Janusz "Bartek" Bartkiewicz

TRYBUNA MYŚLI NIESKRĘPOWANEJ

sobota, 05 wrzesień 2026 13:37

Betonowe koło

  •  
Oceń artykuł
(1 głos)

   

 

   I znów Szymon Hołownia roztacza wizje swojego udziału w rządzie. Zapewne wyobraża sobie, że ma być dla rządu i koalicji czymś w rodzaju koła ratunkowego. Problem w tym, że coraz bardziej przypomina ono koło odlane z betonu. Rzucone tonącemu nie tylko go nie uratuje, ale może jeszcze skutecznie pociągnąć go na dno.

Hołownia wyrasta mi na żałosną karykaturę Konrada Wallenroda polskiej polityki. Tyle że Mickiewiczowski bohater przynajmniej wiedział, po co prowadzi swoją grę. W przypadku Hołowni coraz trudniej ustalić, czy mamy do czynienia z misternym planem, politycznym instynktem samozachowawczym, czy zwyczajnym błądzeniem człowieka, który wszedł na scenę jako objawienie, a dziś rozpaczliwie szuka na niej dla siebie wolnego krzesła.

Konstytucja w art. 129 ust. 1 nie stanowi przecież, że wybór Prezydenta jest ważny, dopóki ktoś nie stwierdzi jego nieważności. Stanowi coś zupełnie innego: „Ważność wyboru Prezydenta Rzeczypospolitej stwierdza Sąd Najwyższy”.

Ta różnica ma znaczenie zasadnicze. Czym innym jest bowiem brak orzeczenia o nieważności wyboru, a czym innym wymagane przez Konstytucję pozytywne stwierdzenie jego ważności przez Sąd Najwyższy.

Tymczasem ważność wyboru Karola Nawrockiego została formalnie stwierdzona przez Izbę Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, a więc izbę, której status jako niezależnego i bezstronnego sądu ustanowionego ustawą został wcześniej zasadniczo zakwestionowany w orzecznictwie europejskich trybunałów.

Żeby nie być gołosłownym: Europejski Trybunał Praw Człowieka stwierdzał, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych nie spełnia wymogu niezależnego i bezstronnego „sądu ustanowionego ustawą” w rozumieniu Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Nie jest to zatem tylko moim publicystycznym wymysłem, polityczną złośliwością ani argumentem wymyślonym na potrzeby sporu o Nawrockiego. To rzeczywisty problem prawny, opisany w orzecznictwie europejskim.

Jest przecież także orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. TSUE zakwestionował status składów Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych jako niezależnego i bezstronnego sądu ustanowionego uprzednio ustawą, wskazując na konsekwencje sposobu powoływania zasiadających w niej sędziów z udziałem Krajowej Rady Sądownictwa ukształtowanej po zmianach z 2017 roku.

Oczywiście można się spierać o zakres bezpośredniego zastosowania tych orzeczeń do procedury wyboru Prezydenta RP. Wybory prezydenckie są bowiem materią prawa krajowego, a nie prawa Unii. Nie zmienia to jednak zasadniczego problemu, bo organ, który miał wykonać konstytucyjną kompetencję Sądu Najwyższego i stwierdzić ważność wyboru Prezydenta, był organem, którego sądowy status został wcześniej tak poważnie zakwestionowany.

I właśnie z tym problemem Hołownia, jako Marszałek Sejmu, musiał się zmierzyć.

Nie wystarczało powiedzieć: nikt nie stwierdził nieważności wyboru, więc sprawa jest załatwiona. Konstytucja nie wymaga przecież od Sądu Najwyższego wyłącznie ewentualnego unieważnienia wyborów. Wymaga stwierdzenia ich ważności.

Jeżeli zatem istniały poważne podstawy do twierdzenia, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych nie może prawidłowo wykonać tej konstytucyjnej funkcji, należało co najmniej postawić pytanie, czy procedura przewidziana w art. 129 ust. 1 Konstytucji rzeczywiście została zakończona.

Nie była to przy tym sytuacja bez wyjścia. Prokurator Generalny przed rozstrzygnięciem sprawy wystąpił o wyłączenie sędziów Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych i przekazanie sprawy do Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego. Istniała więc przynajmniej koncepcja prawna pozwalająca doprowadzić do sytuacji, w której ważność wyboru zostałaby stwierdzona przez skład Sądu Najwyższego nieobarczony tym samym zarzutem ustrojowym.

Hołownia miał zatem świadomość poważnego konfliktu prawnego i konstytucyjnego. Mimo to dopuścił do dalszego biegu procedury i złożenia przysięgi przez Karola Nawrockiego, nie czekając na usunięcie tych wątpliwości.

Czy miał jednoznaczny, zapisany w ustawie obowiązek powstrzymania zaprzysiężenia? Tego twierdzić nie będę, bo takiego przepisu wprost nie ma. Ale można zasadnie postawić inne pytanie: czy Marszałek Sejmu, wiedząc o ustrojowych wadach Izby Kontroli Nadzwyczajnej i o istniejącej możliwości przekazania sprawy prawidłowo obsadzonemu składowi Sądu Najwyższego, nie powinien był powstrzymać zwołania Zgromadzenia Narodowego do czasu uzyskania rozstrzygnięcia nieobarczonego takim zarzutem?

Właśnie w tym kontekście uważam, że jego postępowanie można rozpatrywać również przez pryzmat art. 231 kodeksu karnego. Nie twierdzę, że odpowiedzialność karna Hołowni jest oczywista. Nie jest. Aby mówić o niedopełnieniu obowiązków przez funkcjonariusza publicznego, należałoby najpierw wykazać konkretny obowiązek prawny, który naruszył. Twierdzę natomiast, że stanął wobec poważnej wątpliwości konstytucyjnej i zamiast doprowadzić do jej usunięcia, zdecydował się przejść nad nią do porządku dziennego.

A później wolał bredzić o tym, że namawiano go do dokonania zamachu stanu.

To dopiero osobliwa konstrukcja – wykorzystanie dostępnych instrumentów prawnych do wyjaśnienia zasadniczej wątpliwości konstytucyjnej miałoby być zamachem stanu, natomiast bezradne rozłożenie rąk wobec organu, którego status sądu zakwestionowały europejskie trybunały, ma uchodzić za odpowiedzialność państwową.

Karol „Wetomat” Nawrocki takich rozterek najwyraźniej nie ma. Z wielką satysfakcją korzysta z każdej okazji, aby pokazać, jak rozumie swoją konstytucyjną rolę. Nie odbiera ślubowania od sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych przez Sejm, zachowując się tak, jak gdyby to prezydent tych sędziów powoływał, a zatem mógł według własnego uznania zdecydować: tego przyjmę, tego nie przyjmę, ten mi odpowiada, a tamten nie.

Tyle że Konstytucja nie urządza prezydentowi castingu do Trybunału Konstytucyjnego.

I właśnie tutaj historia zatacza wyjątkowo paskudne koło. Hołownia, który wobec Nawrockiego nie chciał skorzystać z argumentów prawnych, jakie miał do dyspozycji, dziś znów przedstawia siebie jako człowieka potrzebnego obozowi rządzącemu. Jak gdybyśmy wszyscy mieli nagle dostać zbiorowej amnezji.

Mamy zapomnieć o tajnych nocnych naradach z Jarosławem Kaczyńskim. Mamy zapomnieć o częstych wizytach u Karola „Wetomata” Nawrockiego. Mamy zapomnieć o politycznych manewrach, dwuznacznościach i grze prowadzonej za plecami własnych koalicjantów. A teraz mielibyśmy jeszcze uwierzyć, że właśnie ten człowiek jest lekarstwem na problemy koalicji.

Jeżeli Donald Tusk rzeczywiście wpuści Hołownię do rządu i uzna, że wszystkie te wydarzenia można zamieść pod dywan w imię kolejnego politycznego kompromisu, wyrządzi wielką szkodę nie tylko własnemu gabinetowi i całej koalicji rządzącej.

Wyrządzi ją przede wszystkim nam — ludziom, którzy głosując przeciwko poprzedniej władzy, nie głosowali po to, żeby po kilku latach oglądać tajne schadzki, nocne rokowania i polityczne umizgi do tych samych ludzi, których sposób traktowania Konstytucji doprowadził państwo do wieloletniego kryzysu prawnego.

Bo można negocjować podatki, ustawy, stanowiska i budżety. Można zawierać kompromisy, choć czasem trzeba przy nich mocno zaciskać zęby. Ale są granice kompromisu i jedną z nich powinno być państwo prawa.

Jeżeli więc Donald Tusk uzna, że najlepszym sposobem na wzmocnienie rządu i koalicji – przed nieodległymi już przecież wyborami – jest koło ratunkowe w postaci Hołowni, to niestety szybko może się okazać, że jest to koło z betonu.

2769364