A zarabiają przede wszystkim wielkie koncerny zbrojeniowe. Polskie również coś z tego tortu dostaną, ale największe kawałki niekoniecznie pozostają w Polsce.
I tutaj zaczynam mieć problem z proporcjami. Możemy mieć niewydolną ochronę zdrowia, problemy z finansowaniem nauki i pomocy społecznej, możemy zastanawiać się nad bezpieczeństwem energetycznym czy dostępem do wody, ale gdy pojawia się słowo „wojna”, miliardy nagle przestają być miliardami. Stają się „koniecznymi nakładami na bezpieczeństwo”. Pieniądz otrzymuje mundur i od tej chwili zadawanie mu pytań zaczyna wyglądać niemal podejrzanie.
O tempora, o mores
Od wczoraj słyszę również pouczenia, co obywatel powinien zrobić w przypadku rosyjskiego ataku rakietowego. Powinien mianowicie schronić się w bezpiecznym miejscu. Jako przykład takiego miejsca podaje się piwnicę albo pomieszczenie bez okien.
W teorii brzmi rozsądnie. Gorzej, kiedy człowiek rozejrzy się po polskich blokach i zacznie zastanawiać, co stanie się z piwnicą, jeżeli zwali się na nią kilka czy kilkanaście kondygnacji żelbetu, cegieł, instalacji i stali. Wtedy „bezpieczne miejsce” może błyskawicznie zmienić nazwę na zbiorowy grobowiec.
Jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie dzisiejsza telewizyjna (TVP Info) relacja ze szkoły na południowo-wschodnim krańcu Polski, gdzie z powodu zagrożenia z powietrza ogłoszono alarm. Dzieci zgromadzono na parterze, na szkolnym korytarzu, ponieważ – jak tłumaczył dyrektor– uderzenie rakiety w wyższe kondygnacje mogłoby doprowadzić do zawalenia stropów.
Próbowałem pojąć tę logikę.
Jeżeli bowiem stropy rzeczywiście się zawalą, to wszystko, co znajduje się nad parterem, zgodnie z prawami fizyki nie odleci ku niebu, lecz spadnie właśnie na parter. Wychodzi więc na to, że dzieci zostały zgromadzone w miejscu, w którym miałyby największą szansę spotkać się jednocześnie z całą konstrukcją szkoły. Być może jest to jakaś nowa koncepcja ochrony ludności: przed spadającym stropem najlepiej chroni następny spadający strop.
Jeszcze ciekawsze jest zachowanie mieszkańców terenów przygranicznych, którzy – przynajmniej sądząc po niektórych relacjach – do kolejnych alarmów podchodzą coraz spokojniej. Człowiek ma bowiem tę interesującą właściwość, że jeżeli zbyt często mówi mu się, iż właśnie nadchodzi wilk, po pewnym czasie zaczyna pytać nie o wilka, lecz o obiad.
Hej, szable w dłoń
Chwilę później usłyszałem emerytowanego komandora oznajmiającego, że „Rosja żyje z wojny”, że trzeba z tym skończyć i że społeczeństwu należy to cierpliwie tłumaczyć.
I tutaj zaczynam się zastanawiać, czy jeszcze się śmiać, czy już martwić.
Rosja dokonała pełnoskalowej inwazji na Ukrainę i ponosi za nią odpowiedzialność. Rosyjskie władze od dawna i wielokrotnie przedstawiały rozszerzanie NATO jako zagrożenie dla własnego bezpieczeństwa i ostrzegała, że się takiemu rozszerzeniu sprzeciwi. Zwłaszcza przyjęciu Ukrainy do NATO. Nie oznacza to jednak, że takie uzasadnienie samo w sobie usprawiedliwia napaść, ale tłumaczy podjęte decyzje. Nie jestem jakimś tam rusofilem, ale rozumiem, że Putin, jak każdy inny przywódca obojętnie jakiego państwa, nie może pozwolić sobie na to, aby jego przeciwnik budował bazy i wyrzutnie rakietowe przy samej granicy jego państwa, a na dodatek otaczał je szczelnym kordonem takich wyrzutni.
Najlepszy dowód na to, że nie tylko Rosja dba w taki sposób o swoje bezpieczeństwo, jest chyba już zapomniany niegdysiejszy „kryzys kubański” z października 1962 roku , który był 13-dniowym konfliktem polityczno-militarnym między USA a ZSRR, który postawił świat na krawędzi wojny jądrowe. Jego przyczyna było tajne rozmieszczenie przez ZSRR (Nikita Chruszczow) rakiet z głowicami nuklearnymi na Kubie. Jednak wtedy przywódcy USA (prezydent Kennedy) i ZSRR (I Sekretarza KPZR Chruszczow) potrafili się porozumieć i tym samym uratować świat przed jądrową zagładą.
Pamiętam doskonale tamte dni i cichy skrywany płacz mojej mamy, która zdawała sobie sprawę z tego, co to znaczy wojna i jej mąż, a mój ojciec znów być może zostanie na nią skierowany. Pamiętała, bo raptem upłynęło tylko 17 lat, jak razem z mężem w maju 1945 roku świętowała zwycięstwo na gruzach Berlina.
Podobnie i dziś patrzę na działania Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Nie wierzę w politykę prowadzoną wyłącznie z pobudek moralnych. Są tam interesy strategiczne, bezpieczeństwo sojuszników, kontrola szlaków transportowych, ropa, gaz, wpływy polityczne i gospodarcze. Dlatego, kiedy słyszę opowieść, że jedno mocarstwo prowadzi wojny ze swej natury, natomiast inne zawsze występuje w roli bezinteresownego strażnika światowego porządku, odruchowo sprawdzam, czy przypadkiem ponownie nie włączyłem słuchowiska Orsona Wellesa.
NATO nas obroni, ale Rosja zaraz nas napadnie
Największy problem mam jednak z pogodzeniem dwóch komunikatów, które otrzymujemy równocześnie.
Z jednej strony słyszymy, że gwarantem bezpieczeństwa Polski jest NATO, a przede wszystkim potęga militarna Stanów Zjednoczonych. Z drugiej – że Rosja może zaatakować dronami i rakietami kraje NATO, ze szczególnym uwzględnieniem Polski.
I tu pojawia się pytanie, którego jakoś nie potrafię wyrzucić z głowy: jak te dwie opowieści mają się do siebie?
Rosja od lutego 2022 roku prowadzi pełnoskalową wojnę z Ukrainą i zapłaciła za nią gigantyczną cenę. We wrześniu 2026 roku szef brytyjskich sił zbrojnych mówił o około 1,5 miliona rosyjskich strat osobowych, obejmujących zabitych i rannych. Po ponad czterech latach Rosja nadal nie osiągnęła planowanego celu, który wiązano z rozpoczęciem inwazji.
I właśnie państwo, które poniosło takie straty w wojnie z samą Ukrainą, miałoby świadomie rozpocząć konflikt z całym NATO?
Nie twierdzę, że jest to niemożliwe. W polityce międzynarodowej słowo „niemożliwe” bywa wyjątkowo ryzykowne. Chciałbym jednak, żeby zamiast kolejnej porcji grozy ktoś spokojnie wyjaśnił społeczeństwu, jaki miałby być rosyjski cel takiego ataku, co Rosja miałaby dzięki niemu osiągnąć i dlaczego miałaby świadomie ryzykować konflikt z największym sojuszem wojskowym świata.
Nie trzeba przy tym rozstrzygać, czy Putin jest szaleńcem, bo diagnozowanie polityków na odległość zostawiłbym lekarzom, a najlepiej lekarzom, którzy rzeczywiście ich badali. Wystarczy pytać o interes państwa i rachunek potencjalnych korzyści oraz strat.
Putin może uważać Unię Europejską za przeszkodę dla rosyjskich interesów politycznych i gospodarczych, podobnie jak Donald Trump może traktować część działań UE jako sprzeczną z interesami amerykańskimi. Do prowadzenia takiej rywalizacji nie potrzeba jednak od razu czołgów. Są sankcje, cła, wojny handlowe, propaganda, cyberataki, presja dyplomatyczna, operacje wywiadowcze, próby wpływania na opinię publiczną i dziesiątki innych instrumentów. Ale zawsze najważniejszy jest dialog.To znacznie bezpieczniejsze niż rozpoczynanie III wojny światowej, która mogłaby bardzo szybko stać się pierwszą pełnoskalową wojną nuklearną, a przy okazji ostatnią wojną, o której ktokolwiek napisałby później książkę.
Rakiety, granica i miliardy
Wojnę prowadzi się po to, aby osiągnąć określony cel polityczny i militarny. Trzeba przeciwnikowi ograniczyć możliwość walki, utrudnić dowodzenie, sparaliżować transport, logistykę, energetykę i gospodarkę. Dlatego nie dziwi mnie, że Rosja atakuje ukraińskie węzły komunikacyjne i logistyczne, także znajdujące się blisko granicy z Polską. Nie oznacza to jednak automatycznie, że każdy taki atak jest zapowiedzią rosyjskiej napaści na Polskę.
Oczywiście pomyłka, zabłąkana rakieta, dron, prowokacja czy świadomie przeprowadzona operacja hybrydowa są możliwe i nie wolno ich lekceważyć. Czym innym jest jednak przygotowywanie państwa na takie zagrożenia, a czym innym budowanie przekonania, że regularna wojna polsko-rosyjska stoi już za drzwiami.
Gdyby Rosja rzeczywiście zdecydowała się na bezpośrednią wojnę z Polską, dysponuje przecież obwodem kaliningradzkim, silnie zmilitaryzowanym rosyjskim terytorium graniczącym z Polską. Nie musiałaby demonstrować swoich zamiarów wyłącznie poprzez ostrzeliwanie celów położonych setki kilometrów dalej, na terytorium Ukrainy.
Dlatego chciałbym, aby każdej informacji o kolejnym zagrożeniu towarzyszyło równie dokładne wyjaśnienie, ile wydajemy na jego neutralizację, co za te pieniądze kupujemy, dlaczego właśnie to i dlaczego właśnie od tego producenta. Bo bezpieczeństwo państwa jest zbyt poważną sprawą, żeby sprowadzać je do prostego równania: im więcej miliardów wydamy na broń, tym bezpieczniejsi będziemy.
I tutaj pojawia się Konfederacja
Dochodzi wreszcie do paradoksu, którego jeszcze niedawno sam bym się po sobie nie spodziewał. Coraz częściej łapię się na myśli, że w przyszłych wyborach mógłbym zagłosować na Konfederację. Nie dlatego, że nagle zachwyciła mnie cała jej polityczna oferta. Chodzi raczej o to, że prawica bardzo sprawnie odczytuje część społecznych nastrojów i mocno akcentuje pierwszeństwo bezpieczeństwa oraz interesów własnych obywateli przed zobowiązaniami wobec Ukrainy.
I natychmiast pojawia się druga strona tego rachunku.
Pamiętam przecież rządy PiS, pamiętam afery, zarzuty dotyczące wykorzystywania państwa przez ludzi związanych z władzą i obecne postępowania mające te sprawy rozliczyć. Powrót prawicy oznaczałby również ryzyko zahamowania albo odwrócenia części tych rozliczeń. Tyle że korupcja, nepotyzm i polityczne kombinacje nie narodziły się wraz z PiS i zapewne nie umrą wraz z jego odejściem. Politycy oszukiwali, kombinowali i nadużywali władzy przed PiS-em i będą próbowali robić to również po PiS-ie.
Przeciętny obywatel dokonuje natomiast własnego, znacznie bardziej przyziemnego rachunku. Pyta, jak żyje się jemu, czy czuje się bezpieczny, czy ma za co zapłacić rachunki, czy dostanie się do lekarza i czy państwo zajmuje się przede wszystkim jego problemami. Sam przez lata rządów Jarosława Kaczyńskiego żyłem normalnie i dzisiaj też patrzę na politykę przede wszystkim przez pryzmat tego, w jakim stopniu wpływa ona na moje codzienne życie.
Mam również podejrzenie – podkreślam: podejrzenie, a nie wiedzę – że polityczne tempo części rozliczeń może przyspieszać wraz ze zbliżaniem się wyborów. Z punktu widzenia politycznego byłoby to zrozumiałe: wyborca ma pamięć krótką, więc aferę przypomnianą trzy lata przed głosowaniem zdąży przykryć kilkanaście innych wydarzeń, natomiast kajdanki pokazane kilka miesięcy przed wyborami mogą jeszcze zostać w pamięci. Czy taki właśnie jest plan obecnej większości, nie wiem. Wiem jedynie, że politycy wszystkich stron doskonale znają kalendarz wyborczy.
I tak wracam do Orsona Wellesa.
W 1938 roku wystarczyło radio, sugestywny głos aktora i opowieść o Marsjanach, żeby część słuchaczy uwierzyła, że dzieje się coś niezwykłego. Dzisiaj mamy telewizję informacyjną przez całą dobę, Internet, portale, media społecznościowe, ekspertów, generałów, byłych generałów, ministrów, byłych ministrów oraz polityków gotowych komentować wydarzenie jeszcze zanim wiadomo, co właściwie się wydarzyło.
Technologia zrobiła gigantyczny krok naprzód, lecz człowiek niestety trochę mniejszy.
Dlatego, kiedy kolejny polityk oznajmia mi z ekranu, że za chwilę mogą nadlecieć rosyjskie rakiety, nie zamierzam ani natychmiast biec do piwnicy, ani udawać, że żadnego zagrożenia nie ma. Chciałbym najpierw wiedzieć, co naprawdę się wydarzyło, jakie jest rzeczywiste ryzyko, na jakich danych oparto ostrzeżenie i ile będzie mnie kosztowała proponowana ochrona przed tym zagrożeniem.
Bo między lekceważeniem niebezpieczeństwa a życiem w permanentnym strachu istnieje jeszcze coś, o czym w polityce i telewizji coraz łatwiej zapomnieć. Nazywa się to zdrowym rozsądkiem.








