Is fecit, cui prodest
Is fecit, cui prodest
Zaraz po przebudzeniu przyszła mi do głowy stara rzymska paremia: is fecit, cui prodest, co w wolnym tłumaczeniu znaczy, że ten uczynił, komu przyniosło to korzyść.
Może to zawodowe skrzywienie starego kryminalnego, ale zaraz potem przypomniały mi się czasy, kiedy wraz z kolegami zwalczałem wałbrzyskich bandytów wymuszających haracze od właścicieli restauracji, dyskotek, sklepów i innych lokali. Mechanizm działania był nieskomplikowany i przez to wyjątkowo skuteczny. Najpierw kilku gangusów wpadało do wybranego lokalu. Trochę demolki, rozbite szkło, zniszczony sprzęt albo towar, czasami pobity człowiek. Właściciel miał zrozumieć, że prowadzenie działalności gospodarczej może być zajęciem niebezpiecznym. A potem zjawiali się ludzie oferujący pomoc, ale oczywiście nie za darmo, ponieważ życzyli sobie sowitej zapłaty za „ochronę” i darmowej wyżerki i popitki.
A przed kim mieli chronić? Ano właśnie przed tymi, którzy chwilę wcześniej pokazali, co może się wydarzyć, jeśli właściciel tej ochrony nie wykupi. Proste jak konstrukcja cepa.
Dlaczego akurat dzisiaj mi się to przypomniało?
Bo kiedy słucham kolejnych alarmujących informacji o rosyjskich akcjach dywersyjnych w Polsce, Niemczech i innych państwach europejskich, zaczyna mnie dręczyć pytanie podobne do tego, które zadawałem sobie jako policjant: komu to właściwie służy?
Nie twierdzę, że Rosja za tym nie stoi. Rosyjskie służby prowadzą przecież przeciwko państwom europejskim działania wywiadowcze, dywersyjne i sabotażowe. Tyle że nie jest to żaden szczególny rosyjski wynalazek. Służby państw należących do NATO również prowadziły – i z pewnością nadal prowadzą – tajne operacje poza własnymi granicami, choć o tych działaniach z reguły mówi się znacznie ciszej.
Nie trzeba zresztą szukać daleko. Wystarczy przypomnieć działalność Stanów Zjednoczonych: przygotowaną przez CIA operację obalenia rządu Jacobo Árbenza w Gwatemali w 1954 roku, nieudaną inwazję w Zatoce Świń na Kubie w kwietniu 1961 roku i późniejsze tajne operacje przeciwko Fidelowi Castro, ingerencję CIA w wewnętrzną politykę Chile przed zamachem stanu z 11 września 1973 roku, amerykańską interwencję w Panamie w grudniu 1989 roku, czy wreszcie porwanie i uwięzienie w USA wenezuelskiego prezydenta, czy zamordowanie Najwyższego Przywódcy Iranu ajatollaha Ali Chamenjego w bandyckim ataku USA i Izraela. I na tych kilku przykładach poprzestanę. Nie dlatego, że innych nie ma, lecz dlatego, że gdybym chciał wymienić wszystkie przypadki, w których wielkie mocarstwa uznawały cudzą suwerenność za przeszkodę możliwą do usunięcia przy pomocy wywiadu, pieniędzy, przewrotu albo wojska, ten komentarz musiałby zamienić się w książkę.
Ale zastanawia mnie coś innego.
Czy Putin rzeczywiście jest aż tak głupi, żeby zlecać podpalenia, sabotaż, wysyłanie przesyłek z urządzeniami zapalającymi czy inne akcje na terytorium państw NATO, wiedząc, że każdy taki przypadek wzmacnia dokładnie to, czego Rosja powinna chcieć uniknąć?
Bo jaki jest skutek?
Europejskie społeczeństwa coraz bardziej boją się Rosji, przez co dyplomacja zanika, a dialog zmienia się w agresję. Rządy zwiększają wydatki na obronność, NATO wzmacnia wschodnią flankę, łatwiej uzasadnić kolejne dostawy broni dla Ukrainy i łatwiej przekonywać ludzi, że wojna może zapukać również do ich drzwi.
Rosja ponosi więc polityczne koszty, a jej przeciwnicy otrzymują kolejne argumenty. I dlatego przypominają mi się słowa poety Kornela Ujejskiego o tym, że „Inni szatani byli tam czynni”.
Nie twierdzę, że tak jest. Ale pytam, czy tak być nie może. Bo historia uczy, że kiedy polityce potrzebny jest społeczny strach, czasami najpierw pojawia się strach, a dopiero później przychodzi polityczne rozwiązanie, które ma nas przed nim uratować. Tu przypominały mi się słowa Filipa Chajzera, p tym że najpierw Bóg dał mu narkotyki, a kiedy już zanurzył się w gównie, to go z tego gówna wyciągnął.
Pamiętacie jeszcze, czym uzasadniano inwazję na Irak?
Nie? To przypomnę.
20 marca 2003 roku rozpoczęła się amerykańsko-brytyjska inwazja na Irak, do której przyłączyła się również Polska. Jednym z najważniejszych argumentów mających przekonać światową opinię publiczną do wojny było twierdzenie, że Saddam Husajn dysponuje bronią masowego rażenia – przede wszystkim chemiczną i biologiczną – i stanowi przez to poważne zagrożenie. Informacje przedstawiano jako ustalenia służb wywiadowczych i brzmiały niezwykle przekonująco. Problem w tym, że po zajęciu Iraku arsenałów tej broni nie znaleziono.
Późniejsze amerykańskie dochodzenia wykazały nie tylko ogromne błędy wywiadowcze. Ujawniły również, że administracja USA wielokrotnie przedstawiała społeczeństwu informacje w sposób bardziej kategoryczny, niż pozwalały na to materiały wywiadowcze. Niektóre publiczne twierdzenia nie miały w nich dostatecznego potwierdzenia, inne pozostawały z dostępnymi informacjami w sprzeczności.
Mówiąc językiem mniej dyplomatycznym: z niepewnych informacji, błędnych ocen, półprawd i twierdzeń pozbawionych wystarczającego potwierdzenia zbudowano obraz śmiertelnego zagrożenia.
Obraz potrzebny do uzasadnienia wojny.
A kiedy później okazało się, że irackiej broni masowego rażenia nie ma, było już trochę za późno. Irak został zaatakowany. Saddam Husajn obalony. Państwo pogrążyło się w chaosie, a jego system polityczny i gospodarczy został gruntownie przebudowany.
Pretekst spełnił więc swoją rolę.
Czy naprawdę po takich doświadczeniach mamy obowiązek wierzyć każdej informacji wywiadowczej tylko dlatego, że przedstawiono ją jako „ustalenie służb”?
Ja takiego obowiązku nie odczuwam. Tym bardziej że historia zna jeszcze bardziej bezczelne przypadki.
Wieczorem 31 sierpnia 1939 roku funkcjonariusze hitlerowskich służb upozorowali polski napad na niemiecką radiostację w Gliwicach. Ludzie działający na polecenie III Rzeszy mieli stworzyć wrażenie, że to Polacy dokonują agresji przeciwko Niemcom. Nazajutrz, 1 września 1939 roku, Hitler napadł na Polskę. Gliwicka prowokacja nie była oczywiście rzeczywistą przyczyną wojny. Decyzja o niej zapadła wcześniej. Potrzebne było jednak propagandowe uzasadnienie, które pozwalało agresorowi wystąpić w roli napadniętego.
Dlaczego o tym przypominam?
Nie dlatego, że twierdzę, iż dzisiejsze akty dywersji w Europie są prowokacją podobną do gliwickiej. Nie mam na to dowodów. Ale nie mam również zamiaru wyłączać własnego myślenia tylko dlatego, że ktoś oznajmia mi w telewizji, kto jest sprawcą.
Słyszymy więc o podpaleniach, przesyłkach z urządzeniami zapalającymi, materiałach wybuchowych, aktach sabotażu czy dronach. Zatrzymywani bywają Ukraińcy, Białorusini, Litwini, Łotysze, Bułgarzy albo obywatele innych państw, a następnie pojawia się informacja, że za ich działaniem stały rosyjskie służby.
Może rzeczywiście stały, bo współczesny wywiad nie musi przecież wysyłać oficera GRU z legitymacją służbową w kieszeni. Może posługiwać się pośrednikami, płatnymi wykonawcami i ludźmi werbowanymi przez internet, którzy czasem nawet nie muszą wiedzieć, dla kogo naprawdę wykonują zlecenie. I dlatego właśnie dlatego ustalenie mocodawcy jest znacznie trudniejsze niż zatrzymanie wykonawcy.
A ja przez lata pracy w policji nauczyłem się, że co innego podejrzenie, co innego wersja śledcza, a jeszcze czym innym jest dowód.
„Ruski trop” nie narodził się zresztą dzisiaj.
Po zamachu na Jana Pawła II 13 maja 1981 roku niemal natychmiast pojawiły się podejrzenia, że za Mehmetem Alim Ağcą stoją służby państw komunistycznych. Powstała słynna hipoteza „bułgarskiego śladu”, za którym miały kryć się służby sowieckie. Minęło czterdzieści pięć lat. Powstały książki, śledztwa, procesy, analizy służb specjalnych i dziennikarskie dochodzenia. A jednak teza, że Kreml zlecił zamach na papieża, nie została udowodniona w sposób pozwalający uznać ją za bezspornie ustalony fakt.
I tu wracamy do teraźniejszości.
Bo jest pytanie, które w całej tej historii wydaje mi się najważniejsze:
1. Komu najbardziej zależy na tym, aby państwa NATO coraz głębiej angażowały się w konflikt z Rosją?
2. Kto odnosi polityczną, militarną albo gospodarczą korzyść z tego, że europejskie społeczeństwa coraz bardziej obawiają się rosyjskiej agresji?
3. Kto potrzebuje przekonać Europejczyków, że konflikt na Ukrainie nie jest już tylko wojną dwóch państw, lecz bezpośrednim zagrożeniem dla Warszawy, Berlina, Paryża czy Londynu?
I wreszcie, kto skorzystałby najbardziej, gdyby granica pomiędzy pomocą Ukrainie a bezpośrednim udziałem NATO w wojnie z Rosją została przekroczona?
Nie odpowiem, bo samo pytanie nie jest jeszcze oskarżeniem, a ja przez wiele lat byłem policjantem i wiem, że człowieka nie skazuje się tylko dlatego, że odniósł korzyść z przestępstwa. Ale wiem również, że kiedy szuka się sprawcy, pytanie o motyw i korzyść jest jednym z pierwszych, jakie należy sobie postawić.
Dlatego właśnie przypomniała mi się dziś stara rzymska zasada:
Is fecit, cui prodest - ten uczynił, komu przyniosło to korzyść.
Nie daję odpowiedzi, lecz podpowiadam, gdzie czasami warto jej szukać. Resztę pozostawiam inteligencji tych, którzy przeczytali ten tekst do końca.
I tylko jedna rada.
Nie mówcie o swoich wątpliwościach zbyt głośno. Bo mam czasem wrażenie, że we współczesnej Polsce wolność słowa została znacznie ograniczona, ponieważ można mówić wszystko, ale pod warunkiem, że mówi się to, co akurat mówić wypada.








